SadurSky blog

Od teraz na www.czlowiekpolnocy.blogspot.com!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EHS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EHS. Pokaż wszystkie posty

Io amo l'Italia

Po tragicznych warunkach śniegowych w Oberhofie oraz dość nieprzyjemnej i zmiennej pogodzie w Ruhpolding, włoska Anterselva przywitała biathlonistów w pięknym stylu. Temperatury poniżej zera oraz świecące słońce to coś, czego było trzeba zarówno kibicom na trybunach, jak również biathlonistom. Można by rzec, że wreszcie oglądaliśmy biathlon w prawdziwej zimowej odsłonie. W takich okolicznościach, na pięknych trasach w Tyrolu Południowym, przyszło się ścigać tego weekendu zawodnikom i zawodniczkom. Jak się jednak okazało, nie tylko biathlonem żyły tego weekendu Włochy.

Chyba nie trzeba ukrywać, że lubi się Anterselvę. To samo powie Król Biathlonu Ole Einar Bjoerndalen, który odnosił tam najwięcej ze swoich licznych zwycięstw. Podobnie powiedzą też ci, którzy po prostu dobrze czują się na dużych wysokościach. A wśród takich zawodników z pewnością możemy wskazać Evgenya Garanicheva, Simona Schemppa oraz Jakova Faka. Trzej panowie zakończyli zmagania w czwartek na podium, co w sumie było do przewidzenia. Schempp najwyraźniej w ostatnim czasie złapał bardzo wysoką formę, co potwierdzał już w Ruhpolding. Ponadto rok temu zwyciężył w Anterselvie, wówczas uzyskując taki sam czas jak faworyt gospodarzy- Lukas Hofer. Trudno więc było oczekiwać innego rozwiązania tego roku. Evgeny Garanichev też bywał we Włoszech na podium i to również na drugim miejscu w sezonie 2011/2012. Sezon później natomiast na "swoim" stopniu podium zameldował się Jakov Fak. Historia zatoczyła więc koło, zabierając ze sobą różnych znajomych zawodników. Osobiście natomiast bardzo cieszę się ze świetnej postawy Ole Einara Bjoerndalena, który w swoich indywidualnych startach tego weekendu chybił tylko raz na trzydzieści oddanych strzałów. Skuteczność imponująca nawet jak na Króla, co wystarczyło jednak tylko na 9. miejsce w sprincie i 4. na dochodzenie. Poziom był więc wysoki, o czym przekonali się również: Emil Hegle Svendsen i Martin Fourcade. Oboje zajęli pozycje w trzeciej dziesiątce. 

U pań, można by rzec, po staremu. Darya Domracheva zaliczy z pewnością weekend w Anterselvie do udanych. W piątek wygrała sprint z imponującą przewagą, zaś w sobotę w biegu pościgowym powiększyła ją do niemal półtorej minuty. Tak dużej różnicy czasowej pomiędzy pierwszą a drugą zawodniczką nie potrafię sobie przypomnieć, podobnie jak komentujący ten bieg panowie Krzysztof Wyrzykowski i Tomasz Jaroński, którzy też już wiele widzieli. Dzień później, podczas sztafety, swoich celów nie widziały natomiast zawodniczki. Tuż po rozpoczęciu drugiej zmiany zaczął wiać tak silny wiatr, że strzelanie stało się loterią. Gwałtowne podmuchy podrywały śnieg, co wyglądało tak, jak na poniższym screenie. 

Pogoda rozdała więc karty, zmieniając sytuację na trasie, jak w kalejdoskopie. Najwięcej szczęścia miały w tym wszystkim Niemki, które zwyciężyły z dorobkiem dwóch karnych rund, przed Czeszkami (0 karnych rund) i Ukrainą (3 karne rundy). Rekordzistkami w niecelnym strzelaniu były Koreanki z wynikiem aż 11 karnych rund. Nabiegały się, bidusie... Warto również wspomnieć, że nie po raz pierwszy pojawiły się problemy na strzelnicy podczas sztafety kobiet w Anterselvie. Rok temu ta sama konkurencja została przerwana i odwołana właśnie z powodu wiatru i braku widoczności. Najwyraźniej w tym miejscu zdarzenia lubią się powtarzać.

Nawet zsumowany dystans wszystkich Koreanek z niedzielnej sztafety nie może równać się z tym, co pokonali uczestnicy 42. edycji włoskiego maratonu Marcialonga. Przyznam, że wcześniej nie przywiązywałem większej wagi do biegów maratońskich (FIS Marathon Cup i Worldloppet), uznając je (jakże mylnie!) za zbyt długie, a przez to nudne do oglądania. Dziś chętnie przywaliłbym sobie samemu w twarz za takie podejście. A oto dlaczego. W niedzielę po raz pierwszy udało mi się obejrzeć całą transmisję Marcialongi. Dla tych, którym ta nazwa jest obca, śpieszę z wyjaśnieniem. To jeden z legendarnych maratonów zaliczanych do Worldloppet, obok Vasaloppet i Birkebeinerrennet, rozgrywany techniką klasyczną. Trasa ma zazwyczaj 70 km, ze startem w Moenie i metą w Cavalese. Przebiega przez najpiękniejsze miejsca Trydentu, zahaczając między innymi o znane z organizacji Tour de Ski i MŚ Val di Fiemme. W tym roku, z powodu gorszych warunków śniegowych, skrócono dystans do 57 km z Mazzin do Cavalese (link do mapy), co i tak stanowiło nie lada przeprawę dla licznie zgromadzonych zawodników. Wśród nich można było znaleźć kilka znajomych nazwisk, jak na przykład Øystein Pettersen, czy Katerina Smutna. A co, oprócz nazwisk, czyni Marcialongę godną zobaczenia? Odpowiedź jest prosta i brzmi: Trydent. Jak napisałem wcześniej, trasa wiedzie z jednej miejscowości do drugiej, przez co mamy do czynienia z obserwowaniem czegoś podobnego do etapu Tour de Ski z Cortiny d'Ampezzo do Toblach. Dostajemy więc piękne widoki, obserwowanie zawodników ze skutera śnieżnego i helikoptera oraz coś bardzo unikatowego- trasę w samym środku miasta. Podobnie jak w przypadku Vasaloppet, Marcialonga kończy się w mieście. Nie inaczej było w niedzielę, co oglądałem z przyjemnością. Do tego warto dodać, że większość stawki poruszała się na nartach bez smarowania "na trzymanie", przez co na całej długości trasy preferowaną techniką był dobrze nam już znany double poling. Przy tym, ostatni podbieg do położonego na wzgórzu Cavalese był wręcz morderczy. Od razu lepiej oglądało się walkę o zwycięstwo pomiędzy wspomnianym już Pettersenem, Andersem Auklandem oraz Tord Asle Gjerdalenem. Ten ostatni okazał się najmocniejszy i osiągnął swoje pierwsze zwycięstwo we włoskim maratonie. Drugi przybiegł Aukland, zaś trzecie miejsce zajął popularny "Pølsa". Wśród pań najlepsza była Katerina Smutna. Teraz już wiem, co można zrobić, gdy Puchar Świata przestaje już tak emocjonować. Wystarczy przerzucić się na maratony. Polecam, zaś do Trydentu muszę się kiedyś wybrać, choćby nawet na Marcialongę...

Zmęczenie psychiczne i nie tylko

Wbrew tytułowi nie będzie tu nic z psychologii sportu. Zakończyły się ostatnie zawody biathlonowego Pucharu Świata w 2014 roku. Czeka nas więc odpoczynek od zmagań, co najbardziej cieszy zapewne Martina Fourcade. Francuz przyznawał jeszcze przed zawodami w Pokljuce, że czuje się już zmęczony psychicznie. Nie za wcześnie na takie deklaracje? Wszystko wyczuli zapewne jego rywale, którzy nie pozwolili mu odnieść ani jednego zwycięstwa w ten weekend. Mówi się o kompleksie niewygrywania Martina na słoweńskiej ziemi, a raczej robi to namiętnie Patryk Mirosławski, który komentował ostatnie zawody w Eurosporcie. Na szczęście nie był sam...

A teraz do rzeczy. Co działo się w ten weekend na trasach w Pokljuce? Nic, bo nie było Ole Einara Bjoerndalena. Żartuję, choć fakt, że zabrakło króla biathlonu (powodem było przeziębienie), odebrał mi część widowiska. O resztę zatroszczyli się jednak Emil Hegle Svendsen oraz Anton Shipulin. Ten pierwszy wyjechał ze Słowenii jako lider klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Po 3. miejscu w sprincie i fantastycznym zwycięstwie w biegu pościgowym, wyszedł na prowadzenie przed Martina Fourcade, lecz stracił je przez 17. miejsce w mass starcie. Zakończenie roku w żółtej koszulce jest zawsze czymś wyjątkowym, na czym zależało Martinowi. Z tego samego faktu może cieszyć się Kaisa Makarainen, która zaimponowała szczególnie świetnym biegiem w niedzielę, kiedy to na ostatniej rundzie odrobiła 18- sekundową stratę do Anais Bescond i zdołała wygrać.
Emil Hegle Svendsen
Królem Pokljuki można jednak nazwać Antona Shipulina. Po zwycięstwie w sprincie, był drugi w biegu na dochodzenie i ponownie wygrał w starcie wspólnym. Końcówka ostatniego z biegów przysporzyła dużo emocji i kontrowersji. Na finałowej rundzie w walce o zwycięstwo liczyło się aż pięciu zawodników. Na ostatnim podbiegu zaatakowali Francuzi- Martin Fourcade i Jean Guillaume Beatrix. Z nimi utrzymał się jedynie Shipulin, który skontrował na szczycie wzniesienia. W tym momencie wywrócił się Beatrix, zatrzymując praktycznie Fourcade. Nikt nie zdołał dogonić Rosjanina na zjeździe i prostej do mety. Martin przybiegł po wszystkim na drugim miejscu, zaś jego kolega z reprezentacji skończył na piątej pozycji. Można by powiedzieć "shit happens" i pójść dalej, jednak Francuzi postanowili złożyć protest. Umotywowali to faktem, że podobno Shipulin wykonał niebezpieczny manewr i podciął Beatrix, powodując jego upadek. Sędziowie sprawę oddalili, co jednak nie zakończyło kontrowersji wokół niej. Shipulin odpowiedział na wszystko, że być może było w tym trochę jego winy, ale w końcu sportu nie można odciąć od takich zdarzeń. Najbardziej poszkodowany Beatrix dodał, że Rosjanin nie powinien mimo wszystko atakować w taki niebezpieczny sposób. Fourcade załagodził sprawę stwierdzeniem: "Anton nie zrobił tego specjalnie. (...) Za całą sytuację mogę obwiniać tylko siebie". Ciekawą rzecz natomiast powiedział Tarjei Boe: "Ostatnie 100 metrów trasy jest po prostu parodią. Mógłbym na mecie wyprzedzić nawet Pettera Northuga, gdybym był pierwszy na ostatnim podbiegu. (...) Ten, kto będzie tam pierwszy, ma zwycięstwo w kieszeni". W sumie to chciałbym zobaczyć taki pojedynek Boe vs. Northug. Wracając jeszcze do nieprzyjemnych zdarzeń, to Pokljuki nie będzie dobrze wspominać Darya Domracheva. Podczas wbiegania na karną rundę w niedzielnym biegu masowym, zahaczyła o inną zawodniczkę i upadła w spektakularny sposób. Karabin został uszkodzony, przez co dalsza walka była niemożliwa i bezsensowna. Po raz kolejny: "shit happens".

