Jest weekend. Pogoda ostatnio dopisuje, więc postanawiasz wybrać się na biegówki do Jakuszyc. Pakujesz sprzęt do auta i jedziesz te 30, 100, czy nawet 200 kilometrów. W końcu wolne, więc można się poświęcić na chwilę spędzoną na śniegu. Na miejscu okazuje się jednak, że oprócz Ciebie, to samo pomyślało jakieś 10000 innych sympatyków biegania, więc już na wstępie stoisz w korku zanim wjedziesz na parking. Aż chciałoby się powiedzieć "witamy w piekle". Gdy udaje Ci się znaleźć jedno z ostatnich miejsc na parkingu, rozradowany ruszasz na trasy. I tu kolejny problem, bo z powodu zawodów, większość z nich jest zamknięta. Przecież weekend, więc i ścigający się muszą mieć coś od życia. Ostatnio były to psie zaprzęgi, a wkrótce utrudnienia spowodują biegi w ramach Festiwalu Narciarstwa Biegowego, odbywającego się w towarzystwie Biegu Piastów. W takich sytuacjach pewnie myślisz, że gorzej być nie mogło i w zasadzie po co ruszałeś się z domu. Mogłeś siedzieć spokojnie przed telewizorem, oglądając transmisję biathlonu z Oslo. Zanim jednak szlag zdąży choćby Cię tknąć, to przypomnij sobie, że zostając w domu musiałbyś słuchać Patryka Mirosławskiego i jego uniesień w stronę Soukalovej. Poza tym pewnie długo czekałeś na ten moment, w którym zapomnisz w końcu o swoich obowiązkach i oddasz się przyjemności zmęczenia się na trasach. Zastanawiasz się, co zrobić, gdy praktycznie nie ma gdzie biegać? Trasy wyczynowe zamknięte, na innych są zawody, a nie wybierzesz przecież "autostrady" spacerowej na Orle, podobnie jak połowa Twoich towarzyszy z walki o miejsce parkingowe. Powiedzmy, że na to też jest recepta, którą Tobie zaproponuję.
Ostatnio często bywałem w Jakuszycach, zarówno w weekend, jak i w dni tygodnia. Miałem okazję sprawdzić, które trasy dają najwięcej radości z biegania, nawet, gdy wszędzie jest mnóstwo ludzi. Trudno to sobie wyobrazić, ale są takie odcinki, na których można biec zupełnie osamotnionym. Jakby tego było mało, profile tych tras mogą się spodobać każdemu, kto chce trochę bardziej się zmęczyć.
Pierwszym z moich ulubionych rejonów są okolice tzw. Samolotu. Najbliżej można się tam dostać podbiegiem prosto z Polany Jakuszyckiej, który zaczyna się obok charakterystycznej anteny. Gdy już tam trafimy (co może nas kosztować trochę sił), znajdziemy się na wysokości ponad 1000 m.n.p.m. Do dyspozycji mamy różnego rodzaju krótkie pętle, które możemy swobodnie pokonywać, zawsze wracając do znanego punktu. Droga z Samolotu wiedzie bowiem na wprost w dół, aż do Schroniska Orle. Wybierając któreś z odgałęzień, zazwyczaj trafimy znów na prostą, dzięki czemu będziemy wiedzieli, skąd zaczynaliśmy. Jednym z lepszych odcinków jest tzw. Sępik. Wchodząc od strony Polany, na Samolocie musimy kierować się pierwszą ścieżką w lewo. Wybierając przeciwny kierunek możemy biec w kierunku Cichej Równi, skąd możemy zataczać już dłuższe pętle, lub trafić do schroniska Orle. Tam należy się spodziewać jednak większej frekwencji. Na Samolot można się dostać również okrężną drogą, np. przez Rozdroże pod Cichą Równią, jednak będzie to wybór bardzo żmudnej, wciąż wiodącej lekko pod górę drogi. Moim zdaniem lepiej "przyłożyć" na początku podbiegiem z Polany, zaś później po obróceniu się kilka razy wokół Samolotu, wrócić przez Cichą Równię Górnym lub Dolnym Duktem. Warto zauważyć, że na Samolocie często panują nieco inne warunki niż na Polanie, zwykle jest więcej śniegu i jest on szybszy. Jeżeli mimo moich tłumaczeń, nie wiesz, jak się tam poruszać lub nie kojarzysz tych nazw, wrzucam linki do tras zapisanych na Endomondo (1, 2), abyś też mógł z nich skorzystać. Pamiętaj o najważniejszym. Z Samolotu nie można zjeżdżać trasą wprost na Polanę (którą wchodziłeś wcześniej), bo jest ona jednokierunkowa!
Wariant drugi. Z jakiegoś powodu tak Cię poniosło na zjeździe z Samolotu, że znalazłeś się przy schronisku Orle. Patrzysz na "autostradę" a tam nieprzerwany tłum biegaczy i spacerowiczów naciera na schronisko tak, jakby to był co najmniej supermarket. Myślisz, że na pewno nie będziesz wracał tą trasą. Masz więc dwa wyjścia. Szansę na odrobinę mniejszy ruch odnajdziesz na drodze w kierunku Rozdroża pod Cichą Równią (trasa Elektrowni Turów). Czeka Cię tam jednak monotonny podbieg aż do samego rozdroża, skąd do Polany będzie już praktycznie cały czas lekko w dół. Przebiegnięcie tej drogi w drugą stronę daje z pewnością więcej przyjemności. Jeżeli chcesz spróbować, zostawiam link do trasy. Drugą opcją powrotu ze Schroniska Orle jest wybór długiej drogi, okrążającej Kozi Grzbiet, która i tak wyjedzie na skrzyżowaniu z "autostradą". Rozwiązanie dobre dla tych, którzy nigdy nie mają dość, nawet gdy trasa staje się monotonna, telefon traci zasięg, a spotykani ludzie coraz częściej okazują się być Czechami. Droga wiedzie bowiem na samą granicę, skąd później wracamy dość długim podbiegiem do skrzyżowania z "autostradą". Jeżeli już ją wybierać, to biegnąc w przeciwnym kierunku, czyli na Orle. Będzie więcej z góry, a ostatnie kilometry powitają nas takim widokiem, jak na poniższym zdjęciu. Tą trasą również podzielę się przez Endomondo: link.
Jak się okazuje, nawet w piekle można się nieźle bawić. Wystarczy tylko wiedzieć, gdzie przestaje nim ono być. Następnym razem, gdy sytuacja na trasach będzie podobna lub trafisz na zawody, przypomnij sobie ten tekst. I pamiętaj, że wszystko staje się prostsze, gdy narty idą dobrze.
Zaraz, zaraz. Gdzie ruszać i po co? Już wyjaśniam. Wkrótce przyjdzie taki czas, że autor pojedzie na Północ, a dokładniej do norweskiego miasta Alta. A jedzie tam, aby studiować, pracować, trenować, czyli po prostu żyć. To samo mógłby robić tutaj, ale po co, skoro jest tyle powodów przekonujących do znalezienia innego miejsca dla siebie. Poza tym, jak inaczej miałby stać się Człowiekiem Północy?
Wyobraźcie sobie zwyczajnego małego człowieka, który miał ambitne marzenie zamieszkania tak daleko "u góry", jak tylko potrafił wtedy dosięgnąć na mapie. Tym miejscem była właśnie Alta. Później człowieczek dorósł, a wraz z nim zmieniały się kilka razy jego upodobania i perspektywy. Zapomniał wreszcie o swoim marzeniu, które i tak od początku było za mało realne, aby się spełniło. Aż w końcu któregoś razu spojrzał w lustro, prosto w swoje oczy. Trudno mu to przyszło, bo wiedział, że kiedyś skłamał w te same oczy obiecując, że niedługo zobaczą one zorzę polarną. Próbował się tłumaczyć: "czasy się zmieniają...". "Gówno prawda", odpowiedziały te same oczy. Od tej pory przestał w nie patrzeć, bo był zbyt zajęty. Postanowił zrobić wszystko, żeby jednak zapracować na to marzenie. Aż w końcu kilka dni temu znów spojrzał na siebie. I uśmiechnął się. Jak by tego nie ująć inaczej, po prostu czasem do spełnienia jakichś planów, potrzeba odważnych decyzji. Nawet, jeżeli tą odwagą ma być zamieszkanie na odległej Północy Norwegii. Z taką nadzieją wyjadę za kilka miesięcy, aby zacząć studia na najdalej wysuniętym na Północ uniwersytecie na świecie- Universitetet i Tromsø, a dokładniej jego oddziale w Alcie. Co będzie dalej? Tego sam jestem ciekaw.
Trudno powiedzieć, co wydarzy się przez ten cały czas, w którym mnie tu nie będzie. Jamrozowa Polana zorganizuje pewnie zawody Pucharu Świata w biathlonie, a później Mistrzostwa Świata. W Jakuszycach zostanie podpisane kolejne 1000 listów intencyjnych o budowę tego, czy tamtego, a i tak skończy się "jak zwykle". No, może tylko następne wyczynowe trasy zostaną zamknięte dla ogółu i udostępnione "tylko zorganizowanym grupom sportowym po wcześniejszym uzgodnieniu ze Stowarzyszeniem Biegu Piastów". Swoją drogą bardzo fajnie wyglądają te puste, ogrodzone odcinki, na których od tego czasu nie widziałem jeszcze trenujących zespołów. Sami widzicie, że tu żyć się nie da, tu nie da się mieszkać. Dlatego wyjadę, zanim wszystko zniknie. Choć wcale nie przyznam, że "czuję się dobrze tylko tam, gdzie pada i szaro i wieje ci w twarz". Nie muszę też "uciekać hen przez śnieg od tych, co tęsknią do wojen", choć czasem wydawać by się mogło, że tak właśnie jest.
Nie pisałbym tego wszystkiego, gdyby nie szły za tym pewne zmiany. Trudno mi dokładnie przewidzieć czy i w jakiej formule będę stamtąd pisał. Jeżeli tak, to przypuszczam, że oprócz tematów biathlonowych, które na zawsze pozostaną, pojawi się jeszcze coś na temat życia na Północy, które wygląda nieco inaczej, niż tu. Z chęcią pokażę Wam tamtejsze krajobrazy, zorzę polarną i wiele więcej, jeżeli tylko czas pozwoli. Póki co, wszystko zostaje po staremu.
