SadurSky blog

Od teraz na www.czlowiekpolnocy.blogspot.com!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprzęt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprzęt. Pokaż wszystkie posty

Amerykański kopciuszek

To, co wydarzyło się na trasie wtorkowego biegu kobiet na 10 km techniką dowolną w Falun, pozostanie w mojej pamięci jako wielka niespodzianka. Choć z pewnością Norwegowie woleliby określenia typu "tragedia" lub "katastrofa". Trudno im się dziwić, bowiem na tym dystansie przez cały sezon zawsze bywała na podium przynajmniej jedna reprezentantka tego kraju. Tymczasem na Mistrzostwach Świata próżno szukać Norweżek w pierwszej, a nawet w drugiej dziesiątce! "Co się stało?", zapyta pewnie każdy, kto nie widział tego biegu. "Czyżby zamknęli wszystkie apteki z lekami na astmę?", zapytają złośliwcy. Odpowiedź zna jednak najbardziej obiektywne źródło, czyli historia.

Zna ona już takie przypadki, w których faworyci zajmowali dalekie miejsca. Książkowym wręcz przykładem takiej sytuacji jest bieg na 15 km techniką dowolną w Sapporo na MŚ w 2007 roku. Wówczas startujący z niższymi numerami zawodnicy, a wśród nich znany nam doskonale biathlonista Lars Berger, biegli w zupełnie normalnych warunkach. Tymczasem tuż przed startem grupy faworytów, rozstawionych z wysokimi numerami, rozpętało się prawdziwe piekło dla serwisantów przygotowujących narty. Zaczął padać gęsty i mokry śnieg. Każdy, kto choć trochę biega na nartach, doskonale wie, co to oznacza. I tak oto, biegnący w normalnych warunkach Lars Berger, został mistrzem świata, a faworyci, tacy jak Vincent Vittoz (i startujący wtedy również Ole Einar Bjoerndalen), nie mieli najmniejszych szans na równą walkę. Ktoś powie, że smarowanie jest rzeczą drugorzędną i jak ktoś jest mocny, to wygra nawet ze słabymi nartami. Niestety, nie na tym poziomie rywalizacji, gdzie stawka jest naprawdę wyrównana. Dla przypomnienia, film poniżej.


Wróćmy jednak do Falun, 24 lutego 2015. Śnieg zaczyna padać nieco po starcie pierwszych zawodniczek. Przy dzisiejszych prognozach pogody, takie coś nie powinno być zaskoczeniem. A na pewno nie dla zespołu najlepszych smarowaczy na świecie, jakim może pochwalić się Norwegia. Jak się jednak okazało, nawet 15 osób znających doskonale swój fach, jest w stanie popełnić błąd. Åge Skinstad, szef kadry Norwegii twierdzi jednak, że tak nieszczęśliwe dobranie sprzętu (struktur i smarów) jest mało prawdopodobne. Inni myślą zupełnie inaczej. Były norweski biegacz- Sindre Wiig Nordby, zdecydowanie obwinia zespół techników, wytykając im błąd niesprawdzenia szczegółowej prognozy pogody. Według serwisu yr.no, z którego korzysta kadra Norwegii, śnieg miał zacząć padać zaraz po starcie zawodów. O ile można było mieć co do tego wątpliwości, bo wcale tak nie wyglądało, o tyle nieprzygotowanie "planu B" jest mocno zastanawiające. Tym bardziej, że norweskie zawodniczki szczególnie odstawały od reszty. Można powiedzieć, że biegły w podobnych warunkach, jak zwyciężczyni Charlotte Kalla. Nie było nawet tak drastycznej zmiany pogody, jaką widzieliśmy w Sapporo przed laty. Tak, czy inaczej, skutek był opłakany- 22. miejsce Heidi Weng, 27. Therese Johaug, 29. Ragnhild Hagi, 31. Marit Bjoergen i 33. Astrid Uhreholdt Jacobsen. Norwegia nie była jedyną nacją, która zaliczyła nieudany występ. Również serwismeni Niemiec popełnili błąd przy doborze smarów.
Te nieprawdopodobne wyniki pozostaną na zawsze w pamięci Norwegów.
Czy można było tego uniknąć? Oczywiście, a najlepszym dowodem jest postawa Amerykanek. Potwierdzają to wiadomości z obozu techników USA oraz, rzecz jasna, wyniki. Startująca z numerem #3, brązowa medalistka Caitlin Gregg nie dość, że miała świetnie przygotowane narty, to jeszcze biegła w dobrych warunkach, kiedy padający śnieg nie zdążył spowolnić trasy. Kolejną medalistką zza oceanu była Jessica Diggins, startująca nieco później, z numerem #37. Jej narty również świetnie jechały, zwłaszcza pod koniec biegu. Ostatnia z reprezentantek USA na liście startowej- Elizabeth Stephen (#53) uplasowała się na 10. miejscu. Biegła już w gorszych warunkach, a mimo to znalazła się w pierwszej dziesiątce, jako ostatnia z zawodniczek z wysokim numerem startowym.
Trzy reprezentantki USA w pierwszej dziesiątce, a czwarta na 15. miejscu (Kikkan Randall). Również niecodzienny widok.
Poza konkurencją wydawała się być we wtorek Charlotte Kalla. Od samego początku narzuciła wysokie tempo i utrzymała je do końca. Nawet warunki jej nie przeszkodziły, a narty były tego dnia przygotowane prawidłowo. Być może nie tak dobrze, jak w przypadku Amerykanek, ale ewentualne niedociągnięcia nadrobiła swoją formą. Wszystko wyglądało podobnie, jak w ostatnim biegu przed Mistrzostwami Świata. W Oestersund Kalla również nie dała szans rywalkom. Tym razem zmieniła się tylko ich narodowość. Norweżki zostały zastąpione przez Amerykanki.
Szczęśliwe podium. Od lewej: Diggins, Kalla, Gregg.
Wielkie imprezy uwielbiają zaskakiwać. Tym razem o zwrot akcji rodem z baśni zatroszczyła się pogoda. Mimo to, kolejna po Igrzyskach Olimpijskich w Sochi wpadka serwisantów Norwegii może zastanawiać. Najwidoczniej czasem nawet najlepszych opuszcza szczęście. Wtedy na nic zdają się gigantyczne nakłady finansowe przeznaczane każdego sezonu na badania śniegu i smarów. Podobnie jak ogromna ciężarówka techników przygotowujących narty, która tym razem przegrała z ciasnym kontenerem Amerykanów.

Test: buty i narty One Way Premio 9

"Witam Państwa w ometkowanym świecie...". Tym razem sprawdzimy, jak spisują się najnowsze buty One Way Premio 9 Skate. Mówiąc szczerze, to razem z ich pierwszym użyciem, swoją szansę na prawdziwy test dostały również narty tego samego modelu fińskiego producenta. Czekały długo, bo od stycznia zeszłego roku. Cierpliwość się opłaciła? Zobaczmy.


6 stycznia, Polana Jakuszycka. Słonecznie i mroźno, a ostatnio o podobną pogodę nawet w Jakuszycach było trudno. Takie warunki oraz dzień wolny od pracy z pewnością przyciągnęły turystów, którzy wylegli na trasy w tak dużej liczbie, że miejscami ciężko było się przebić. Sprawy nie ułatwiało wciąż dające o sobie znać kolano. Czego jednak nie robi się dla chwil na nartach? Zawsze można spędzić trochę mniej czasu, wybrać bardziej płaski teren, przechodzić co jakiś czas na double poling. Wszystko to pozwoliło sprawdzić zestaw Premio 9. Pierwsze, co rzuca się w oczy ze strony butów to ich sztywność. Wcześniej biegałem w Salomonach Equipe 8 Skate, o segment niższych od obecnych. Trudno więc porównywać cokolwiek, bo przy Premio 9 ich sztywność przypomina kapcie. Zastosowanie twardszego korpusu oraz podeszwy z włókna węglowego powoduje, że zmiana jest zauważalna. Obecnie stopa jest odpowiednio trzymana, dzięki czemu każdy ruch może być odpowiednio kontrolowany. Podobnie jest z pozycją. System podeszwy, o który tak się martwiłem wcześniej, to SNS Pilot 3. Dokładnie jak przypuszczałem, nie odczułem zmiany w kontroli nart, podobnie jak w wygodzie wyprowadzania kroków. Jest po prostu dobrze. Jedynie przy wpinaniu do wiązań można było stwierdzić, że rzeczywiście belka mocująca została przesunięta w tył. Sporą poprawę natomiast odczuły moje piszczele. Sławne problemy, które przeżywa Justyna Kowalczyk, w moim przypadku rozwiązały się za sprawą lepszych butów. Choć trzeba przyznać, że w lecie pracowałem trochę nad techniką, co mogło wspomóc usunięcie tej przypadłości. Tak czy inaczej, w funkcji przytrzymywania części ponad kostką, Premio 9 spisują się również bardzo dobrze.


Narty miały okazję dotknąć śniegu pod koniec zeszłego beznadziejnego sezonu. Nie było jednak mowy o czymś więcej poza pierwszymi odczuciami. Tu możecie je przeczytać. Podczas normalnych warunków mogłem wykorzystać ich zalety w stu procentach. Wciąż najbardziej cieszy mnie ich niska masa. Czuć to przede wszystkim na podbiegach. W połączeniu z właściwymi butami, wszystko idzie znacznie lepiej niż dawniej.

Kończąc, mogę tylko zapytać sam siebie, dlaczego wybrałem akurat buty Premio 9. Odpowiedź nie może być prostsza niż taka, że pasują do nart. Czegokolwiek od nich oczekiwałem, dostałem to. Są wygodne, lekkie, z urzekającym designem i logo... Czego chcieć więcej?
"Bo to ważne, żeby mieć logo 
Stać dumnie wyprostowany, 
A nie garbić się jak Quasi Modo."