Pamiętacie może moje wywody na temat kombinowania w biegach klasykiem? W skrócie chodzi o używanie sprzętu do łyżwy w takich wyścigach, czyli zdanie się tylko na siłę pchnięcia (double poling). Okazało się, że nie tylko ja zainteresowałem się tym tematem. Po ostatnim wyścigu na 15 km w Davos, sprawie postanowili się przyjrzeć studenci z filii Finnmarksfakultetet Arktycznego Uniwersytetu w Tromsø. Ich badania mają wskazać, jak wiele siły i wytrzymałości górnych partii ciała wymaga przebiegnięcie takiego dystansu w ten sposób. Dzięki temu, będziemy mogli sprawdzić, czy czasem warto zaryzykować i nie smarować nart na trzymanie, zyskując na zjazdach i płaskich odcinkach.

Biegi narciarskie pozostały w Davos. Jednego dnia zmieniono tylko styl na dowolny. Panie ścigały się na 10 km, zaś panowie na 15 km. Tym razem wszystkich zaskoczył Anders Gloeersen, uchodzący raczej za sprintera. Dobre rozłożenie sił pomogło mu jednak odnieść zwycięstwo na dystansie. Drugi był Petter Northug (wreszcie coś pokazał), zaś trzeci Chris Andre Jespersen. Szkoda jedynie Dario Cologni, który po raz kolejny nie wygrał przed własną publicznością. Trudno wciąż znaleźć jakąkolwiek formę u Legkova i Poltoranina, stąd też nie dziwi kolejne norweskie podium. Sytuacja zmieniła się w niedzielę, kiedy rozegrano sprinty techniką łyżwową. Najlepszy okazał się Włoch Federico Pellegrino (po raz pierwszy w karierze), wygrywając przed Alexeyem Petukhovem. Jedynym Norwegiem na podium był Finn Haagen Krogh. W ogóle tylko dwóch reprezentantów tego kraju znalazło się w finale. Oprócz Krogha biegł również Sondre Turvoll Fossli. Widocznie reszta postanowiła nie przemęczać się przed przerwą świąteczną i Tour de Ski lub posłuchała rozpaczliwych apeli o "skończenie dominacji". Tak czy inaczej, wszyscy sfrustrowani telewidzowie mogą wrócić do oglądania biegów męskich. Chociaż w sumie to i tak pewnie nikt ich nie oglądał wcześniej, bo nie ścigała się tam Justyna Kowalczyk, a dobrych zawodników przecież nie mamy (Maciej Staręga w ćwierćfinale sprintu to widocznie za mało). Patrząc w tej kategorii, to nikt już chyba nie ogląda jakichkolwiek biegów, bo przecież Kowalczyk startuje gdzieś w niższej rangi zawodach FIS. Jakby tego było mało, wygrywa Marit Bjoergen, która ustrzeliła w Davos dublet. Już widzę tę lawinę "hejtów" spadających na Norweżkę, koniecznie z wciśniętym Caps Lockiem i nielimitowaną liczbą wykrzykników (i jedynek też, jak kogoś nadzwyczajnie poniosą emocję). W sumie, jeżeli ktoś taki czyta ten post, niech wyleje na mnie swoją garść frustracji, podobno to pomaga. Radzę jednak pamiętać o jednym: nikogo to nie obchodzi, naprawdę.

To skoro nam się taka atmosfera zrobiła, rozładuję ją życzeniami z okazji Bożego Narodzenia. Oczywiście po norwesku: God Jul!!!!!!!1111111stojedenaście.

Pierwsze strzały

Choć oficjalnie sezon 2014/2015 biathlonowego Pucharu Świata jeszcze się nie zaczął, to większość czołowych biathlonistów oddała już pierwsze strzały na zawodach międzynarodowych. Tradycyjnie w Sjusjoen zawodnicy rozpoczęli zimowe zmagania biegami sprinterskimi oraz ze startu wspólnego. Oprócz szerokiej kadry Norwegii, na starcie stanęło wiele innych mocnych ekip, m. in. Francja z braćmi Fourcade na czele. Te zawody zawsze są okazją do sprawdzenia formy i wytypowania nazwisk, które wystartują w trzech pierwszych odcinkach PŚ. Jak spisali się Norwegowie i jaka jest forma Martina Fourcade? Oto, co wydarzyło się na trasach w Sjusjoen.

Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na to, że reprezentacja Norwegii po raz pierwszy pokazała się w nowych strojach. Stare wzory od Odlo zostały zastąpione przez markę Swix. Trzeba przyznać, że nowy design bardziej nawiązuje do barw narodowych.

Oprócz nowego stroju, Ole Einar Bjoerndalen zaprezentował swoje wygięte kije od Exela, o których pisałem wcześniej. Faktycznie wygląda to dość niecodziennie. Przejdźmy jednak do sedna, czyli biegów. W sobotę odbyły się sprinty. Wśród kobiet mieliśmy bardzo ładne podium i umyślnie używam tego określenia, bo zwyciężyła Włoszka Dorothea Wierer, przed Tiril Eckhoff i swoją rodaczką Karin Oberhofer. Kto choćby raz widział te biathlonistki, zrozumie, o co chodzi. Zaskakujące może być to, że wśród tak zapełnionej Norweżkami stawką, udało się zmieścić na podium aż dwóm reprezentantkom Włoch.
Dorothea Wierer przepytywana przez reporterów NRK.
Bieg mężczyzn zakończył się małą niespodzianką. Kolejny raz przekonaliśmy się, że nie można skreślać weteranów. Alexander Os, który był zmuszony przygotowywać się do sezonu poza kadrą A Norwegii, zwyciężył w imponującym stylu. Bezbłędne strzelanie i szybki bieg, pozwoliły mu wyprzedzić Simona Fourcade oraz Vetle Sjåstad Christiansena. 
Leworęczny Alexander Os w trakcie drugiego strzelania.
Patrząc na wynik Osa i Simona Fourcade, cieszy mnie dobra postawa biathlonistów, którzy byli trochę mniej widoczni w ostatnich sezonach. Klasyfikację pierwszej dziesiątki biegu mężczyzn możecie zobaczyć poniżej.
\Kliknij, aby powiększyć.

Na niedzielę przypadły biegi masowe. Do startu dopuszczana była najlepsza czterdziestka biegów sprinterskich. Nie pomyliłem się. W Sjusjoen jest naprawdę 40 stanowisk na strzelnicy. Wśród kobiet podium ze sprintu prawie się nie zmieniło. Jedynie Karin Oberhofer zamieniła inna Włoszka- Nicole Gontier. Eckhoff i Wierer pokazały, że są w bardzo dobrej formie na początku sezonu. Należy jednak pamiętać, że wszystko to miało miejsce pod nieobecność dwóch znakomitych zawodniczek, bowiem zarówno Darya Domracheva, jak i Kaisa Makarainen, nie startowały. Na pewno więcej wyjaśni się w Oestersund. Tak, czy inaczej wierzę w ogromne możliwości Tiril Ekchoff, zaś cała kobieca kadra Włoch może nas mile zaskoczyć w nadchodzących zawodach Pucharu Świata.
Znany już napis wśród norweskich kibiców dodawał siły Królowi biathlonu.
Bieg ze startu wspólnego mężczyzn był pięknym przypomnieniem siły Ole Einara Bjoerndalena. Król pokazał, o ile smutniejsza byłaby rywalizacja bez niego. Podobnie jak rok temu, zwyciężył w Sjusjoen, wyprzedzając Larsa Helge Birkelanda oraz Emila Hegle Svendsena. Wszystko rozstrzygnęło się na ostatnim strzelaniu, kiedy to tylko Birkeland i OEB byli bezbłędni. Warto zaznaczyć, że podczas tej próby Martin Fourcade spudłował aż trzy razy. Być może forma Francuza nie jest optymalna, choć tego weekendu pokazał, że pod kątem szybkości na trasie nie odstaje od reszty. Bjoerndalen natomiast fantastycznie pobiegł ostatnią rundę. Odrobił 9 sekund straty do Birkelanda, a potem zdołał go zaatakować na ostatnim podbiegu i odnieść pewne zwycięstwo. 

Najprawdopodobniej żadnego innego biathlonisty nie będzie stać na takie wyczyny w wieku 40 lat. Za każdym razem muszę sobie o tym przypominać, bo przecież dla mnie ma on wciąż te trzydzieści kilka lat. Można pójść za redaktorem portalu biathlon.pl i porównać OEB do "Mody na sukces", która nigdy się nie skończy. Jest jednak pewna znaczna różnica- jego zawsze będziemy chcieli oglądać...
Każdy biathlonista zostawił swój podpis na tablicy. Również Ole Einar Bjoerndalen, który potrzebował na to całej kartki ;) Nieskromnie dodam, że mam taki sam na czapeczce.

Aby dopełnić jeszcze formalności odnośnie biegu ze startu wspólnego mężczyzn, poniżej wrzucam klasyfikację pierwszej dziesiątki. Kto nie oglądał transmisji, może nadrobić zaległości na kanale Emila Hegle Svendsena na YouTube.
Kliknij, aby powiększyć.
Po zawodach w Sjusjoen można powiedzieć już nieco więcej na temat formy poszczególnych zawodników i zawodniczek. Do startu Pucharu Świata pozostało już nieco mniej niż dwa tygodnie, więc czas najwyższy, aby przygotować się w pełni do rywalizacji. Cały biathlonowy teatr rusza 30 listopada tradycyjnie sztafetą mieszaną w Oestersund. Następnie biegi indywidualne, sprinty i pościgowe. Wtedy na starcie zobaczymy już wszystkich i okaże się, kto tak naprawdę będzie walczył o najwyższe lokaty. Tak więc, do zobaczenia!

Stres niejedno ma imię

Było już o motywacji, depresji i modelu katastrofy. Teraz czas na coś, co niejako łączy się ze wszystkimi tymi aspektami. Chodzi o stres. Wiemy, że jest on wszędzie, więc także i w sporcie. Potrafi zmobilizować człowieka, ale również go zniszczyć. Jakie oblicze przyjmuje wobec sportowców i jak na nich wpływa? Postaram się to Tobie wyjaśnić, Drogi Czytelniku, w tym poście.

Na pomysł takiego tekstu wpadłem po usłyszeniu wiadomości o braku motywacji Emila Hegle Svendsena. Co prawda ten temat poruszyłem już wcześniej. W ogóle, jak się przyjrzeć, to w tekstach z psychologią sportu w tle często pojawia się EHS. Widocznie tak sobie go upodobałem, jak dobry przykład sportowca trapionego różnego rodzaju problemami. Poprzednio zabrakło jednak tego czynnika sprawczego, którym zazwyczaj jest stres. Można go wiązać z rolą pobudzenia, które opisywałem w modelu katastrofy. Lecz również można odnieść do reszty tematów, a nawet do depresji. Wszystko zależy od indywidualnego podejścia sportowca i reakcji jego organizmu. Czasem może z tym być naprawdę ciężko.