Na koniec dodam jeszcze jedno. Jak by to banalnie i tkliwie nie brzmiało, róbcie to, co daje Wam satysfakcję i nie rezygnujcie ze spełniania marzeń. Pomyślcie, że czasem warto zaryzykować i spróbować postawić wszystko na jedną kartę, żeby móc spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: "niczego nie żałuję". Po co tkwić w szarości, mając do dyspozycji słabe, ale stabilnie "dzisiaj"? Lepiej zagrać o to lepsze, ciekawsze "jutro". Nie mamy przecież wiele do stracenia. Zawsze zostanie nam przynajmniej "hardkor i disko"...
"Witam Państwa w ometkowanym świecie...". Tym razem sprawdzimy, jak spisują się najnowsze buty One Way Premio 9 Skate. Mówiąc szczerze, to razem z ich pierwszym użyciem, swoją szansę na prawdziwy test dostały również narty tego samego modelu fińskiego producenta. Czekały długo, bo od stycznia zeszłego roku. Cierpliwość się opłaciła? Zobaczmy.
6 stycznia, Polana Jakuszycka. Słonecznie i mroźno, a ostatnio o podobną pogodę nawet w Jakuszycach było trudno. Takie warunki oraz dzień wolny od pracy z pewnością przyciągnęły turystów, którzy wylegli na trasy w tak dużej liczbie, że miejscami ciężko było się przebić. Sprawy nie ułatwiało wciąż dające o sobie znać kolano. Czego jednak nie robi się dla chwil na nartach? Zawsze można spędzić trochę mniej czasu, wybrać bardziej płaski teren, przechodzić co jakiś czas na double poling. Wszystko to pozwoliło sprawdzić zestaw Premio 9. Pierwsze, co rzuca się w oczy ze strony butów to ich sztywność. Wcześniej biegałem w Salomonach Equipe 8 Skate, o segment niższych od obecnych. Trudno więc porównywać cokolwiek, bo przy Premio 9 ich sztywność przypomina kapcie. Zastosowanie twardszego korpusu oraz podeszwy z włókna węglowego powoduje, że zmiana jest zauważalna. Obecnie stopa jest odpowiednio trzymana, dzięki czemu każdy ruch może być odpowiednio kontrolowany. Podobnie jest z pozycją. System podeszwy, o który tak się martwiłem wcześniej, to SNS Pilot 3. Dokładnie jak przypuszczałem, nie odczułem zmiany w kontroli nart, podobnie jak w wygodzie wyprowadzania kroków. Jest po prostu dobrze. Jedynie przy wpinaniu do wiązań można było stwierdzić, że rzeczywiście belka mocująca została przesunięta w tył. Sporą poprawę natomiast odczuły moje piszczele. Sławne problemy, które przeżywa Justyna Kowalczyk, w moim przypadku rozwiązały się za sprawą lepszych butów. Choć trzeba przyznać, że w lecie pracowałem trochę nad techniką, co mogło wspomóc usunięcie tej przypadłości. Tak czy inaczej, w funkcji przytrzymywania części ponad kostką, Premio 9 spisują się również bardzo dobrze.
Narty miały okazję dotknąć śniegu pod koniec zeszłego beznadziejnego sezonu. Nie było jednak mowy o czymś więcej poza pierwszymi odczuciami. Tu możecie je przeczytać. Podczas normalnych warunków mogłem wykorzystać ich zalety w stu procentach. Wciąż najbardziej cieszy mnie ich niska masa. Czuć to przede wszystkim na podbiegach. W połączeniu z właściwymi butami, wszystko idzie znacznie lepiej niż dawniej.
Spodziewaliście się pewnie tekstu typu: "Zima wróciła! Sezon rozpoczęty, więc ruszamy na trasy". W takim razie muszę Was rozczarować. Co prawda, w Jakuszycach sezon faktycznie się rozpoczął, a wkrótce nastąpi to na Jamrozowej Polanie, ale nie dla mnie. Tym razem powodem jest prawe kolano, które odmawia współpracy. Co jakiś czas przypomina mi tym samym o moim bardzo dawnym już zajęciu, jakim był... taniec towarzyski. I tu zostawiam czas na przeczytanie jeszcze raz, otrząśnięcie się z szoku, czy co tam kto preferuje. Tak, czy inaczej, na razie mogę zapomnieć o bieganiu. Zawsze może być jednak gorzej.
Bezczynność nudzi, a już na pewno nie motywuje do pracy. Część winy można na pewno zrzucić na minione Święta. Taki czas służy jednak przemyśleniom na różne tematy. A trochę ich było. Przykładowo IBU ujawniło, że u kolejnej osoby stwierdzono stosowanie dopingu. Danych biathlonisty/biathlonistki podejrzanego/podejrzanej o stosowanie EPO jeszcze nie ujawniono. Wszystko rozstrzygnie się po ponownym przebadaniu próbki, czyli najprawdopodobniej w styczniu. Wiadomo jednak, że osoba, o której mowa, została zawieszona 15 grudnia, czyli nie startowała w zawodach PŚ w Pokljuce lub Pucharu IBU w Obertilliach. To już kolejny taki przypadek w tym sezonie, po wpadce Loginova. Wtedy myślałem, że z dopingiem znów jest źle. Zwłaszcza, jeśli chodzi o rosyjskich biathlonistów. W tym momencie wiem, że zawsze może być gorzej.
Tradycyjnie dzień po Świętach mogliśmy oglądać biathlonowe zawody World Team Challenge na stadionie Schalke 04 Gelsenkirchen. Śniegu jak zawsze było mało, ale organizatorom udało się przygotować niedługą pętlę. Tej imprezie nie można odmówić atrakcyjności. Zwroty akcji, dzięki wielu wizytom na strzelnicy oraz tylko 10 zespołów na starcie to zestaw idealny dla każdego, kto nawet nie interesuje się biathlonem. Pierwszą część rywalizacji, czyli bieg masowy wygrała para włoska- Dorothea Wierer i Lukas Hofer. Bieg pościgowy padł łupem duetu z Ukrainy w składzie: Valj Semerenko i Serhiy Semenov. Za każdym razem blisko zwycięstwa były pary niemieckie, najpierw Dahlmeier i Graf, a później Hildebrand i Lesser. Obie musiały jednak zadowolić się drugim miejscem w poszczególnych biegach. Zawsze jednak mogło być gorzej.
Puchar Świata w biegach narciarskich ostatni raz zawitał do Szklarskiej Poręby w 2014 roku. Czy już nigdy się to nie powtórzy?
Szklarska Poręba nie zorganizuje już Pucharu Świata w biegach narciarskich. Taką informację podało ostatnio Polskie Radio Wrocław. Powodem jest brak funduszy miasta na finansowanie tak kosztownej imprezy. A przypomnijmy, że jeszcze niedawno mówiło się o zorganizowaniu mikrocyklu (bo to przecież w modzie) wraz z Harrachovem. Warto dodać, że strona czeska również wypowiedziała się negatywnie w tej sprawie. Mówi się też o niewielkiej (!) popularności biegów w Polsce, przez co sprzedaż biletów nie zapewniłaby odpowiedniego pokrycia kosztów. Może Was zaskoczę, ale po części się z tym zgadzam. Pamiętam, jak w ubiegłym sezonie na zawody PŚ w Jakuszycach przyszła ogromna liczba kibiców. Szkoda tylko, że ledwie połowa z nich była tam w czasie biegów męskich. A obecna sytuacja i jej tłumaczenie potwierdza tylko moje słowa. Mało kto zainteresuje się imprezą, podczas której nie wygra Justyna Kowalczyk lub inny z naszych reprezentantów. Patrząc w takich kategoriach, zwyczajnie się to wszystko nie opłaca i akurat w tym przypadku ciężko winić władze. Natomiast każdemu, kto rozczarował się postawą Szklarskiej Poręby, proponuję: wyślij sobie pocztówkę stamtąd, bo "tam gdzie ją wyślesz prawdopodobnie jest znacznie gorzej". Inną sprawą jest, że taki Puchar Świata sam w sobie byłby świetną pocztówką Jakuszyc (tylko trochę droższą), obok Biegu Piastów zaliczanego do serii Worldloppet. Mamy zatem do czynienia z pewnego rodzaju strzałem w kolano. A właśnie, moje kolano, co za pech...
Widok z trybun podczas zawodów PŚ w Szklarskiej Porębie w sezonie 2013/2014. Podobnych obrazków już nie zobaczymy.
Jakby nie patrzeć, to jednak taka przerwa od wszystkiego czemuś służy. Czasem warto zwolnić tempo, bo nigdy nie wiadomo, czy w tej ciągłej serii zdarzeń nie zapomnieliśmy o czymś najważniejszym. I właśnie takiego "zwolnienia" mogę Wam życzyć w przyszłym roku. Oby był on znacznie lepszy od tego. W końcu nie zawsze musi być gorzej...
Ostatnio na portalu sport.pl pojawił się ciekawy felieton Justyny Kowalczyk. W skrócie chodzi o dominację Norwegów od początku sezonu Pucharu Świata w biegach narciarskich. Dla zainteresowanych spojrzeniem naszej zawodniczki odsyłam do źródła: link. Temat został jeszcze rozwinięty przez tę samą stronę tu. Od razu pojawiły się też stwierdzenia dziennikarzy i specjalistów, według których biegi przestają być ciekawe, czego powodem jest właśnie dominacja jednej nacji. A tak się złożyło, że wszystko znalazł w internetach mój niezawodny kolega, dzięki czemu dorwałem się do tematu. I właśnie teraz opowiem Wam, co o tym myślę.
Po zawodach w Lillehammer można odnieść wrażenie, że Norwegowie odskoczyli reszcie i stworzyli własny poziom rywalizacji. Jednak ja nie szedłbym aż tak daleko we wnioskach. Po pierwsze, wśród mężczyzn stawka była dość wyrównana choćby tydzień temu w Kuusamo, kiedy na podium znalazło się dwóch Finów. No chyba, że sprawę rozszerzamy o całą Skandynawię, to wtedy rzeczywiście mamy powód do narzekania, ale mamy też poważny problem ze sobą. W ogóle biegi męskie od zawsze były ciekawsze, bo przecież do niedawna wśród kobiet mieliśmy sytuację, gdzie na podium mogliśmy w ciemno stawiać Bjoergen, Kowalczyk i Johaug w kolejności zależnej od stylu i dystansu. Wtedy było w pewnym stopniu tak samo "nudno" jak teraz, więc nie przesadzajmy. Jedynie wśród mężczyzn może dziwić brak formy takich dobrych zawodników, jak Poltoranina, Vylegzhanina i Legkova, ale tak jak stwierdził szef centrum przygotowań olimpijskich, Tore Ovrebo, jest to sezon poolimpijski i można się spodziewać nieco gorszych wyników. Jedynie Norwegowie nie mogą sobie na to pozwolić (poza Northugiem, co zresztą widać), bo straciliby miejsce w reprezentacji na rzecz obiecujących młodych zawodników, których jest bardzo wielu. Można choćby zaobserwować, że pojawiają się takie talenty jak Haga, Ek Hagen wśród kobiet, czy Golberg i Krogh wśród mężczyzn. Przez to siłą rzeczy może się zdarzyć, że na początku sezonu Norwegowie wyprzedzają formą innych.
