SadurSky blog

Od teraz na www.czlowiekpolnocy.blogspot.com!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jamrozowa Polana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jamrozowa Polana. Pokaż wszystkie posty

Veni, vidi i coś tam jeszcze

"To mówi Pan, że ma problemy ze stresem, tak?", zapytała pani psycholog. "Mhm", niby- odpowiedział autor. "Ale przecież zajmował się pan tańcem towarzyskim. Proszę wybaczyć, ale chyba coś w tym jest, że jednak lubi pan być w centrum uwagi, w końcu taka profesja, gdzie jest się ocenianym...". No i jak tu nie przyznać racji. Razem z tym zajęciem przylgnęła do mnie na stałe myśl, że ciągle ktoś mnie ocenia. I jaki by ten wstęp nie był, proszę uwierzyć, że post będzie o Mistrzostwach Polski w biathlonie amatorów i mastersów w Dusznikach- Zdroju.

Na miejsce przyjechałem na dzień przed zawodami, czyli w piątek. Wiadomo, że trzeba było sprawdzić warunki, a poza tym na tych trasach aż chce się biegać. Trudno było sobie na początku uzmysłowić, że rzeczywiście można na nie wejść, podczas gdy biathloniści mieli swój trening. Widocznie na nartach każdy jest naprawdę równy, bez względu na przynależność do klubu, czy też jej brak. Nikt nikomu nie przeszkadza, jest szeroko, czyli wystarczająco dużo miejsca dla wszystkich. Nie trzeba ogrodzeń, zakazów i tym podobnych bzdur. To jest tak normalne i przyjazne, że aż się poczułem nieswojo. Po jednej czy dwóch pętlach na wspaniałym śniegu, to uczucie ustąpiło zadowoleniu. Było dość ciepło, miejscami śnieg był topniejący i sypki, ale ja uwielbiam takie warunki. Zwłaszcza, że odcinki w cieniu dodawały szybkości. Ogólnie lepszej sytuacji przed zawodami nie mógłbym sobie wyobrazić.


W sobotę przyszedł wreszcie czas na zawody- sprint na dystansie 7,5 km. Odebranie numeru, rejestracja w biurze i rozgrzewka w oczekiwaniu na start to dla mnie coś z jednej strony nowego, a z drugiej tak podobnego do czasów, kiedy średnio co tydzień jeździło się gdzieś na turniej tańca. Jednego tylko teraz mi "brakowało"- stresu, który zaplątywał mi swoje wielkie łapy na szyi i nie pozwalał na czerpanie z tego jakiejkolwiek radości. W jego miejsce pojawiło się coś, co mogę nazwać prostu podekscytowaniem. Nie mówiąc już o tym, że będąc na rozgrzewce wśród innych uczestników, mogłem się trochę poczuć jak zawodowiec. Z jednej strony było to spowodowane obecnością kilku byłych biathlonistów na starcie, którzy w swojej przeszłości zaliczyli niejeden start. Oprócz nich, znalazło się tam oczywiście wielu amatorów. W końcu, po krótkim instruktażu dotyczącym używania broni, wszystko zaczęło się punktualnie o 11. Startowałem z niskim numerem (#3), dzięki czemu nie czekałem prawie wcale na swoją kolej. Na długo zapamiętam to miłe uczucie, kiedy stałem w bramce startowej czekając, aż ruszę na trasę. Jednocześnie dziwne i nieznane. Bo cieszyć się przed startem i jeszcze się przedstawiać do mikrofonu? Toż to nie w moim stylu, ja przecież za każdym razem przed wyjściem na parkiet miewałem raczej odcień twarzy bliskiej nowemu tłu na blogu. I tak oto, bez spiny, rozpocząłem swoje pierwsze w życiu zawody biathlonowe.


Pierwsza 2,5- kilometrowa pętla przywitała trochę innym śniegiem niż wczoraj. Szczególnie na jednym, płaskim odcinku narty jechały dość niechętnie. Zanim jednak zaczęło być to problemem, znalazłem się na strzelnicy. Przyszedł wreszcie moment, na który czekałem, bo tak się składa, że jeszcze nigdy nie miałem okazji strzelać z karabinu biathlonowego. I jak na takie doświadczenie przystało, zaliczyłem 4 karne rundy. Byłem przygotowany na taki obrót sprawy, bo dodatkowym utrudnieniem była moja leworęczność. Ale to przecież nie ważne, bo dla mnie nie wynik liczył się najbardziej.