Logiczne jest, że im większa popularność, tym większy stres. Przykładowo z występami Emila Hegle Svendsena związane są ogromne oczekiwania. Tak było na przykład na Igrzyskach Olimpijskich w Sochi. Nie twierdzę, że tylko to doprowadziło do pamiętnego zawalenia sztafety męskiej na ostatniej zmianie. Tak samo również nie mam zamiaru wmawiać nikomu, że w obecnej sytuacji EHS zwyczajnie boi się kontaktu z wizją zawodu na następnych IO. Myślę, że tak ceniony sportowiec nie ma z tym problemu. A gdybym jednak się mylił? Wtedy cała historia nabiera innego obrotu dobrze znanego dla każdego, kto zna stres jak swojego brata...

Stres zablokował Svendsena w Sochi podczas ostatniego strzelania sztafety. Pewny medal dla Norwegii został zamieniony na najgorsze możliwe czwarte miejsce. Takie coś jeszcze nie wydarzyło się w jego karierze. Zwykle panował nad sobą, utrzymując optymalny poziom pobudzenia, a tym razem wszystko poszło nie tak. Nie wiedział, dlaczego sprawy tak się potoczyły i za nic w świecie nie chce, żeby sytuacja się powtórzyła. Wciąż powtarza sobie w myślach: "Jeg er SuperSvendsen...", lecz umysł podpowiada raczej: "Det var min feil". Koledzy jakoś stawiają EHS na nogi, kończy się sezon, więc wszyscy udają się na imprezę, gdzie rzeczywiście odreagowuje. Przychodzą letnie treningi z kadrą. Patrząc na króla Bjoerndalena podziwia jego niesłabnącą motywację, mimo tylu lat startów. Już wie, że nie będzie taki, jak Ole Einar. Co więcej, boi się jego odejścia. Wtedy przewodnictwo kadry spadnie na niego, tak jak wzrok całej Norwegii. Jako najbardziej doświadczony nie będzie już "rozgrzeszany" ze słabszych występów, a tym bardziej nie zatuszuje ich zainteresowanie postacią OEB. Ma obok siebie kolegów, ale ciągłe współzawodnictwo o miejsce w kadrze nawet dla Emila Hegle nie jest wesołą perspektywą. I tak oto w lecie, kiedy dużo mówi się o planach na przyszłość, on nie chce wcale tego czynić. Jest ambitny, dlatego nie odpuści, ale stres związany z zainteresowaniem jego osobą odbiera mu motywację. Biathlon, który uwielbiał od najmłodszych lat stał się uosobieniem presji udowadniania samemu sobie, że jest najlepszy. Każdy następny start widzi więc jak rutynę tych samych czynności z lękiem przed porażką w tle. Aż wreszcie psychika powiedziała nie...

Poniosło mnie, prawda? Drastyczny przykład niszczenia sportowca przez stres i tak nie został dokończony. W ekstremalnym wydaniu pojawiłyby się reakcje obronne przeciążonego organizmu, prowadzące do kompletnej blokady w chwilach zwiększonego lęku. Nie chcę wdawać się w szczegóły, bo są one nieprzyjemne. Ta w większości dopisana w myślach historia z życia Svendsena miała tylko jeden cel. Ukazać, że takie problemy mogą dotknąć każdego. Równie dobrze może je mieć jakiś młody sportowiec, którego potencjał miał zaprowadzić do światowej czołówki. A przez "jedynie" stres to wszystko zostaje przekreślone. Z tego stanu wraca się zwykle po terapii, pracy nad sobą, zmianie stylu życia i przede wszystkim myślenia. Tak więc nie jest to niemożliwe. Mimo wszystko, nie życzę nikomu podobnych problemów, bez względu na to, czy jest zawodowcem, czy nie. Nie wierzysz? To polecam obejrzeć sobie film "Całkiem zabawna historia" ("It's kind of a funny story"). Pamiętaj o tym, Drogi Czytelniku. A wracając do samego Svendsena mam nadzieję, że wszystko będzie z nim w porządku. Odzyskanie motywacji będzie łatwiejsze, niż pokonanie własnej presji. A przede wszystkim liczę, że problemy EHS i Martina Fourcade nie przysłonią nam ich pięknych pojedynków w nadchodzącym sezonie.

Mononukleoza Martina Fourcade

Biathlonowy świat obiegła ostatnio wiadomość o chorobie Martina Fourcade. Zdobywca Pucharu Świata za poprzedni sezon boryka się z mononukleozą, przez co będzie musiał zrezygnować z treningów przez najbliższe tygodnie. Biorąc pod uwagę jego plany na przyszłą zimę, może być trudno osiągnąć wszystkie cele.

Martin Fourcade na starcie biegu masowego na Skifestivalen Blink 2013. W tym roku się tam nie pojawił.

Przypomnijmy, że Fourcade ma zamiar wystartować nie tylko w Mistrzostwach Świata w biathlonie w Kontiolahti, lecz również udać się do Falun, aby walczyć z biegaczami narciarskimi o medale. Tymczasem mononukleoza nie pozwoli mu na treningi przez kilka tygodni. Ta choroba objawia się między innymi ciągłym zmęczeniem (więcej nie wiem, bo SadurSky słabnie czytając o chorobach, zainteresowanych zapraszam tu: http://drogadosiebie.pl/mononukleoza/) i jest prawdziwym utrapieniem dla sportowców. Zwykle powrót do formy zajmuje po tym długi czas. A przecież do zimy coraz bliżej. Możliwe, że Martin nie będzie najlepiej przygotowany na początku sezonu. Pytanie tylko brzmi, czy zmiana planu treningowego, wymuszona przez tę okoliczność, pozwoli na osiągnięcie optymalnej dyspozycji w momencie startu na obu Mistrzostwach Świata.

Jeszcze przed zdiagnozowaniem choroby, Fourcade czuł się wyczerpany. Nie wystartował na Skifestivalen Blink, skupiając się na własnym treningu. Postanowił jednak wprowadzić choć trochę współzawodnictwa, zapraszając Norwegów do strzeleckiego starcia. Na swoim profilu na portalu instagram zamieścił film, w którym wykonuje bezbłędne strzelanie w pozycji stojącej w niesamowitym czasie 10.26 sekundy. Dodał do tego opis: "can you be faster?" i oznaczył w nim Emila Hegle Svendsena oraz braci Boe. Możecie to zobaczyć pod tym linkiem. Na nieszczęście Francuza, wszyscy wyzwani byli od niego szybsi. Najpierw odpowiedział Johannes Thingnes Boe z czasem 9:21 (film), później Tarjei ustanowił wynik 9:10 (film) i na końcu Emil Hegle Svendsen pochwalił się swoim czasem 9:67 (film). Panowie wpadli na dobry pomysł. Ciekawe, czy przyjdzie nam kiedyś obejrzeć tak spektakularne strzelanie na zawodach Pucharu Świata. Poniekąd próby podejmowali już wcześniej bracia Boe, czasem wiele na tym zyskując, a niekiedy tracąc przez pudła. Może by tak nominować do tego sprawdzianu Ole Einara Bjoerndalena? Zdarzało mu się przecież eksperymentować z szybkim strzelaniem i często decydowało to o sukcesie, jak choćby podczas złotego biegu sprinterskiego na IO w Sochi.

Wracając do sprawy Martina Fourcade, ma on jeden pozytyw w całej sytuacji. Już po zakończeniu poprzedniego sezonu zapowiadał, że w przyszłym nie będzie zbyt zainteresowany gromadzeniem wielu punktów w klasyfikacji Pucharu Świata, skupiając się na dwóch najważniejszych dla siebie imprezach. Tym samym będzie mógł odpuścić kilka startów w początkowej fazie zimy, aby rzeczywiście jego dyspozycja była najlepsza w czasie, kiedy będzie to dla niego najpotrzebniejsze. Mam nadzieję, że wróci do zdrowia, aby dostarczać nam emocji podczas zmagań na trasach.

Depresja i sport

Wiadomość o depresji Justyny Kowalczyk poruszyła zapewne każdego kibica. Nikt przecież nie przypuszczał, że przy tylu sukcesach, coś złego mogło się dziać z jej psychiką. Jak się niestety okazało, takie myślenie jest błędem. Depresja zwykle nie zależy od tego, co widzimy "na zewnątrz". To choroba, która niszczy ludzkie poczucie własnej wartości i odbiera sens życiu. A jakie jest jej powiązanie ze sportem? Czy można ją przezwyciężyć dzięki niemu, a może wręcz przeciwnie? Postaram się odpowiedzieć na te pytania w poniższym poście.


Photo credit: DrabikPany / Foter / Creative Commons Attribution 2.0 Generic (CC BY 2.0)
Najważniejsze to rozróżniać depresję od załamania. Załamanym można być krócej lub dłużej w wyniku jakiegoś wydarzenia. Przykładowo, jakiś czas temu opisywałem model katastrofy na podstawie Emila Hegle Svendsena. Po tej pamiętnej dla niego sztafecie przeżył załamanie, z którego wyciągnęli go koledzy z reprezentacji. Załamany swoim występem na IO (niesłusznie) był również Noah Hoffman, który rozważał nawet zakończenie kariery. W tym przypadku osobiście pomogłem wyciągnąć z dołka tego obiecującego sportowca, wysyłając skromnego e- maila. Tymczasem depresja rodzi się w głębi i wcale nie musi zależeć od porażki, dlatego trudniej ją zrozumieć i opanować. Nie będę zaglądał do psychologii (tej niesportowej), bo zwyczajnie się na tym nie znam, lecz mogę z pewnością powiedzieć, że są różne podłoża tego stanu. Czasami ludzie są podatni na wpadanie w melancholię oraz utratę sensu życia i może być to uwarunkowane w dany sposób, niekoniecznie związany z wykonywanym zawodem. Tak jest również w przypadku Justyny Kowalczyk. O perypetiach jej choroby możecie przeczytać w wywiadzie przeprowadzonym na łamach Gazety Wyborczej tu. Trudno uwierzyć, że spełniony sportowiec boryka się z tak trudnymi do przezwyciężenia problemami życia prywatnego. No właśnie. Większość z nas przyjmuje sportowców jako superbohaterów, którzy są niezniszczalnymi machinami do wygrywania i zapewniania emocji na zawodach. Te czasy skończyły się jakieś dwa tysiące lat temu. Kto nadal uważa przeciwnie, musi wreszcie zrozumieć, że sportowiec to też człowiek, więc ma swoje słabości, wady i uczucia. Łatwo powiedzieć, a trudniej zrozumieć. Sam boję się sytuacji, w której przykładowo dowiedziałbym się, że Ole Einar Bjoerndalen przedłużył karierę nie dlatego, że uwielbia walczyć, lecz dlatego, że przytłoczyła go pewna fatalna myśl, według której jego życie miałoby stracić sens bez biathlonu. Dla mnie jest to właśnie ten superbohater, król biathlonu, który znajdzie motywację nawet przy problemach prywatnych, takich jak rozwód czy śmierć ojca.