Na taką dominację nawet Martin Fourcade nie wystarczy ;)
Problem tkwi również w czymś innym. Warunki do dominacji stwarzają niestety obecne w zawodach o Puchar Świata tzw. mikrocykle. Przez kilka dni rozgrywane są na przykład trzy biegi (przy czym zawsze jest w tym sprint), a całość kończy się biegiem pościgowym. Jednym słowem takie małe Tour de Ski. Pytanie tylko brzmi, dlaczego taka formuła zawodów, która ma być podobno ciekawsza, czyni ją przewidywalną. Przez bonifikaty ze sprintów wystarczy być dobrym w tej specjalności i jakoś dać radę w reszcie biegów (tak jak przykładowo Krogh w Lillehammer), przez co ma się zapewnioną całą masę punktów do klasyfikacji generalnej. To jeszcze nie jest aż takim problemem. Najgorszy jest fakt, że za poszczególne biegi mikrocyklu otrzymuje się mniej punktów (za zwycięstwo 60, zamiast 100), przez co liczy się praktycznie tylko to, co zdarzy się na końcu. Wiem, że "prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy", ale to wygląda trochę tak, jakby w biathlonie przyznawano więcej punktów za bieg pościgowy, niż za sprint. Na szczęście IBU nie ma nawet takich planów w głowie, bo i po co. Biathlon przecież staje się z roku na rok coraz ciekawszy, choć i tak mówi się o dominacji Martina Fourcade. Wśród pań tak jakby rozmiękł nam ten znany "beton" w postaci Makarainen, Soukalovej i Domrachevej, wpuszczając na podium na przykład Tiril Eckhoff, czy Włoszkę Wierer. FIS natomiast powinien przestać fascynować się "tourami", mikrocyklami i tym podobnym, bo wkrótce cały sezon zakończy się wielkim biegiem pościgowym, w którym lider będzie miał godzinę przewagi nad drugim zawodnikiem i tak dalej. W sumie to nawet dotychczas finałowe zawody w Falun były właśnie takim cyklem z całą masą punktów do zgarnięcia. Po raz kolejny warunki idealne do podkreślenia czyjejś dominacji.
W tym wszystkim nie można winić Norwegów. Medal ma zawsze dwie strony i tak jest też w tym przypadku. Rywalizacja się dopiero rozpoczęła i jeszcze wiele biegów przed nami, w których na pewno zabłyśnie Dario Cologna, czy po raz kolejny Iivo Niskanen. Wśród pań może sytuacja powróci do tej sprzed roku. Poza tym, zawsze byłem zdania, że pieniądze grają w sporcie olbrzymią rolę i nie da się tego przeskoczyć, nie mając odpowiedniego wsparcia. To samo stwierdza pani Justyna w swoim felietonie i nie pozostaje mi na koniec nic innego, jak zgodzić się z tymi słowami:
"Zresztą, o czym ja piszę, przecież u nas nawet na armatkę do robienia śniegu w Jakuszycach zabrakło. Trasa nartorolkowa wciąż jest w strefie marzeń. Tak, marzeń, nawet nie planów. Lokalni działacze się kłócą. PZN ma to gdzieś. Kadry ciągle trenują za granicą. Ciężko będzie w takich warunkach wyprodukować kolejnego mistrza. A bez mistrza wcześniej czy później Polska w ślad za Estonią czy Austrią zniknie z mapy krajów zainteresowanych biegówkami."
Czasem wydaje mi się, że żyjemy w dwóch odmiennych światach. Odległość pomiędzy Jelenią Górą a Dusznikami- Zdrój to jedyne 110 km, a wygląda na to, że gdzieś w połowie tej drogi znajduje się granica, za którą istnieje inny wymiar. Najlepszym na to przykładem jest ostatni weekend. Na Jamrozowej Polanie odbyły się wówczas Mistrzostwa Polski w biathlonie na nartorolkach, zaś na trasie w Sobieszowie również Mistrzostwa Polski, z tą różnicą, że były to "zwyczajne" nartorolki bez karabinu. W obu przypadkach mogli startować amatorzy, w obu nie wykorzystałem tej możliwości. I na tym podobieństwa się kończą.
Jamrozowa Polana. Autorem zdjęć jest pan Marek, który udostępnił je dla wszystkich, za co należą się podziękowania.
Jeszcze niedawno nie przeszłoby mi przez myśl, że jest możliwe zorganizowanie biathlonu dla amatorów. Bo przecież kto by pomyślał, żeby dać komuś spoza zawodowców karabin do ręki. Tymczasem jesteśmy tuż po rozegraniu takiej imprezy na Jamrozowej Polanie, która jakby tego było mało, odbyła się w strugach deszczu. Takie warunki nie zniechęciły jednak miłośników biathlonu, którzy w sporej liczbie pojawili się na starcie swoich zawodów. Wszystkim im należą się spore brawa za postawę godną Człowieka Północy- nie do zatrzymania przez złą pogodę. Gdy widzę zdjęcia i filmy z imprezy nie dowierzam, że w takim deszczu można poradzić sobie na tej trasie, która nawet sama w sobie nie jest łatwa. Po raz kolejny udało się tym samym przybliżyć biathlon ludziom i to w najlepszy możliwy sposób. We wszystkim pomógł Polski Związek Biathlonu, zaś podobne zawody mają powrócić jeszcze do Dusznik- Zdroju w zimie. Będzie ciekawie. Dzień zakończyły biegi sprinterskie zawodowców, rozegrane przy sztucznym świetle. Łatwo nie było, ale na pewno widok całej kadry narodowej na starcie wynagrodził kibicom ich wytrwałość. Nazajutrz, już przy lepszej pogodzie, odbyły się biegi pościgowe. Wyniki znajdziecie na pewno na biathlon.pl. Zapraszam również do obejrzenia świetnych zdjęć z niedzielnych biegów autorstwa pana Marka oraz pani Agnieszki: link.
W biegu pościgowym kobiet zwyciężyła Krystyna Guzik.
W tym samym czasie w Jeleniej Górze rywalizowano na trasie w Sobieszowie. W kilku kategoriach wiekowych ścigali się biegacze narciarscy z różnych klubów. Zabrakło kadry, bo miała akurat zaplanowany trening na Słowacji, tak więc całe określenie Mistrzostw Polski było trochę na wyrost. Ale cóż poradzić. PZN rozpisał terminarz i zawody miały być tu i teraz. Z tym "tu" to też nie był strzał w dziesiątkę (w końcu to nie biathlon). Nie wiem, jak to wygląda w siedzibie władz związku, ale chyba nikt nie słyszał nigdy o Jamrozowej Polanie. Chyba, że rzeczywiście było takie parcie ze strony kogoś z zewnątrz, aby ukazać trasę w Sobieszowie jako wzorowy obiekt do tego typu imprez. Tymczasem nie ma co się oszukiwać, że w porównaniu właśnie do Dusznik, pętla o długości 2 km w Jeleniej Górze jest po prostu śmiesznie łatwa. Do treningów młodych adeptów narciarstwa biegowego z pewnością się nadaje, ale nie na zawody takiej rangi. Widocznie dolnośląski oddział PZN chciał pokazać, że ma do dyspozycji świetne miejsca i nie trzeba żadnych nowych inwestycji. Dla mnie jednak wygląda to jak rozpaczliwe wołanie o pomoc. A czy nie lepiej byłoby się zwrócić w kierunku biathlonu i wspólnie korzystać z różnych dobrodziejstw? Zdaję sobie sprawę, że nie jest to łatwe pod wieloma względami, ale funkcjonowanie jak dwa odmienne światy też nie jest wyjściem. Biathlon radzi sobie świetnie, reklamuje się i wychodzi do ludzi. Biegi przypominają natomiast jakiś straszliwy beton o zasadach rodem z poprzedniego wieku, bazujący wyłącznie na tym, co znajduje się najbliżej Jakuszyc. Wracając do zawodów, to w niedzielę odbył się (mini)uphill do Zachełmia na dystansie 2,2 km. Zawodnicy startowali w odstępach czasowych, co poniekąd pozbawiło bieg emocji. Nie było jednak innego wyjścia na dość krótkiej trasie. Wyniki i relacje znajdziecie tu.
Można mi zarzucić, że narzekam na wszystko w okolicy i nic mi się nie podoba. Prawda jest trochę inna. Bardzo dobrze, że zawody w Jeleniej Górze się odbywają i ogólnie coś się dzięki temu dzieje. Po randze Mistrzostw Polski można spodziewać się jednak wyższego poziomu organizacyjnego i sportowego, choćby zbliżonego do tego z Jamrozowej Polany. Niestety, to wciąż są dwa zupełnie inne światy.
Coraz bardziej popularne staje się tworzenie letnich wersji wielkich biegów narciarskich. Z własnego "podwórka" znamy rozegrany przed tygodniem Letni Bieg Piastów, a oprócz tego można przywołać Marcialonga Running, który odbył się dzisiaj i Jizerską 50 Run startującą za tydzień. Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował zastanowić się nad tym, po co organizować tego typu imprezy.
Polana Jakuszycka. Kiedyś zrobiłem takie zdjęcie i chyba teraz przyszedł na nie czas.
