SadurSky blog

Od teraz na www.czlowiekpolnocy.blogspot.com!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Le Mans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Le Mans. Pokaż wszystkie posty

24- godzinne święto

Wielki tydzień zwykle kończy się świętem, a takim był niewątpliwie 82. wyścig 24 godziny Le Mans. Dla każdego fana sportów motorowych ten czas jest szczególny, na który warto czekać cały rok. A jakie prezenty dostaje się przy jego okazji? Emocje, dźwięk silnika przez całą dobę i dramaturgię. Tego wszystkiego nie zabrakło w tym roku, choć mogłoby się wydawać, że znów zwyciężyła ta sama marka. Zapraszam więc do przeczytania historii, którą zapisali kierowcy kolejnej edycji tego pięknego wydarzenia.

To był mój szósty wyścig oglądany w całości. Takie coś wymaga silnego samozaparcia i tzw. kawy Le Mans (3 łyżeczki i pół filiżanki wody), aby przeżyć najgorszy kryzys, który przychodzi nad ranem. Wierzcie mi, że wtedy oczy same się zamykają, a często przy tym ważą się losy rywalizacji. Przecież kierowcy też odczuwają zmęczenie i najłatwiej popełnić jakiś błąd. Natomiast samo wydarzenie obserwuję trochę tak, jak robią to prawdziwi kibice tenisa na Rolland Garros. W tym roku usłyszałem takie słowa podczas transmisji turnieju, że dla nich pierwszorzędną sprawą jest dramaturgia meczu, nie zaś jego zwycięzca. Oczywiście zawsze jest jakaś mniej lub bardziej lubiana postać, ale to nie może zaburzyć odbioru widowiska. I tak samo powiedziałbym o Le Mans. Ten legendarny wyścig powoduje, że każdy jego zwycięzca jest wielki, a załogi, które w nim startują zasługują na szacunek fanów. A dramaturgia? Zwykle przychodzi sama, nagle, kiedy nikt się tego nie spodziewa. Tak było również w tym roku.

Jako pierwsza o dramaturgię zatroszczyła się pogoda. Bezchmurne niebo i wysoka temperatura podczas sesji warm up w sobotę rano zapowiadały  piękne i czyste ściganie. Aż tak dobrze jednak być nie mogło i już w drugiej godzinie wyścigu pojawiły się groźne chmury. Chwilę później nad niektórymi partiami tego długiego toru pojawiły się pierwsze solidne opady deszczu, na co nie wszyscy zdołali się przygotować i założyć odpowiednie opony. Ucierpiało na tym przede wszystkim Audi #3 (Albuquerque, Bonanomi, Jarvis), w które uderzyło z całej siły Ferrari #81, kasując zupełnie jego tył. W ten incydent była zamieszana też Toyota #8, którą jednak udało się uruchomić i doprowadzić do boksów na naprawę. Z ogromną stratą ekipa przystąpiła do rywalizacji, co okazało się być jedynie złą zapowiedzią dobrego wyniku... To, co przyniosła pechowa druga godzina, możecie zobaczyć w poniższym filmie.


W tym czasie na prowadzeniu był drugi z samochodów Toyoty. Ekipa #7 (Nakajima, Wurz, Sarrazin) startowała z pole position i spisywała się świetnie w czasie wyścigu. Gdy zapadła noc, prawdziwi fani Le Mans mieli zafundowaną prawdziwą ucztę. To jest właśnie ten moment, na który czeka się przez cały rok. Zapadający zmrok i takie obrazki, jak w poniższych filmach.


W nocy miała również miejsce jedna z lepszych walk o prowadzenie w kategorii GTE Pro. Prowadzący wówczas Aston Martin #97 odpierał ataki Corvetty #74 i Ferrari zespołu AF Corse #51, z którego kamery możecie to zobaczyć.



Jeżeli już pojawiła się kamera on board, to trzeba przyznać, że w czasie nocy jest ona szczególnie używana przez realizatora. Ja natomiast wybrałem jeden samochód, z którym "podróżowałem" przez większość czasu. Raz padło na Corvette #73. Nie sposób oprzeć się temu dźwiękowi, zakłócającemu bezlitośnie ciszę nocną. Przekonajcie się sami w tym filmie.



Im bardziej zbliżaliśmy się do rana, tym większe stawało się zmęczenie. W dodatku realizator uparcie wybierał takie obrazki, jak poniżej.



A Toyota #7 nadal prowadziła za sprawą jadącego świetnie Nakajimy. Niestety, dokładnie o 5 rano spalił się przewód instalacji elektrycznej, przez co samochód zatrzymał się za zakrętem Arnage i nie powrócił do rywalizacji. Prowadzenie objęło Audi #2 z Benoit Treluyerem za kierownicą. Jednak dokładnie dwie godziny później awaria turbosprężarki zmusiła zespół do dłuższej naprawy w boksach, w wyniku czego na prowadzeniu znalazł się samochód, który jeszcze w środę nie istniał, czyli Audi #1, rozbite podczas treningu przez Loica Duvala. Teraz zbudowany od nowa prototyp prowadzony przez zastępczego kierowcę Marca Gene mógł wygrać Le Mans. To by była historia! No właśnie, byłaby, bo około 11 ten sam problem z turbosprężarką uziemił w boksach zespół na kilka chwil, przez co prowadzenie objęło Porsche powracające do rywalizacji po latach przerwy. Samochód #20 z Timo Bernhardem za kierownicą dokonał tego dzięki oszczędności paliwa i bezawaryjności, bo czasy okrążeń były dramatycznie słabe. Przyczyny takiego stanu rzeczy można doszukiwać się w zniekształceniach dyfuzora, które następowały po tylu godzinach jazdy, co widać na zdjęciach tu. Jednak ekipa #20 (Bernhard, Hartley, Webber) nie dała rady nawet dojechać do mety, bo poważny problem techniczny o 13 zatrzymał ją na dobre w boksie, podobnie jak chwilę później siostrzany samochód #14 (Jani, Lieb, Dumas), który później wyjechał tylko na ostatnie okrążenie. Powrót Porsche był więc bolesny, ale za rok na pewno będzie lepiej, jeżeli poprawią konstrukcję modelu 919 Hybrid. Tym samym po zwycięstwo jechało niezagrożone Audi #2 w składzie: Lotterer, Fassler, Treluyer. Temu ostatniemu przypadła zmiana kończąca i to Francuz przekroczył linię mety tego legendarnego wyścigu jako pierwszy. Moment jego wzruszenia i zakończenia rywalizacji zobaczycie w filmie. Jako drugie przyjechało Audi #1 w składzie: Gene, Kristensen, Di Grassi. Trzecie miejsce przypadło pechowej Toyocie #8 (Lapierre, Davidson, Buemi), której po wypadku w sobotę udało się wskoczyć na podium 24 godziny później. Kategorię LMP2 wygrał zespół Jota #38, w której załodze miał jechać Gene. Po wezwaniu przez Audi zastąpił go Oliver Turvey. Resztę załogi stanowili: Simon Dolan i Harry Tincknell. W GTE Pro najlepsi byli kierowcy zespołu AF Corse #51: Fisichella, Vilander, Bruni, którym jako jedynym udało się dojechać bez najmniejszych problemów technicznych. Natomiast w GTE Am piękne zwycięstwo dedykowane pamięci Allana Simonsena odniosła ekipa Aston Martin Racing #95: Thiim, Heinemeier Hansson, Poulsen.