Jak widać, przy strzelaniu pomagali młodzi biathloniści.
Taka dłuższa wizyta w "ogródku Adresena" (od soboty zmieniam nazwę na ogródek Sadura) potrafi dać do myślenia. Większa część z tego i tak mija na liczeniu, ile kółek się zrobiło i ile pozostało. Szczęśliwie umiem liczyć do czterech. Na początku kolejnej pętli towarzyszyła mi jedna z pań, przygotowująca się do statu. I z tego miejsca chciałbym ją pozdrowić i podziękować za słowa wsparcia. Lżej się biegło to drugie okrążenie :-). Kolejne strzelanie było znów w pozycji leżącej ("stójki" na szczęście nie przewidziano). Było już lepiej, bo tylko 2 pudła. Zgodnie z tą tendencją, gdybym strzelał jeszcze raz, byłoby 0. I tego się trzymajmy. Ostatnie okrążenie było już męczarnią, podkreśloną przez morderczy podbieg i zakończoną sprintem do mety. Tak się złożyło, że miałem okazję oglądać jeszcze innych zawodników, dopiero wyruszających na trasę.
Były biathlonista- Łukasz Witek, wbiega na metę.
Panie ścigały się na krótszym dystansie 4,5 km. Mistrzynią Polski została Joanna Badacz (0+0), przed Dorotą Zuberską (0+3) i Agnieszką Uznańską (2+1).


Wśród mężczyzn zwyciężył Waldemar Poręba (1+0), wyprzedzając Łukasza Witka (2+1) i Dariusza Mazurkiewicza (1+1). Ja skończyłem na 18. miejscu, co i tak mnie zaskoczyło przy tylu pudłach.


Po wszystkim, przyszedł jeszcze czas na losowanie ciekawych nagród. Każdy z uczestników mógł coś wygrać, m. in. kalendarz ze zdjęciem polskich biathlonistek. Jeden z nich trafił do zawodnika z Czech. Obstawiam, że nasi sąsiedzi też mają podobne gadżety z wizerunkiem przede wszystkim Gabrieli Soukalovej.


Organizacja takiej imprezy wymaga oczywiście zaangażowania i chęci. Jak się jednak po raz kolejny okazuje, wszystko można osiągnąć, a zawody na Jamrozowej Polanie są tego przykładem. Również Polskiemu Związkowi Biathlonowemu należą się brawa za poparcie inicjatywy biathlonu dla amatorów. I wreszcie z odpowiedniego miejsca mogę powiedzieć, że przybyłem, zobaczyłem i... zwyciężyłem, bo w pewnym sensie wygrałem ze swoją niechęcią do startu w jakichkolwiek zawodach. Ale w końcu czego się nie robi dla takiej atmosfery i unikalnej okazji strzelania z najprawdziwszej broni biathlonowej. Jeden ze startujących- pan Marek, napisał kiedyś, że kto przyjedzie, nie będzie żałował. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak zgodzić się z tym w stu procentach. A jaki to wszystko ma związek ze zmyśloną rozmową we wstępie? Mniej więcej taki, że biathlon nie jest dyscypliną, w której "szemrane jury sądzi, kto ma talent", a to bardzo mi odpowiada, zwłaszcza stojąc w roli startującego. W niedzielę odbędzie się jeszcze bieg pościgowy w ramach Mistrzostw Polski amatorów i mastersów, w którym niestety nie wystartuję. Obowiązki wzywają, a i nogi jeszcze nie są na tyle mocne (jakby kiedykolwiek były- przyp. wrednego drugiego ja autora). Być może jeszcze kiedyś uda mi się wziąć udział w podobnej imprezie, choć dużo ciężej mi będzie na nią przyjechać z dalekiej Północy. Tak, czy inaczej, nawet stamtąd będę obserwował, co dzieje się na Jamrozowej Polanie. Natomiast wszystkim startującym w sobotę i niedzielę przekazuję gratulacje i wyrazy uznania, udając się na zasłużony odpoczynek.

Czas się ruszyć

Zaraz, zaraz. Gdzie ruszać i po co? Już wyjaśniam. Wkrótce przyjdzie taki czas, że autor pojedzie na Północ, a dokładniej do norweskiego miasta Alta. A jedzie tam, aby studiować, pracować, trenować, czyli po prostu żyć. To samo mógłby robić tutaj, ale po co, skoro jest tyle powodów przekonujących do znalezienia innego miejsca dla siebie. Poza tym, jak inaczej miałby stać się Człowiekiem Północy?