Skoro już mowa o motywacji do uprawiania sportu, to jaki ma ona związek z kondycją psychiczną zawodnika? Poniekąd pisałem o tym we wcześniejszym poście poświęconym całkowicie motywacji. W przypadku depresji ma to jednak nieco inną postać. Ta choroba może zupełnie zniszczyć sportowca, odebrać mu wiarę we własne możliwości. Psychologia sportu zna bowiem taki termin, jak poczucie własnej skuteczności, które ma wymierny wpływ na wyniki zawodnika. Jeżeli więc depresja zaatakuje ten punkt, bardzo ciężko jest powrócić do formy. W przypadku Kowalczyk sprawa wygląda inaczej, o ile można rzec lepiej. Jeżeli przeczytasz wywiad, który zalinkowałem powyżej, Drogi Czytelniku, dowiesz się, że w obecnej sytuacji nic oprócz sportu nie jest w stanie uszczęśliwić naszej reprezentantki. Motywacja jakby znalazła się sama, napędzana beznadzieją codzienności (sytuacja odwrotna do Magdaleny Neuner). Stąd są natomiast dwie drogi. Albo spełnienie sportowe poskutkuje stabilizacją życia, albo potrzebna będzie długotrwała praca z terapeutą niezależnie od kariery. Ciężko się o tym wszystkim pisze. Nawet w dzisiejszych czasach, gdy depresję można spotkać na każdym kroku. Pozostaje wierzyć, że sport będzie tym rzeczonym "światełkiem w tunelu" i pozwoli na wyjście z kryzysu. Postawiony, a później zrealizowany cel pozwala przezwyciężyć wszystko. Tak było z Torą Berger, która po zachorowaniu na raka skóry postawiła sobie jako cel zwyciężyć z chorobą, a później na IO w Vancouver. Kilka miesięcy później zdobyła złoty medal olimpijski w biegu indywidualnym.

Skąd u sportowca depresja? Pytanie o przyczynę zostawiłem na koniec, bo nie potrafię na nie odpowiedzieć. Posłużę się więc słowami bohaterki dzisiejszego posta: " Sport jest najczęściej sprawiedliwy. Jeśli mu wiele poświęcisz, mniej więcej tyle samo dostaniesz w zamian. W życiu możesz poświęcić wszystko i nie otrzymać nic. To jest dla sportowca rzecz po prostu niezrozumiała."

Model katastrofy

Być może wielu z Was ciągle zastanawia się nad tym, dlaczego Emil Hegle Svendsen zawalił ostatnią zmianę olimpijskiej sztafety. Doskonale pamiętamy, że na swój odcinek wyruszał pierwszy i wydawało się, że z pewnością dobiegnie z medalem dla Norwegów. Tak się jednak nie stało. Przyczyny takiego rozwoju wypadków może znaleźć psychologia sportu.

Psychologia sportu to prawdziwa dziedzina nauki. Od ponad wieku, badacze starają się wyjaśnić wszelkie zachowania człowieka związane z uprawianiem sportu, a konkretnie ich umysłową stronę. Już kilkakrotnie na blogu poruszałem tematy z zakresu tej nauki, na przykład w poście o motywacji. Tym razem jednak świadomie będę czerpał z dorobku psychologów sportu, a chodzi o tytułowy model katastrofy. Opracowany został przez Frazeya i Hardy'ego w 1988 roku. Aby jednak dokładnie to zrozumieć, trzeba poznać pewne pojęcia. Bez zbędnych definicji wyjaśnię, że chodzi o takie coś, jak pobudzenie. Może być ono związane ze stresem, lękiem, czy też zwyczajnym podekscytowaniem zbliżającym się startem w zawodach. I skoro już mamy to pobudzenie, to w zależności od sytuacji (rangi zawodów, pozycji startowej itp.) może być ono duże lub małe. Od niego zaś zależy wynik, co kształtuje wykres odwróconej litery U (rysunek a). Każdy zawodnik ma jakiś optymalny poziom pobudzenia, dla którego osiąga najlepszy rezultat. Według omawianego modelu katastrofy nawet niewielkie zwiększenie tego poziomu poza optymalny może powodować znaczącą porażkę. Widać to na poniższym wykresie (rysunek b).

Odnosząc to do sytuacji Svendsena, w sztafetowym biegu olimpijskim mogło być podobnie jak w modelu katastrofy. Wyobraźmy sobie, co działo się wtedy w jego głowie. Po świetnych zmianach braci Boe, Norwegia znacznie prowadziła i na swój odcinek wyruszył Ole Einar Bjoerndalen. Trzeba powiedzieć wprost, że to nie był jego dzień. Sam król, wypowiadając się dla norweskiej prasy, przyznał, że był za bardzo spięty przed biegiem. Trochę więc stracił z tej przewagi, oddając zmianę Svendsenowi tuż przed Niemcami. EHS widział to wszystko i początkowo mógł być nieco zbyt rozluźniony. W końcu tuż przed jego zmianą, Norwegia biegła po pewne złoto. Dopiero, gdy okazało się, że będzie musiał bronić nie tylko złota, ale też jakiegokolwiek medalu, poziom lęku znacznie i niespodziewanie wzrósł. W walce znalazły się jeszcze Austria i Rosja. Wszystko miało rozstrzygnąć ostatnie strzelanie. Svendsen doskonale o tym wiedział i nie chciał zawieść kolegów z drużyny. Objawił się dodatkowy stres związany z odpowiedzialnością za wynik nie tylko własny, ale także całej reprezentacji. Pod tym względem sztafeta jest najbardziej brutalną konkurencją, o randze Igrzysk Olimpijskich nie wspominając. To wszystko zaczęło krążyć w myślach Norwega, do czego nie miało nawet dojść. Nagle pojawiła się możliwość całkowitej porażki i gdy tylko zaczął o tym myśleć, znajdował się już na skraju drastycznego spadku naszego wykresu. Stąd więc wzięły się pudła i karna runda. Tym samym Norwegia nie mogła się liczyć w walce o medale. Jednym słowem katastrofa.

Można oczywiście powiedzieć inaczej. Przecież na innych zawodnikach podczas ostatniego strzelania spoczywała również duża presja. Poniekąd tak, choć z pewnością mieli oni inną pozycję startową i byli inaczej nastawieni. Czasem też zacięta rywalizacja motywuje do lepszych wyników. Można także powiedzieć, że start olimpijski jest dla każdego bardzo ważny i nigdy nie jest się czegokolwiek pewnym. W dodatku biathlon wydaje się być dyscypliną wykraczającą poza tradycyjne pojmowanie psychologii sportu. Nie wszystko można wytłumaczyć klasycznymi definicjami. Dlatego sam z rezerwą podchodzę do wyjaśnienia porażki Svendsena modelem katastrofy, który zresztą jest bardzo skomplikowany. Bohater posta to na tyle doświadczony i dobry zawodnik, że trudno uwierzyć w nagłe pojawienie się lęku. Choć zdarzały się podobne sytuacje równie świetnym postaciom. Na przykład Martin Fourcade w pierwszej sztafecie mieszanej sezonu 2013/2014 w Oestersund, biegnąc zupełnie sam na prowadzeniu, zaliczył 3 karne rundy na ostatnim strzelaniu, przez co Francja skończyła na 5. miejscu. Błędów nie ustrzegł się też sam Ole Einar Bjoerndalen. Dawno temu zdarzyło mu się zaliczyć 3 karne rundy na swojej zmianie. Jego fatalne strzelanie możecie zobaczyć w poniższym filmie.



Wracając na koniec do Emila Hegle Svendsena, to cała sytuacja z Igrzysk bardzo odbiła się na jego psychice. Długi czas po biegu był załamany. Jak sam przyznał, nie mógł na siebie patrzeć. Nie chciał nic robić, tylko leżeć na łóżku. Do normalnego funkcjonowania zmuszali go koledzy i trenerzy. Najbardziej bolała go myśl, że pozbawił ich medalu. Na jego przykładzie widać, jak duża część wyniku zależy od tego, co dzieje się w głowie zawodnika. Oby EHS szybko zapomniał o tym wszystkim i powrócił do wygrywania w przyszłym sezonie.

Wszystkim czytelnikom i biathlonowym fanom życzę Wesołych Świąt Wielkanocnych!

Champions' Race w Moskwie 2014

W sobotę na stadionie olimpijskim w Moskwie odbyły się pokazowe zawody biathlonowe Champions' Race. Udział wzięły największe sławy tego sportu ze zwycięzcami Pucharu Świata w tym sezonie na czele, czyli Kaisą Makarainen i Martinem Fourcade. Na początku rozegrano biegi masowe, zaś później sztafetę mieszaną. Emocji było wiele. O numerach startowych decydowały eliminacje strzeleckie, polegające na czterokrotnym strzelaniu w naprzemiennych pozycjach. Kto najszybciej strącił 20 krążków, startował z numerem 1. Wśród kobiet najszybszą i najcelniejszą strzelczynią była Olga Vilukhina, zaś eliminacje mężczyzn wygrał Anton Shipulin.





Bieg masowy mężczyzn wygrał Jakov Fak. Słoweniec z Chorwacji wyprzedził o zaledwie sekundę Antona Shipulina i niewiele więcej Emila Hegle Svendsena. Wszystko rozstrzygnęło się na ostatniej rundzie biegowej, a konkretnie na trudnych zakrętach na stadionie, gdzie Fak zachował się bardzo przytomnie. Choćby z poprzedniego roku pamiętamy, jak decydujący był właśnie ten odcinek.

Pełne wyniki prezentują się tak:

1. Jakov Fak (Slovenia) — 16:32,2 (0)
2. Anton Shipulin (Russia) +1,1 (0)
3. Emil Hegle Svendsen (Norway) +1,3 (0)
4. Martin Fourcade (France) +16,5 (1)
5. Simon Schempp (Germany) + 18,4 (1)
6. Bjoern Ferry (Sweden) +21,5 (1)
7. Dominik Landertinger (Austria) +25,3 (2)
8. Simon Fourcade (France) +27,8 (3)
9. Evgeny Ustyugov (Russia) +30,7 (0)
10. Ondrej Moravec (Czech Republic) +51,8 (1)


W biegu masowym kobiet zwyciężyła Marie Dorin- Habert. Wyprzedziła o 3,8 sekundy Torę Berger i o 6,7 sekundy Daryę Domrachevą. Francuzka zawdzięcza swoją wygraną przede wszystkim dobremu strzelaniu, bo jako jedyna ze stawki była bezbłędna. Warto jednak zwrócić uwagę, że karna runda za niecelny strzał jest krótsza na tego typu imprezach, bo wynosi jedyne 50 m.