Łzy radości Treluyera i całego zespołu Audi świadczą o tym, jak wiele znaczy ten wyścig dla każdego producenta. Niemiecka marka od zawsze traktowała starty w Le Mans szczególnie, odpuszczając nawet niektóre wyścigi serii WEC i przygotowując się z myślą tylko o tym klasyku. Po raz kolejny okazało się to dobrym wyjściem. Jak powiedział Grzegorz Gac: "Można w sezonie nic nie startować i wygrać tylko Le Mans, będąc rozliczonym". To prawda. Toyota wygrywała wszystkie dotychczasowe wyścigi WEC i pewnie wygra kolejne. Ale bez zwycięstwa w Le Mans nawet mistrzostwo świata endurance nie będzie dobrze smakowało.
Photo credit: .curt. / Foter / Creative Commons Attribution 2.0 Generic (CC BY 2.0)

Czego nauczyła nas 82. edycja 24- godzinnego wyścigu Le Mans? Przede wszystkim tego, że hybrydy nie są jeszcze sprawdzonymi i bezawaryjnymi konstrukcjami. Wszystkie samochody kategorii LMP1 HY miały jakieś problemy techniczne i tak naprawdę wygrał ten, który miał ich najmniej. Ten rok był pewnego rodzaju próbą dla nowych zasad, które wymagały mniejszego zużycia paliwa na okrążeniu przy takiej samej szybkości. Jak widać, na razie nie da się tego osiągnąć bez przekraczania granicy możliwości silników. Wszystko wymaga jeszcze poprawy. Po drugie, powrót Porsche i zapowiedź startów Nissana w LMP1 na pewno przestraszyła trochę Audi. Wypadki, które widzieliśmy w sesjach treningowych i kwalifikacjach świadczyły o rosnącej presji na kierowcach. To zaś jest zwiastunem ciekawej walki za rok. Trzecią kwestią jest uboga stawka niefabrycznych zespołów w LMP1. Dwa samochody zespołu Rebellion Racing zawsze dobrze się ogląda na torze, ale lepiej by było, gdyby miały z kim walczyć. Lotus nie zdążył ze zbudowaniem swojego prototypu na Le Mans, ale liczę, że za rok zobaczymy nie tylko jego zespół, lecz także inne samochody w klasie LMP1- L. I na koniec dowiedzieliśmy się, że najlepszym inżynierem wyścigowym okazała się po raz trzeci kobieta. Leena Gade wygrała swój kolejny wyścig Le Mans i wraz ze zwycięskimi kierowcami stanowi obecnie najbardziej wartościowy zespół w stawce. A Porsche? Już zapowiedziało, że za rok wróci jeszcze silniejsze. Trzymam za słowo...

Wielki tydzień

Nadszedł ten upragniony czas w roku dla każdego fana sportów motorowych. Nawet SadurSky zapomina na tydzień o biathlonie i zimie, a jego myśli wędrują do Francji, gdzie już w najbliższy weekend odbędzie się legendarny 24- godzinny wyścig Le Mans. Emocji na pewno nie zabraknie. W stawce mamy przecież Toyotę, która po dwóch zwycięstwach w rozegranych do tej pory wyścigach serii WEC wydaje się być faworytem. "Wydaje się", bo w Le Mans wszystko może się zdarzyć. Audi, będące prawdziwym dominatorem na francuskiej ziemi, na pewno nie odda palmy pierwszeństwa za darmo. Również Porsche, powracające po latach do rywalizacji, może sprawić niespodziankę. Jedno jest pewne- wszystko rozstrzygnie się o 15:00 w niedzielę 15 czerwca 2014. Do tego czasu jeszcze wszystko może się zdarzyć. Zatem już nic więcej nie mówię. Niech przemówi obraz...



P.S.: Nie martwcie się. Przypomnę sobie o biathlonie zaraz po wyścigu :-)

Niespodziewane otwarcie sezonu WEC

Robimy mały oddech od biathlonu. W niedzielę odbył się inauguracyjny 6- godzinny wyścig sezonu World Endurance Championship na torze Silverstone. Rok 2014 ma być przełomowym dla tej serii. Czy tak się stanie, ocenimy po wszystkim, ale dziś mogę powiedzieć, że rzeczywiście coś zaczęło się dziać.

Przede wszystkim zyskaliśmy nowe podkategorie- LMP1 HY oraz LMP1 L. Ta pierwsza obejmuje zespoły fabryczne, takie jak Audi, zaś druga teamy prywatne, które nie mogą otrzymywać żadnego wsparcia od producentów z wyjątkiem silnika i nadwozia. Tym samym wprowadzono podział, który już dawno miał miejsce nieoficjalnie. Wiadomo, że zespół fabryczny zawsze będzie miał przewagę nad prywatnym i zestawianie ich razem było trochę niesprawiedliwe. Ponadto zmieniono regulacje dotyczące paliwa, opon (mają być węższe), mocy silników i jeszcze kilku innych rzeczy. Wszystkie zmiany w regulaminie są tłumaczone w filmikach na oficjalnej stronie wyścigu Le Mans (link).

Dzięki nowościom w regulaminie, pojawiły się nowe samochody w liczących się zespołach. Oczywiście najgłośniejszym wydarzeniem oczekiwanym przez wszystkich był powrót Porsche do najwyższej kategorii. Niemiecki producent ze swoim modelem 919 Hybrid wystawił do tegorocznej rywalizacji dwie załogi: #14: Romain Dumas, Neel Jani, Marc Lieb oraz #20: Timo Bernhard, Mark Webber, Brendon Hartley. Ten drugi skład, zawierający dwóch nowicjuszy w serii WEC, zaliczył bardzo udany debiut. W niedzielnym wyścigu zajął trzecie miejsce. Jeżeli pójdzie tak dalej i nie pojawią się żadne "choroby wieku dziecięcego", to Porsche będzie poważnym kandydatem do zwycięstwa w tegorocznym 24h Le Mans.
Porsche 919. Photo credit: jfhweb / Foter / Creative Commons Attribution-NonCommercial-ShareAlike 2.0 Generic (CC BY-NC-SA 2.0)
A skoro już wspomniałem o wynikach 6- godzinnego wyścigu na torze Silverstone, to trzeba powiedzieć, kto wygrał. Każdy spodziewa się pewnie odpowiedzi Audi. Tymczasem stało się inaczej. Pierwszy triumf w tym sezonie odniosła Toyota. Co więcej, było to zwycięstwo podwójne. Oba samochody pojechały świetny wyścig, co jeszcze chyba nigdy nie udało się temu zespołowi. Zwyciężyła ekipa #8 w składzie Anthony Davidson, Nicolas Lapierre, Sébastien Buemi. Drugie miejsce zajęli: Alexander Wurz, Stéphane Sarrazin, Kazuki Nakajima w samochodzie #7. Toyota też przygotowała oczywiście nowy prototyp na ten sezon, oznaczony numerem TS040. Na zdjęciu poniżej możecie podziwiać go podczas przedsezonowych testów na torze Paul Ricard.