Wyobraźcie sobie zwyczajnego małego człowieka, który miał ambitne marzenie zamieszkania tak daleko "u góry", jak tylko potrafił wtedy dosięgnąć na mapie. Tym miejscem była właśnie Alta. Później człowieczek dorósł, a wraz z nim zmieniały się kilka razy jego upodobania i perspektywy. Zapomniał wreszcie o swoim marzeniu, które i tak od początku było za mało realne, aby się spełniło. Aż w końcu któregoś razu spojrzał w lustro, prosto w swoje oczy. Trudno mu to przyszło, bo wiedział, że kiedyś skłamał w te same oczy obiecując, że niedługo zobaczą one zorzę polarną. Próbował się tłumaczyć: "czasy się zmieniają...". "Gówno prawda", odpowiedziały te same oczy. Od tej pory przestał w nie patrzeć, bo był zbyt zajęty. Postanowił zrobić wszystko, żeby jednak zapracować na to marzenie. Aż w końcu kilka dni temu znów spojrzał na siebie. I uśmiechnął się. Jak by tego nie ująć inaczej, po prostu czasem do spełnienia jakichś planów, potrzeba odważnych decyzji. Nawet, jeżeli tą odwagą ma być zamieszkanie na odległej Północy Norwegii. Z taką nadzieją wyjadę za kilka miesięcy, aby zacząć studia na najdalej wysuniętym na Północ uniwersytecie na świecie- Universitetet i Tromsø, a dokładniej jego oddziale w Alcie. Co będzie dalej? Tego sam jestem ciekaw.

Trudno powiedzieć, co wydarzy się przez ten cały czas, w którym mnie tu nie będzie. Jamrozowa Polana zorganizuje pewnie zawody Pucharu Świata w biathlonie, a później Mistrzostwa Świata. W Jakuszycach zostanie podpisane kolejne 1000 listów intencyjnych o budowę tego, czy tamtego, a i tak skończy się "jak zwykle". No, może tylko następne wyczynowe trasy zostaną zamknięte dla ogółu i udostępnione "tylko zorganizowanym grupom sportowym po wcześniejszym uzgodnieniu ze Stowarzyszeniem Biegu Piastów". Swoją drogą bardzo fajnie wyglądają te puste, ogrodzone odcinki, na których od tego czasu nie widziałem jeszcze trenujących zespołów. Sami widzicie, że tu żyć się nie da, tu nie da się mieszkać. Dlatego wyjadę, zanim wszystko zniknie. Choć wcale nie przyznam, że "czuję się dobrze tylko tam, gdzie pada i szaro i wieje ci w twarz". Nie muszę też "uciekać hen przez śnieg od tych, co tęsknią do wojen", choć czasem wydawać by się mogło, że tak właśnie jest.

Nie pisałbym tego wszystkiego, gdyby nie szły za tym pewne zmiany. Trudno mi dokładnie przewidzieć czy i w jakiej formule będę stamtąd pisał. Jeżeli tak, to przypuszczam, że oprócz tematów biathlonowych, które na zawsze pozostaną, pojawi się jeszcze coś na temat życia na Północy, które wygląda nieco inaczej, niż tu. Z chęcią pokażę Wam tamtejsze krajobrazy, zorzę polarną i wiele więcej, jeżeli tylko czas pozwoli. Póki co, wszystko zostaje po staremu.

Na koniec dodam jeszcze jedno. Jak by to banalnie i tkliwie nie brzmiało, róbcie to, co daje Wam satysfakcję i nie rezygnujcie ze spełniania marzeń. Pomyślcie, że czasem warto zaryzykować i spróbować postawić wszystko na jedną kartę, żeby móc spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: "niczego nie żałuję". Po co tkwić w szarości, mając do dyspozycji słabe, ale stabilnie "dzisiaj"? Lepiej zagrać o to lepsze, ciekawsze "jutro". Nie mamy przecież wiele do stracenia. Zawsze zostanie nam przynajmniej "hardkor i disko"...

Pocztówka z Oberhofu

Pogoda po raz kolejny pokazała, że nienawidzi biathlonistów. Na przykład na Jamrozowej Polanie postanowiła zgotować organizatorom prawdziwy koszmar z padającym deszczem i temperaturą powyżej zera, przez co mimo starań i szczerych chęci nie udało się rozegrać niedzielnych biegów na dochodzenie w ramach Pucharu IBU. Niemniej jednak dwa wcześniejsze dni, czyli sprinty w piątek i sobotę, potoczyły się zgodnie z planem. Jak potwierdzają opinie zawodników, władz IBU oraz kibiców, impreza się udała, mimo tak trudnych warunków. A w przyszłych latach będzie jeszcze lepiej.