Pełne wyniki biegu pań:

1. Marie Dorin- Habert (France) — 18.04,5 (0)
2. Tora Berger (Norway) +3,8 (2)
3. Daria Domracheva (Belarus) +6,7 (2)
4. Kaisa Makarainen (Finland) +12,2 (1)
5. Olga Vilukhina (Russia) +17,7 (1)
6. Gabriela Soukalova (Czech Republic) +22,2 (2)
7. Olga Zaitseva (Russia) +23,3 (4)
8. Valj Semerenko (Ukraine) +38,7 (1)
9. Vita Semerenko (Ukraine) +56,6 (2)
10. Selina Gasparin (Switzerland) +1.39,9 (3)


Na podstawie wyników tego biegu ustalano składy sztafety mieszanych. Każda z pań mogła wybrać swojego partnera ze stawki 10 biathlonistów. Pierwszeństwo miały te zawodniczki, które przybiegły na metę pierwsze. Tak więc Marie Dorin- Habert wybierała na początku i oczywiście jej partnerem został rodak- Martin Fourcade. Tora Berger wybrała zwycięzcę biegu mężczyzn- Jakova Faka. Darya Domracheva stworzyła rosyjsko- białoruski duet z Antonem Shipulinem. Natomiast Kaisa Makarainen zdecydowała się wystartować z kończącym karierę Bjoernem Ferrym. Dalsze pary prezentowały się tak: Olga Vilukhina i Emil Hegle Svendsen, Gabriela Soukalova i Simon Schempp, Olga Zaitseva i Simon Fourcade, Valj Semerenko i Dominik Landertinger, Vita Semerenko i Evgeny Ustyugov oraz Selina Gasparin i Ondrej Moravec.

W przerwie między biegami była okazja na podziękowania rosyjskim sztafetom, które zdobyły złoty i srebrny medal na Igrzyskach Olimpijskich w Sochi. W składzie srebrnej sztafety kobiet pobiegły: Iana Romanova, Olga Zaitseva, Ekatarina Shumilova i Olga Vilukhina. Natomiast złoto zdobyli: Dimitry Malyshko, Alexey Volkov, Anton Shipulin i Evgeny Ustyugov.

Dla Ustyugova była to szczególna chwila. Zawodami na moskiewskim stadionie zakończył swoją sportową karierę. Zaskakująca decyzja, bo wcześniej nic tego nie zapowiadało. Był to przecież wciąż młody zawodnik i na pewno mógłby biegać jeszcze do IO w Pyeong Chang.
Evgeny Ustyugov podczas eliminacji.

Przejdźmy do rywalizacji sztafet. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety, pokonywali odcinek trasy dwukrotnie, z dwoma strzelaniami za każdym razem. Sytuacja zmieniała się niemal po każdej wizycie na strzelnicy. W końcu na przedostatniej zmianie świetnie pobiegła Marie Dorin- Habert, dając prowadzenie swojej parze. Tuż za nią skończyła Domracheva i stało się jasne, że o zwycięstwo powalczą tylko te dwa zespoły. Ostatnie strzelanie w pozycji stojącej bezbłędnie wykonał Anton Shipulin i biegł po zwycięstwo. Jedno pudło Martina Fourcade nie pozwoliło na nawiązanie walki w biegu, tak jak miało to miejsce rok temu. Tym razem górą był rosyjsko- białoruski duet.

Pełne wyniki rywalizacji par:

1. Daria Domracheva (Belarus)/Anton Shipulin (Russia) — 38:15,9 (1)
2. Marie Dorin- Habert (France)/Martin Fourcade (France) +1,5 (3)
3. Gabriela Soukalova (Czech Republic)/Simon Schempp (Germany) +24,6 (3)
4. Olga Zaitseva (Russia)/Simon Fourcade (France) +28,5 (4)
5. Tora Berger (Norway)/Jakov Fak (Slovenia) +28,9 (7)
6. Kaisa Makarainen (Finland)/Bjoern Ferry (Sweden) +37,4 (2)
7. Olga Vilukhina (Russia)/Emil Hegle Svendsen (Norway) +1:11,0 (3)
8. Valj Semerenko (Ukraine)/Dominik Landertinger (Austria) +1:48,1 (3)
9. Vita Semerenko (Ukraine)/Evgeny Ustyugov (Russia) +2:32,3 (6)
10. Selina Gasparin (Switzerland)/Ondrej Moravec (Czech Republic) +3:59,3 (6)


Nie brakowało oczywiście upadków. Trasa była przygotowana na miarę śniegowych możliwości, ale i tak szybko się rozryła. Problemy spotkały Torę Berger oraz Martina Fourcade na tym samym podbiegu.


Jak może zauważyliście, Martin Fourcade ma taki niefrancuski strój. Bardziej przypomina ten, w którym ściga się Anastasyia Kuzmina. Można się zastanawiać, czy Adidas nie stał się czasem nowym sponsorem braci Fourcade (bo starszy był też tak ubrany). Przypomnę, za stroje dla francuskiej kadry przygotowuje One Way i to raczej w tej marce powinniśmy zobaczyć ich na starcie. Na twitterze @martinfkde pojawiła się informacja "dziękuję Adidas", ale co dokładnie to ze sobą niesie, nie wiadomo. Ciekawe, czy na zawodach rangi Pucharu Świata bracia Fourcade będą mogli używać strojów innych, niż reszta kadry. Raczej nie powinno to nastąpić, ale nic nie jest wykluczone. Mimo to, znacznie lepiej wygląda, gdy wszyscy zawodnicy jednego kraju mają takie same ubrania, bo łatwiej ich zidentyfikować na trasie.

Jeżeli nie udało Wam się obejrzeć tej ciekawej imprezy na żywo, to nic straconego. W internetach pojawiły się już nagrania z transmisji, które umieściłem w poście. Dostępna jest również pełna relacja telewizyjna z Champions' Race. Na koniec jeszcze przypominam, że ostatnie zawody biathlonowe w tym sezonie odbędą się w przyszłym tygodniu w Tyumieniu. 

Karaoke i mistrzostwa krajowe, czyli końcówka sezonu zawodowców

Sezon Pucharu Świata się zakończył, co jednak nie oznacza końca jakichkolwiek zawodów biathlonowych i biegowych. W zeszłym tygodniu odbyły się Wojskowe Mistrzostwa Świata, w których Polska zdobyła złoty medal w klasyfikacji drużynowej biathlonistek. Ponadto Krystyna Pałka zdobyła brąz w biegu sprinterskim. Ale zanim zdarzyło się to wszystko, był jeszcze czas na świętowanie zakończenia PŚ w gronie najlepszych. W Oslo mieliśmy więc sporą imprezę z udziałem gwiazd biathlonu. Między innymi działy się tam takie rzeczy, jak w filmie poniżej, czyli karaoke, tańcząca Tiril Eckhoff, a spostrzegawczy dostrzegą nawet przebranego za kobietę Bjoerna Ferrego (czyżby nowe hobby po zakończeniu kariery? ;)). Ale trzeba przyznać, że Johannes i Emil stworzyli świetny duet rockowy. Szczególnie EHS chciał na pewno odreagować średnio udany sezon...



Po wszystkim miały miejsce mistrzostwa krajowe. W Szwajcarii rywalizację zdominowały: Elisa i Selina Gasparin oraz Benjamin Weger, wygrywając sprinty i biegi masowe. Włosi rozegrali te same konkurencje, w których wygrywali odpowiednio: Lukas Hofer i Michaela Ponza oraz Dominik Windisch i Karin Oberhofer. Francja to oczywiście zwycięstwa Martina Fourcade, zaś wśród pań niespodziankę w biegu ze startu wspólnego sprawiła Jaquemine Baud, zdobywając złoto. Mistrzostwami Austrii zakończył swoją karierę Christoph Sumann, pozostając jednak bez medalu. W Norwegii biathloniści walczyli o medale w Voss. W biegach indywidualnych wygrywali: Johannes Thingnes Boe oraz Marte Olsbu. W sprincie triumfował znów młody Boe oraz Tora Berger. Na swoich ostatnich w karierze Mistrzostwach Norwegii Tora zdobyła jeszcze złote medale w biegu masowym i sztafecie. Jasiowi się to nie udało, bo o ile sztafetę wygrał jego klub Sogn og Fjordane SSK, o tyle w biegu ze startu wspólnego nie zdobył żadnego medalu. Zwyciężył Kristoffer Langoeien Skjelvik. Pełne wyniki możecie zobaczyć tu. Warto zwrócić uwagę, że w Mistrzostwach nie startowali: Ole Einar Bjoerndalen, Emil Hegle Svendsen (podobno po dyskotece w Oslo nikt go nie widział, pewnie leczy kaca), Tarjei Boe, Lars Berger oraz Alexander Os. Nieobecność dwóch ostatnich była spowodowana startem w Wojskowych Mistrzostwach Świata, gdzie w biegu na 15 km złoto zdobył właśnie Berger.

Biegacze narciarscy ścigali się w Gålå. Program zawodów obejmował sprinty drużynowe oraz biegi na 30 km i 50 km stylem dowolnym. Niespodzianek nie było. W maratonach triumfowali: Marit Bjoergen przed Therese Johaug i Kristin Stoermer Steirą oraz Martin Johnsrud Sundby, który wyprzedził Daniela Myrmaela Helgestada oraz Simena Andreasa Sveena. Kompletne wyniki znajdują się pod tym linkiem.

Warto odnotować, że również w Stanach Zjednoczonych odbyła się wiosenna seria mistrzostw krajowych w Anchorage. Wśród nich był dobrze nam znany Noah Hoffman, który zwyciężył w biegu na 15 km techniką dowolną oraz był drugi w 50 km klasykiem (co i tak dało mu mistrzostwo, bo wygrał zawodnik spoza USA). Wśród kobiet triumfowały: Kikkan Randall na 10 km oraz Sadie Bjornsen na 30 km. Poza tym odbyły się sprinty klasykiem, które wygrali: Randall i Reese Hanneman.

Wracając do biathlonistów, to czeka ich jeszcze pokazowa impreza Champions' Race w Moskwie. Gwiazdy, jakie zobaczymy 5 kwietnia na stadionie olimpijskim to: Martin Fourcade, Simon Fourcade, Emil Hegle Svendsen, Dominik Landertinger, Simon Schempp, Jakov Fak, Ondrej Moravec, Bjoern Ferry, Tora Berger, Kaisa Makarainen, Darya Domracheva, Gabriela Soukalova, Marie Dorin Habert, Valj Semerenko, Vita Semerenko, Selina Gasparin. Ostatnim punktem w sezonie będzie Puchar Rosji w Tyumieniu z bardzo ciekawymi konkurencjami. A później zasłużony odpoczynek przed powrotem do treningów i letnich zmagań. Nie zabraknie oczywiście Mistrzostw Świata w biathlonie letnim oraz zawodów na nartorolkach w Sandnes, czyli Skifestivalen Blink pod koniec lipca. Wciąż więc będzie wiele emocji.

Z Pokljuki do Oslo i z powrotem

Na wstępie chciałbym życzyć wszystkim paniom, odwiedzającym i czytającym tego bloga, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet. Ten szczególny dzień jest okazją do podziękowania Wam za to, że jesteście. Sposobów jest wiele.