Photo credit: jfhweb / Foter / Creative Commons Attribution-NonCommercial-ShareAlike 2.0 Generic (CC BY-NC-SA 2.0)
Zeszły weekend był koszmarem dla Audi. Jak wspomniałem wyżej, żaden z samochodów tego producenta nie znalazł się na podium. Co więcej, żadna ekipa nie ukończyła wyścigu. Oba samochody (#1: Lucas Di Grassi, Loïc Duval, Tom Kristensen i #2: Marcel Fassler, André Lotterer, Benoit Treluyer) rozbiły się w bardzo podobny sposób. Utraciły sterowność w pewnym momencie i wypadły z toru. Ciekawe, czy była to jakaś wada nowego R18 e-tron quattro, czy też zwyczajny pech. Wielu wskazuje na tę drugą przyczynę. Tak, czy inaczej, na poprawę jest niewiele czasu, bo do próby generalnej przed tegorocznym wyścigiem Le Mans pozostało już niewiele. Będzie nią 6- godzinny wyścig na torze Spa- Francorchamps, który odbędzie się 3 maja. Żarty się skończą, bo następnym punktem w kalendarzu będzie już francuski klasyk, więc nie można sobie pozwolić na błędy.

Photo credit: jfhweb / Foter / Creative Commons Attribution-NonCommercial-ShareAlike 2.0 Generic (CC BY-NC-SA 2.0)
Audi dostało wyraźną wiadomość, że konkurencja nie śpi i tylko czeka na błędy. Ja natomiast czekam na następne starcie trójki Porsche/Audi/Toyota, bo wreszcie pojawiły się prawdziwe emocje w wyścigach serii WEC. Każdy z tych producentów ma po dwa samochody, więc szanse wydają się być wyrównane. Tegoroczny wyścig Le Mans zapowiada się niezwykle interesująco.

Szczęśliwa liczba 24, czyli upragnione złoto Bjoerndalena

W takich chwilach nie wiem, co mam pisać. Radość odbiera mi głos, a emocji, jakie towarzyszyły dzisiejszemu biegowi sprinterskiemu w Sochi dawno nie przeżywałem. Czekałem na ten moment od dawna, a dokładniej od Igrzysk Olimpijskich w Salt Lake City, kiedy jeszcze na dobre nie wiedziałem, o co z tym Bjoerndalenem chodzi. Dziś już wiem, że Ole Einar Bjoerndalen nie jest królem biathlonu, ani carem, ani cesarzem. On jest Bogiem.

Śmiało mogę powiedzieć już teraz, że sprint na 10 km na Igrzyskach Olimpijskich w Sochi oraz numer 24 zapamiętam do końca życia. Właśnie z takim numerem biegł dziś OEB, a ja przeczuwałem, że wyjdzie z tego coś dobrego. Liczba 24 jest bowiem wyjątkowa dla SadurSky, dotychczas zupełnie przypadkiem. Przypadkowo dostał kiedyś znalezioną gdzieś dyktę z tramwaju z numerem linii 24. Ponadto pewnego dnia wymalował w swoim pokoju na ścianie liczbę 24, podobno w nawiązaniu do wyścigu Le Mans.

Jakby tego było mało, ma numer w szkolnym dzienniku 24. Do dziś nie miało to większego znaczenia, lecz zyskało je za sprawą złotego medalu olimpijskiego, zdobytego przez Ole Einara Bjoerndalena w indywidualnej konkurencji po 12 latach przerwy, w wieku 40 lat. Tym samym, OEB stał się najstarszym mistrzem olimpijskim w sprincie w historii (wcześniejszym posiadaczem tego rekordu był złoty medalista z Turynu- Sven Fischer). Jednocześnie jest jedynym sportowcem, który zdobył złote medale na trzech różnych IO (Nagano, Salt Lake City, Sochi). Jego czas na mecie wyniósł 24:33.5. Znów to 24...
Wspomniana tramwajowa tablica ukoronowana dziś norweską flagą.

Było nas przy tym trzech: SadurSky senior, były biathlonista i ja. Jednym słowem do takiej imprezy grono idealne. Bo w końcu czym byłyby te wspomnienia, gdyby nie można było ich z kimś dzielić. Kto zaś nie oglądał dzisiejszego sprintu, może tylko żałować. Król pobiegł fantastycznie. Po pierwszym bezbłędnym strzelaniu, na drugim spudłował raz. Myślałem wówczas, że to koniec szans nie tylko na złoto, ale też na jakikolwiek medal olimpijski. Poziom był bowiem bardzo wysoki. Dużo zawodników było bezbłędnych, zaś najgroźniejsi rywale OEB pudłowali co najwyżej raz. Jednak z niemałym zdziwieniem patrzyłem, gdy Emil Hegle Svendsen przybiegł na metę ze stratą prawie 30 sekund a Martin Fourcade 12 sekund do Ole Einara, mimo takiego samego wyniku na strzelnicy. To oznaczało, że Bjoerndalen pobiegł od nich znacznie szybciej. Potwierdziły się tym samym moje wcześniejsze słowa, że na Igrzyskach wszystko może się zdarzyć, a zwłaszcza w biathlonie. Realną szansę na złoto miał Anton Shipulin, który jednak ją stracił z ostatnim niecelnym strzałem. Tym razem to komuś innemu zabrakło jednego kroku do zwycięstwa. Zapomniałem już zatem te wszystkie momenty, kiedy to Bjoerndalenowi wymykał się upragniony triumf. Nie ma już tych 0.4 sekundy w Oberhofie, nie ma zerwanych strzałów z Hochfilzen i ubiegłorocznych Mistrzostw Świata w Novym Mescie. Dziś jest tylko Sochi i ten najcenniejszy złoty medal i tytuł, który powrócił do Norwega po 12 latach. Dla mnie król jest już rozliczony. Pokazał, że wciąż potrafi wygrywać i to na najważniejszych imprezach. Bez względu na to, jak potoczą się dalej te Igrzyska, będą one dla mnie bardzo szczęśliwe.

Nie zapominajmy jednak o innych, którzy w dzisiejszym biegu spisali się świetnie. Mnie osobiście nie zawiedli Kanadyjczycy, których wczoraj postawiłem w roli "czarnych koni rywalizacji". Nathan Smith oraz Jean- Philippe Le Guellec zachwycili, zajmując odpowiednio 13. i 5. pozycję. Pewną niespodzianką jest również brązowy medal Jaroslava Soukupa, który w lecie 2013 miał wypadek na rowerze i jego start w tym sezonie stał pod znakiem zapytania. Czech najwyraźniej zapomniał o tych problemach i dziś pobiegł na miarę swoich możliwości. Srebrny medalista- Dominik Landertinger, pokazał natomiast, że wreszcie powrócił do grona najlepszych i przygotował bardzo wysoką formę, zarówno strzelecką, jak i biegową. Trochę zawiedli natomiast bracia Boe. Tarjei był 39., zaś Jasio 55. z wieloma pudłami na koncie.

Już w poniedziałek czeka nas bieg pościgowy. Jako pierwszy wystartuje oczywiście Ole Einar Bjoerndalen, ale zaraz za nim będzie biegła cała grupa zawodników, chcących wedrzeć się na podium. Różnice są niewielkie, bo aż 23 biathlonistów mieści się w stracie 1 minuty. To zapowiada nam równie wielkie emocje. Po raz kolejny: Lykke til Ole Einar!