Ten tekst piszę tuż po tym, jak udało mi się wreszcie wybrać na pętlę Letniego Biegu Piastów. Biegłem sam, towarzyszył mi jedynie sztuczny głos Endomondo, informujący o tempie, dystansie i czasie. Poznałem trasę o długości 10 km, a nawet trochę oprócz niej, bo raz prawie zabłądziłem źle skręcając. Na szczęście w porę się zorientowałem. Jakby kłopotów było mało, ten beznadziejny telefon po raz kolejny odmówił współpracy i nie policzył mi fragmentu trasy. Koniec końców przebiegłem całość w czasie pomiędzy 50 a 55 minut, zresztą i tak nikogo to nie obchodzi. No właśnie, bo nie zawsze biegnie się dla czasu czy miejsca. Jednym z celów organizowania tego typu biegów jest zabawa. Promowanie sportowego trybu życia to zawsze coś, co dodaje wydarzeniu uniwersalnego wydźwięku. Bo kto byłby zainteresowany walką kilku zawodników z takich i takich klubów? Owszem, dla nich też jest miejsce, ale w tym przypadku nie ogranicza się stawki w taki sposób. To amatorzy, obecni na starcie w ogromnej liczbie, osiągający limit swoich możliwości stanowią o sile biegu. Bo przecież nikt chyba nie powie, że podbieg na Samolot zaraz po starcie nie jest sięganiem limitów. Czasem ktoś chce się sprawdzić, czasem coś udowodnić i pokazać, a czasem po prostu przebiec całość- na wszystko jest miejsce. W dodatku bieganie w górach ma swój niepowtarzalny charakter.
Im dalej biegłem, tym bardziej zadawałem sobie uporczywe pytanie: "po co to wszystko?" i wymyśliłem coś jeszcze. Oprócz zmierzenia się z własnymi słabościami i próby pokonania ich, chodzi o doświadczenie uczucia startu w jednym z wielkich biegów. Dla tych, którzy interesują się narciarstwem biegowym, ale jeszcze nie odważyli się na start w prawdziwej Jizerskiej 50, jej letnia odmiana może być świetnym przedsionkiem do spróbowania tego w przyszłości. A w dodatku znacznie lepiej brzmi, gdy ktoś powie, że startował w Letnim Biegu Piastów, niż w półmaratonie o puchar burmistrza Bystrzykorzyczewka... I na końcu aspekt promocyjny. Rozgrywanie letnich biegów z kategorii Worldloppet jest również przypomnieniem, że takie coś istnieje i można się jeszcze zapisać na zimową edycję. A gdy w stawce znajdzie się przypadkiem jakiś znany sportowiec, to już sukces murowany.
Teraz spoglądam jeszcze raz na profil trasy Letniego Biegu Piastów i zastanawiam się, czemu wtedy nie wystartowałem. Przypominam sobie to, co dzisiaj przeżyłem na trasie i już znam odpowiedź. Po prostu nie lubię tłoku i pozostańmy przy tej wersji ;)
W lecie ośrodki narciarstwa biegowego, takie jak Jakuszyce, zwykle stoją i czekają na zimę. Czasem coś się buduje, żeby w zimie powitać turystów, amatorów biegówek i zawodników. Taki powiew świeżości jest dobry, zwłaszcza gdy latem nie można zaproponować tras na nartorolki, a jedynie szlaki turystyczne. Dlatego dyrekcja Biegu Piastów postanowiła wprowadzić kilka zmian, aby w przyszłym sezonie pojawiło się kilka nowości. Zapomniała jednak, że te nowości powinny byś sprzyjające narciarzom, a nie ich zniechęcające.
Oprócz postawienia budynku (najprawdopodobniej jakiejś wypożyczalni/restauracji) w okolicy stacji kolejowej, w Jakuszycach ma powstać kilka nowych tras. Ich otwarcie wiąże się z uzyskaniem zgody Nadleśnictwa w Szklarskiej Porębie, więc nie jest to jeszcze pewne. Jednak najważniejszą informacją, nad którą mam zamiar się tutaj pochylić, jest plan zmiany zasad korzystania z tras wyczynowych z homologacją FIS. Otóż mają być one dostępne tylko dla zawodników i ewentualnie dla grup zorganizowanych obozów szkoleniowych. Kontrowersyjna i bezsensowna decyzja. A dlaczego? Powodów jest wiele.
Przede wszystkim interesuje mnie, jak ma być egzekwowany nowy regulamin korzystania z tras wyczynowych FIS? Czy trasa ma zostać ogrodzona pastuchem elektrycznym, a przy wejściu na nią będzie stał ktoś odpowiedzialny za wylegitymowanie osoby chcącej z niej skorzystać, czy rzeczywiście jest zawodnikiem? Czy może trenujące tam kluby będą same wymierzać sprawiedliwość każdemu nieupoważnionemu pokazem pięknej polszczyzny w postaci słów zaczynających się na spier...? To tak idiotyczne, że więcej nic nie napiszę.
Albo jednak jeszcze bardziej rozwinę temat. Co na przykład z osobami takimi jak ja? Co z amatorami, których starty w zawodach zupełnie nie interesują, a całe lato treningów przekładają się wyłącznie na własną przyjemność biegania na trasach takich, jak wyczynowe? Być może nie dla wszystkich jest to jasne, że tacy ludzie istnieją, ale trzeba się z tym pogodzić. Nie można wrzucać ich do jednego worka z turystami stawiającymi pierwsze kroki na biegówkach i kazać się wynosić na trasy turystyczne. W końcu wszystko jest dla ludzi i nawet taki turysta, jeżeli sobie zapragnie, może wejść na wyczynówkę (oby nie pod prąd) i spróbować swoich sił. Byle tylko było to zgodne z zasadami 13 i 14 "How to be nordic". Bo tak naprawdę wszystko można załatwić odpowiednim oznakowaniem. Przykładów nie trzeba szukać daleko. W Czechach trasy są oznaczone na mapie pod kątem stopnia trudności i przeznaczenia. I nie da się tego nie zrozumieć. Dzięki temu, nikt niepewny swoich umiejętności nie wybierze się na trasy zawodnicze. U nas natomiast dowiemy się, kto jest sponsorem danej trasy, a reszta jest nieważna. Poza tym, mapa w internetach nie wystarczy. Nie każdy ją sobie zapisze na telefonie lub zapamięta. Sam nawet tego nie robię i nie interesują mnie poszczególne nazwy. Dobrze natomiast byłoby zobaczyć chociaż jakąś tabliczkę przy wbieganiu na trasę, informującą o stopniu trudności, długości itd. Już nawet ten sponsor tak bardzo by nie przeszkadzał.
Ale nie to mnie tak naprawdę denerwuje. Sam byłem w końcu za ideą stworzenia płatnych tras biegowych o sportowym profilu. Wtedy jasno określony jest cel istnienia takiego obiektu oraz jego klientela. Wiadomo, że z tego typu atrakcji z reguły nie korzystają turyści. Natomiast taki przepis w Jakuszycach tworzy niepotrzebny podział typu "nie jesteś zawodnikiem, więc nie umiesz jeździć na nartach i trzeba ci zabronić wejścia na te trasy". Jeżeli w takim obszarze myślenia wychowamy naszych przyszłych reprezentantów, to ja dziękuję bardzo. Narciarstwo biegowe miało być tym sportem, w którym pozbawiamy się naszych mentalnych wad.
Mimo wszystkiego, co tutaj z siebie wylałem, już teraz jestem w stanie przewidzieć, jak ten nowy regulamin będzie wyglądał w rzeczywistości. Trasy z homologacją FIS nie będą wcale przygotowywane (zresztą tak było do tej pory). Dopiero jak trafią się jakieś zawody, to wtedy ubije je ratrak i do następnego opadu śniegu ktoś z nich może skorzysta... i oby był to zawodnik.
Zawsze przypuszczałem, że Jamrozowa Polana w Dusznikach jest jedynym w Polsce ośrodkiem biegowo- biathlonowym z prawdziwego zdarzenia, a Jakuszyce słyną z Biegu Piastów i turystów. Przez takie posunięcia, trasy w Górach Izerskich próbują być czymś, czym nigdy nie będą. Najgorsze, że dzieje się to najmniejszym możliwym kosztem, czyli kosztem narciarzy. I jeżeli okaże się, że w przyszłym sezonie sytuacja się pogorszy, to razem z podobnymi do mnie chętniej wybiorę podróż do Dusznik dla dobrych tras, niż liczenie na łaskawość regulaminu...
Zaraz po ostatnich biegach ze startu wspólnego w ramach biathlonowego Pucharu Świata w Oslo, stało się coś niemożliwego. W Jakuszycach zaczął intensywnie padać śnieg. A był to 23. dzień marca, czyli w kalendarzu wiosna. Zazwyczaj o tej porze panuje tam jeszcze zima, ale nie w tym sezonie. Śnieg zniknął bowiem z Polany przed Biegiem Piastów, co znacznie utrudniło jego rozegranie. Od tego czasu nie było nadziei na odmianę sytuacji. Tymczasem w zeszłą niedzielę sympatycy narciarstwa biegowego otrzymali od pogody miły prezent.
Po bardzo ciepłych dniach nikt chyba nie przypuszczał, że wiosna w Jakuszycach przywita nas śniegiem. Od niedzieli do wtorku spadło około 40 cm śniegu, co pozwoliło na przygotowanie tras. Mi natomiast pozwoliło na oczekiwane założenie po raz pierwszy nart Premio 9 Skate od One Way. Zapraszam zatem na zdjęciową relację w stylu Noah Hoffmana z ostatnich dni na śniegu w tym sezonie.
Pierwszego dnia (wtorek) pogoda była idealna. Zachodzące słońce ładnie oświetlało Polanę Jakuszycką, co koniecznie musiałem wykorzystać na zrobienie kilku zdjęć.
One Way Premio 9 Skate gotowe do pierwszej jazdy...
... kije Diamond 930 również.
Widok na pustą, słoneczną Polanę był niesamowity.
Jednak nie dla samych zdjęć odwiedziłem Jakuszyce, więc czym prędzej udałem się na trasy. Po opadach ratrak ubił część z nich, ale typowa dla tego miejsca wysoka wilgotność powietrza znacznie utrudniła zadanie. Przekonałem się o tym osobiście. Na początek wybrałem Górny Dukt, który był przygotowany w miarę możliwości.
Widok na Kopalnię Stanisław.