Na przykład IBU nagrodziło Irinę Starykh i Ekatarinę Iourievą dyskwalifikacją za stosowanie dopingu. Dopiero dziś ujawniono wyniki badań próbek B, które pobrano po stwierdzeniu niedozwolonych substancji we krwi u tych biathlonistek. Sprawa ma swój początek jeszcze przed Igrzyskami Olimpijskimi, kiedy to pojawiła się informacja o zawieszeniu trzech reprezentantów Rosji i Litwy. Nic więcej nie było wiadomo. Później Starykh przyznała się, że to z nią związane są podejrzenia i odsunęła się od kadry, natomiast litewski zawodnik Karolis Zlatkauskas od razu przyznał się do świadomego przyjmowania EPO. Trzeciej podejrzanej nie znaliśmy do końca (choć mogliśmy się domyślać), aż do czasu, gdy zawiodła jej ostatnia szansa na niewinność, czyli badana próbka B. I tak oto na dzisiejszej konferencji prasowej IBU (szeczegóły tutaj) świat dowiedział się o wyniku- Iourieva i Starykh stosowały erytropoetynę i jednocześnie wpadły po uszy. Kary nie zostały wprawdzie jeszcze ogłoszone, ale dla tej pierwszej będzie to najprawdopodobniej koniec jej sportowo- dopingowej kariery, bo została przyłapana na tym procederze po raz drugi (wcześniej została zdyskwalifikowana wraz z Dimitryem Yaroshenko oraz Albiną Akhatovą). Nieładnie...

Przejdźmy do rzeczy przyjemniejszych, bo dzisiaj było takich wiele. Choćby bieg pościgowy w Pokljuce, w którym zwyciężyła Kaisa Makarainen. Dla Finki jest to pierwszy triumf w tym sezonie. Kilka razy była blisko takiego wyczynu, jednak zawsze brakowało celności na strzelnicy lub po prostu szczęścia. Dziś jednak wszystko zagrało dobrze. Mimo dwóch pudeł na strzelnicy (to i tak dobrze przy mocno wiejącym wietrze) wyprzedziła Torę Berger z takim samym strzeleckim rezultatem oraz Dorotheę Wierer, dla której było to najlepsze miejsce w zawodach PŚ w karierze. Ta trójka zapewniła sobie bardzo ładne prezenty na Dzień Kobiet. Natomiast rewelacje ze sprintu nie zaliczyły dramatycznych spadków, jakich się spodziewałem. Katharina Innerhofer była 7. a Darya Virolaynen 9. Wszystko wróciło poniekąd do normalności, ale pamiętajmy że pod koniec sezonu olimpijskiego mogą dziać się różne rzeczy... 

Ścigali się też panowie. Tym razem obudzili się Rosjanie- Shipulin i Malyshko, którzy od początku świetnie radzili sobie na strzelnicy w trudnych warunkach. Ten drugi jednak nie ma zbyt udanego sezonu pod kątem formy biegowej, stąd na trasie ponosił straty. W dodatku spudłował na ostatnim strzelaniu dwukrotnie, przez co spadł na 4. miejsce. Jego rodakowi się to nie przydarzyło i mógł samotnie przekroczyć linię mety na pierwszym miejscu. Podium uzupełnili: Bjoern Ferry oraz Ole Einar Bjoerndalen- oboje z dwoma pudłami. Po tym podium, król na pewno utwierdził się w przekonaniu, że decyzja o przedłużeniu kariery była słuszna. Tym bardziej, że w Pokljuce jest zdecydowanie najlepszym z Norwegów. Zarówno Emil Hegle Svendsen, jak i bracia Boe uplasowali się dziś w trzeciej dziesiątce, nie mówiąc już o tym, co zrobili w sprincie. Jednym słowem, słaaaabo...
Tej koszulki EHS w tym sezonie już raczej nie nałoży.

Biathlon na spółkę z narciarstwem alpejskim i Halowymi Mistrzostwami Świata w lekkoatletyce uniemożliwiły niestety transmisję jednego z ważniejszych biegów kalendarza FIS każdego sezonu. Mowa o pięćdziesiątce w Oslo. W tym roku panowie biegli techniką klasyczną. A dlaczego to tak istotne wydarzenie? Przede wszystkim, był to jedyny bieg sezonu na 50 km poza IO. Poza tym Oslo obrosło legendą, jeżeli chodzi o swoją coroczną obecność w Pucharze Świata. Zawsze (od 1902 roku) odbywa się tam właśnie maraton, co roku innym stylem. Kiedyś biegano dwie pętle, z której każda liczyła imponujące 25 km. Później skrócono jedno okrążenie do 17 km (trzy pętle), aż wreszcie do dzisiejszych 8,3 km pokonywanych przez zawodników sześciokrotnie. Inna była również formuła startu. Dawniej przeprowadzano start metodą interwałową- co 30 sekund. Ostatnim zwycięzcą w tej formule w 2008 roku był Anders Soedergren, który wyprzedził Lukasa Bauera i Remo Fischera. Warto dodać, że bieg ukończyło wówczas dwóch znanych nam biathlonistów- Frode Andresen (8. miejsce) oraz Lars Berger (35. miejsce). A skoro tak, to nietrudno domyślić się, jakim stylem wtedy biegano. Wyniki możecie zobaczyć tutaj. Dziś natomiast było bardzo ciekawie. Można powiedzieć, że panowie z ukłonem w stronę kobiet, rozegrali rywalizację "po damsku". Od początku Martin Johnsrud Sundby narzucał wysokie tempo, przez co kolejni zawodnicy szybko odpadali. Później zaatakował Lukas Bauer, ale nic z tego nie wyszło. Po pokonaniu połowy dystansu, w walce pozostali już tylko: Bauer, Sundby, Legkov, Richardson oraz młody Iivo Niskanen, ze sporą przewagą nad innymi. Na tym jednak się nie skończyło, bo już chwilę potem odpadł Czech, a na około 10 km przed metą kontakt z czołówką stracił Niskanen. Było więc wiadomo, że o zwycięstwo powalczą trzej świetni zawodnicy. Na ostatnich kilometrach Richardson z Sundbym odskoczyli Rosjaninowi. Norweg spróbował zaatakować na jednym z finałowych podbiegów, ale Szwed utrzymał się i skontrował przed stadionem. Końcówka była naprawdę szalona, jak i cały bieg. Możecie zobaczyć ją tutaj. Ostatecznie Daniel Richardson ukończył bieg pierwszy, przed Sundbym (który zapewnił sobie zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata) oraz Legkovem. Teraz, jak spojrzymy na wyniki dzisiejszego biegu i porównamy je z tymi sprzed sześciu lat, znajdziemy Richardsona na 36. miejscu i Sundby, który nie ukończył wówczas rywalizacji. Widać postęp. Nie zmienił się Bauer- wciąż w czołówce, za co należą się słowa uznania.

Skoro już o mowa o doświadczonych zawodnikach, to dzisiejsza pięćdziesiątka była ostatnim biegiem w karierze dla Tobiasa Angerera i Jensa Filbricha. W Pucharze Świata startowali od kiedy pamiętam i na pewno przez długi czas świat biegów narciarskich będzie ich wspominał. Tym samym definitywnie kończy się epoka świetnej czwórki z Niemiec. Rene Sommerfeldt odszedł po IO w Vancouver, Axel Teichmann pobiegł po raz ostatni w Sochi na 50 km. Dziś przyszedł czas na dwóch ostatnich. 
Tobias Anderer po zawodach PŚ w Szklarskiej Porębie

Inny sposób na zakończenie kariery wybrał sobie Sami Jauhojarvi. Po Igrzyskach wybrał się na Bieg Wazów, który ukończył na 55. miejscu (ale tylko 1 minutę i 58 sekund za zwycięzcą- Johnem Kristianem Dahlem). Teraz wystartował jeszcze w Oslo (był 15.) i ma zamiar pojawić się na finale PŚ w Falun. Chyba zna powiedzenie Leszka Millera, że "prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy" i wziął je sobie do serca. Tak, czy inaczej, bardzo waleczna postawa zawodnika One Way.

Na koniec dnia jeszcze znalazłem taki denerwujący filmik, w obliczu naszej pogody. Słoweńcy skarżą się w nim na nadmiar śniegu w Pokljuce. To może choć trochę by nam pożyczyli? Mogę nawet sam po ten śnieg przyjechać...  

Od skiathlonu do pięćdziesiątki, czyli podsumowanie Igrzysk Olimpijskich w Sochi

Bardzo szybko przeminęły te dwa tygodnie. Znicz już zgaszony, a tym samym 22. Zimowe Igrzyska Olimpijskie przeszły do historii. Sochi opuszczają już wszyscy bohaterowie, zarówno pozytywni, jak i negatywni, tego wydarzenia. Teraz czas na podsumowanie, bo od skiathlonu do pięćdziesiątki działo się naprawdę wiele. Wielkie dokonania, skandale, porażki- bez tego nie obejdzie się żadna sportowa impreza. Tak było i w przypadku Igrzysk. Wyliczymy więc wszystkie "naj-" tej imprezy.