In memory of... Lola B10/60

Wczoraj odebrałem ze sklepu taki oto piękny model od firmy Ixo. Prezentowana na zdjęciach Lola B10/60 #12 zespołu Rebellion Racing wykonana została w skali 1:43. Pierwowzór mojego modelu brał udział w 24- godzinnym wyścigu Le Mans w 2010 roku, zaś jego załogę tworzyli: Nicolas Prost, Neel Jani i Marco Andretti. Był to pierwszy start zespołu o nazwie Rebellion Racing w Le Mans, po zmianie nazwy ze Speedy Racing Team Sebah. Oba samochody nie dojechały do mety  ("mój" #12 odpadł z rywalizacji po 175 okrążeniach). Rebellion Racing zdobył jednak na zawsze moją sympatię tym wspaniałym malowaniem, które od wczoraj mogę podziwiać na żywo. Podzielę się zatem z Wami pięknym widokiem, upamiętniając pierwszy start Rebelliona w LM oraz nieistniejącą już Lolę B10.
























Po co oglądać wyścig Le Mans w nocy?

Minął już tydzień od tegorocznego wyścigu Le Mans. Warto więc na chwilę wrócić do tego tematu, aby o nim nie zapomnieć. Tytułowego pytania nigdy sobie nie zadałem. Już przy pierwszym zetknięciu z pojęciem 24- godzinnego wyścigu wiedziałem, że obowiązkowe jest obejrzenie nocnej części. Wydaje mi się to proste, bo ściganie w dzień nie jest tak szczególne. Gdybym oglądał transmisję z Le Mans tylko za dnia, nie zarywając nocy, nie parząc sobie wyjątkowo mocnej kawy o trzeciej nad ranem i nie będąc wyczerpanym w niedzielę, odebrałbym sobie sporą część wyjątkowości tego wydarzenia. Co prawda nie jestem tam na miejscu, ale za to cały czas mam do dyspozycji kamery on board, które przenoszą mnie do większości samochodów w stawce. Mogę przestać słuchać "Kolegów Ze Studia W Warszawie, Którzy Nie Wiedzą, Co Komentują" i napawać się dźwiękiem Audi R18, katowanego właśnie przez Andre Lotterera, który porę nocną zazwyczaj wykorzystuje do wykręcania najszybszych czasów wyścigu. Na Eurosporcie zmieniam więc na komentarz angielski, a na monitorze ustawionym obok załączam live stream z Porsche #91 (Bergmeister, Bernhard, Pilet).  I wtedy zaczyna się prawdziwe Le Mans z najczystszą formą ścigania. Tylko dźwięk samochodu, rozmywająca się okolica i kierowca, od którego to wszystko zależy. Zobaczcie sami.



I tak przez całą noc, do godziny 7 rano (później przełączyłem na Corvette #74). Nic dziwnego, że gdy kładłem się spać po wyścigu, miałem w uszach dźwięk silnika Porsche. Są też inne "on boardy", które warto oglądać. Najlepsze archiwalne, jakie znalazłem:









Sama transmisja, pomimo KZSWWKNWCK, również wygląda przyjemnie i inaczej przede wszystkim. Obrazki z trasy zastępowane są, oprócz kamer on board, wizytami w boksach. Często pojawia się na ekranie śpiący mechanik na oponach, czy nawet na podłodze. Kamera jest również wśród bawiących się przy torze fanów. Odbywają się koncerty, działa wesołe miasteczko ze słynnym diabelskim młynem. Jeden z filmów pokazuje wyścig z jego perspektywy.



A co ja bym zrobił, gdybym był na miejscu? Oprócz obowiązkowej przejażdżki diabelskim młynem, poszedłbym posłuchać wspaniałych dźwięków silników na prostej Les Hunaudieres, tak jak na filmie poniżej.



Właśnie to wszystko stanowi o niepowtarzalności każdego wyścigu Le Mans. Był kiedyś na YouTube taki świetny film, który pokazywał całą atmosferę, zaś jego podkład muzyczny stanowił utwór "Speed Of Sound" zespołu Coldplay. Filmik gdzieś się zawieruszył, ale piosenkę zapodam. Dobrej nocy!

Długa historia długiego wyścigu: 24 godziny Le Mans 2013

Jeszcze dziś trudno mi uwierzyć w to, że tegoroczny 24- godzinny wyścig Le Mans dobiegł końca, a wraz z nim tydzień wypadków, dramatów, nadziei i emocji. Z wielu powodów miniona 82. edycja (a 90. rocznica) pozostanie na długi czas w pamięci wszystkich kibiców.
Wszystko zaczęło się w sobotę, 22 czerwca o godzinie 15:00. Oczywiście wcześniej była jeszcze sesja warm up, wyścig legend oraz wyścig serii Ferrari Challenge. Podobnie, jak w latach poprzednich, miałem zamiar oglądać pełną 24- godzinną relację w Eurosporcie. Poczyniłem więc odpowiednie przygotowania w tym celu jeszcze przed startem. Zaaranżowałem specjalne "centrum informacji" ustawiając komputer blisko telewizora, aby mieć na bieżąco live timing, tweety najważniejszych zespołów i dyrekcji wyścigu oraz kamery on board z wybranych samochodów. Wcześniej wydrukowałem jeszcze spotter guide. Tak więc moje Le Mans musiało zacząć się już o 9:00. Ze wszystkim uporałem się do 13, pozostało już tylko to włączyć o 14:00.


Nie mogło zabraknąć również kawy. Była ona bardzo potrzebna, zwłaszcza nad ranem.

To nie jest product placement. Tak po prostu wyszło...
Ważne było jeszcze zaopatrzenie w odpowiednią ilość jedzenia. W tym przypadku starczyło bez problemu...


Tak przygotowany przystąpiłem do swojej największej próby w roku- obejrzeć kolejne niezapomniane Le Mans całe i cieszyć się każdą minutą. Ktoś powie, że przecież mam na to aż 24 godziny, więc po co oglądanie całości. Tak na prawdę cały ten czas mija mi zawsze bardzo szybko. Pod koniec zawsze mam taką refleksję, że przecież jeszcze przed chwilą się to zaczęło, a tu już ostatnia godzina. Tyle przygotowań, kwalifikacji, programów "Le Mans 24 minuty" i emocji, a teraz to wszystko się kończy. Poza tym, na Le Mans zawsze dużo się dzieje i nigdy nie wiadomo, kiedy nastąpi rozstrzygnięcie. Jest coś takiego w tym wyścigu, co nie pozwala mi na inne jego traktowanie. O 15:00 już wszystko działało. Natomiast na torze zaczęła zapisywać się kolejna historia.
Oczywiście wydarzeniem, które cieniem rzuciło się na cała rywalizację, był śmiertelny wypadek Allana Simonsena po zaledwie 7 minutach od startu. Duński kierowca załogi Aston Martin Racing #95 wpadł w poślizg na zakręcie Tertre Rouge, po czym z dużą siłą uderzył w barierę lewym bokiem samochodu. W skutek odniesionych obrażeń zmarł po przewiezieniu do centrum medycznego. To był jego siódmy start w Le Mans. Jak widać na poniższym filmie, nie było żadnego kontaktu ze strony jadącej za Astonem Corvetty #74.