Jeszcze większe problemy mają organizatorzy następnego odcinka Pucharu IBU. W Langdorf, gdzie powinny odbyć się kolejne zawody, panują tak złe warunki atmosferyczne, że już teraz poinformowano o braku możliwości ich przeprowadzenia. Wymusza to ich przeniesienie do Ridnaun- Val Ridanna. Przy tym, Duszniki- Zdrój wypadły lepiej.
Standardowy widok z transmisji biathlonowego PŚ w Oberhofie.
Puchar Świata natomiast gościł jak zawsze chimeryczny Oberhof. Mgła, deszcz i wiatr to norma w tym miejscu. Czasem zastanawiam się, czy jest sens corocznego rozgrywania tu zawodów takiej rangi, skoro i tak zwykle nic nie widzą zarówno kibice na stadionie, jak i ci przed telewizorem. Za potwierdzenie moich słów może posłużyć sytuacja z czwartkowej sztafety mężczyzn, której start stał pod znakiem zapytania, aż w końcu został przełożony. Podobnie było ze sprintem w sobotę, tym razem przełożonym o kilka godzin. Powód jednak był ten sam, co zwykle. Opinia publiczna oraz sami zawodnicy zaczynają mieć tego wszystkiego dość. Darya Domracheva zdecydowanie wypowiedziała się na ten temat, twierdząc, że Oberhof powinien zniknąć z kalendarza PŚ. Martin Fourcade natomiast proponował zmianę terminu zawodów w tej lokalizacji na taki, w którym klimat byłby łaskawszy dla wszystkich. Inną kwestią są jeszcze trasy, które nawet w normalnych warunkach sprawiają dużo trudności najbardziej doświadczonym zawodnikom. Szczególnie "uwielbianym" miejscem jest znany zakręt na zjeździe, na którym padło tak wiele upadków, że postanowiłem je wszystkie zebrać w jednym filmie. Prawda, że jest to "piękna" pocztówka z Oberhofu?

Tour de Spina

Powitaliśmy z hukiem 2015 rok, co mogę potwierdzić, bo do teraz słyszę jego echo. Wraz z nim przyszły kolejne zawody PŚ. Między innymi Tour de Ski. Tak naprawdę to jedyny taki cykl, który bardzo lubię. Trudno nie oprzeć się jedynemu w swoim rodzaju etapowi z Toblach do Cortiny d'Ampezzo (35 km), nie mówiąc już o słynnej wspinaczce pod Alpe Cermis. W tym roku jednak pierwszy z wymienionych został zamieniony na 25 km wokół Toblach. Jakby tego było mało, tegoroczna edycja mieni się tak różnymi barwami pod kątem emocji, że nawet mnie jest ciężko zmierzyć się z tym tematem. Jednym słowem wyczuwam ogólną "spinę" i to nawet nie jedną.