Mikołaj przychodzi z Finlandii

Ależ odkrywcze stwierdzenie w tytule. Każdy przecież wie, że Święty Mikołaj ma swoją siedzibę w Finlandii na dalekiej Północy. Gdzie dokładnie? W Vantaa, bo tam mieści się oficjalny sklep One Way Sport ;). Poza tym adresem, można spróbować jeszcze na owstore.fi. Właśnie stamtąd przyszły do mnie pierwsze bożonarodzeniowe prezenty. A jak powszechnie wiadomo, najbardziej trafione prezenty to te, które sami sobie wybieramy. I tak oto kilka dni po zamówieniu, otrzymałem solidną paczkę prosto z Finlandii. W niej zaś nowe buty Premio 9 Skate oraz T- shirt z najnowszej kolekcji ubrań Endless Winter.
One Way Polar T- shirt.
Nie będzie to zaskoczenie, że nie udało mi się jeszcze przetestować moich nowych butów w akcji. Po przymiarce mogę jedynie powiedzieć, że są bardzo sztywne, co zapewne wpłynie na lepszą kontrolę nart. O tym przekonamy się jednak później, gdy wyleczę drobny uraz stopy i przede wszystkim spadnie wreszcie śnieg. Nie wiem, czy ktoś z Was zdążył zauważyć, że mamy już końcówkę grudnia, a wciąż rozpoczęcie sezonu w każdym możliwym miejscu w Polsce jest odkładane na później. Sytuacja co najmniej dziwna i niepokojąca. Dlatego zostawiam Wam jedynie zdjęcia moich Premio 9 w świątecznej oprawie.




Więcej można powiedzieć natomiast o T- shircie. Polar, bo tak brzmi jego nazwa, należy do nowej kolekcji ubrań Endless Winter od One Way. Dla wszystkich, którzy jeszcze nie słyszeli o tym rodzaju produktów, należy się wyjaśnienie. Fińskiej marce zależało na stworzeniu ubrań codziennego użytku, które nawiązują do skandynawskich, północnych klimatów. Stąd na kurtkach, swetrach i bluzach, znalazły się charakterystyczne dla Skandynawii wzory. Trzeba przyznać, że wygląda to ciekawie. Więcej produktów, jak i szczegółowy opis kolekcji Endless Winter, znajdziecie tu. Wracając do koszulki, jej design oddaje dokładnie zamierzenia One Way. Nadruk ze zdjęciami polarnych krajobrazów oraz wyhaftowana mapa Półwyspu Skandynawskiego to esencja Endless Winter. W oczy rzuca się również pewnego rodzaju odznaka z napisem "Nordic Champion 2014". Całość jest wykonana w bardzo dobrej jakości, zaś materiał stanowi bawełna. Cena 29,90 EUR jest porównywalna do T- shirtów innych producentów. Jeżeli jeszcze nie masz prezentu dla bliskiej osoby, która lubi skandynawskie klimaty lub po prostu nie lubisz stać w sklepowych kolejkach, może warto wybrać właśnie coś z Endless Winter? T- shirt Polar możecie zamówić przez Internet tu. W sklepie znajdziecie również inne ubrania z kolekcji. Radzę się spieszyć, bo Święta coraz bliżej. Ponadto One Way wprowadziło z tej okazji darmową wysyłkę dla wszystkich zamówień w obrębie całej Unii Europejskiej. Aby dowiedzieć się więcej i poznać kod promocyjny, potrzebny przy składaniu zamówienia, polecam odwiedzić profil facebookowy One Way tu. Nie przegapcie okazji na podarowanie czegoś unikalnego.

Czasy internetowej apatii

Znany na YouTube Felix Kjellberg (PewDiePie) powiedział kiedyś ciekawą rzecz. "Twitter ma limitowaną liczbę znaków, bo ludziom przestało chcieć się czytać i pisać". Można się z tym zgadzać lub nie. Wyczuwam jednak, że jest to w pewnym stopniu prawda. Odchodząc już od samego twittera, pisać rzeczywiście się nie chce nawet takim portalom jak skipol.pl, któremu widocznie brakuje pomysłów na teksty, skoro kopiuje moje. Tak przecież łatwiej, nawet pytać nie trzeba, a można podpisać autora i wszystko załatwione (tu przykład). Niestety, dłużej tak nie będzie. Być może zauważyliście, że niedawno pojawił się symbol © u dołu bloga. I dla tych, którym nawet czytać się nie chce, wszystko powinno być teraz jasne.

Nie mogę w tym miejscu zamknąć tematów nieprzyjemnych. Alexandr Loginov został przyłapany na stosowaniu dopingu. W jego krwi wykryto EPO i odsunięto od startów tuż przez rozpoczęciem nowego sezonu. Być może jest to kolejny (i znając życie nie ostatni) przypadek związany z aferą dopingową w rosyjskim zespole, w którą były zamieszane Starykh i Iourieva. W każdym razie panu już dziękujemy. Na więcej słów nie zasługuje, przecież nie chce mi się pisać...

A skoro już była mowa o skipolu, to zarzucę tematem z tego podwórka. Kilka tygodni temu na portalu pojawił się konkurs na najlepszy tekst o znaczeniu struktur w narciarstwie biegowym. Według mnie to temat na pracę magisterską lub doktorską. I wcale nie żartuję, bo jeden z doktorantów na norweskim uniwersytecie NTNU w Trondheim opracował teorię dotyczącą różnicy w przygotowaniu nart w zależności od warunków klimatycznych, a co za tym idzie również położenia geograficznego danego miejsca zawodów. Pojechał dzięki temu na Igrzyska Olimpijskie do Vancouver, gdzie pomagał zespołowi serwismenów (choć preferowałbym tu jednak słowo "technikom") przygotować narty dla biegaczy i biathlonistów. Stąd więc łatwo sobie wyobrazić, że samo dotknięcie tematu struktur nie jest łatwe i wymaga czasu. Zapewne w tym momencie liczba czytających ten post zmniejszyła się o połowę.

Pójdę jednak dalej, bo miałem zamiar nawet napisać tekst na ten konkurs. Teraz w sumie wiem, że nie było warto, sądząc po pracach, które "zakwalifikowano" do finału. Albo tylko tyle się w ogóle zgłosiło, albo po prostu inne nie zawierały jakichkolwiek słów. Nie celuję tutaj w żadnym wypadku w autorów, ale w tekście długości standardowego tweeta czy posta na facebooku nie da się zawrzeć sedna sprawy. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o strukturę. Ten temat zaskakująco rzadko pojawia się w polskojęzycznych źródłach. To szkoda, bo niewiele się przez to ludzie nauczą. A powiedzmy sobie szczerze, że wiedza od domyślnego człowieka, który rzekomo "trzydzieści lat tak samo narty smaruje i zawsze jadą" raczej nie wystarczy w dobie ogromnej liczby smarów i nowych technologii ślizgów. Wszystko przecież się zmienia. Dosyć powiedzieć, że średnio co roku technicy czołowych zawodników Pucharu Świata wyjeżdżają na szkolenia do producentów nart, aby opanować budowę i zasadę przygotowywania nowych modeli.

Myślałem, że uda mi się rozwinąć temat struktur w tym poście, ale niestety większość poświęciłem na głupoty. I mógłbym w sumie pociągnąć to wszystko dalej. Mniej lub bardziej estetycznie z większą lub mniejszą konsekwencją. Ale tego nie zrobię, bo, jak wspomniałem we wstępie, ludziom nie chce się czytać. Zaraz ktoś mi napisze w komentarzu "tl;dr", o ile dotrwał w ogóle do tego momentu i będzie mu się chciało poświęcić cenną energię na wstukanie tych 5 znaków. Tym, którzy jednak do tego zbioru nie należą (no proszę, już ze mnie wychodzi PWr, niedługo to się w ogóle przestawię na jakieś pseudonaukowe mądrości), polecam poszukać samemu na takich stronach, jak przykładowo Caldwell Sport. Szczególnie na ich profilu facebookowym można dowiedzieć się wiele o serwisowaniu nart, czemu służą wrzucane zdjęcia ślizgów ze szczegółowymi objaśnieniami. A jeżeli to nie wystarczy (bo jednak jest po angielsku), polecam również osobiście poradzić się odpowiednich ludzi w Szkole Narciarstwa Biegowego na Jamrozowej Polanie, którzy regularnie przechodzą szkolenia w tym zakresie. Jak dobrze pójdzie, to być może kiedyś sam zbiorę wszystko w całość i zrobię tu kompendium wiedzy dla "małego serwisanta". Najpierw jednak jeszcze trochę o tym poczytam i się nauczę, bo mi się chce...

Miało być tak pesymistycznie, nienawistnie i bez obrazków ;-). Całość zakończę jednak pozytywnie, bo oto dzisiaj Weronika Nowakowska- Ziemniak zwyciężyła w pierwszym sprincie sezonu w ramach Pucharu IBU. Na trasie w Beitostølen bardzo dobrze spisały się również pozostałe nasze reprezentantki. Anna Mąka i Kinga Mitoraj zajęły odpowiednio 17. i 18. miejsce. Trochę gorzej poszło Monice Hojnisz, która z dwoma karnymi rundami była 44. Jutro będzie miała szansę na poprawę, bo ponownie zostaną rozegrane sprinty. Wśród mężczyzn warto odnotować 46. miejsce Mateusza Janika. Być może dzięki takim występom nasz młody reprezentant nabierze doświadczenia i w przyszłości będziemy mogli liczyć na jakiekolwiek przyzwoite rezultaty w Pucharze Świata. A skoro już o tych rozgrywkach mowa, to jutro zaczynamy zmagania sztafetą mieszaną. Czas zatem na pierwsze w sezonie wielkie emocje!
Weronika Nowakowska- Ziemniak na najwyższym stopniu podium po sprincie w Beitostølen.