 

Już wcześniej na tym zakręcie problemy miały inne samochody. Obrót zaliczył Franck Mailleux w Morganie #43 oraz Toni Vilander w Ferrari #71. Widać to wszystko na innym filmie.



Oczywiście po takim zdarzeniu był potrzebny wyjazd samochodu bezpieczeństwa. Okres neutralizacji trwał 50 minut, ale to nic w porównaniu z ogromnym szokiem i niedowierzaniem u każdego. Śmiertelny wypadek nie zdarzył się w tym wyścigu od 1986 roku, kiedy to w wypadku zginął Jo Gartner.
Jaka była przyczyna wypadku Simonsena? Otóż, w trakcie okrążenia formującego przed startem wyścigu, zaczęło padać. Nie była to ulewa na długości całego toru, ale widać było działające wycieraczki w samochodach Audi. Gdy stawka była na prostej Les Hunaudieres, na oficjalnym live timingu pojawiła się informacja: "Havy rain reported at Tertre Rouge". Mokra nawierzchnia na tym trudnym zakręcie najprawdopodobniej przyczyniła się do zdarzenia. Dodatkowo (widać to dokładnie na pierwszym filmie) koła samochodu Simonsena znalazły się w pewnym momencie na tym niebieskim pasie namalowanym obok zakrętu. Tego typu powierzchnia jest śliska, a pod wpływem deszczu zachowuje się jeszcze gorzej. Centymetry zadecydowały o utracie przyczepności kół i po wciśnięciu gazu przy wyjeździe na prostą samochód zachował się w ten sposób. Po tym zdarzeniu, zespół Aston Martin Racing chciał wycofać wszystkie swoje samochody z wyścigu, jednak rodzina Allana poprosiła o dalszą jazdę dla uczczenia jego pamięci.
Dalej wyścig toczył się już w zupełnie innych nastojach. Toyota, która od początku jechała bardzo szybko za sprawą Nicolasa Lapierre'a, spuściła trochę z tonu, zaś przyspieszyło Audi kierowane przez Andre Lotterera. Ten początek Audi był trochę zachowawczy. Opady deszczu oraz założone opony o średniej twardości przyczyniły się do takiej jazdy. Rzeczywiście po starcie można było mieć wrażenie, że treningi i kwalifikacje dotyczyły jakiegoś innego wyścigu. Audi traciło pozycje na rzecz Toyoty. Nawet prywatny Rebellion #12 trzymał się zaskakująco blisko niemieckich samochodów. Zwłaszcza Lucas Di Grassi- debiutant w Le Mans, zdawał się jechać wolno. Wszystko odmieniło się po zjeździe samochodu bezpieczeństwa i ściągnięciu z toru pechowego Astona Martina Vantage #95. Pogoda zrobiła się lepsza, ściganie wróciło "do normy", E- tron #1 zyskiwał przewagę, #7 i #8 traciły nieco, ale były oszczędniejsze. Każdy czekał na pierwsze tankowania, żeby porównać, o ile dłużej Toyota utrzymuje się na torze na jednym baku paliwa. Specjalnie nawet zapisywałem każdy postój w boksach (dokładną godzinę i numer okrążenia) samochodów walczących o miejsca na podium. I tak, pierwszy postój Audi #2 to godzina 16:16 (okrążenie 13), #1 16:20 (okr. 14), #3 16:21 (okr. 14). Natomiast Toyota #7 zjechała o 16:23 (okr. 15), zaś #8 o 16:26 (okr. 16). Daje to więc zysk jednego do dwóch okrążeń w stosunku do niemieckich samochodów. Jednak większość tego czasu stanowiła jazda za samochodem bezpieczeństwa, co dało na pewno mniejsze spalanie. Zapisałem więc następne postoje: #2 16:52 (okr. 23), #1 16:55 (okr. 24), #3 16:55 (okr. 24), #8 17:03 (okr. 26) i #7 17:07 (okr. 27), przy czym #7 zmieniła opony na deszczowe. Widać wyraźnie, że zysk zespołu Toyoty jest znacznie większy w warunkach normalnego ścigania. Jednak Audi zaczęło być coraz szybsze, zyskując na niemal każdym kółku po 3 sekundy. Przestało padać, tor zrobił się suchy, co zaś odbiło się na błędzie założenia "wetów" w #7. Pierwsze zmiany kierowców nastąpiły odpowiednio: w #2 o 18:15 (okr. 45), w #1 o 18:18 (okr. 46), w #3 o 18:19 (okr. 46), w #8 o 18:35 (okr. 50) i w #7 o 18:38 (okr. 51).
Bez względu na oszczędność Toyoty, przez większą część rywalizacji w sobotę na prowadzeniu znajdowało się Audi #1 w składzie: Andre Lotterer, Marcel Fassler, Benoit Treluyer. Są to zwycięzcy tego wyścigu z lat 2010 i 2011. Trzeba przyznać, że ich jazda jest zawsze imponująca. Podobnie było w tym roku. Niestety na 100 okrążeniu o godzinie 21:47, e- tron z Treluyerem za kierownicą zjechał nieplanowo do boksu. Informacje o awarii były różne. Mówiono między innymi o alternatorze. Tak, czy inaczej, naprawa zajęła mechanikom aż 45 minut i stratę 12 okrążeń, co jednocześnie pozbawiło szansy na zwycięstwo ekipę #1. Na prowadzeniu znalazł się samochód #2 (McNish, Kristensen, Duval) i jak się później okazało, prowadzenia tego nie oddał aż do mety. Zapadła ciemność nad torem Circuit de la Sarthe. Wraz z nią przyszły problemy niektórych teamów, wypadki oraz piękne widoki. Zresztą zobaczcie sami magię nocnego ścigania w Le Mans tego roku.

  