Na trasie było miękko. Kije zapadały się w śniegu przez zbyt mały koszyczek. Narty natomiast radziły sobie bardzo dobrze, jak na te warunki. Pierwsze wrażenie, jakie na mnie wywarły, to niesamowita lekkość. Producent podaje, ze ich waga wynosi jedynie 1270 g dla długości 186 cm, co i tak nie jest najlepszym wynikiem w kategorii performance skate (Fischery RCR o długości 187 cm ważą 1190 g). Różnica pomiędzy Premio 9, a moimi dotychczasowymi Fischerami Skatecut jest zauważalna. Przede wszystkim nowe są krótsze (179 cm w porównaniu do wcześniejszych 182 cm), a co za tym idzie, lepiej się je kontroluje. Podczas pokonywania podbiegów bardzo pomaga dobre rozłożenie masy na nartach. Przód jest odciążony, co pozwala na dynamiczną i efektywną pracę w kroku asynchronicznym. Jak dobrze się przyjrzeć, od wiązań po czuby znajdują się specjalne wyżłobienia, które są za to odpowiedzialne. Osobiście czuję się na nich jak na nartorolkach i bardzo mnie to cieszy. Właśnie takiej pewności i swobody oczekiwałem. Porównanie z nartorolkami jest również adekwatne przy szybkości Premio 9. Na tępym, miękkim śniegu i niespecjalnie stromym zjeździe udało się osiągnąć taką prędkość, że trochę zacząłem się bać. A (nie chwaląc się) trudno mnie przestraszyć na zjazdach. Na koniec dodam jeszcze, że ich taliowanie to 44/43/45. Tak więc krótki, ale udany test nart napawa mnie optymizmem przed następnym sezonem. Mam nadzieję, że warunki będą już normalne i uda się wykorzystać w stu procentach właściwości OW Premio 9.
Jakuszyce odwiedziłem jeszcze w piątek. Temperatura w nocy nie spadła poniżej zera, dlatego wiedziałem, że będzie to ostatni dzień nadający się na narty. Było bardzo trudno, a do pracy zaciągnąłem swoje stare Fischery. Śnieg już nie stanowił dobrego podłoża. Zapadały się zarówno kije, jak i narty. Tylko w kilku miejscach można było choć trochę pobiegać.
Widok na Samolot
Reszta była już w fazie rozkładu i nadawała się raczej do przechadzki, niż do biegania.
Pamiętam, że zazwyczaj ostatni pobyt na nartach w sezonie poświęcałem na szukanie zwiastunów wiosny w okolicy. W tym przypadku nie musiałem. Były wszędzie, gdzie tylko spojrzeć: płynące potoki, wystająca trawa itp.
I już po bieganiu...
Tak właśnie zakończyłem sezon 2013/2014. Był on bardzo trudny pod kątem pogody, która skutecznie pokrzyżowała plany zawodowców i amatorów. Oczywiście cieszę się z tych ostatnich dni na śniegu, bo takiego czegoś zupełnie się nie spodziewałem po tym, jak już odłożyłem narty na letnią przerwę. Aura potrafi zaskakiwać i na pewno przekonamy się o tym jeszcze nie raz. A tymczasem można udać się na krótki odpoczynek, a zaraz po tym na kolejne przygotowania do sezonu. Nie zabraknie treningów na nartorolkach i ciekawych wydarzeń. Czeka nas kilka fajnych imprez, zarówno dla amatorów, jak i zawodowców. W Czechach odbędzie się Silvini Skiroll Classics z finałowym wjazdem na Jested w Libercu. Planowany jest również nartorolkowy uphill z Dusznik Zdrój do Zieleńca. SadurSummer zapowiada się pracowicie...
"Nordic sports is a spirit. It's about doing the things you want and looking the way you want". Taki napis widnieje na moich Premio 9, obecnie odstawionych smutno w kącie w pokoju. Jak się okazało, w pakiecie z nartami One Way Premio 9 Skate, producent nie dołącza śniegu. I w ten sposób powyższa sentencja staje się pięknym marzeniem na przyszły sezon, bo ten obecny, zarówno dla mnie, jak i dla nich, już się skończył.
Prawda jest taka, że przez słabe warunki, jakie mieliśmy w ostatnich miesiącach, ślizgi nart nie dotknęły nawet śniegu od czasu, gdy do mnie przyszły. Przetarcia i kamienie, które mocno zraniły moje dotychczasowe Fischery, powstrzymywały mnie przed pierwszym testem OW. Była końcówka stycznia i liczyłem, że sytuacja się poprawi i spadnie więcej śniegu. W perspektywie był jeszcze przecież cały luty i Bieg Piastów, więc opady po prostu musiały się pojawić. Tak się jednak nie stało i najczarniejszy scenariusz dla każdego sympatyka narciarstwa biegowego się spełnił. Wiemy dokładnie, jak tragicznie wyglądały trasy w przeddzień imprezy i jak trudno je było przygotować.
Dziś mamy 19. dzień marca. Patrząc na pogodę za oknem, nie mam już nawet resztek nadziei, że coś się odmieni. Rezygnacja je pokonała. Spakowałem już swoje Premio 9 na letnią przerwę. Nawet nie ruszałem ślizgów, zostawiając je tak, jak przygotował mi PR-Sport. Niech czekają na lepszy przyszły sezon, na świeży i ubity śnieg, aby mogły spełniać swoje zadanie. Upłynie trochę czasu, aż stanę w nich na trasie i będę mógł powiedzieć: "I am nordic".
Tymczasem swój sezon zakończyli narciarze biegowi. W zeszły weekend miał miejsce finał Pucharu Świata, tradycyjnie w Falun. Szwedzkie miasto przygotowuje się do przyszłorocznych Mistrzostw Świata, dlatego niedawne zawody były pewnego rodzaju próbą generalną przed główną imprezą. Trzeba przyznać, że próba się powiodła i możemy liczyć na wiele ze strony organizatora za rok. Falun 2015 sponsoruje One Way Sport. Na stronie producenta już teraz można zakupić ubrania i akcesoria zawierające logo MŚ. Jeżeli zaś chodzi o same rozstrzygnięcia finału PŚ, to były one bardzo miłe. Przede wszystkim Therese Johaug obroniła koszulkę liderki i zdobyła swoją pierwszą dużą kryształową kulę w karierze. Patrząc na to, jakie biegi (sprinty klasykiem, skiathlon, pościgowy) odbywały się w Falun, mało kto wierzył w jej możliwości w walce z doświadczoną Marit Bjoergen. Jednak skazywana na porażkę zyskała dodatkową motywację, która pozwoliła jej na zbudowanie przewagi w biegu łączonym i utrzymanie jej dzień później. W rywalizacji mężczyzn zwycięstwo w klasyfikacji generalnej było już rozstrzygnięte w Lahti. Martin Johnsrud Sundby mógł tym samym spokojnie odebrać swój pierwszy w karierze Puchar Świata bez względu na wyniki w Falun. Norweg jednak nie zamierzał spoczywać na laurach i pokusił się jeszcze na wygranie całego finału. W bardzo zaciętej walce pokonał Alexa Harveya i Alexandra Legkova. Niestety nie można było tego zobaczyć, bo Eurosport postanowił pokazać zawody w jeździectwie. Dla nich też bardzo szybko skończyła się zima...
Zima nie kończy się jednak dla biathlonistów, którzy swoje finałowe zawody rozegrają w Oslo. Chyba nie muszę mówić, że lubię tę lokalizację. Trasy są bardzo ładne, widoki również, a to wszystko mieści się na wzgórzu Holmenkollen. Zdecydowanie lepiej kończyć sezon właśnie tam, niż w Khanty- Mansiysku, gdzie bywa przygnębiająco. Zwykle nawet w kwietniu panuje tam sroga zima (to akurat dobrze), ale przez to dziwnie jest rozstawać się z Pucharem Świata. W dodatku szybko robi się ciemno, a trasy są nieciekawe. W Oslo natomiast mamy skocznię, pełne trybuny i króla Haralda V, przyglądającego się występom norweskich zawodników. Mamy również korony norweskie, które należałoby zapłacić za wstęp na zawody. Miejsce na jednej z trybun na jutrzejsze sprinty kosztuje od 152 NOK do 197 NOK, natomiast miejsce przy trasie od 77 NOK do 92 NOK. W przeliczeniu na złotówki jest to odpowiednio około od 76 zł do 98 zł i od 39 zł do 46 zł. W następne dni, czyli na sobotnie biegi pościgowe i niedzielne masowe, bilety są oczywiście droższe. Wówczas na miejsce przy trasie należałoby wydać od 52 NOK do 197 NOK, zaś na trybunach od 112 NOK do 452 NOK. Można jednak zdecydować się na zakup biletu na oba weekendowe dni, co kosztowałoby od 172 NOK do 402 NOK. W tym przypadku dostępne są zniżki dla dzieci, których wstęp kosztuje w granicach 55- 122 NOK. Takie ceny stawiają zawody w Oslo obok Ruhpolding. Jednak szeroki wybór miejsc na trybunach i związane z tym różnice w kosztach sprawiają, że Norwegia okazuje się być tańsza od Niemiec. Tego się nie spodziewałem.
Pierwsze biegi w Oslo Holmenkollen już jutro. Kobiety rozegrają sprint o 12:30, zaś mężczyźni ruszą na trasy o 15:30. Warto dodać, że w niedzielę ma się odbyć specjalna prezentacja nowej konkurencji biathlonowej, która być może w przyszłym sezonie zostanie włączona do Pucharu Świata. Formuła zmagań ma być podobna jak na pokazowych zawodach, rozgrywanych co roku na stadionie Schalke w Gelsenkirchen. A póki co, zobaczmy, jak wygląda Oslo w przeddzień finału sezonu 2013/2014.
Przy takiej pogodzie, jaką mamy obecnie, trudno uciec od ciągłego powtarzania, że to już jest wiosna. Mówią tak w TV, w internetach, na ulicach. Nawet kolarstwo coraz śmielej wdziera się na antenę Eurosportu ze swoimi wyścigami "ku słońcu", czyli Paryż- Nicea oraz Tirreno- Adriatico, wypierając tym samym sporty zimowe. Kilka z nich będzie miało swój epilog już w ten weekend, przede wszystkim narciarstwo alpejskie oraz biegi narciarskie. Sezon, a wraz z nim zima zbliża się rzeczywiście ku końcowi i jest to trochę smutne. Zwykle tak było, że najpierw kończyły się zmagania pucharowe, a później dopiero ostatnie dni na śniegu. Jedno tylko tu nie pasuje. Jak może kończyć się coś, co nawet na dobre się nie zaczęło?