W pogoni za niską wagą

Spokojnie, to nie będzie post o anoreksji. Korzystając z okazji, że sezon za pasem, rozwinę jeszcze bardziej temat butów biegowych, który poruszyłem wcześniej. Jakoś nie daje mi to spokoju, szczególnie, że niedługo mam zamiar wyposażyć się w nową parę. Tym razem przyjrzymy się technologiom zastosowanym w najnowszych modelach butów do techniki dowolnej, które są dostępne na rynku. Jaki jest ich cel? Zapewne niska masa przy jednoczesnej maksymalnej sztywności buta. Zobaczmy, który z producentów jest najbliżej ideału.

Zaczynamy od Salomona, który przebojem postanowił zdobyć rynek, wypuszczając model Carbon Skate LAB. Wiele emocji budzi limitowana edycja 800 egzemplarzy na cały świat, odznaczająca się odważnym designem, nietypowym dla francuskiego producenta. Tak więc, prawdopodobnie w momencie, w którym to czytasz, modelu nie ma już w sprzedaży. Zresztą i tak nikogo normalnego nie byłoby na taki stać, bowiem jego cena wynosi 849,95 EUR! Wiem, że to najlżejszy but na rynku (para waży jedynie 860g) i limitowana edycja, ale to chyba przesada. Przecież poza tym jest wyposażony w zwykłą podeszwę SNS Pilot (nie wygląda mi to na Pilot 3) i dwa zapięcia. Zastosowanie karbonu, jako głównego materiału obniżyło masę i zapewniło sztywność, co potwierdziły testy znanych sportowców. Najbardziej zastanawia mnie jednak, co będzie po wyczerpaniu zapasów tego modelu. Czy Salomon pomaluje go w swoje zwykłe barwy i ponownie wypuści na sprzedaż, czy też powróci do modelu S- LAB Skate Pro, który już niską masą nie grzeszy (1230g/para)? Zobaczcie poniżej, jak bardzo różnią się te dwa modele.
Po lewej Salomon S- LAB Skate Pro, po prawej Salomon Carbon Skate LAB Worldwide 800.
Było coś z systemem SNS, to teraz może coś z oferty NNN. Fischer ze swoim modelem RCS Skate Carbon nie odbiega znacznie masą od poprzedniego konkurenta i może być dla niego alternatywą. Para waży bowiem jedynie 930g. Niestety, cena jest adekwatnie wysoka- wynosi 699,95 EUR. Porównując to z Salomonem, różnica 70g "kosztuje" 150 EUR mniej, co daje około 2,1 EUR/g. Austriacki producent może jednak pochwalić się szeregiem systemów, które wpływają na wygodę użytkowania. Jest to między innymi potrójna membrana, która zapewni ciepło i suchość w każdych warunkach oraz dwuczęściowa najlżejsza podeszwa Super Skate Race. Poniżej możecie zobaczyć, co zmienił Fischer w stosunku do poprzedniej wersji swojego flagowego modelu.
Po lewej Fischer RCS Carbonlite Skate 2013/2014, po prawej Fischer RCS Skate Carbon 2014/2015.
Czas na odpowiedź kolejnego producenta pod system SNS. One Way może się w tej dziedzinie pochwalić modelem Premio 10, który opisałem we wcześniejszym poście o butach. I tutaj niespodzianka, bo propozycja fińskiej firmy jest najtańsza w stawce, kosztuje "jedynie" 289,00 EUR. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest niestety waga, która wynosi 1200g na parę. W tym przypadku różnica 340g do Salomona wyniosła 560,95 EUR, co daje około 1,6 EUR/g. Jeżeli zaś chodzi o resztę udogodnień, to OW nie odstaje od konkurentów. Co ciekawe, poprzednia wersja modelu Premio 10 ważyła nieznacznie mniej (1150g/para), mimo że w nowej odsłonie widoczny jest minimalizm. Można to tłumaczyć użyciem dodatkowej warstwy karbonu dla lepszej sztywności, co dodało kilka gramów. Zobaczcie tę różnicę w wyglądzie na poniższym obrazku.
Dwie wersje One Way Premio 10 Skate.
Pozostajemy w Skandynawii, bo oto propozycja od norweskiego Madshusa. Jego kosmicznie wyglądający model RED Super Nano Skate z systemem NNN waży 1138g/para. Wartość może i niezbyt imponująca, ale za to ten but może pochwalić się wykonaniem z jednego kawałka karbonu, co minimalizuje ilość materiału między stopą a nartami i zapewnia pełną kontrolę. Cena wynosi 499,95 EUR. Licząc stosunek wagi do ceny, jak w poprzednich przypadkach, mamy różnicę 278g za 350 EUR, co daje około 1,3 EUR/g.
Madshus REB Super Nano Skate.
Czas więc na kolejnego producenta z podeszwą SNS Pilot 3. Atomic proponuje nam model Worldcup Skate w cenie 329,95 EUR. Sposób zapięcia przypomina nieco poprzednią wersję modelu Premio 9 Skate od One Way. Waga pary wynosi 1180g, przy zastosowaniu karbonowej podeszwy i wielu rozwiązań podobnych do reszty zaprezentowanych butów. Daje nam to różnicę 320g przy cenie niższej o 520 EUR od Salomona. Zatem w tym przypadku "dociążenie" buta o 1 gram powoduje spadek ceny o około 1,6 EUR.
Atomic Worldcup Skate.
Propozycje SNS już nam się wyczerpały (właściwie to jest jeszcze czeski Botas, ale nigdzie nie znalazłem danych o masie butów tego producenta). Czas zatem na Alpinę. Słoweńska firma od lat specjalizuje się w wyrobie tylko i wyłącznie butów. W swojej ofercie ma między innymi znakomity model do techniki łyżwowej- ESK PRO Racing Elite Skate. Zastosowany system karbonowej podeszwy NNN X- celerator Skate odpowiada za najlepszy przekaz sił odbicia. W oczy rzuca się również silne nachylenie buta do przodu w stosunku do poprzedniej wersji (obrazek poniżej). Waga pary wynosi 1100g, zaś cena 399,95 EUR. Wskazuje to, że za różnicę 240g więcej zapłacimy o 450 EUR mniej, czyli około 1,9 EUR/g.
Zobaczcie, jak zmienił się model ESK Skate od Alpiny.
Ostatnia propozycja, podobnie jak pierwsza, pochodzi z Francji. Model X- IUM Premium Skate od Rossignola może pochwalić się wagą 980g/para. Karbonowa podeszwa X- celerator systemu NNN dba o przekaz siły odbicia, zaś szkielet wykonany z tego materiału zapewnia dobrą sztywność. Mamy więc wszystko, czego potrzeba w cenie 449,95 EUR. Różnica do Salomona wynosi równe 400 EUR, za jedyne 120g masy więcej. Tak więc w tym przypadku za możliwie najlżejszy but zapłacimy najmniej, bo dodanie 1g wagi skutkuje obniżeniem ceny aż o około 3,3 EUR. Poniżej zobaczcie, jak zmienił się model X- IUM Skate od poprzedniego sezonu.
Po lewej model X- IUM Skate dostępny do końca sezonu 2013/2014, zaś po prawej nowa wersja która weszła do sprzedaży na początku 2014 roku. 
Ile kosztuje lekkość? O tym przekonaliśmy się na przykładzie zaprezentowanych modeli. Jeżeli zależy nam na najlepszym stosunku wagi do ceny, powinniśmy zdecydować się na zakup butów Rossignola. Jest to jednak propozycja z systemem NNN, a Salomon, do którego porównywaliśmy wszystkie egzemplarze, posiada podeszwę SNS. Z uwagi na jej inną konstrukcję (m.in. dwie belki mocujące) osiągnięcie niskiej masy może być trudniejsze. Tym większe brawa należą się Salomonowi za model Carbon Skate LAB. Jeżeli jednak poszukujemy dla niego alternatywy, pozostaje nam kwestia wyboru pomiędzy propozycją marek Atomic i One Way. Nie musicie mnie pytać, którą bym wybrał. Premio 10 Skate jest po prostu najtańszym i jednocześnie najlepiej wyglądającym modelem w stawce SNSów. Osobiście mogę zdradzić, że mam zamiar kupić jego poprzednią wersję. 

Nie sposób jednak pominąć Alpiny. Ta marka najlepiej zna się na butach. Taki, a nie inny wygląd modelu ESK PRO Elite Skate jest dobrze przemyślany. Zapewnia świetną kontrolę w każdych warunkach. Ponadto ulepszono wiele w stosunku do i tak bardzo udanej poprzedniej wersji. Mimo nie najlepszego stosunku wagi do ceny, warto się zastanowić nad propozycją słoweńskiego producenta. Szczerze mówiąc, gdybym miał zdecydować się na buty z systemem NNN, wybrałbym właśnie Alpinę. 

Przyszłością butów biegowych możemy nazwać model Carbon Skate LAB od Salomona, któremu udało się zachować sztywność przy bardzo niskiej masie. Pozostaje tylko pytanie, jak daleko da się pójść w pogoni za niską wagą i czy 860 gramów jest tego granicą, czy dopiero początkiem. Należy bowiem pamiętać, że w narciarstwie biegowym nie liczy się tylko lekkość...