Porę nocną wykorzystał Andre Lotterer. Najwyraźniej świetnie czuje się wtedy za kierownicą, podobnie jak  Tom Kristensen. Tych dwóch wykonywało swoje zmiany w pełnych ciemnościach. Andre nie miał nic do stracenia, dlatego też zaczął wykręcać ekstremalnie szybkie czasy. Istne szaleństwo. Na każdym okrążeniu zyskiwał nad innymi od 6 do 10 sekund i odrabiał kolejne stracone pozycje w klasyfikacji generalnej. Ustanowił nawet najszybszy czas okrążenia w całym wyścigu, który wyniósł 3 :22 :746, czyli zaledwie 397 tysięcznych sekundy wolniej od zdobywcy pole position w kwalifikacjach- Loica Duvala. Ja natomiast w porze nocnej zachwycałem się piękną jazdą Porsche #91 (Pilet, Bergmeister, Bernhard) za sprawą on boardu z ich samochodu włączonego non- stop na monitorze komputera. W relacji telewizyjnej pojawiały się ponadto inne kamery z samochodów. Dopiero wtedy można było poczuć tą prędkość prototypu klasy LMP1 jadącego w zupełnej ciemności wśród rozmywających się linii na prostej Les Hunaudieres. W wyniku dwóch zdarzeń pojawiły się kolejne samochody bezpieczeństwa, co zaowocowało półgodzinnym snem od 3:00 do 3:30. Tak oto minęła połowa wyścigu. Później pojawił się dość spory deszcz, co zaowocowało wymianą opon na deszczowe wśród całej stawki. Dodatkowo zmienili się kierowcy: w #8 o 3:56 (okr. 188) i w #2 o 3:59 (okr. 189). Dopiero o 4:50 na 199 okrążeniu zmieniono się w #3, zaś o 4:53 na okr. 201 w #7. Świt pojawił się nad torem około godziny 6:00. Do tego czasu cała stawka jechała równo, bez poważniejszych zdarzeń. Przyszło wtedy największe zmęczenie, zarówno u mnie, jak i wśród zespołów. Grono wycofanych się powiększało. W godzinach od 23 do 7 z wyścigu odpadło 5 teamów.
Kolejne dramaty i okresy neutralizacji to już środek niedzieli. Najpierw kolejny Aston Martin #98 "stracił" silnik. Zaledwie godzinę później w bandę uderzył przodem Frederic Makowiecki w Astonie #99. Oby dwa samochody dalej nie pojechały. Bardzo pechowy był ten weekend dla brytyjskiej marki. Tegorocznego wyścigu nie może zaliczyć do udanych również zespół Rebellion Racing. Murowani kandydaci do bycia najlepszymi wśród prywatnych teamów mieli dużo problemów technicznych, a w dodatku Andrea Belicchi w Loli #13 rozbił przód samochodu tuż po okresie neutralizacji. W wyniku tego zdarzenia na tor ponownie wyjechał samochód bezpieczeństwa. Obie ekipy tego szwajcarskiego zespołu zajęły bardzo odległe miejsca, dojeżdżając do mety odpowiednio: #12 na 40, zaś #13 na 41 lokacie. Czołówka wyścigu jechała bezbłędnie, aż do przedostatniej godziny, kiedy pojawiły się obfite opady deszczu.
Takiej końcówki jeszcze nie pamiętam. Czarne chmury, co chwila informacje o "havy rain" na coraz to innym posterunku. Jeszcze wszystko mogło się zdarzyć. Piruety na torze stały się normalnością. Tym bardziej, że w chwili rozpoczęcia ulewy, cała stawka jechała na oponach typu slick. A tor jest długi (13,6 km) i trzeba jeszcze dojechać do boksu, aby zmienić opony. Nie udało się to Toyocie #7. Nicolas Lapierre wypadł na pierwszym z zakrętów "Porsche" i rozbił przód samochodu. Każdy myślał, że to koniec tej ekipy (Lapierre też już chyba chciał się wycofać), aż tu nagle kamera pokazuje zjeżdżającą na pitlane #7. Szczęśliwie dla Toyoty na torze pojawił się kolejny Safety Car, dzięki czemu obronione zostało miejsce 4. Bardzo szybko mechanicy uwinęli się z naprawą. Audi #1 nie zdołało tym samym wskoczyć na 4 miejsce, zaś #7 straciła szansę na podium. Na pół godziny przed końcem zjechał ostatni już SC. Jadące na pierwszym miejscu Audi #2 miało bezpieczną przewagę jednego okrążenia nad coraz szybszą w końcówce Toyotą #8, którą zaś gonił Oliver Jarvis w Audi #3. Zespoły nie zaryzykowały walki w tak trudnych warunkach. Toyota, która przez cały wyścig jechała bezawaryjnie i równo, pogodziła się z drugim miejscem w wyścigu. To i tak wspaniały sukces tej marki, biorąc pod uwagę fakt, że żaden z jej samochodów nie dojechał do mety w poprzednim roku. Daje to bardzo pozytywne spojrzenie na przyszłoroczną edycję, w której wprowadzony zostanie nowy regulamin. Do LMP1 powróci Porsche, wystartuje innowacyjny Nissan ZEOD, jednym słowem rewolucja.
Na miejscu trzecim i pierwszym dojechały odpowiednio: Audi #3 i Audi #2. Zespół #2 jadący w składzie: McNish, Kristensen, Duval, jak najbardziej zasłużył na końcowy triumf. Pole position w kwalifikacjach, znakomita i bezawaryjna jazda w trakcie wyścigu to idealna mieszanka młodości Loica Duvala i doświadczenia jego partnerów. Zwycięski samochód pokonał dystans 348 okrążeń, co daje 4733 km. Był to wyścig rekordowy pod kątem czasu jazdy za samochodem bezpieczeństwa, który wyniósł aż 5 godzin i 27 minut. Dla Toma Kristensena jest to 9 wygrana w 14 starcie w 24- godzinnym wyścigu Le Mans. Duńczyk nie krył wzruszenia, zaś swoje zwycięstwo zadedykował swojemu zmarłemu rodakowi- Allanowi Simonsenowi. Atmosfera na mecie była nieco inna niż zwykle, nie można było nie zauważyć poruszenia tragicznym wydarzeniem z soboty. Tym oto sposobem historia 24- godzinnego wyścigu Le Mans w 2013 roku została napisana i na pewno zostanie zapamiętana na wiele lat. Ani razu nie można było narzekać na brak zażartej rywalizacji w wyścigu. Wciąż jeszcze słyszę w oddali dźwięk silnika Porsche, z którym "przejechałem" całą noc. Każda minuta była warta oglądania, przez co już dziś marzę o pojechaniu za rok na tor i zobaczeniu tego wydarzenia na żywo. Być może się uda. W końcu marzenia się spełniają... I tego właśnie życzę każdemu kibicowi sportów motorowych, aby kiedyś mógł poczuć prawdziwą magię Le Mans, usłyszeć dźwięk silników na prostej Les Hunaudieres i po prostu być tam.
Na koniec jeszcze zestawienie zmian kierowców zwycięskiego Audi R18 e- tron quattro #2:
Start- 15:00 McNish,
18:15 (okr. 45) Duval,
22:13 (okr. 108) Kristensen,
1:34 (okr. 160) McNish,
3:59 (okr. 189) Duval,
7:11 (oke. 240) Kristensen,
9:13 (okr. 265) McNish,
10:27 (okr. 280) Duval,
12:16 (okr. 310) Kristensen 15:00- Meta.

Jedna Toyota emocji nie czyni

Trwa tydzień wyścigowy na torze Circuit de la Sarthe. 9 czerwca odbyły się pierwsze testy, zaś wolny trening i kwalifikacje to już wydarzenia ze środy i czwartku (19 i 20 czerwca). Natomiast jutro o godzinie 15:00 rozpocznie się 24- godzinny wyścig Le Mans. To już 90. rocznica tego niesamowitego wydarzenia w świecie wyścigów samochodowych. Dla mnie natomiast tegoroczna edycja będzie piątą w moim życiu, którą obejrzę od początku do końca. Pamiętam więc jeszcze historyczną walkę Peugeota z Audi. Co roku jedni bali się drugich, byli szybsi w kwalifikacjach, a później zawodzili w wyścigu. W każdym razie do końca nie było wiadomo, kto wygra. Klasycznym przykładem może być rok 2011, kiedy po 24 godzinach ścigania, zwycięskie Audi R18 #2 (Lotterer Fassler, Treluyer) dojechało do mety z przewagą 13 sekund nad koalicją Peugeotów. Warto dodać, że był to jedyny samochód niemieckiego producenta, który pozostał w walce, ponieważ dwa inne poważnie ucierpiały w wypadkach (filmy poniżej).