Ten sezon na pewno przejdzie do historii, jako najgorszy pod kątem pogody. Wystarczy tylko wspomnieć problemy ze śniegiem w praktycznie każdej zimowej dyscyplinie sportu. Wietrzne Oestersund, Oberhof bez śniegu i oczywiście gorące Sochi to tylko kilka problemów pucharowej rywalizacji. Tymczasem ucierpiały nie tylko zawody najwyższej rangi. Również znany cykl maratonów Worldloppet & FIS Marathon Cup stracił kilka biegów i dystansów przez złe warunki atmosferyczne. Jednym z biegów zaliczanych do FIS Marathon Cup był Bieg Piastów. W tym roku najdłuższy dystans 50 km został skrócony do zaledwie 8 km. Natomiast Demino Ski Marathon oraz Jizerská Padesatka z Worldloppet nie odbyły się wcale. To idealnie obrazuje, jak bardzo złe panują warunki. Nie piszę tego w czasie przeszłym, bo mimo wszystko nadal gdzieś w głębi wierzę, że coś się odmieni. Zima w kalendarzu jeszcze trwa i zawsze jakiś opad śniegu, który pozwoli na przygotowanie tras, może się zdarzyć. Tylko ta nadzieja, choć umiera ostatnia, w końcu będzie musiała ustąpić rezygnacji. Oby tak się nie stało i rzeczywiście udało się choć raz w tym miesiącu wreszcie użyć nowych One Way Premio 9. Światełkiem w tunelu są norweskie prognozy pogody z yr.no, które konsekwentnie zapowiadają opady śniegu w Jakuszycach w najbliższy weekend. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, biorąc pod uwagę, że tamtejsze trasy są już oficjalnie zamknięte.
Natomiast wracając do finałów Pucharu Świata, to już trwa narciarstwo alpejskie w Lenzerheide, zaś w weekend czekają nas zawody w Falun, po których poznamy zwyciężczynię dużej kryształowej kuli w biegach narciarskich. Celowo piszę tylko o zwyciężczyni, bo wśród mężczyzn kryształ już zapewnił sobie Martin Johnsrud Sundby. Jedno jest pewne. Obydwa trofea trafią do Norwegii, bo w rywalizacji liczą się jedynie Marit Bjoergen i Therese Johaug. Biorąc pod uwagę finałowe konkurencje, należy spodziewać się wygranej tej pierwszej, która dołożyłaby tym samym kolejny sukces do swojej pokaźnej galerii. Najbardziej szkoda Astrid Uhrenholdt Jacobsen, która po świetnym w jej wykonaniu Tour de Ski musiała zmierzyć się z osobistą tragedią, jaką była śmierć jej brata. Do tego podczas niedawnego biegu na 30 km w Oslo wypadła z trasy i doznała wstrząśnienia mózgu.
Jeżeli chodzi o biathlon, to tym razem Puchar Świata zawitał do fińskiego Kontiolahti. Na szczęście nie oznacza to rozstania się z emocjami, bo czekają nas jeszcze biegi w Oslo na zakończenie. Jednak nawet na północy panuje już aura podobna do wiosennej. Na bardzo wymagających trasach biathlonistów będzie dodatkowo męczył miękki śnieg. Temperatury utrzymują się powyżej zera. Trener reprezentacji USA, Fin Jonne Kähkönen powiedział nawet, że w tym rejonie Finlandii nigdy na początku marca podobnej pogody nie widział. Zapowiadają się więc kolejne zawody w atmosferze anomalii. Ja natomiast chciałbym zwrócić uwagę, że to właśnie w Kontiolahti Ole Einar Bjoerndalen odniósł swoje ostatnie zwycięstwo w Pucharze Świata (jeżeli konsekwentnie odliczyć Igrzyska Olimpijskie w Sochi). Był to bieg pościgowy, rozgrywany przy dużym mrozie, którego teraz chyba nikt nie potrafi sobie wyobrazić. Może więc zarówno mróz, jak i król przypomną o sobie znów w tym samym miejscu? Już jutro o 15:10 sprint mężczyzn, zaś o 17:45 pobiegną kobiety. Następnie w sobotę kolejne dwa sprinty (rekompensata za odwołane biegi) oraz biegi pościgowe w niedzielę. Przypuszczam, że do niedzielnych pościgów zostaną wzięte czasy z tego drugiego sprintu. To trochę nie fair. Osobiście wyciągnąłbym średnią czasów z obu sprintów każdego zawodnika i na tej podstawie ułożył listę startową. Roboty byłoby więcej, ale jakże ciekawie wyglądałaby rywalizacja! Przed wszystkim, polecam film z wycieczką po 2,5- kilometrowej pętli, po której oprowadza Marie Laukkanen.
Wiadomo było, że prędzej czy później rzeczywiście emocje związane ze startami Justyny Kowalczyk, zastąpią starty fantastycznego Michała Kwiatkowskiego, który obecnie ściga się w Tirreno- Adriatico. Szkoda tylko, że musiało to nastąpić znacznie prędzej i tak drastycznie. Nie chodzi tu o kontuzję naszej zawodniczki. Mam raczej na myśli, że przez obecną aurę, po zakończeniu wszystkich zimowych zmagań, po wszystkim pozostanie tylko wspomnienie. A zwykle było przecież inaczej... Ale o tym już kiedy indziej. Na razie w ramach rekompensaty za nietransmitowaną pięćdziesiątkę w Oslo, polecam sobie obejrzeć ten sam dystans w 2012 roku.
Czas na ostatni obiecany odcinek relacji z zawodów Pucharu Świata w Szklarskiej Porębie. Tym razem będzie krótko i na temat, bez większych refleksji, czego dopuściłem się ostatnio. A to dlatego, że chyba większość z Was zdążyła już o całej imprezie zapomnieć, a i bieżące sprawy nie mogą pozostać bez komentarza. Tak więc na początek kilka słów o tym, jak w Polsce czuli się zawodnicy, a konkretnie Noah Hoffman i jego znajomi.
Noah Hoffman dobiega do mety biegu na 15 km stylem klasycznym.
Noah Hoffman prowadzi bloga, na którym umieszcza zwykle jakieś ciekawe informacje o swoich treningach i zawodach. Tak było również w wypadku Szklarskiej Poręby. Swoją relację z pobytu "u nas" wzbogacił kilkoma zdjęciami. Możecie to zobaczyć tutaj. Pierwszego dnia, który był przeznaczony na treningi, wszystkich przytłoczyły warunki na trasach. I tak bardzo dobrze się stało, że w ogóle był śnieg, lecz był on bez porównania gorszy od tego, na którym mieli okazję jeszcze nie tak dawno trenować we Włoszech. Wielu zawodników zadecydowało startować w Jakuszycach na starszych nartach, niż zwykle, z uwagi na kamienie, przedzierające się przez warstwę śniegu. Dużo mówiło się o braku czołowych zawodników z krajów skandynawskich. Powodowało to dziwne uczucie, że zawody nie przypominają prawdziwego Pucharu Świata. Nie mniej jednak, wciąż były do zgarnięcia punkty do klasyfikacji generalnej. Ponadto, co ciekawe, Noah zwrócił uwagę na zapach panujący na dworze. Skarżył się na dym z opalanych węglem domów. Inni zawodnicy obawiali się również jakości wody z kranów, dlatego decydowali się na używanie butelkowanej. Na plus natomiast ocenił zaplecze, jakie oddano do dyspozycji ekipom. Przeznaczono bowiem aż 3 kontenery dla serwisantów nart i zawodników z USA. Dni zawodów były już bardziej pozytywne pod kątem pogody. Trasy zostały wyczyszczone przez ciężko pracujących wolontariuszy. Zasypano je świeżym śniegiem znajdującym się obok. Ponadto zawodnikom podobały się reakcje zgromadzonej publiczności, zwłaszcza na sprintach. Amerykanie i Kanadyjczycy będą również dobrze wspominać hotele, w których przebywali. Przykładowo Kikkan Randall otrzymała drobny prezent od obsługi w postaci kryształowej wazy. Tak więc z punktu widzenia zawodnika, impreza w Szklarskiej Porębie była udana.
A teraz kilka słów o pracy wolontariuszy. Tej grupie osób należą się największe słowa uznania. Zwykle to właśnie jakość wykonania "czarnej roboty" świadczy o powodzeniu całego przedsięwzięcia. Tak było i tym razem. W dzień treningów, czyli w piątek, wszyscy wolontariusze przerzucali łopatami czysty śnieg, leżący poza trasami, aby pokryć jego brudną warstwę. Ponadto jeszcze tydzień wcześniej dowożono śnieg z wyższych partii gór, który usypywali zwyczajni ludzie chętni do pomocy. Atmosfera była napięta, bo bez tego wszystkiego, o udanych zawodach PŚ moglibyśmy tylko pomarzyć. Dni biegów to już inne zadania i obowiązki, a wśród nich kontrola antydopingowa. Bez zbytniego wdawania się w szczegóły, chodziło o przydzielenie wolontariusza do danego zawodnika, aby pilnował go aż do czasu przyprowadzenia do punktu kontroli antydopingowej. Ponadto każdy wolontariusz posiadał akredytację, umożliwiającą wstęp w każde miejsce Polany Jakuszyckiej. Była to dobra okazja do dowiedzenia się czegoś o zawodnikach. A jako, że SadurSky ma swoich ludzi nawet tam, to wszedł w posiadanie kilku informacji. Otóż, mężczyźni znacznie luźniej podchodzą do startów i wszystkiego, co się dzieje wokół. Nie ma żadnych problemów z rozmową, czy autografem. Panie natomiast raczej się spinają, nie są otwarte na fanów. Jedynie Amerykanki można uznać za w miarę miłe. Nawet Justyna Kowalczyk na rodzimej ziemi, po wygranym biegu nie emanowała jakimś szczególnym ciepłem w kierunku wolontariuszy. Widocznie takimi prawami rządzi się to środowisko. Bardzo jestem ciekaw, jak wyglądałaby sytuacja, gdyby Szklarską Porębę odwiedziły kadry Norwegii, Szwecji i Finlandii. No cóż, może innym razem.
Pracy było dużo, ale wszyscy wykonali powierzone obowiązki. Po wszystkim pozostanie świadomość, że dzięki każdemu pojedynczemu elementowi zawody Pucharu Świata w Szklarskiej Porębie odbyły się na takim poziomie, jaki chcieli zobaczyć zawodnicy, kibice oraz działacze FIS. Dotarliśmy tym samym do końca relacji z tego wyjątkowego wydarzenia. Aż chciałoby się powiedzieć: i ja tam z nimi byłem, a com widział i słyszał w posty umieściłem.