  • Największy skandal: niestety w trakcie trwania Olimpiady przyłapano kilku zawodników na stosowaniu niedozwolonych środków. U niemieckiej biathlonistki Evi Sachenbacher- Stehle wykryto metyloheksanoaminę, zaś u austriackiego biegacza narciarskiego Johannesa Duerra erytropoetynę. W przypadku Evi można uznać to za niedopatrzenie, bo zabroniony składnik znajduje się w różnego rodzaju odżywkach i napojach energetycznych, zaś jego stosowanie poza zawodami nie jest w ogóle sankcjonowane. Przez swoją wpadkę, biathlonistka straciła czwarte miejsce zdobyte w biegu ze startu wspólnego oraz pozbawiła swoją drużynę również czwartej lokaty w sztafecie mieszanej. Natomiast Duerr był okrzyknięty (również przeze mnie) za rewelację Tour de Ski i zaliczany do grona faworytów biegów długich na IO. W skiathlonie zajął 8. miejsce, po czym udał się do Obertilliach trenować przed startem na 50 km. Właśnie w Austrii pobrano próbkę, w której wykryto EPO. Duerr przyznał się do stosowania dopingu z determinacją i jednocześnie nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego to robił. W tym momencie możemy skreślić jego wszystkie wyniki z tego sezonu, jak i cofnąć wszelkie zdania o tym, że niby stanowił wielki talent w Pucharze Świata.
  • Największy przegrany: na pewno rozczarowany swoim występem na Igrzyskach jest Petter Northug. Nie dość, że bez miejsca na podium, to jeszcze we wszystkich biegach okazywał słabość. Brakowało wytrzymałości i szybkości, którą kiedyś zachwycał. Przyczyną takiej formy jest choroba, która w okresie przygotowawczym nie pozwoliła mu na wystarczające obciążenie w treningu. Ale nie zapominajmy, że Dario Cologna stracił jeszcze więcej treningów z powodu kontuzji. Przez większą część sezonu w ogóle nie startował, a w Sochi pokazał ogromną siłę, zdobywając dwa złote medale. Miał też trochę pecha. Najpierw przewrócił się dwukrotnie w sprincie, a w dzisiejszym biegu na 50 km, gdzie był zdecydowanym faworytem, złamał nartę. 
  • Najgorszy dramat: Igrzyska Emila Hegle Svendsena można tylko opisać jako drogę z piekła do nieba i z powrotem. Początkowo występy były nieudane, nie przynosiły medalu, aż do biegu ze startu wspólnego, w którym EHS strzelał bezbłędnie i wyprzedził na sprinterskim finishu Martina Fourcade. Później jeszcze lepsza sztafeta mieszana, gdzie Norwegia pokazała swoją prawdziwą siłę. Na to samo zanosiło się we wczorajszej sztafecie mężczyzn po świetnych zmianach braci Boe i dobrej postawie Bjoerndalena, który jednak nieco stracił biegowo z powodu złego samopoczucia. Tak, czy inaczej, Svendsen, nazywany księciem biathlonu i następcą OEB, wybiegł na swoją zmianę na pierwszym miejscu, tuż przed Niemcami. Dalej byli Rosjanie i Austiacy, którzy dogonili liderów po pierwszym strzelaniu. O wszystkim miała zadecydować ostatnia próba strzelecka. Było wiadomo, że ktoś z tej czwórki zostanie bez medalu, ale nikt nie przypuszczał, że będzie to Norwegia. EHS najwyraźniej nie wytrzymał presji i zaczął pudłować. Nie pomogło dobieranie, skutkiem czego musiał biegać karną rundę. Tymczasem rywale wybiegli na trasę. Wygrali Rosjanie przed Niemcami i Austriakami. Svendsen przyprowadził sztafetę Norwegii na 4. miejscu. Mówiło się o tym, że pozbawił medalu braci Boe i Bjoerndalena, zawalił sztafetę, zepsuł Norwegii zakończenie Igrzysk oraz wiele innych rzeczy. Tak się stało, ale nie można winić Svendsena w ten sposób. Każdemu mogło się to zdarzyć i niestety padło na niego.
  • Największy heroizm: przed Igrzyskami istniało wiele niewiadomych dla Justyny Kowalczyk i jej kibiców. Kontuzja stopy budziła wiele wątpliwości co do dyspozycji Polki. Po biegu łączonym okazało się, że jest to wielowarstwowe złamanie. Nie przeszkodziło to jednak w żaden sposób zdobyć złota na jej koronnym dystansie- 10 km stylem klasycznym. Ponadto startowała jeszcze w sztafecie, sprincie drużynowym i biegu na 30 km stylem dowolnym. W ostatnim biegu zaczepiła się nartami z Anio Kaisą Saarinen, przez co nadwyrężyła kontuzjowaną stopę i nie dała rady kontynuować rywalizacji. Mimo to, pokazała, że jest niezwykle silną i zdeterminowaną zawodniczką.
  • Największa legenda: o zwycięstwie Ole Einara Bjoerndalena w sprincie pisałem już wcześniej. Tym złotem wyrównał rekord zdobytych medali, należący wówczas do Bjoerna Daehliego. Kolejne złoto w sztafecie mieszanej dało mu samodzielne prowadzenie w tej klasyfikacji. Dodatkowo jeszcze bardzo dobre występy w pozostałych biegach tych Igrzysk oraz wygrane wybory do Komitetu Zawodniczego przy MKOl świadczą o legendzie tego sportowca. Drugiego takiego nie będzie.
  • Największa dominacja: zdobywając trzy złote medale Darya Domracheva udowodniła, że świetnie się przygotowała do Igrzysk. Na trudnych trasach kompleksu Laura wykorzystała idealnie wszystkie swoje biegowe umiejętności. Przypomnijmy, że pierwsze złoto pojawiło się w biegu pościgowym, do którego startowała z 32 sekundami straty do Anastasyi Kuzminy- mistrzyni olimpijskiej w sprincie. Popełniła tylko jeden błąd na strzelnicy, co przy tak szybkim biegu dało pewne zwycięstwo. Bieg indywidualny poszedł również po jej myśli. Potwierdziła tym samym wynik uzyskany przed rokiem na próbie przedolimpijskiej, którą wygrała. W ostatniej konkurencji indywidualnej, czyli w biegu masowym, zostawiała rywalki daleko w tyle na rundach biegowych i, podobnie jak wcześniej, spudłowała tylko raz. Zawodniczka z innej ligi- tak mówią o niej inne biathlonistki.
  • Największy problem: pogoda znacznie utrudniała rywalizację na stokach i trasach narciarskich. Było nadzwyczajnie ciepło, czasem ponad 10 stopni powyżej zera, przez co śnieg zmieniał się w wodnistą breję. Długo jeszcze zapamiętamy widok biegaczy ubranych w koszulki z krótkim rękawem. Szczególnie reprezentantki USA korzystały z tego rozwiązania. Ponadto były problemy ze smarowaniem nart na taką nawierzchnię, jak choćby w kadrze Norwegii. Organizatorzy bardzo ciężko pracowali, aby utrzymać trasy w dość dobrej kondycji. Wolontariusze sypali sól na trasy biegowe i utwardzali stoki. I trzeba przyznać, że spełnili swoje zadanie.
  • Najbardziej obwiniany człowiek: Ante Kostelić był autorem ustawienia bramek do drugiego przejazdu slalomu mężczyzn. Było to wiadome przed Igrzyskami i już wtedy pojawiły się obawy. Trzeba bowiem wiedzieć, że chorwacki trener, ojciec Ivicy i Janicy, ustawia bardzo trudne i arytmiczne przejazdy. Tak było i tym razem. Na dodatek przy panujących warunkach, trasa nie wybaczała błędów. Straciło na tym wielu alpejczyków, między innymi Szwedzi- Andre Myhrer i Mattias Hargin, którzy mieli szansę na medal i pogrzebali ją złym drugim przejazdem. Nazwano nawet Kostelica idiotą.
  • Największy bezsens: transmisje w TVP od początku imprezy budziły moje zastrzeżenia. Potwierdziły się one kilka razy. Przede wszystkim komentarz wielu dyscyplin pozostawiał wiele do życzenia. Oglądając narciarstwo alpejskie miało się wrażenie, że ekipa nie ma styczności z tą dyscypliną na przestrzeni całego sezonu i komentuje ją tylko przy okazji Igrzysk. Zawiódł trochę biathlon, bo bez Tomasza Jarońskiego pan Krzysztof Wyrzykowski nie mógł krzyknąć swojego słynnego "rach ciach ciach!" (pan Tomasz zabronił, ale też specjalnych okazji do okrzyku nie było) oraz nie zgrał się z Piotrem Sobczyńskim (zazwyczaj TJ ogarnia wyniki na bieżąco, a KW czyni dygresje, w Sochi natomiast mieliśmy dwóch lubiących gawędzić bez przejmowania się wynikami). Nie zabrakło również "złotych cytatów", które zapamiętamy po łyżwiarstwie szybkim. Piotr Dębowski, cały rozemocjonowany, wykrzykiwał takie piękności: "Polacy jadą teraz wolniej, ale szybciej" albo "Biegną po ten medal zostawiając na lodzie piękną biało- czerwoną smugę". Przynajmniej można było się pośmiać. Do śmiechu nie było natomiast wtedy, gdy TVP zmieniała dyscyplinę sportu nadawaną na antenie. Zazwyczaj robiła to w najmniej odpowiednim momencie, a już szczytem wszystkiego było wyłączenie ostatniego strzelania ostatniej zmiany w biathlonowej sztafecie, aby pokazać dekorację drużyny polskich panczenistów. Wiem, że to medal dla nas i mogę sobie oglądać transmisję w internecie, ale żeby wyłączać w trakcie najważniejszych rozstrzygnięć, podczas gdy dekorację można by było pokazać z odtworzenia po zawodach? Tak się nie robi...
  • Największe odkrycie: reprezentacja Czech w biathlonie pokazała, jaki rozwój poczyniła na przestrzeni kilku sezonów. Na tych Igrzyskach zdobyła aż 5 medali. Ondrej Moravec przyznał, że o tak udanym występie na tej imprezie kadra czeska nawet nie śniła. Rzeczywistość okazała się dużo lepsza od oczekiwań. Wyrasta nam nowa potęga biathlonowa? 
  • Największa wpadka: pierwsze strzelanie Krystyny Pałki w sztafecie kobiet było katastrofalne. Cztery karne rundy, przy ośmiu wykorzystanych nabojach to prawdziwa tragedia, z której nie da się wyjść na jakiekolwiek dobre miejsce. Nasz zespół ukończył ten bieg na 10. pozycji mimo dalszej zadowalającej postawy reszty zawodniczek. Różne teorie starają się wytłumaczyć takie zachowanie na strzelnicy doświadczonej zawodniczki. Podobno przyrządy celownicze zostały mocno przestawione po przestrzeliwaniu broni i ktoś musiał zrobić to celowo. Niedobrze się dzieje w kadrze, skoro taka wersja jest brana pod uwagę. Być może coś wyjaśni się po Igrzyskach. W dodatku ostatnie ekscesy z Pauliną Bobak i jej skargami na sztab trenerski nie służą atmosferze. Natomiast patrząc na same wyniki, to źle nie jest. Najwyższe miejsce 5. Moniki Hojnisz to wyrównanie najlepszego wyniku polskiej biathlonistki na IO i daje bardzo dobre spojrzenie na przyszłość tej zawodniczki. Trochę tylko zawiodła gorsza dyspozycja biegowa Krystyny Pałki i Magdaleny Gwizdoń, bo w przypadku tej pierwszej bezbłędny wynik na strzelnicy w biegu indywidualnym na 15 km powinien zapewnić miejsce w pierwszej piątce, a tymczasem starczył jedynie na 10. pozycję.
To wszystko, co udało się nazwać "naj-". Oczywiście nie z samych "naj-" składały się te Igrzyska i właśnie to stanowi o wielkości tego wydarzenia. Dla każdego sportowca Olimpiada jest czymś szczególnym i było to widać po poziomie zmagań oraz po emocjach wypisanych na twarzach medalistów. Natomiast dla każdego kibica przyniosła ona to, co jest najważniejsze, czyli dawkę prawdziwego, trzymającego w napięciu sportu. Klasyfikację medalową wygrała Rosja, z liczbą 13 złotych medali, 11 srebrnych i 9 brązowych. Za gospodarzami uplasowała się Norwegia i Kanada. Polska zaliczyła swój najlepszy występ w historii, zdobywając 4 złote medale oraz po jednym srebrnym i brązowym. Odchodząc od wszelkich prób upolityczniania tego wydarzenia, stwierdzam, że Igrzyska Olimpijskie w Sochi były po prostu ładne i udane. Oczywiście szkoda, że się kończą, ale przed nami jeszcze kilka zawodów Pucharu Świata. Teraz można udać się na krótki odpoczynek.

P.S.: Pamiętacie może, że kiedyś pięćdziesiątka rozgrywana była metodą startu indywidualnego z przerwami między zawodnikami? Tę formułę zmieniono po 2008 roku, zaś ostatnimi zawodami rozegranymi w ten sposób był bieg na 50 km stylem dowolnym w Oslo. Wygrał Anders Soedergren, przed Lukasem Bauerem i Remo Fischerem. Co ciekawe, biegło wówczas dwóch biathlonistów- Frode Andresen (zajął 8. miejsce) oraz Lars Berger (35. miejsce).