A dziś, kiedy jest już po sesjach treningowych i kwalifikacyjnych, martwię się ogromnie brakiem emocji w sobotę i niedzielę. Z trzech pierwszych pól startowych wyruszą samochody Audi, za nimi dopiero dwie Toyoty. Od kiedy wycofał się zespół Peugeota, Audi jest zdecydowanym faworytem. Rok temu każdy liczył na walkę ze strony Toyoty, która miała zastąpić francuski zespół pod kątem miejsca w czołówce. Było jednak zupełnie inaczej. Jeszcze przed zachodem słońca oby dwa samochody tej marki już nie jechały w wyścigu: jeden w wyniku defektu, a drugi został rozbity w wypadku. I teraz tak się zastanawiam, czy jest jakaś szansa, że jedynym pytaniem zadawanym podczas nadchodzących 24 godzin nie będzie: "Które Audi wygra?".
Są powody, dla których można spodziewać się raczej przewidywalnego wyścigu. Po pierwsze przewaga liczebna. Audi wystawia trzy prototypy, zaś Toyota tylko dwa. Czasy okrążeń, które uzyskiwał zespół Toyota Racing nie były konkurencyjne dla niemieckich rywali. Na pewno część winy można zrzucić na dużą ilość wypadków oraz pogodę, która w tym roku nie rozpieszcza kierowców. Jeszcze nigdy nie widziałem, aby trzy sesje z rzędu były zakańczane przed czasem z powodu czerwonej flagi i konieczności naprawy barier. Ponadto częsty deszcz nie sprzyjał szybkiej jeździe przez większość czasu, więc jedyna "sucha" sesja kwalifikacyjna praktycznie ustawiła pozycje startowe. W jej trakcie Toyota poszukiwała jeszcze optymalnych ustawień, a ponadto pojawiły się problemy techniczne samochodu #8. To wszystko zmusiło zespół do walki wczoraj, kiedy akurat dzienna sesja odbyła się na mokrym torze. Sucho zrobiło się dopiero w nocy. Udało się więc jedynie ekipie #8 za sprawą Stephana Sarrazina zbliżyć na 4 sekundy do najlepszego czasu Audi #2 (3:22.349) i wyprzedzić Lolę Rebellion #12. Szczegółowe wyniki można znaleźć na oficjalnej stronie wyścigu.
Taka zmienna pogoda, jaką obserwujemy w Le Mans może jednak pozytywnie wpłynąć na rywalizację. Opady deszczu, a później wysychanie toru to najgorszy scenariusz dla zespołów. Dla nas- kibiców, jest to szansa na nieprzewidywalne zwroty akcji, które lubimy. Jeżeli Toyota wypracuje odpowiednią strategię na taką ewentualność, ma realną szansę zagrozić Audi. Do tego należy dopisać fakt, że na każdym tankowaniu japońskie samochody (hybrydowe z silnikiem benzynowym) mogą wlać 3 litry paliwa więcej, niż hybrydowe diesle (wszystkie Audi). To powoduje, że na jednym zbiorniku pojadą o 2 okrążenia więcej. Całkiem sporo, biorąc pod uwagę, że tor Circuit de la Sarthe ma 13,6 km długości. Ekonomia może być kluczem do sukcesu również w przypadku zużycia opon. Tutaj Toyota znacznie mniej "niszczy" ogumienie z powodu lepszej aerodynamiki. Jest więc również kilka dobrych wiadomości dla oglądających tegoroczny wyścig. Potrzebna będzie jednak równa, bezpieczna i bezawaryjna jazda Toyoty.
Oczywiście dramatów nie brakuje w innych klasach. Przykładowo Lotusy #31 i #32 omal nie zostały pozbawione możliwości startu w wyniku zarekwirowania podzespołów przez komornika. Sprawa się jednak wyjaśniła na tyle, że oby dwa pojazdy zobaczymy jutro na starcie. Przypuszczam, że ciężko im będzie ukończyć zmagania, bo w dotychczasowych rundach WEC więcej przebywali w boksach, niż na torze. Straszliwy wypadek miał natomiast Tracy Krohn w Ferrari F458 pod koniec pierwszej sesji treningowej.



Mechanicy z ekipy Krohn Racing zdołali co prawda odbudować samochód na sam koniec wczorajszych kwalifikacji, ale żaden z kierowców nie pokonał wymaganych pięciu okrążeń w porze nocnej. Ciekawe, czy mimo tego, dyrekcja wyścigu zezwoli na start zespołu #57.
Le Mans już zbiera swoje żniwo, choć sam wyścig się jeszcze nie zaczął. Zawsze znajdzie się kilka pechowych teamów, które z różnych powodów nie zdołają przekroczyć mety. Kto to może być? Po obserwacji wszystkich treningów mogę wskazać na powracające po latach przerwy Vipery (#53 i #93), zespoły samych debiutantów (#40, #47, #54) oraz wyjątkowo pechową Strakkę Racing #21. Oczywiście nikomu nie życzę wycofania się z rywalizacji, ale to niestety też jest częścią 24- godzinnych zmagań. Jeżeli zaś chodzi o walkę o zwycięstwo w całym wyścigu to chciałbym, aby senność podczas oglądania pojawiła się tylko i wyłącznie z powodu wyczerpania, a nie z braku emocji. 

Następny przystanek- Le Mans

Odejdźmy na chwilę od tematów przygotowań do zimy. Ubiegła sobota upłynęła bowiem pod znakiem drugiego w tym roku wyścigu z serii World Endurance Championships. Kierowcy w 34. samochodach kategorii LMP1, LMP2, LMGTE Pro i LMGTE Am ścigali się przez sześć godzin na torze Spa- Francorchamps w Belgii. Od kiedy oglądam zmagania długodystansowe, Spa zawsze stanowiło próbę generalną przed najważniejszym wyścigiem sezonu, jakim jest "24 godziny Le Mans". Tak było i tym razem. Na starcie stanęły wszystkie najlepsze zespoły, z Audi i Toyotą na czele. To właśnie ich walka interesowała obserwatorów najbardziej. Liczono przede wszystkim na pokaz możliwości Toyoty i być może nawiązanie wyrównanej walki z niemieckim producentem.
Siły nie były wyrównane. Toyota wystawiła dwa prototypy TS030 Hybrid (numery 7 i 8) przeciwko trzem Audi R18 e-tron quattro (numery 1, 2 i 3). Dodatkowo ekipa z numerem 3 w składzie: Lucas Di Grassi, Marc Gene, Oliver Jarvis jechała e-tronem przygotowanym specjalnie na konfigurację toru w Le Mans, w związku z czym ten samochód był minimalnie dłuższy niż reszta R18 i miał inny pakiet aerodynamiczny. Natomiast u Toyoty nr 7 (Alexander Wurz, Nicolas Lapierre, Kazuki Nakajima), można było zaobserwować nowy body kit, charakteryzujący się innym wyglądem nosa i większymi reflektorami. Nie można również zapominać o innych, prywatnych teamach w klasie LMP1. Na starcie pojawiły się dwie Lole B12/60 zespołu Rebellion Racing oraz ulubione przez pana Grzegorza Gaca HPD ARX 03c należące do Strakka Racing. Oczywiście nie brakło uczestników w pozostałych klasach. Słabsze prototypy klasy LMP2 to przede wszystkim awaryjne Lotusy, jeden Zytek oraz modele Oreca i Morgan z silnikami Nissana. Obie klasy GTE stanowiły samochody Porsche 911 RSR, Aston Martin Vantage V8, Ferrari F458 Italia oraz Chevrolet Corvette C6-ZR1. Wyścigu rozgrywanego z taką stawką nie sposób było odpuścić.
Po starcie o godzinie 14:30 prowadzenie objęło Audi #2 z Loïcem Duvalem za kierownicą. Poważny błąd Andre Lotterera w #1 na pierwszym zakręcie zepchnął zdobywcę pole position na czwarte miejsce. Progres zanotowała Toyota #7, lądując na drugiej pozycji w walce na początku wyścigu. Czołówka wyglądała więc następująco: Audi #2, Toyota #7, Audi #3, Audi #1, Toyota #8, Rebelliony, Strakka i tak dalej. Lotterer szybko odzyskał jednak swoją nadludzką prędkość i na przestrzeni 30 minut powrócił na pierwsze miejsce w wyścigu. Nie brakowało również wypadków. Do pierwszego poważniejszego zdarzenia doszło po godzinie ścigania. Oreca 03- Nissan zespołu Delta- ADR z Antonio Pizzonią za kierownicą uderzył z całej siły w barierę przy zakręcie Eau Rouge. Jak się później okazało, utrata kontroli nad prototypem była spowodowana defektem tylnego zawieszenia.