Jakie buty biegowe wybrać?

Zima jest już coraz bliżej, więc może warto pomyśleć o zmianie kilku rzeczy w nadchodzącym sezonie? Można przykładowo zainwestować w nowe buty biegowe. Tym bardziej, że na rynku pojawiło się ostatnio kilka ciekawych modeli w systemie SNS. A jako, że uwielbiam wszystko związane za sprzętem, czuję się zobligowany, aby je ogarnąć i Wam tu przedstawić. Jakie będą najodpowiedniejsze dla amatorów, a jakie dla zawodowców? Dzięki otrzymanemu niedawno katalogowi One Way, postaram się odpowiedzieć na wszystkie możliwe pytania.

Wraz z sezonem 2014/2015 do sprzedaży wchodzą odświeżone modele butów narciarskich firmy One Way. Dotychczas znane nam Premio 9, Premio 10 oraz Tigara zmieniły nieco design oraz technologię. Na pierwszy rzut oka te zmiany mogą wydawać się kosmetyczne, w rzeczywistości jednak różnica może okazać się bardziej widoczna w porównaniu do poprzednich wersji. Mam na myśli przede wszystkim model Premio 9, w którym zastosowano nowe zapięcie system podeszwy SNS Pilot 3 Racing. W swojej pierwszej wersji korzystał on ze standardowego SNS Pilot Sport. Oznacza to, że belki, którymi but mocuje się do wiązania, zostały cofnięte w porównaniu do wcześniejszego rozwiązania. Buty nie przestaną być jednak kompatybilne ze starszymi wiązaniami, takimi jak SNS Pilot SK Premio, SNS Pilot Sport SK/CL oraz SNS Propulse Premio CL. Warto zauważyć, że wersja skate będzie mogła korzystać z zupełnie nowego wiązania do stylu łyżwowego SNS Pilot RS Carbon, które wymaga podeszwy Pilot 3.
Buty One Way Premio 9 (po lewej wersja Skate, po prawej Classic).

Nowe wiązanie RS Carbon waży jedynie 254 gramy i jest wyposażone między innymi w zabezpieczenie zapobiegające samoistnemu otwarciu zapięcia.
Wiązanie One Way SNS Pilot RS Carbon
Skoro już mowa o najwyższym modelu wiązania, to nie sposób nie wspomnieć o butach Premio 10. To produkt flagowy fińskiego producenta, stąd nie dziwi zastosowanie najlepszego materiału. But posiada całkowicie karbonową cholewkę i podeszwę oraz specjalną piankę 3D, pozwalającą na możliwie najdokładniejsze dopasowanie buta do stopy. System podeszwy to oczywiście Pilot 3, który w przypadku tego modelu znajdował się już w jego starszej wersji. Premio 10 są dostępne w konfiguracji do stylu dowolnego (kompatybilne wiązania: Pilot SK Premio, Pilot RS Carbon), klasycznego (Propulse CL Premio, Pilot Sport CL) oraz skiathlonu (Pilot SK Premio, Propulse CL Premio, Pilot RS Carbon).
Buty One Way Premio 10 (po lewej wersja Skate, po prawej Classic).
Godny uwagi jest również nieco niższy model butów, a mianowicie Tigara. W tym przypadku mamy do czynienia ze standardową podeszwą Pilot Sport. Praktycznie oznacza to, że przednia belka mocująca jest umieszczona na wysokości naszych palców. Co ciekawe, takie rozwiązanie jest stosowane we wszystkich butach z systemem NNN. Poza tym, cena butów Tigara jest znacznie bardziej przystępna, niż w przypadku modeli Premio. Wszystkie biegające panie powinny być natomiast zainteresowane damską wersją, która ma nieco inną, łagodną kolorystykę. Dostępne są egzemplarze do stylu dowolnego (wiązania Pilot SK Premio, Pilot Sport SK, Pilot Universal), klasycznego (Pilot Sport CL, Profil CL) oraz skiathlonu.
Buty One Way Tigara Skate w wersji męskiej (z lewej) oraz damskiej (z prawej).

Buty One Way Tigara Classic w wersji męskiej (z lewej) oraz damskiej (z prawej).
Zastanawiając się, który model wybrać, należy wziąć pod uwagę przede wszystkim nasze osobiste preferencje. Gdybym miał to zrobić teraz, najprawdopodobniej zdecydowałbym się na Premio 9 lub Tigarę. Jedyną kwestią do rozstrzygnięcia byłaby właśnie podeszwa. Z jakiegoś powodu system SNS Pilot ewoluował do modelu z oznaczeniem 3, cofając belki mocujące. Według producenta, właśnie ta odmiana zapewnia najlepsze czucie nart i przekaz sił odbicia, co, obok wprowadzenia drugiej belki, ma stanowić przewagę nad systemem NNN. Trudno jednak mi wytłumaczyć, dlaczego przykładowo limitowana edycja niedorzecznie drogich butów Salomon Carbon Skate LAB korzysta mimo wszystko ze "zwyczajnego" Pilota Sport, podczas gdy niższy model już z Pilota 3. Ponadto, ścigający się na sprzęcie od One Way Sami Jauhojärvi, w sezonie 2012/2013 używał do stylu łyżwowego butów Premio 9, których poprzednia wersja posiadała podeszwę Pilot Sport, zamiast najwyższych Premio 10. Biorąc to pod uwagę, być może rzeczywiście umiejscowienie przedniej belki mocującej na samym czubie buta jest najbardziej wygodne i naturalne. Jeżeli kierować się tymi przesłankami, to pozostaje nam wybór modelu Tigara lub po prostu pierwszej wersji Premio 9. Natomiast ja powstrzymałbym się od jednoznacznej oceny, który system jest lepszy. Prawdopodobnie ta różnica nie będzie aż tak bardzo wyczuwalna dla zwykłego amatora. Podobnie jak masa, która jest większa w przypadku Premio 9 o 60g, przez zastosowanie solidniejszych materiałów. Poza tym, oba modele nie różnią się znacznie technologią zapewniającą wysoki komfort. Warto wziąć jednak pod uwagę fakt, że być może w przyszłości wiązania typu SNS Pilot RS Carbon zaczną być powszechnie stosowane, przez co buty z niekompatybilnym systemem podeszwy wyjdą z użytku.

Wszystko zależy od tego, czego oczekujemy od naszych nowych butów. Dla zawodowców ważna jest niska masa i jednocześnie wygoda, dlatego w tym przypadku najlepszym wyborem byłyby Premio 10. Ambitni amatorzy mogą natomiast zdecydować się na Premio 9, które zapewnią doskonałe czucie zbliżone do najwyższego modelu. Jeżeli zależy nam jedynie na dobrej jakości w rozsądnej cenie, Tigara w zupełności wystarczy. Tak więc zakup odpowiedniego modelu powinien zadowolić nawet najbardziej wymagających ludzi północy. A jeżeli już mowa o kupowaniu, to produkty One Way znajdziecie oczywiście w PR-Sport.

Rewolucyjny Madshus empower

Nadchodzący sezon ma zrewolucjonizować rynek nart biegowych. Tak przynajmniej twierdzi Madshus, wprowadzając nowy projekt o nazwie empower. Co w nim takiego rewolucyjnego? Chodzi o indywidualne podejście do klienta tak, aby w trzech łatwych krokach mógł on wybrać idealne narty dla siebie. A jak to działa? Zobaczcie poniżej.

Każda para nart jest inna, w zależności od elastyczności, długości i sztywności. Dlatego Madshus instaluje specjalne chipy na każdej narcie, co pozwala dokładnie ją zidentyfikować. Tak oznaczone egzemplarze wędrują do sklepów. Później przychodzi kolej na klienta, który wpisuje do specjalnej aplikacji swoje dane, takie jak wzrost, waga i umiejętności. Na tej podstawie system szuka w bazie najodpowiedniejszych nart. Godna uwagi jest również opcja wskazania strefy odbicia na podstawie wagi narciarza, co jest bardzo potrzebne w przypadku zakupu nart do techniki klasycznej. Chip umieszczony na narcie pomaga na końcu zlokalizować pasującą parę, dzięki czemu klient może od razu cieszyć się z nowego nabytku. Cały proces przedstawia poniższa animacja.



Kto na tym skorzysta? Na pewno sprzedawcy, z uwagi na dużą oszczędność czasu przy zakupie nart. Dzięki empower, nie trzeba będzie spędzać długich minut na pomiarach i poszukiwaniach odpowiedniej pary. Wszystko zrobi za nas system, co jest innowacyjne na swój sposób. Nagroda dla Madshusa na tegorocznych targach ISPO nie była więc przypadkiem. Ta marka wciąż wprowadza na rynek nowości, ustalając tym samym nowe trendy. Można się spierać w kwestiach designu, bo w końcu każdy ma własne upodobania. Na przykład ja uwielbiam styl One Way. Mimo wszystko, co do technologi nie ma żadnych wątpliwości. System empower może być nowym narzędziem, które przekona klientów do wyboru produktów Madshusa. Skoro już mowa o kupujących, to warto zaznaczyć, że oni również skorzystają na nowym rozwiązaniu. Przede wszystkim dostaną idealnie dopasowaną nartę do parametrów fizycznych i umiejętności. Nawet, jeżeli ktoś kompletnie nie zna się na zasadach wybierania odpowiednich nart, nie będzie musiał sobie zaprzątać tym głowy, bo wszystko zrobi za niego aplikacja. Jakby tego było mało, Madshus App po zainstalowaniu na smartfonie może liczyć nasze postępy w trakcie biegania na nartach. To bardzo dobra alternatywa dla narzędzi typu Endomondo, o których niedawno pisałem. Na końcu dochodzi zwyczajne poczucie szczególnego i indywidualnego traktowania każdego klienta. Wybrane przez empower narty stają się bliższe człowiekowi, co przynajmniej dla mnie jest dużą zaletą. A co najważniejsze, wszystko to zgadza się z zasadą nr 1 "How to be nordic". Jednakże jeżeli takie rozwiązanie Tobie nie odpowiada i nie ufasz technice, zawsze możesz zdać się na wybór nart przez eksperta w Caldwell Sport.