Przegrywamy mentalnością

Patrzę tak sobie na te Igrzyska i oczom nie wierzę, jak udane są one dla Czechów w biathlonie. Na przestrzeni dotychczas rozegranych biegów zdobyli oni 5 medali i wszystkie były historycznymi wyczynami reprezentantów tego kraju. Ondrej Moravec, Jaroslav Soukup i Gabriela Soukalova to biathloniści, którzy jeszcze dwa lata temu nie byli zaliczani nawet do szerokiej czołówki Pucharu Świata. I pomyśleć, że dziś są oni pierwszoplanowymi postaciami tak wielkiej imprezy, jaką są Igrzyska Olimpijskie w Sochi.

Czesi nie mają jakiejś specjalnej tradycji biathlonowej. Stanowili zwykle drugie skrzypce rywalizacji. Był co prawda mistrz świata w biegu indywidualnym z 2005 roku- Roman Dostal, ale jego sukces stanowił dość dużą niespodziankę. Doświadczony Zdenek Vitek najlepsze lata ma już za sobą i szykuje się już raczej na sportową emeryturę. Za to Michal Slesingr, wicemistrz świata w sprincie i biegu indywidualnym z 2007 roku z Anterselvy, znany jest również obecnie ze swoich dobrych rezultatów. To właśnie po nim można by było się spodziewać, że zostanie liderem czeskiej reprezentacji na Igrzyskach. W tym sezonie jednak borykał się z rozmaitymi problemami zdrowotnymi, co nie pozwoliło mu przygotować dobrej formy. Wracając jednak do naszych dzisiejszych bohaterów- Moravca, Soukupa i Soukalovej, można się więc zastanawiać, skąd wzięli się tacy dobrzy biathloniści w tym kraju. Bo przecież musiało stać się coś, co spowodowało wykształcenie ze zwyczajnych, aczkolwiek utalentowanych zawodników, poważnych kandydatów do zwycięstw. I tym czymś były Mistrzostwa Świata w Novym Mescie.

Zdenek Vitek na mecie biegu pościgowego w Novym Mescie w 2012 roku. Zawody Pucharu Świata były dla Czechów prawdziwym świętem.

Już samo wybudowanie obiektu Vysocina Arena było krokiem ku profesjonalnemu przygotowaniu biathlonistów. Wystarczy spojrzeć na tamtejsze zaplecze, dostępne młodym adeptom. Trasy mają bardzo dobry profil i stopień trudności, jak również strzelnica jest nowoczesna. Nie można zapominać o innych rzeczach niezbędnych przy organizowaniu wielkich imprez, a zatem o trybunach i hotelach. Właśnie w takich warunkach przyszło przygotowywać się naszej trójce do MŚ rozgrywanych w ich ojczyźnie. To wszystko musiało kosztować, ale przełożyło się na dwa wielkie sukcesy. Po pierwsze organizacyjny, widoczny rok temu podczas rozgrywek medalowych. A po drugie sportowy, bo już wtedy Czesi zaglądali na podium, zdobywając brązowy medal w sztafecie mieszanej. Dziś natomiast zdobyli olimpijskie srebro w tej specjalności, która została rozegrana na IO po raz pierwszy.

Trójka Czechów na mecie biegu pościgowego w NM: Ondrej Moravec (29), Jaroslav Soukup (23) i Michal Slesingr (17).

W tym samym czasie, kiedy Czesi budowali Nove Mesto i korzystali z niego, jak tylko mogli, my patrzyliśmy w niebo, oczekując na pojawienie się następcy Tomasza Sikory. Jak wiemy, taki ktoś się nie pojawił i dziś osiągamy takie rezultaty w męskim biathlonie, do jakich przyzwyczaili nas Łukasz Szczurek i Krzysztof Pływaczyk. Tym samym przegraliśmy z naszymi sąsiadami już na starcie. Przegraliśmy mentalnością. Widocznie tak już u nas jest, że najpierw chcemy wyników, aby znalazły się pieniądze na rozwój sportu. Męskiej reprezentacji tego rozwoju zabrakło. Choć bardziej chyba zabrakło zewnętrznego wkładu finansowego w tę dyscyplinę sportu. Starczyło tylko dla kobiet, bo od zawsze ich wyniki były w miarę dobre. To samo dotyczy biegów narciarskich. Nikt od samego patrzenia na Justynę Kowalczyk nie zacznie biegać tak, jak ona. Wszędzie potrzebne są pieniądze i nie zawsze dysponuje nimi państwo, choć powinno.

W takiej sytuacji potrzebne są pewne kroki, aby poprawić sytuację. Sama Jamrozowa Polana, będąca jedynym centrum polskiego biathlonu na miarę XXI wieku, nie wystarczy. Powinny zostać poczynione inwestycje, aby nie dopuścić do takiej sytuacji, jak ze Zbigniewem Bródką- złotym panczenistą z kraju bez krytego toru. Trzeba dać szansę takim inicjatywom, które wpłyną na zmianę tej naszej mentalności. Ostatnio był poruszany temat otwarcia płatnych tras biegowych na Dolnym Śląsku. Trzeba dodać, że byłby to cały kompleks z oświetleniem, szatniami i sztucznym naśnieżaniem, stworzony przez prywatnego inwestora. Taki pomysł jest jak najbardziej godny podziwu, bo stwarza nową możliwość rozwoju narciarstwa biegowego na najwyższym poziomie. I nie ma powodu do narzekania, że korzystanie z tras będzie płatne, bo przecież utrzymanie takiego obiektu kosztuje, tym bardziej że nie finansuje tego państwo a osoba prywatna. W wielu krajach istnieją takie rozwiązania i funkcjonują bardzo dobrze.

Inną kwestią jest szkolenie młodzieży. Potrzebne są nakłady finansowe, aby młodzi zawodnicy dysponowali odpowiednim sprzętem treningowym. Dlatego tutaj niekiedy z pomocą przychodzą sławni sportowcy. Emil Hegle Svendsen, po zdobyciu kryształowej kuli, od razu przybył do rodzinnego Trondheim i ufundował młodzieży ze swojego macierzystego klubu armatki do naśnieżania tras. Ponadto ta sama młodzież trenuje na nartach używanych przez zawodników Pucharu Świata. To wszystko później procentuje. Ale nie trzeba aż w Norwegii szukać oznak filantropii. Michał Kwiatkowski, nasz świetny kolarz z grupy Omega Pharma- Quick- Step, założył Akademię Copernicus- szkołę kolarską dla młodych ludzi. Sam jest jeszcze świeżym nazwiskiem w peletonie, ale już przyciąga sponsorów, co zaś zaowocowało specjalistycznym sprzętem dla uczniów akademii. To postawa godna podziwu. Natomiast nie słyszałem o jakichkolwiek planach otworzenia specjalnej szkoły narciarstwa biegowego z inicjatywy Justyny Kowalczyk. Szkoda, bo byłaby to szansa, aby po zakończeniu jej kariery, Polska nie wróciła na "swoje miejsce" w Pucharze Świata. Tym bardziej, że nazwisko Kowalczyk ma już wystarczającą renomę, aby przyciągnąć poważnych sponsorów. Znalazłyby się więc pieniądze na sprzęt, odpowiedni obiekt, a później młode talenty i pierwsze sukcesy. Podobny pomysł miała firma One Way, tworząc OW Pro Team w Finlandii, czyli klub dla młodych narciarzy biegowych. I przypuszczam, że takich przykładów inwestycji w przyszłość jest więcej. Szkoda tylko, że jeszcze nie dotyczy to polskiego biathlonu i narciarstwa biegowego. Jeżeli zaś chodzi o Czechów, to myślę, że najlepsze będzie tu dzisiejsze stwierdzenie Krzysztofa Wyrzykowskiego: "Dawniej nawet nie oglądaliśmy się na Czechów". Od siebie jeszcze dodam, że przez to nawet nie zdążyliśmy zobaczyć, jak szybko nas wyprzedzili.

Wszystko zostaje w rodzinie

Jest kolejny medal dla Norwegii! Brąz zdobyła Tiril Eckhoff w biegu ze startu wspólnego na 12,5 km. Sprawiła wszystkim miłą niespodziankę, choć ja od początku zmagań widziałem w niej kandydatkę do podium. Dokonała tym samym tego, co nie udało się jej starszemu bratu.

Jak zapewne wiecie, dzisiejsza bohaterka jest siostrą byłego biathlonisty Stiana Eckhoffa, który nigdy nie zdobył medalu na Igrzyskach Olimpijskich. Startował w Turynie, gdzie jego najlepszym miejscem była 16. lokata uzyskana w biegu indywidualnym i sprincie (taki przypadek). Biegał w norweskiej sztafecie, z którą na tej imprezie zajął 5. miejsce. Natomiast jedyny posiadany medal Mistrzostw Świata to złoto zdobyte w sztafecie w 2005 roku. Jego najlepszym sezonem był 2004/2005, kiedy to zwyciężył w sprincie w Oestersund, zaś w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata uplasował się na 11. pozycji. Zakończył karierę po nieudanym sezonie 2008/2009 (67. miejsce w PŚ). Nie przypuszczałem, że nazwisko Eckhoff zobaczę jeszcze na czołowych miejscach w najważniejszych zawodach, dopóki nie pojawiła się Tiril.

Stian Eckhoff

Tiril ściga się w Pucharze Świata od sezonu 2011/2012. Już wtedy udało jej się zająć 7. miejsce w biegu ze startu wspólnego w Khanty- Mansiysku. Rok później podobnych wyników było już więcej (6. miejsce w biegu pościgowym w Oslo, 10. w sprincie i pościgowym w Khanty- Mansiysku oraz 11. w sprincie na próbie przedolimpijskiej w Sochi). Wreszcie przyszedł obecny sezon, a wraz z nim Igrzyska Olimpijskie. Młoda już na stałe zawitała do światowej czołówki, notując swoje pierwsze podium w Annecy- Le Grand Bornand oraz liczne miejsca w pierwszej dziesiątce, co dało jej 7. pozycję w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Taki wynik, jeżeli dotrwa do końca sezonu, będzie pobiciem rezultatu brata z najlepszych lat. Nie zapominajmy jednak o jeszcze jednej biathlonistce z nazwiskiem Eckhoff. Kaja- młodsza o 5 lat od Stiana i starsza o 6 od Tiril, jeszcze nie miała okazji wystąpić w Pucharze Świata. Była bardziej zainteresowana swoim związkiem z Emilem Hegle Svendsenem, który niedawno się zakończył.

Dziś Tiril Eckhoff potwierdziła moje nadzieje i przypuszczenia. Brązowy medal Igrzysk Olimpijskich jest ukoronowaniem postępu, jaki uczyniła w tym sezonie. Jej kariera będzie trwała jeszcze długo i oby była pełna podobnych wyników. A co do ewentualnej rywalizacji z bratem, pozostaje jej tylko jedno- prowadzenie w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Stianowi udało się zdobyć żółty numer lidera po zwycięstwie w sprincie inaugurującym sezon 2005/2006. Dla niej natomiast na pewno bardzo ważny będzie przyszły sezon, kiedy to zacznie się rywalizacja o przewodnictwo w reprezentacji po zakończeniu kariery przez Torę Berger. Tak więc, do dzieła Tiril! Lykke til!

P.S.: Znalazłem ładną galerię zdjęć z dzisiejszego biegu, oczywiście z Tiril Eckhoff na wielu zdjęciach. LINK