P.S: Na koniec ważna wiadomość. Ole Einar Bjoerndalen kończy dziś 40 lat. Z tej okazji życzmy wszyscy Królowi Biathlonu jak najlepszego występu na Igrzyskach Olimpijskich w Soczi i jeszcze wielu zwycięstw. Niech nam żyje i panuje 100 lat. Gratulerer med dagen Ole Einar! Lykke til i Sochi!
SadurSky udaje się natomiast na krótki odpoczynek po tym, jak jego Fischery zostały poważnie ranne i musi coś na to zaradzić.
Jak już pisałem w poprzednim odcinku, niedzielne biegi klasykiem miałem również obejrzeć w TV, ale stało się inaczej. Jakimś szczęśliwym zbiegiem okoliczności trafiłem na konkurs idealny dla człowieka nazywanego czasem "sprzętowym spalaczem", czyli po prostu dla mnie. Zawsze zwracałem uwagę na sprzęt, którego używają zawodnicy PŚ, a po ostatnim porównaniu systemów SNS z NNN mam już nawet dość tej przypadłości, która podświadomie rozkazuje mi rozpoznawać ich buty i narty. Tym razem jednak okazało się to bardzo pomocne. Konkurs, którego stawką był bilet na niedzielne zawody, wymagał jak najszybszego przesłania e- maila z przynajmniej dwoma nazwiskami finalistów sprintów, biegających na nartach Salomona. Tak więc sprawa bardzo prosta: Jessica Diggins i Baptiste Gros na przykład, a ponadto Sylwia Jaśkowiec. Dla zainteresowanych, sobotni zwycięzca Alex Harvey biega w nutach od Salomona, zaś narty ma od Fischera- ciekawe zestawienie. Odejdźmy już jednak od tych sprzętowych spraw i przejdźmy do sedna. Bowiem następnego dnia czekał na mnie szczęśliwie wygrany bilet z miejscem w sektorze A (czyli przy samej mecie). I to wszystko od Salomon Nordic Sunday.
Z rana powitał mnie widok znany w Jakuszycach, czyli mgła. Mimo tego, od razu duże wrażenie zrobiło na mnie rozdysponowanie miejsca na Polanie. Postawienie trybun i pomieszczeń prasowych bardzo zmieniło okolicę. W dodatku cały parking naprzeciwko restauracji Biathlon przeznaczono na strefę dla zawodników. Kibice natomiast byli dowożeni ze Szklarskiej Poręby specjalnie przygotowanymi na tę okazję autobusami. Czekając na swój bilet mogłem zaobserwować, jak kolejne grupy ubranych na biało- czerwono kibiców paradowały w kierunku wejścia na stadion, po czym następowała przerwa. Odebranie biletu trochę trwało, dlatego na trybunie znalazłem się około 10 minut przed startem pierwszego biegu. A było to 15 km mężczyzn stylem klasycznym. Trochę zaskoczył mnie fakt, że miałem dużo miejsca w swoim sektorze, dzięki czemu mogłem na spokojnie zrobić kilka zdjęć.
Uradował mnie natomiast fakt, że panowie biegacze ze Słowenii dobrze znają zasady "How to be nordic" i stosują je w praktyce.
Reszta trybun też nie pękała w szwach i chyba przeczuwałem dlaczego. Obsada może i nie dopisała w pełni, bo zabrakło Norwegów, Szwedów i Finów, którzy mieli swoje mistrzostwa krajowe. Ponadto nie przyjechali: Lukas Bauer, Axel Teichmann, Johannes Duerr oraz wciąż leczący kontuzję Dario Cologna. Ale za to mieliśmy prawdziwych specjalistów stylu klasycznego z Rosji, takich jak Alexander Bessmertnykh, Evgeniy Belov, czy Stanislav Volzhentsev, wszechstronnego Maxima Vylegzhanina i Dimitiya Japarova, najlepszych Kanadyjczyków (Harvey, Kershaw, Babikov) i Niemców (Angerer, Filbrich, Dotzler, Tscharnke, Bing) oraz innych znakomitych klasyków z Alexeyem Poltoraninem na czele. Było więc w czym wybierać swoich faworytów do kibicowania, choć to i tak nie wszystkie znane nazwiska. Osobiście stawiałem na zwycięstwo Poltoranina.
Alexey Poltoranin w drodze na start biegu na 15 km.
Wyników nie przytaczam, każdy wie, że wygrał Maxim Vylegzhanin po brawurowym ataku na ostatniej pętli. Poltoranin natomiast walczył na finishu z Belovem o drugą lokatę i walkę tę zaskakująco przegrał. Cała historia opowiedziana jest na kilku poniższych zdjęciach.
Stawka jeszcze przed rozerwaniem. Tępo nadaje Poltoranin, ale Rosjanie dzielnie się trzymają. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na ten genialny transparent: "Zgórmysyny".
Vylegzhanin zaatakował na końcowym podbiegu i już samotnie pokonywał ostatnie metry.
Belov i Poltoranin. Walka na ostatnich metrach. Takich pojedynków było jeszcze więcej, nawet o znacznie dalsze lokaty.
Podium biegu na 15 km. Od lewej: Evgeniy Belov, Maxim Vylegzhanin, Alexey Poltoranin.
Biegu nie ogląda się jednak tylko dla samego obserwowania zawodników. To również dopingowanie, zagrzewanie do walki, czyli jednym słowem emocje. Pamiętam z poprzednich lat biathlonowy Puchar Świata w Novym Mescie. Tam zawody były okazją do wspólnego dzielenia jednej pasji wśród ludzi różnych narodowości. Może trudno to sobie wyobrazić, ale stojąc na trybunie przykładowo przy Niemcu, kibicujesz również zawodnikom niemieckim, nawet jeśli za nimi nie przepadasz. Atmosfera "sportowej integracji" udziela się dość mocno i jest bardzo miłym elementem przebywania na takich zawodach. Do dziś wspominam sympatycznych Norwegów, pijących hektolitry piwa oraz Niemca z gigantyczną kołatką robiącą hałas proporcjonalny do jej wielkości. Może biathlon to inna bajka, bo w Szklarskiej Porębie tego zabrakło. Nie zauważyłem przedstawicieli innych nacji. A przecież Niemcy i Czesi mieli blisko. Ci pierwsi nie mogli narzekać na brak swoich czołowych zawodników w stawce, stąd moje zdziwienie. Być może przypuszczali, że śniegu w Jakuszycach i tym samym zawodów nie będzie. Rosjanie też mogli przyjechać, a tego nie zrobili. Odnajdziemy ich niemal na każdych zawodach z ich flagami z niedźwiedziami, lecz niestety nie tym razem. Stąd nie można się dziwić, że tego prawdziwego kibicowania nie było i nawet, jeżeli ktoś dobrze znał nazwisko Poltoranina, nie miał większych powodów, aby je ze mną wykrzykiwać w trakcie rywalizacji. Nie zawiedli natomiast spikerzy, będący na miejscu. Dwie osoby zajmowały się interakcją z publicznością, zaś w specjalnej kabinie przebywała para komentatorska, relacjonująca zawody ze wszystkimi informacjami o tym, co działo się na trasie. Komentarz był fachowy, a szczególnie pani Staręga potrafiła zaciekawić swoją wiedzą na temat zawodników. Dokładając do tego telebimy, biegi oglądało się dużo lepiej, niż w TVP Sport. Na tym polu wyszło bardzo dobrze. Po zakończonym biegu mężczyzn przyszedł czas na małą wycieczkę dookoła Polany. Kibiców zaczęło przybywać i wszystko stało się jasne. Zbliżał się bieg na 10 km stylem klasycznym kobiet i każdy chciał zobaczyć popis Justyny Kowalczyk.
Zanim to jednak nastąpiło, można było w spokoju zrobić kilka zdjęć, mając najlepszych zawodników na wyciągnięcie ręki.
Na przykład Tobias Angerer wbiegł w kadr.
Albo Toni Livers.
A gdy start kobiet był coraz bliżej, na trasie pojawiła się Denise Herrmann z trenerem.
Do startu biegu na 10 km kobiet pozostawało już mniej czasu, a trybuny pękały w szwach. Skandowano jedno imię: Justyna, Justyna, Justyna... i tak w nieskończoność. Doping był ogromny do tego stopnia, że chyba każdy niesiony takim wsparciem wygrałby zawody. Gdy zawodniczki stanęły na starcie, zapanowała cisza, przerwana jedynie przez słowa: "Justyna, kocham cię!", wykrzyczane przez jednego z kibiców i salwę śmiechu w wykonaniu całego stadionu zaraz po tym. Wreszcie rywalizacja się rozpoczęła i trybuny dosłownie wybuchły. Co działo się w międzyczasie- każdy wie. Kto wygrał- to każdy wiedział jeszcze przed biegiem. Zobaczcie tylko te emocje trybun na ostatnich metrach.
Widać, jak bardzo kochamy naszą świetną zawodniczkę i jak umiemy jej kibicować. Długo jeszcze będę wspominał pełen autobus skandujący "Justyna!" w drodze powrotnej do Szklarskiej Poręby. Z drugiej jednak strony, podczas biegu panów zobaczyłem, że to właśnie nie cały sport, lecz tylko nasza wybitna reprezentantka jest dla niektórych jedynym elementem godnym uwagi. Nie zrozumcie mnie jednak źle, bo dobre wsparcie swoich jest zawsze na wagę złota. Tu nie chodzi o znajomość wszystkich nazwisk, lecz o świadomość, że reszta też się liczy. Że w końcu to sport i najlepiej jest, gdy idą za tym emocje, związane z wygraną i niekiedy nawet przegraną. A dlaczego? Bo zapatrzenie tylko na siebie, stwierdzenie "idę zobaczyć Justynę", zamiast "idę zobaczyć biegi" może być (nie musi) pierwszym krokiem do czegoś, co ja nazywam "sportowym szowinizmem". Dziś skandujemy "Justyna!", a jutro życzymy jej rywalkom wszystkiego najgorszego i właśnie przed tym przestrzegam. Oczywiście to tylko przypadek ekstremalny i mocno wierzę, że występuje on bardzo rzadko. Nie mniej jednak warto o tym pamiętać i zachować ten dystans, bo wtedy nawet lepiej się ogląda zawody.