Konieczna była neutralizacja, w związku z czym na torze ukazał się Safety Car. Jakby tego było mało, dyrekcja wyścigu zabroniła zjeżdżania do alei serwisowej. Wiele ekip, być może przez nieuwagę, złamało ten zakaz, za co pod koniec rywalizacji, po rozpatrzeniu sytuacji przez sędziów, posypały się kary stop & go. Kłopoty dopadły nawet lidera, który pod koniec okresu neutralizacji przebił oponę. Wymiana ogumienia była możliwa jedynie po zjechaniu SC, w związku z czym #1 straciła mnóstwo czasu i na pozycję lidera wstąpił ponownie Loïc Duval. Od tego czasu systematycznie na prowadzeniu następowała zmiana, po każdej wizycie w boxie aktualnego lidera. Za kierownicą zasiadali kolejni kierowcy, zaś różnice w czołówce nadal nie osiągały minuty. Walka o zwycięstwo była więc zacięta. Cały czas liczyła się w niej Toyota, szczególnie bardzo dobrze jadący zespół #7. Marzenia o wygranej skończyły się jednak nieco ponad dwie godziny przed końcem wyścigu. Nastąpiła awaria systemu przeniesienia napędu elektrycznego, w wyniku czego #7 musiała się wycofać z rywalizacji. Od tego czasu było jasne, że zwycięży Audi, lecz nie wiadomo było które. W LMP2 walczyła Oreca #49 zespołu PECOM Racing z Morganem #24 należącym do OAK Racing. Zaś w klasie LMGTE Pro zaciekły bój toczyły: Ferrari #51 AF Corse oraz Aston Martin #98. LMGTE Am to przede wszystkim walka duńskiej ekipy Astona #95, amerykańskiego Ferrari #81 i Corvetty #50. Oczywiście wciąż zdarzały się drobne wypadki.




Niemieckie maszyny pracowały jak zegarek, zjeżdżając na tankowanie dokładnie co 42 minuty. Można więc było pokusić się o wyliczenia, kto będzie musiał zameldować się w pit lane jako ostatni i jaka pozostanie mu przewaga nad resztą. Coraz więcej traciło Audi #3, które stanowiło raczej samochód testowy, niż pretendenta do triumfu końcowego. Przestała się liczyć Toyota #8, nie dając rady ze swoim "starym" body kitem. Zostały więc dwa e-trony: #1 i #2. Nastąpiła ostatnia zmiana kierowców, po której w samochodach zasiedli ponownie: Andre Lotterer i Loïc Duval. Wyścig przyszło więc kończyć tym, którzy go zaczynali. Andre zaczął kręcić niesamowicie szybkie okrążenia, czego efektem był najszybszy czas całego wyścigu: 2'00.435. W końcu o godzinie 19:52, po jedynie 34. minutach jazdy od ostatniego pit stopu, na ostatnie tankowanie zjechało Audi #1. Całość przebiegła tak szybko, że Lotterer zdążył wyjechać jeszcze przed Duvalem. Wtedy już tylko kataklizm mógł odebrać zwycięstwo ekipie Lotterer/Fassler/Treluyer. Jadące na miejscu drugim z kilkusekundową stratą Audi #2 musiało jeszcze ostatni raz zatankować. A stało się to o godzinie 19:55. Ponad pół godziny później, flagę w czarno- białą szachownicę jako pierwszy zobaczył Andre Lotterer w Audi R18 e-tron quattro #1. Na miejscu drugim uplasowali się Duval/McNish/Kristensen, zaś trzecie miejsce przypadło zespołowi Gene/Di Grassi/Jarvis. Jedyna Toyota, która dojechała do mety zajęła czwartą pozycję (kierowcy: Davidson, Buemi, Sarrazin). Wśród teamów prywatnych najlepszy okazał się Rebellion Racing #12 w składzie Prost/Jani/Heidfeld. Takie rozstrzygnięcie oznacza, że w klasyfikacji Mistrzostw Świata Endurance nastąpiła zmiana liderów. Zwycięzcy ze Spa zastąpili dotychczasowych liderów- McNisha, Kristensena i Duvala. W innych kategoriach zwyciężali:

  • LMP2- PECOM Racing Oreca 03 Nissan #49 ( Luis Perez Companc, Nicolas Minassian, Pierre Kaffer)
  • LMGTE Pro- AF Corse Ferrari F458 Italia #51 (Gianmaria Bruni, Giancarlo Fisichella)
  • LMGTE Am- 8 Star Motorsports Ferrari F458 Italia #81 (Vicente Potolicchio, Rui Aguas, Matteo Malucelli)
Szczególnie dramatyczną końcówkę zafundowali sobie zwycięzcy w kategorii LMGTE Pro, dojeżdżając do mety z przebitą oponą, będąc na tym samym okrążeniu, co Aston Martin #98 i Ferrari #71.
Skoro już wiadomo, jak przebiegł ostatni sprawdzian przed 24- godzinnym wyścigiem Le Mans, pozostaje nam już tylko poczekać, jakie wnioski wyciągną z niego poszczególne zespoły. Dla mnie, jako kibica, najważniejsze są emocje, nieoczekiwane zwroty akcji, dramaty, jak w 2010, kiedy to Peugeotom wybuchały silniki, czy w 2011, kiedy po serii wypadków przetrwało tylko jedno Audi i pokonało w pojedynkę koalicję czterech Peugeotów. Właśnie tego oczekuję po tegorocznej edycji legendarnego wyścigu. Dlatego po cichu dopinguję Toyotę, aby była w stanie zastąpić Peugeota i sprawić, że Niemcy zaczną się bać. Następny przystanek- Le Mans, już 22 czerwca. Zapraszam do zobaczenia zdjęć ze Spa na Endurance Info autorstwa Laurenta Chauveau. Na prawdę robią wrażenie.

P.S.: A wkrótce powrócę do tematyki przygotowań do zimy. KEEP NORDIC!