Madshus empower faktycznie może zrewolucjonizować rynek narciarstwa biegowego. Do tego potrzeba oczywiście czasu, ale myślę, że pierwsze efekty zobaczymy już w zimie. Najważniejsze pytanie jednak brzmi, jak sprawdzi się to w krajach typu Polska, gdzie ta firma nie jest jeszcze tak szeroko dostępna i popularna.

Pulsometr dla amatora?

Zbliża się jesień, pogoda już coraz częściej o tym przypomina. Taki czas sprzyja przemyśleniom. Ostatnio przy okazji kolejnego szarego dnia przypomniałem sobie o napisie na moich nartach, który dumnie głosi: "Nordic sports is a spirit. It's about doing the things you want and looking the way you want", przywołując prawdziwą wolność płynącą z biegania. Hipokryzjo, imię twoje SadurSky- pomyślałem. Przecież na każdy trening zabieram ze sobą telefon z włączoną aplikacją, która ma liczyć pokonany dystans, czas, tempo itd. I żeby jeszcze robiła to skutecznie. Zwykle albo GPS straci zasięg, albo telefon się zawiesi. Wtedy radość z biegania zmienia się w irytację z powodu telefonu. Dlatego zacząłem myśleć o pulsometrze. Ale czy mimo wszystko warto sobie tym zaprzątać głowę? To zależy...

Najważniejsze jest to, do czego potrzebujemy pulsometru. Jeżeli startujesz w zawodach i podczas każdego treningu potrzebujesz danych, a szczególnie tętna, jest to zrozumiałe. Jednak gdy bieganie na nartach ma postać czysto rekreacyjną, a na zawodach pojawiasz się rzadko, to warto przemyśleć zakup jeszcze raz. Tym bardziej, że jest to wydatek rzędu 400 zł, jak w przypadku modelu RS300X firmy Polar, który ma wszystkie potrzebne funkcje.
Polar RS300X.
Pytanie brzmi, po co zaprzątać sobie głowę ciągłym patrzeniem na zegarek i zastanawianiem się, czemu danego dnia przebiegłem ten sam dystans wolniej niż innego? Z drugiej jednak strony obserwowanie własnych postępów i zwiększanie wydolności, które pokaże nam internetowy profil na stronie producenta, jest zawsze czymś budującym. Zwłaszcza, gdy ktoś określił sobie cel do osiągnięcia, jak na przykład przebiegnięcie Jizerskiej 50. Wyjściem z sytuacji może być również zakup nadajnika Bluetooth, kompatybilnego z naszym telefonem i używaną aplikacją, który po umieszczeniu na klatce piersiowej będzie przesyłał dane o tętnie do aplikacji. W tym przypadku wydatek jest mniejszy, bo około 200 zł. Trzeba jednak uważać, aby nie wpaść w studnię bez dna, proponowaną na przykład przez Endomondo. Ma ona świetne funkcje, z planem treningowym włącznie, pod warunkiem używania wersji Premium, co zaś wiąże się z comiesięczną opłatą. Poza tym, dzisiejsze telefony mają co najwyżej dwuletni okres przydatności do użytku. Przy takim zestawieniu, inwestycja w droższy pulsometr wydaje się rozsądniejsza.
Nadajnik Bluetooth firmy Polar.
Kolejna rzecz to wygoda. Z telefonem jest ten problem, że nie zawsze łatwo go ze sobą zabrać. Zwykle ciąży nam w kieszeni, uwiera i przeszkadza. A przecież nie ma nic bardziej irytującego w trakcie treningu. Wiem, że są na rynku przeróżne akcesoria, jak na przykład pokrowce pozwalające umieścić telefon w opasce na ramieniu. Ostatnio zrobiło się to modne, zwłaszcza wśród ludzi, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę ze sportem w postaci wieczornego joggingu i uwielbiają się tym chwalić wszystkim swoim znajomym na facebooku. Jeżeli zaś chodzi o mnie, to telefon chowam do kieszeni w swoim termo- bidonie na pasku na biodrach. A to dlatego, że wszystko, co zakłada się na rękę, bardzo mi przeszkadza, tak jakoś mam. Nie lubię nosić nawet zegarków, stąd również do pulsometru musiałbym się długo przyzwyczajać. Wiadomo, że nie zawsze zabiera się ze sobą termo- bidon, dlatego wtedy jestem zmuszony biec bez żadnej wiedzy o swoim treningu. I muszę się przyznać, że mi z tym dobrze. Nie słucham przynajmniej denerwującego głosu Endomondo. Wiem, że można go wyłączyć, ale wtedy jakaś instynktowna psychoza każe mi się zastanawiać, czy już przebiegłem te kilometry, czy jeszcze nie.

I gdybym miał teraz zdecydować, czy kupować pulsometr, dałbym sobie z tym spokój. Oczywiście ma on funkcje, bez których wiele treningów nie może się obejść, jak na przykład interwały i fartlek. Osobiście wolę jednak tę samą kwotę wydać na jakieś ładne ubranie od One Way. Tym bardziej, że do sprzedaży weszła oczekiwana kolekcja Endless Winter. A do liczenia kilometrów, pozostanę przy pełnym wad Endomondo Pro (nigdy w życiu nie zakupując Premium), z tym że postaram się nie wpadać w złość za każdym razem, gdy GPS odmówi współpracy. Bo na nartach najważniejsza jest niczym niezmącona radość ze świetnych warunków. I takich właśnie wszystkim życzę w nadchodzącym sezonie.

Odważny krok One Way

W poprzednim poście przy okazji planu treningowego wspomniałem o aktywnościach, które mogą nam pomóc w przygotowaniu do zimy. Wśród nich znalazło się kolarstwo górskie i szosowe. Idąc tym tropem firma One Way postanowiła stać się jeszcze bardziej przyjazna narciarzom biegowym w trzymaniu formy. Na targach ISPO w Monachium zaprezentowała swoje projekty rowerów szosowych i MTB, a niedawno wprowadziła je do sprzedaży. Przyjrzyjmy się zatem, jak bardzo odważny krok wykonali Finowie, wchodząc na nowy dla siebie rynek.

One Way słynie z innowacji i designu najwyższej klasy. A jak prezentują się najnowsze produkty tego producenta z nieco innego działu niż ten, do którego przywykliśmy? Zacznijmy więc od rowerów MTB. Obecnie w sprzedaży znajdują się dwa modele, oznaczone podobnie jak narty i kije, czyli Premio 9 HD i 10 HD. One Way uwielbia karbon, stąd też ramy obu rowerów nie mogły być z innego materiału. Niższy z definicji model Premio 9 oferuje już całkiem przyzwoity osprzęt, bo jest to pełna grupa Shimano XT. Ponadto amortyzator Rock Shox oczywiście z blokadą skoku przy kierownicy. Koła są produkcji firmy Mavic, zaś siodełko Selle Italia. Stery i sztyca to robota FSA. Znając te firmy i ich reputację na rynku od razu można rozpoznać, że jest to produkt z wysokiej półki. Jak na takowy przystało, odpowiednia jest również cena. Obecnie za rower One Way Premio 9 HD należy zapłacić 1790 EUR. Szczegółową specyfikację techniczną znajdziecie na E- Nordicworld.com.

Czas na wyższy model, czyli Premio 10 HD. Jest on dostępny w dwóch wersjach: z osprzętem Shimano XT oraz XTR. Cena może wynieść 2490 EUR lub 3490 EUR odpowiednio dla pierwszej i drugiej wersji. Droższy egzemplarz posiada lepsze siodełko- Selle Italia SLR XP oraz inne koła- od firmy BOR. Ten pierwszy natomiast oferuje siodełko X1 oraz koła Mavic. Rama nie różni się niczym. Więcej na temat One Way Premio 10 HD pod tymi linkami: wersja XT, wersja XTR

A teraz przejdźmy do prawdziwej poezji, jakby to określił pan Adam Probosz z Eurosportu. Czas więc na rowery szosowe. One Way prezentuje tutaj jeden model Premio 10 HD z karbonową ramą, lecz znów w dwóch wersjach. Tańsza z nich oferuje grupę Shimano 105, siodełko Selle Italia X1, koła FFWD oraz stery i sztycę Cont Tech. Cena to 2290 EUR. Więcej na jej temat znajdziecie tu. Wersja droższa to osprzęt Shimano Ultegra, koła Mavic Cosmic, siodełko Selle Italia SLS XC, sztyca i stery FSA. Pełna specyfika roweru One Way Premio 10 HD road znajduje się tu.