Tyle na temat samego kibicowania. Jeżeli zaś chodzi o całą organizację Pucharu Świata, to "z zewnątrz" wyglądała bardzo dobrze. Wspominałem już o rozplanowaniu miejsca na Polanie Jakuszyckiej i o spikerach. Ponadto na duży plus zasługuje rozwiązanie transportu na zawody i z powrotem. Autobusy po imprezie wyrabiały się bardzo dobrze z zabieraniem kolejnych grup kibiców. Przejazd był oczywiście bezpłatny, zaś można było dojechać nawet do samej Jeleniej Góry, gdy zjeżdżano do zajezdni. Przy całym przedsięwzięciu pracowało wielu ludzi i ich praca nie poszła na marne. Nawet pogoda nie była w stanie pokrzyżować planów organizatorom. W kolejnym odcinku dowiemy się czegoś "od wewnątrz" zawodów. Przekonamy się, jak wyglądały one z perspektywy zawodnika i wolontariuszy.
Jesteśmy świeżo po zawodach Pucharu Świata w biegach narciarskich, które odbyły się w Jakuszycach. Jeszcze do końca nie opadły emocje, ale czas zacząć podsumowanie. Każdy się zapewne zgodzi, że była to najwyższa rangą impreza sportowa, jaką miała okazję gościć już po raz drugi Szklarska Poręba. W związku z tym faktem pojawiły się wymagania, regulacje i oczekiwania wobec organizatora. Czy poradzono sobie z tym wszystkim? Jaki jest efekt końcowy? Tak się składa, że będąc w okolicy całego zamieszania, nie sposób nie dowiedzieć się możliwie najwięcej na jego temat i nie sprawdzić tego na własnej skórze. Zatem zapraszam Was na trzyczęściową relację z przemyśleniami o zawodach.
Na początek przyszło mi obserwować zawody sprzed telewizora, czyli w sumie jak zwykle. Był to pierwszy dzień, którego rozegrano sprinty techniką dowolną. Eurosport w tej kwestii trochę zawalił, puszczając snooker, ale cóż poradzić. Nawiasem mówiąc rozgrywano też biathlon w Anterselvie- pełen emocji bieg pościgowy mężczyzn. Każdy był więc zdany na łaskę TVP Sport. Rywalizacja w sprintach jest zawsze bardzo ciekawa i kontaktowa, zwłaszcza w "łyżwie". Tylko co z tego, skoro relacja z biegów mężczyzn była zastępowana rozmową z dowolnie wybranym ekspertem (bo na takie pytania pani redaktor mógłby odpowiedzieć każdy ogarniający choć trochę biegi narciarskie). I w ten sposób nie widziałem kilku upadków i walk na finishu. Nie mówiąc już o tym, że musiałem zgadywać, kto wszedł do finału. Czy naprawdę rywalizacja musi kończyć się tam, gdzie odpada nasz reprezentant? Bo jeżeli tak, to dzięki Bogu, że do finału pań dostała się Sylwia Jaśkowiec. W przeciwnym razie miałbym zamiast emocji, kolejną "pasjonującą" rozmowę z zastępcą- prezesa- czegośtam- który- kiedyś- miał- na- sobie- narty i pytania, dlaczego było tak, a nie inaczej. A przepraszam, byłyby emocje, o ile tak nazwać norweskie wulgaryzmy rzucane w stronę telewizora przez człowieka północy. Tak być nie może. Bądźmy bardziej otwarci na to, co się dzieje. Kochajmy ten sport, a nie tylko jedną osobę, która go reprezentuje. Choć może to tylko taka moja fanaberia... Kolejny dowód na to pojawi się już wkrótce w odcinku drugim.
Drugą rzeczą, która wypadła marnie z punktu widzenia telewidza, był oczywiście komentarz. Mała wiedza na temat zawodników, nawet średnio poprawna wymowa ich nazwisk to rzeczy, które mogą na dłuższą metę denerwować. A przecież można lepiej, o czym przekonałem się trochę później. Jeszcze jeden szczegół, który rzucił się w oczy, to niekorzystne światło. Tak, światło może być niekorzystne i w Jakuszycach to się właśnie zdarzyło. Start był położony w taki sposób, że kamera łapała zawodników pod słońce. To rzecz niezależna od nikogo, ale gorzej się ogląda takie ujęcia z kamery, niż jakby to było w prawidłowym ustawieniu. Na pewne rzeczy nie ma się wpływu i tyle. Natomiast, gdy zawodnicy wbiegali na stadion, światło rewanżowało się, współgrając idealnie.
Takie właśnie uczucia mną targały po obejrzeniu telewizyjnej relacji z zawodów na Polanie Jakuszyckiej. Ogólnie lekkie rozczarowanie. Nie mogło tak pozostać. Niedzielne dystanse miał już pokazywać Eurosport, jednak lepiej byłoby zobaczyć to na żywo i wtedy ocenić. Ale co z tego, skoro nie posiadałem biletów... aż do wczorajszego wieczoru, kiedy to... No właśnie. O tym, co dokładnie się stało, będę pisał w następnym odcinku. W każdym razie, w życiu się nie spodziewałem, że następnego dnia zobaczę taki widok.
Każdy się pewnie zastanawia, po co została podjęta decyzja odnośnie zamiany dystansów i stylów na drugim etapie Tour de Ski w Oberhofie, tuż przed rozpoczęciem całej imprezy. Przypomnę, że zamiast 9 km kobiet i 15 km mężczyzn stylem klasycznym, dziś odbyły się sprinty techniką dowolną. A stało się tak dlatego, że włodarze FIS zaczęli czytać niniejszy blog i wzięli sobie do serca zasadę nr 9 z "How to be nordic", która głosi: "Człowiek północy zawsze będzie preferował technikę łyżwową". Stwierdzili zapewne, że z takim kodeksem się nie dyskutuje i w ostatniej chwili postanowili uczynić Tour de Ski prawdziwym sprawdzianem na bycie człowiekiem północy. Taka jest moja wersja wydarzeń i nic nie poradzę, że Justyna Kowalczyk, a wraz z nią połowa naszego kraju, uważa tę decyzję za krzywdzącą. Byli też tacy, którzy dopatrywali się spisku Norwegów przeciwko reszcie świata i domagali się bojkotu zawodów. Gdy to czytałem na rozmaitych portalach i forach, coraz bardziej zacząłem skłaniać się jednak ku mojej wersji, bo była bardziej prawdopodobna. Widocznie teorie spiskowe mają swoich zagorzałych zwolenników nie tylko w polityce...
Odejdźmy więc od orzekania, kto kogo skrzywdził i jak bardzo. Nie mam zamiaru też bawić się w specjalistę i stwierdzać, czy decyzja naszej zawodniczki jest właściwa, czy też nie. O tym wie ona sama. Zawsze powtarzam, że każdy sportowiec sam steruje swoją karierą i najlepiej czuje, co będzie w danym momencie najwłaściwszym rozwiązaniem. Tak też robię w tym przypadku. Może przez to zabraknie jedynie emocji w rywalizacji kobiet, choć dla mnie od zawsze bardziej interesujące i wyrównane były biegi męskie, więc na tym nie stracę. A teraz czas na prawdziwą przyczynę wszelkich zmian w Tour de Ski. Jest nią fatalna pogoda, która panuje w Oberhofie. Dodatnie temperatury, opady deszczu i mgła (to akurat zmora Oberhofu) spowodowały, że jeszcze do niedawna zawody miały zostać całkowicie odwołane. Wreszcie w niedzielę 22 grudnia zadecydowano, że zarówno prolog TdS, jak i styczniowe zawody biathlonowego Pucharu Świata będą rozegrane na tyle, na ile pozwolą na to warunki śniegowe. Jak widać, jesienno- wiosenna aura pozwoliła na niewiele. Nie było możliwe przygotowanie torów do stylu klasycznego, jak i dłuższej pętli. Po tym, jak zobaczyłem tą pozostałość śniegu na trasach, wcale się temu nie dziwię. Ciekawe, czy zdoła się utrzymać chociaż takie warunki na zawody biathlonowe i na jakich pętlach będą rozgrywane poszczególne biegi. No i jeszcze na domiar złego ta mgła. Ciężki jest ten sezon dla sportów zimowych.
Podobnie jest na naszym podwórku. Mistrzostwa Polski w biathlonie, przeniesione wcześniej z Jamrozowej Polany do Jakuszyc, w ogóle się nie odbyły. Nie było to jednak spowodowane brakiem śniegu, lecz katastrofalnymi warunkami pogodowymi w okolicach Zakopanego i prośbą złożoną przez działaczy tamtejszych klubów o przełożenie zawodów. Przepadła więc okazja do podziwiania najlepszych zawodniczek i zawodników na Polanie Jakuszyckiej? Nie do końca. Z uwagi na to, że obecnie jest to jedyne miejsce w Polsce, gdzie można odnaleźć resztki śniegu, na trening wybrały się tam nasze kadrowiczki, a wśród nich: Krystyna Pałka, Weronika Nowakowska- Ziemniak i Monika Hojnisz. Na facebooku pani Weroniki znalazło się nawet zdjęcie z dzisiejszego dnia i krótki opis warunków pogodowych. Natomiast w drugi dzień Świąt na jakuszyckich trasach można było spotkać Justynę Kowalczyk.
Jak w tym wszystkim ma się odnaleźć amator? Takie pytanie jest moim problemem wśród tych zabaw z pogodą. Wydaje mi się, że znalazłem na to sposób. Póki było to możliwe, jeszcze przed Świętami, biegałem w Jakuszycach. Później jednak komunikaty pogodowe i widok z kamery internetowej były na tyle tragiczne, że nie miałem zwyczajnie chęci się z tym męczyć. A skoro na dole panuje prawie wiosna, to od czego są nartorolki? Nigdy bym się nie spodziewał, że pod koniec grudnia będę odwiedzał rolkostradę w Sobieszowie w wiadomym celu. Przy okazji sprawdziłem, co się tam dzieje i wypatrzyłem, że szykowana jest wypożyczalnia nart. Gdyby tylko spadł śnieg, cały ośrodek miałby szansę pokazać się wreszcie z dobrej strony i zacząć rzeczywiście działać. A póki co można się tam jedynie wybrać na trening techniki, oczywiście łyżwowej. To pewnie wszystko spisek Norwegów :-)
Gdy spadnie wystarczająco dużo śniegu, ten budynek zamieni się w wypożyczalnię nart...
... a ten asfalt zamieni się w ubitą trasę biegową.