Kto może być adresatem takich rowerów? Na to pytanie trudno odpowiedzieć. Pokuszę się o stwierdzenie, że raczej rowery One Way będą wybierali narciarze biegowi i zarazem miłośnicy tej firmy. Przykładowo, gdybym miał za dużo pieniędzy, to zdecydowałbym się na zakup takiego Premio 9 HD z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że obecnie nie mam górskiego roweru, a po drugie ten model jest obiektywnie bardzo dobry pod kątem osprzętu. Poza tym, już całkiem subiektywnie, to owoc współpracy świetnej firmy OW z renomowanymi producentami na rynku rowerowym, więc nie mogło z tego wyjść nic innego, jak taki obiekt pożądania. Z modelem szosowym może już być inaczej. W podobnej cenie możemy znaleźć inne podobne rowery bardziej renomowanych firm. Szosa ma swoją tradycję, współtworzoną przez takie firmy jak Bianchi, czy Colnago. Więc jeżeli miałbyś wydać tyle samo pieniędzy na zupełnie nieznany w tej sferze rower producenta nart biegowych, to chyba lepszym wyborem byłoby pozostanie przy tradycyjnych rozwiązaniach. Z drugiej jednak strony, jeżeli niezbyt przejmujesz się całą otoczką wokół kolarstwa i patrzysz na rower szosowy tylko przez pryzmat przygotowania do sezonu na biegówkach, to ten model może być dla Ciebie. 

Wprowadzając do sprzedaży rowery, firma One Way stała się jeszcze bardziej wszechstronna i pokazała, że nie ma rzeczy niemożliwych. Pozostaje tylko pytanie, jak będą sprzedawały się ich nowe "narzędzia treningowe". Czas pokaże, czy było to dobre posunięcie.

P.S: This post is now available in English! Just click here.

Wygięte kije- innowacja czy tylko marketing?

Wracam po przerwie z czymś dla takich jak ja "sprzętowych spalaczy". Kilka dni temu na specjalnej konferencji prasowej Ole Einar Bjoerndalen poinformował, że od przyszłego sezonu będzie używał kijów firmy Exel. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że nowe kije króla nie będą proste. OEB postanowił zaufać innowacyjnej technologii wygięcia kijów biegowych w taki sposób, jak można to zaobserwować w narciarstwie alpejskim. Oczywiście pierwszym pytaniem, jakie się nasuwa, jest: "dlaczego to zrobił?". Spróbuję na nie odpowiedzieć.

Jeden z modeli kijów firmy Exel

Jako konserwatysta w sprawach narciarstwa biegowego, mam sceptyczne podejście do tej nowości. Podobno taki kształt kija powoduje większą efektywność odbicia (do 20% w porównaniu do tradycyjnego). Widoczne jest to zwłaszcza przy technice double- polingu, kiedy tradycyjny kij ulega działaniu ogromnej siły i wygina się. Nowy kij natomiast będzie całą siłę używaną przy odbiciu przekształcał w faktyczny ruch kija, nie zaś na jego wygięcie. Brzmi logicznie. Z drugiej strony są takie kije, jak na przykład One Way Premio HD, które charakteryzują się niebywałą sztywnością i strata energii związana z wygięciem jest znikoma. Poza tym kije z najwyższej półki cenowej są wykonane w całości z carbonu. Podobnie jest w przypadku firmy Exel. Jednak carbon lubi się łamać, co obserwujemy często na zawodach Pucharu Świata. W związku z tym, wygięte kije musiały zostać dodatkowo wzmocnione, aby nie pękły w miejscu zakręcenia przy mocniejszym odepchnięciu. Być może pociągnęło to za sobą minimalny wzrost wagi. Przykładowo "stare" kije Bjoerndalena Madshus Nano Carbon Race 100 UHM charakteryzowały się wskaźnikiem wagi 58 gramów na metr. Natomiast w przypadku Exel producent sprytnie nie podaje tej wartości, a dobrze byłoby to porównać. Przypuszczam jednak, że nie jest to znaczna różnica na korzyść tradycyjnych kijów.

Jak działa to efektywniejsze odbicie w praktyce? Dzięki lepszemu przekazywaniu energii, zawodnik jest w stanie szybciej osiągnąć prędkość maksymalną na nartach. Również mniejszy jest wysiłek związany z jej długim utrzymaniem. Sam Bjoerndalen twierdzi, że dzięki temu jest w stanie zaoszczędzić od 10 do 15 sekund w biegu na dystansie 10 km. Na efektywność odepchnięcia wygiętymi kijami wpływa również fakt, że wbijają się one dalej od linii butów biegacza, dzięki czemu odbicie trwa dłużej. Można to zaobserwować w poniższym filmie wraz z opisem reszty zalet.  



Każda innowacja przyjmuje się bardzo trudno w środowisku, gdzie wszystko wydaje się być poukładane od lat. Tak samo jest w przypadku wygiętych kijów firmy Exel. Nie jest to znana marka wśród producentów kijów dla zawodowców. Ich produktów używa jedynie fiński talent biegów narciarskich- Iivo Niskanen. Być może nową technologią Exel zyska nową pozycję na rynku, a jeżeli nie tym, to na pewno faktem, że korzysta z niej sam Ole Einar Bjoerndalen. Natomiast król postąpił bardzo odważnie przecierając szlak, którym być może za kilka lat będzie podążać cała czołówka Pucharu Świata w biegach narciarskich i biathlonie. Polegając na jego doświadczeniu, można przewidywać, że tak właśnie będzie.

Wiosenne bieganie

Zaraz po ostatnich biegach ze startu wspólnego w ramach biathlonowego Pucharu Świata w Oslo, stało się coś niemożliwego. W Jakuszycach zaczął intensywnie padać śnieg. A był to 23. dzień marca, czyli w kalendarzu wiosna. Zazwyczaj o tej porze panuje tam jeszcze zima, ale nie w tym sezonie. Śnieg zniknął bowiem z Polany przed Biegiem Piastów, co znacznie utrudniło jego rozegranie. Od tego czasu nie było nadziei na odmianę sytuacji. Tymczasem w zeszłą niedzielę sympatycy narciarstwa biegowego otrzymali od pogody miły prezent.

Po bardzo ciepłych dniach nikt chyba nie przypuszczał, że wiosna w Jakuszycach przywita nas śniegiem. Od niedzieli do wtorku spadło około 40 cm śniegu, co pozwoliło na przygotowanie tras. Mi natomiast pozwoliło na oczekiwane założenie po raz pierwszy nart Premio 9 Skate od One Way. Zapraszam zatem na zdjęciową relację w stylu Noah Hoffmana z ostatnich dni na śniegu w tym sezonie.

Pierwszego dnia (wtorek) pogoda była idealna. Zachodzące słońce ładnie oświetlało Polanę Jakuszycką, co koniecznie musiałem wykorzystać na zrobienie kilku zdjęć.
One Way Premio 9 Skate gotowe do pierwszej jazdy...

... kije Diamond 930 również.
Widok na pustą, słoneczną Polanę był niesamowity.

Jednak nie dla samych zdjęć odwiedziłem Jakuszyce, więc czym prędzej udałem się na trasy. Po opadach ratrak ubił część z nich, ale typowa dla tego miejsca wysoka wilgotność powietrza znacznie utrudniła zadanie. Przekonałem się o tym osobiście. Na początek wybrałem Górny Dukt, który był przygotowany w miarę możliwości.


Widok na Kopalnię Stanisław.

Na trasie było miękko. Kije zapadały się w śniegu przez zbyt mały koszyczek. Narty natomiast radziły sobie bardzo dobrze, jak na te warunki. Pierwsze wrażenie, jakie na mnie wywarły, to niesamowita lekkość. Producent podaje, ze ich waga wynosi jedynie 1270 g dla długości 186 cm, co i tak nie jest najlepszym wynikiem w kategorii performance skate (Fischery RCR o długości 187 cm ważą 1190 g). Różnica pomiędzy Premio 9, a moimi dotychczasowymi Fischerami Skatecut jest zauważalna. Przede wszystkim nowe są krótsze (179 cm w porównaniu do wcześniejszych 182 cm), a co za tym idzie, lepiej się je kontroluje. Podczas pokonywania podbiegów bardzo pomaga dobre rozłożenie masy na nartach. Przód jest odciążony, co pozwala na dynamiczną i efektywną pracę w kroku asynchronicznym. Jak dobrze się przyjrzeć, od wiązań po czuby znajdują się specjalne wyżłobienia, które są za to odpowiedzialne. Osobiście czuję się na nich jak na nartorolkach i bardzo mnie to cieszy. Właśnie takiej pewności i swobody oczekiwałem. Porównanie z nartorolkami jest również adekwatne przy szybkości Premio 9. Na tępym, miękkim śniegu i niespecjalnie stromym zjeździe udało się osiągnąć taką prędkość, że trochę zacząłem się bać. A (nie chwaląc się) trudno mnie przestraszyć na zjazdach. Na koniec dodam jeszcze, że ich taliowanie to 44/43/45. Tak więc krótki, ale udany test nart napawa mnie optymizmem przed następnym sezonem. Mam nadzieję, że warunki będą już normalne i uda się wykorzystać w stu procentach właściwości OW Premio 9.

Jakuszyce odwiedziłem jeszcze w piątek. Temperatura w nocy nie spadła poniżej zera, dlatego wiedziałem, że będzie to ostatni dzień nadający się na narty. Było bardzo trudno, a do pracy zaciągnąłem swoje stare Fischery. Śnieg już nie stanowił dobrego podłoża. Zapadały się zarówno kije, jak i narty. Tylko w kilku miejscach można było choć trochę pobiegać.

Widok na Samolot

Reszta była już w fazie rozkładu i nadawała się raczej do przechadzki, niż do biegania.


Pamiętam, że zazwyczaj ostatni pobyt na nartach w sezonie poświęcałem na szukanie zwiastunów wiosny w okolicy. W tym przypadku nie musiałem. Były wszędzie, gdzie tylko spojrzeć: płynące potoki, wystająca trawa itp.
I już po bieganiu...
Tak właśnie zakończyłem sezon 2013/2014. Był on bardzo trudny pod kątem pogody, która skutecznie pokrzyżowała plany zawodowców i amatorów. Oczywiście cieszę się z tych ostatnich dni na śniegu, bo takiego czegoś zupełnie się nie spodziewałem po tym, jak już odłożyłem narty na letnią przerwę. Aura potrafi zaskakiwać i na pewno przekonamy się o tym jeszcze nie raz. A tymczasem można udać się na krótki odpoczynek, a zaraz po tym na kolejne przygotowania do sezonu. Nie zabraknie treningów na nartorolkach i ciekawych wydarzeń. Czeka nas kilka fajnych imprez, zarówno dla amatorów, jak i zawodowców. W Czechach odbędzie się Silvini Skiroll Classics z finałowym wjazdem na Jested w Libercu. Planowany jest również nartorolkowy uphill z Dusznik Zdrój do Zieleńca. SadurSummer zapowiada się pracowicie...


P.S.: Był to post numer 100 na blogu.

Same One Way Premio 9 zimy nie czynią

"Nordic sports is a spirit. It's about doing the things you want and looking the way you want". Taki napis widnieje na moich Premio 9, obecnie odstawionych smutno w kącie w pokoju. Jak się okazało, w pakiecie z nartami One Way Premio 9 Skate, producent nie dołącza śniegu. I w ten sposób powyższa sentencja staje się pięknym marzeniem na przyszły sezon, bo ten obecny, zarówno dla mnie, jak i dla nich, już się skończył.

Prawda jest taka, że przez słabe warunki, jakie mieliśmy w ostatnich miesiącach, ślizgi nart nie dotknęły nawet śniegu od czasu, gdy do mnie przyszły. Przetarcia i kamienie, które mocno zraniły moje dotychczasowe Fischery, powstrzymywały mnie przed pierwszym testem OW. Była końcówka stycznia i liczyłem, że sytuacja się poprawi i spadnie więcej śniegu. W perspektywie był jeszcze przecież cały luty i Bieg Piastów, więc opady po prostu musiały się pojawić. Tak się jednak nie stało i najczarniejszy scenariusz dla każdego sympatyka narciarstwa biegowego się spełnił. Wiemy dokładnie, jak tragicznie wyglądały trasy w przeddzień imprezy i jak trudno je było przygotować.

Dziś mamy 19. dzień marca. Patrząc na pogodę za oknem, nie mam już nawet resztek nadziei, że coś się odmieni. Rezygnacja je pokonała. Spakowałem już swoje Premio 9 na letnią przerwę. Nawet nie ruszałem ślizgów, zostawiając je tak, jak przygotował mi PR-Sport. Niech czekają na lepszy przyszły sezon, na świeży i ubity śnieg, aby mogły spełniać swoje zadanie. Upłynie trochę czasu, aż stanę w nich na trasie i będę mógł powiedzieć: "I am nordic".

Tymczasem swój sezon zakończyli narciarze biegowi. W zeszły weekend miał miejsce finał Pucharu Świata, tradycyjnie w Falun. Szwedzkie miasto przygotowuje się do przyszłorocznych Mistrzostw Świata, dlatego niedawne zawody były pewnego rodzaju próbą generalną przed główną imprezą. Trzeba przyznać, że próba się powiodła i możemy liczyć na wiele ze strony organizatora za rok. Falun 2015 sponsoruje One Way Sport. Na stronie producenta już teraz można zakupić ubrania i akcesoria zawierające logo MŚ. Jeżeli zaś chodzi o same rozstrzygnięcia finału PŚ, to były one bardzo miłe. Przede wszystkim Therese Johaug obroniła koszulkę liderki i zdobyła swoją pierwszą dużą kryształową kulę w karierze. Patrząc na to, jakie biegi (sprinty klasykiem, skiathlon, pościgowy) odbywały się w Falun, mało kto wierzył w jej możliwości w walce z doświadczoną Marit Bjoergen. Jednak skazywana na porażkę zyskała dodatkową motywację, która pozwoliła jej na zbudowanie przewagi w biegu łączonym i utrzymanie jej dzień później. W rywalizacji mężczyzn zwycięstwo w klasyfikacji generalnej było już rozstrzygnięte w Lahti. Martin Johnsrud Sundby mógł tym samym spokojnie odebrać swój pierwszy w karierze Puchar Świata bez względu na wyniki w Falun. Norweg jednak nie zamierzał spoczywać na laurach i pokusił się jeszcze na wygranie całego finału. W bardzo zaciętej walce pokonał Alexa Harveya i Alexandra Legkova. Niestety nie można było tego zobaczyć, bo Eurosport postanowił pokazać zawody w jeździectwie. Dla nich też bardzo szybko skończyła się zima...

Zima nie kończy się jednak dla biathlonistów, którzy swoje finałowe zawody rozegrają w Oslo. Chyba nie muszę mówić, że lubię tę lokalizację. Trasy są bardzo ładne, widoki również, a to wszystko mieści się na wzgórzu Holmenkollen. Zdecydowanie lepiej kończyć sezon właśnie tam, niż w Khanty- Mansiysku, gdzie bywa przygnębiająco. Zwykle nawet w kwietniu panuje tam sroga zima (to akurat dobrze), ale przez to dziwnie jest rozstawać się z Pucharem Świata. W dodatku szybko robi się ciemno, a trasy są nieciekawe. W Oslo natomiast mamy skocznię, pełne trybuny i króla Haralda V, przyglądającego się występom norweskich zawodników. Mamy również korony norweskie, które należałoby zapłacić za wstęp na zawody. Miejsce na jednej z trybun na jutrzejsze sprinty kosztuje od 152 NOK do 197 NOK, natomiast miejsce przy trasie od 77 NOK do 92 NOK. W przeliczeniu na złotówki jest to odpowiednio około od 76 zł do 98 zł i od 39 zł do 46 zł. W następne dni, czyli na sobotnie biegi pościgowe i niedzielne masowe, bilety są oczywiście droższe. Wówczas na miejsce przy trasie należałoby wydać od 52 NOK do 197 NOK, zaś na trybunach od 112 NOK do 452 NOK. Można jednak zdecydować się na zakup biletu na oba weekendowe dni, co kosztowałoby od 172 NOK do 402 NOK. W tym przypadku dostępne są zniżki dla dzieci, których wstęp kosztuje w granicach 55- 122 NOK. Takie ceny stawiają zawody w Oslo obok Ruhpolding. Jednak szeroki wybór miejsc na trybunach i związane z tym różnice w kosztach sprawiają, że Norwegia okazuje się być tańsza od Niemiec. Tego się nie spodziewałem.

Pierwsze biegi w Oslo Holmenkollen już jutro. Kobiety rozegrają sprint o 12:30, zaś mężczyźni ruszą na trasy o 15:30. Warto dodać, że w niedzielę ma się odbyć specjalna prezentacja nowej konkurencji biathlonowej, która być może w przyszłym sezonie zostanie włączona do Pucharu Świata. Formuła zmagań ma być podobna jak na pokazowych zawodach, rozgrywanych co roku na stadionie Schalke w Gelsenkirchen. A póki co, zobaczmy, jak wygląda Oslo w przeddzień finału sezonu 2013/2014.


Kilka słów o technice- double poling

Oglądając wczorajsze sprinty technikę klasyczną w Drammen, zaobserwowałem ciekawe zjawisko. Część zawodników w męskim gronie startowała w nartach i butach do kroku łyżwowego. Czyżby pomylili się, pakując sprzęt na zawody Pucharu Świata? Nic podobnego. Zastosowali interesujący zabieg, który... no właśnie, pomógł im, czy nie?

Główne role w finale męskim odegrali dwaj Norwegowie: Ola Vigen Hattestad oraz Paal Golberg, odpowiednio pierwszy i drugi zawodnik na mecie. Tak się składa, że obydwoje pobiegli w sprzęcie do kroku dowolnego, mimo jasno określonego stylu, w jakim odbywały się wczorajsze sprinty. Dlaczego więc zdecydowali się na użycie takich nart? Odpowiedzią nie jest fakt, że czytają ten blog i stosując się do zasad "How to be nordic" chcieli chociaż zmyć tym poczucie winy po złamaniu zasady nr 10: "Bieganie klasykiem jest dozwolone tylko w niektórych przypadkach. (...)" Zrobili to w innym celu. Narty do łyżwy zapewniły im nieco lepszą zwrotność na zakrętach, mimo że były takiej samej długości, jak zwyczajne do stylu klasycznego. Ponadto buty są sztywniejsze, co też mogło być ważne dla niektórych. Ale jest coś jeszcze ważniejszego. A tym czymś jest double poling, czyli technika biegu bezkrokiem. W sprzęcie do techniki łyżwowej but nie odrywa się tak bardzo od wiązań, co umożliwiło lepszy przekaz siły przy bezkroku. Ale czy dało przewagę nad innymi? To zależy, bo przykładowo Emil Joensson radził sobie świetnie na podbiegach stosując diagonal stride, czyli krok naprzemienny. Wymagał on mniej siły w rękach, ale za to Emil musiał wykonywać znacznie szybsze ruchy, aby utrzymać tempo. Ponadto panowie w sprzęcie łyżwowym musieli używać tylko bezkroku (w przeciwnym razie ślizgaliby się w torach), co oznaczało, że na podbiegach potrzebowali ekstremalnie dużo siły. Widać to było na ostatnich metrach, kiedy następowała wymagająca stromizna. Zdarzyło się nawet, że w półfinale Anton Gafarov najzwyczajniej w świecie nie wytrzymał i wywrócił się przed samą metą. Ale co tu opowiadać, jak lepiej pokazać. Niestety nagrań z tego roku jeszcze w internetach nie ma, więc wszystko sobie obejrzymy na przykładzie poprzedniego finału. Porównanie dwóch technik jest idealnie widoczne, gdy zwrócimy uwagę na Alexeya Poltoranina w sprzęcie do klasyka oraz Pettera Northuga w sprzęcie do łyżwy. Dla sprzętowych spalaczy, takich jak ja, pytanie dodatkowe: kto oprócz Northuga wybrał narty do stylu dowolnego? Podpowiedź to double poling przez całą trasę.



Narciarskie porzekadło mówi, że dobry double poling wyróżnia mężczyzn od chłopców. Tak było i w tym przypadku, kiedy Northug wykorzystał to idealnie i ograł Poltoranina. Hattestad i Golberg zrobili to samo wczoraj z resztą rywali, choć trochę pomógł im Emil Joensson wywracając się na jednym z zakrętów. Swoją drogą bardzo ciekawa byłaby bezpośrednia konfrontacja dynamicznego kroku naprzemiennego w wykonaniu Szweda z bezkrokiem silnych Norwegów. Po raz kolejny więc sprint w Drammen technika klasyczną wygrały narty do łyżwy. Ot, taki paradoks. Jeżeli zaś chodzi o double poling, to faktycznie jest bardzo istotnym elementem techniki klasycznej. Powiedzieliśmy już sobie, że wymaga dużo siły fizycznej, ale też dobrze wykonany nadaje dobrą prędkość. Jak należy go ćwiczyć? Na to pytanie najlepiej odpowie Swedish Winter Sports Research Centre w poniższym filmie.



Wiemy już, dlaczego niektórzy sprinterzy użyli nart do kroku łyżwowego i co ma z tym wspólnego double poling. Teraz już tylko pozostaje stosować to w praktyce, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, oczywiście po odpowiednim przygotowaniu siłowym. Tak na marginesie dopowiem, że każdy biegacz i biathlonista ćwiczy w lecie double poling na nartorolkach, wjeżdżając zazwyczaj pod górę. To świetny sposób na siłę i wytrzymałość w kolejnym sezonie.

NNN czy SNS?

Dziś będzie coś na temat sprzętu. W internetach można znaleźć różne informacje na temat dwóch popularnych systemów wiązań do nart biegowych- NNN i SNS, które rywalizują również na rynku. Pociąga to za sobą próby stwierdzenia, który z nich jest lepszy. Oglądając wczorajsze zawody Pucharu Świata w Oberhofie i ostatni etap Tour de Ski przyjrzałem się bliżej sprzętowi, który używa światowa czołówka. Nawiązując więc do tematu walki SNS z NNN postaram się spojrzeć na to z punktu widzenia statystyki w gronie zawodowców, czyli przedstawić, jaka liczba czołowych biathlonistów i biegaczy narciarskich korzysta z konkretnego systemu.

Na początek jednak kilka słów o każdym z systemów. Wiązanie SNS zostało wynalezione przez firmę Salomon i charakteryzuje się jedną prowadnicą wzdłuż powierzchni buta. Ponadto w wyczynowej wersji PILOT, but do takiego typu posiada dwie poprzeczne belki w podeszwie, które zaczepiają o wiązanie. Najbardziej znane marki używające systemu SNS to Salomon, One Way i Atomic. System NNN został stworzony przez norweską Rotfellę. W tym przypadku wiązanie posiada dwie prowadnice wzdłuż powierzchni buta, ale jedną poprzeczną belkę w podeszwie. Warto dodać, że wyczynowe wiązania typu R4 NIS tego systemu wymagają przytwierdzonej na stałe płyty montażowej do narty. Umożliwia to natomiast dowolną regulację pozycji wiązania w bardzo łatwy sposób. Buty z systemem NNN produkują: Alpina, Madshus, Fischer oraz Rossignol. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że więcej do powiedzenia na rynku ma NNN. Zobaczmy jednak, co powie statystyka.

Grafika z porównaniem systemu SNS z NNN.

W Oberhofie oglądaliśmy wczoraj biegi ze startu wspólnego. Na starcie stanęło więc 30 zawodników (25 najlepszych w klasyfikacji PŚ i 5 najwyżej punktujących w ten weekend). Była to bardzo dobra okazja do obejrzenia, kto na czym biega. I z tej obserwacji wypłynęły następujące wnioski.


Na początek bieg mężczyzn. Jedynie 3 biathlonistów we wczorajszej stawce używało butów Salomona, czyli systemu SNS. A byli to: Alexander Loginov (Rosja), Erik Lesser (Niemcy) i Alexis Boeuf (Francja). Reszta preferuje NNN. Rozbijając to jeszcze na poszczególne marki, mieliśmy 2 zawodników w butach Madshusa (Bjoerndalen i Svendsen), 9 w butach Alpiny, 8 w butach Rossignola (wśród nich Martin Fourcade) i 8 od Fischera. Różnica na korzyść NNN jest więc znacząca. Co ciekawe, u większości zawodników z tym systemem, wiązania były marki Rotfella, poza kilkoma użytkownikami Rossignola. Najwyraźniej tradycja wykonania robi swoje.


U kobiet sytuacja wygląda podobnie. Jedynie Anastasyia Kuzmina (Słowacja), Evi Sachenbacher- Stehle (Niemcy) i dotychczasowa liderka PŚ Valj Semerenko (Ukraina) są zawodniczkami Salomona. Natomiast u reszty z systemem NNN siły prezentują się podobnie, jak u mężczyzn, czyli przewaga Fischera, przed Rossignolem, Madshusem i Alpiną. Zastanawiające może być to, że znacznie mniej kobiet decyduje się na Alpinę, bo są to tylko trzy zawodniczki (wśród nich Weronika Nowakowska- Ziemniak). Madshusa natomiast używają: Irina Starykh (Rosja), Synnoeve Solemdal (Norwegia) i Ann Kristin Aafedt Flatland (Norwegia). Wyniki obu biegów nie są zaskoczeniem. Wróciła dominacja Martina Fourcade i Tory Berger. Cieszy również dobra postawa Synnoeve Solemdal i Krystyny Pałki. Obudził się również Tarjei Boe, zajmując trzecie miejsce.

W Tour de Ski było już ciężej cokolwiek dojrzeć, a to z racji na olbrzymie opady śniegu, które utrudniały zawodnikom i zawodniczkom już samą w sobie morderczą wspinaczkę na Alpe Cermis. Wyniki wszyscy znamy, Norwegowie się cieszą, a ja od początku wiedziałem, że będzie to prawdziwy sprawdzian na bycie człowiekiem północy i się nie zawiodłem. Jedynie Petter Northug popsuł nieco sprawę, bo miało być całe norweskie podium, a tu dał się wyprzedzić Johannesowi Duerrowi- odkryciu tegorocznej edycji TdS. Nie zapominajmy jednak o moim imienniku Jespersenie, który jeszcze niedawno mówił, że na pokonanie Alpe Cermis jest za gruby. W takim razie strach pomyśleć, co by było, gdyby był chudszy. Sundby mógłby poważnie się bać, a tak wczoraj spokojnie pobiegł po swoje pierwsze zwycięstwo w Tour de Ski w karierze. Jeżeli chodzi o główny temat dzisiejszych rozmyślań, to w biegach narciarskich wygląda to tak. Widziałem, że Sjur Roethe i Tor Asle Gjerdalen biegli w butach Salomona. Podobnie Sami Jauhojärvi używa systemu SNS, bo biega w sprzęcie od One Way. Martin Johnsrud Sundby, Johannes Duerr i Petter Northug wybierają buty Fischera. Natomiast Chris Jespersen jest przedstawicielem Rossignola. Ponadto jest wielu zawodników z Alpiną, co daje w sumie znaczną przewagę systemu NNN wśród biegaczy narciarskich. Podobnie przedstawia się sytuacja w gronie kobiet. Warto dodać, że nasza jedyna reprezentantka we wczorajszym biegu- Paulina Maciuszek używa butów Salomona, zaś nieobecna w TdS Justyna Kowalczyk Fischera.

Można spekulować, który system wiązań do nart biegowych jest lepszy, ale to nie ma większego sensu. Amator na pewno nie jest w stanie zauważyć różnicy pomiędzy czuciem narty w wiązaniach SNS, czy NNN. Wszystko zależy przede wszystkim od butów i tego, jak się w nich czujemy. Stąd taki, a nie inny wybór zawodowców. Najwidoczniej buty, które wykonuje Alpina, czy też Fischer są po prostu lepsze od wyrobów marki Salomon. One Way natomiast wciąż nie może się przedrzeć do światowej czołówki, o czym świadczy fakt, że tylko jeden pucharowy zawodnik używa ich sprzętu. Również narty, na jakich ściga się zawodnik są nie bez znaczenia. Skoro przykładowo Svendsen i Bjoerndalen mają podpisaną umowę sponsorską z Madshusem, nie może być innego wyboru w kwestii butów, niż Madshus. I tu można też wysnuć kolejny wniosek, że wszystko kręci się wokół pieniędzy, więc liczą się tylko najbogatsze firmy, zdolne wydać dużo pieniędzy na kontrakty z najlepszymi zawodnikami. Na poziomie amatorskim natomiast, wybór należy tylko i wyłącznie do tego człowieka, który będzie na konkretnych nartach i w konkretnych butach biegał. A to, że Fischer wygrywa wszystkie testy na najlepsze narty to jedno. A to, że pierwsza zasada "How to be nordic" mówi: "Jak narty, to tylko Madshus. (...)", to drugie. I że do tych nart najlepiej pasują wiązania z systemem NNN, to trzecie. I wreszcie, że najlepsze buty robione są pod system NNN, to czwarte. Tak po prostu wygląda ten biegowy biznes.