Marit Bjoergen po kolejnym zwycięstwie w tegorocznym Tour de Ski.
Przede wszystkim chciałbym zwrócić uwagę, jak bardzo różni się rywalizacja w gronie mężczyzn od tego, co dzieje się wśród pań. W pierwszym przypadku mamy czterech kandydatów do zwycięstwa: Northuga, Sundby, Halfvarssona i Belova. Szczególnie ten ostatni stanowi niespodziankę tegorocznej edycji TdS. Rosjanin nigdy tak naprawdę nie osiągał większych sukcesów w imprezach Pucharu Świata, tymczasem ma szansę na wygraną w najważniejszym cyklu sezonu. Wszystko rozstrzygnie się na ostatnich etapach, których już teraz nie mogę się doczekać. Rywalizacja kobiet wydaje się być jednak rozstrzygnięta. 100% dotychczasowych etapów wygrała Marit Bjoergen, zyskując tym samym olbrzymią przewagę nad resztą. Mówiono o norweskiej dominacji, ale teraz już nawet sama Therese Johaug wydaje się być załamana faktem, że nie może nawiązać walki ze starszą koleżanką. A skoro już o wieku mowa, to Marit Bjoergen, mimo 34 lat, wkrótce będzie miała szansę na zrównanie się z rekordem zwycięstw w zawodach PŚ, który przez wiele lat był ustalany przez niewątpliwie legendarnego Ole Einara Bjoerndalena. Obawiam się takiej sytuacji, ale w tej chwili wolę po prostu o tym nie myśleć. Może kiedy indziej o tym napiszę, a póki co mogę tylko winić obecny stan biegów kobiecych za powstałą sytuację. Nie wątpię w czystość Bjoergen i w to, że nie stosuje dopingu. Nie stanowi ona jednak tak wielkiej legendy, na jaką zapracował Bjoerndalen przez wszystkie swoje sezony. Jej seria zwycięstw bierze się po prostu z braku konkurencji.
Northug po raz kolejny ograł wszystkich na ostatnich metrach.
Konkurencji z pewnością nie boi się Petter Northug. Jak na razie lider Tour de Ski stosuje konsekwentnie swoją taktykę w biegach dystansowych, czyli ciągle trzyma się z tyłu grupy, w której biegnie. Nigdy nie wychodzi na prowadzenie. No, może poza ostatnimi metrami, na których wszystkich wyprzedza i wygrywa. Taka sytuacja powtórzyła się po raz kolejny we wczorajszym biegu na 25 km w Toblach. Szczerze mówiąc, przy takim dystansie, brak prowadzenia choć przez kilometr jest zachowaniem mocno dyskusyjnym. Nie lubią go przez to inni biegacze, a ja zaryzykuję stwierdzenie, że taka postawa odbiera prawo do nazwania się Człowiekiem Północy. Jak się dokładniej przyjrzeć, będzie to złamanie zasady nr 18 "How to be nordic", która głosi: "Człowiek Północy zawsze pomaga innym, zwłaszcza w kwestiach związanych z narciarstwem biegowym". Inny incydent miał natomiast miejsce z udziałem Martina Johnsrud Sundby, który w prologu TdS pobiegł minimalnie inną trasą, za co miał zostać ukarany. Chodzi o fakt, że Norweg pokonał ostatni podbieg nie z tej strony, co trzeba. Skutkiem tego, miała zostać na niego nałożona kara czasowa w wymiarze 3 minut. Tak się jednak nie stało, bo zapewne zdaniem jury, ta nieznaczna zmiana trasy nie przysporzyła korzyści Martinowi. Innego zdania był Dario Cologna, zwycięzca tego biegu, który zdecydowanie sugerował karę dla Sundby. Zarówno w sytuacji, w której kara 3 minut stałaby się faktem, można by było uargumentować ją pomyleniem trasy. W rzeczywistości, gdzie Norwega nie ukarano, również nie trzeba doszukiwać się fałszu, bowiem rzeczywiście zmiana trasy nie pomogła mu, a wręcz przeszkodziła. Spina zupełnie nie potrzebna w takim razie, choć Dario Cologna jak najbardziej miał prawo do takiej reakcji.
Dario Cologna stracił dużo czasu podczas wczorajszego biegu na 25 km stylem łyżwowym, co odbiera mu szansę na walkę o zwycięstwo w Tour de Ski.
Kończąc całą listę tegorocznych spin muszę poruszyć temat komentatorów. Faktem jest, że duet Eurosportu Merk/Chruścicki nie jest ideałem. Zapewne każdy z nas, siedząc przed telewizorem, myśli sobie "zrobiłbym to lepiej". W takim razie droga wolna. To tylko z naszej kanapy wydaje się, że nie ma nic prostszego niż komentowanie naszej ulubionej dyscypliny sportu. Tymczasem prawda jest inna. Trzeba potrafić mówić i mieć o czym w każdej chwili. Najlepiej na temat związany z transmisją. Polecam spróbować, można się zaskoczyć, jak szybko człowiek się zacina i nie wie, co powiedzieć. Z drugiej strony mnie też czasem irytują proste błędy i dająca się czasem we znaki słaba wiedza, ale czy nie lepiej wobec wszystkiego powiedzieć czasami "nie walczę z wiatrakami, nie wytępię ciemnoty..."?

A moja osobista spina? Bo w końcu każdy taką czasem ma. Nie będzie mi dane obejrzeć wymarzonych zawodów Pucharu IBU w Dusznikach- Zdroju. Bardzo chciałem zobaczyć imprezę tej rangi na Jamrozowej Polanie. Planowałem zapodać Wam tu obszerną relację z centrum wydarzeń (coś na kształt zeszłorocznych postów o Pucharze Świata w Szklarskiej Porębie). Niestety, wszystko się posypało w chwili, gdy moja uczelnia postanowiła, że piątek stanie się wtorkiem ten jeden jedyny raz, czyli 9 stycznia. (teraz każdy z PWr powinien porozumiewawczo się uśmiechnąć)  I tak oto zamiast dnia wolnego, który byłby idealny na wyjazd do Dusznik i pozostanie tam przez jakiś czas, będą zajęcia do późna. Nawet na sobotę nie uda się wrócić. Pozostanę więc o te sto kilometrów z hakiem, tylko tym razem w innym kierunku od Jamrozowej Polany i dowiem się zapewne z internetów o kolejnym sukcesie organizacyjnym Centrum Polskiego Biathlonu. Tak, już teraz jestem pewien, że zakończy się to właśnie w taki sposób, przeglądając pierwsze wrażenia zawodników. Innej opcji zresztą nie ma po tym, jak grono ochotników pomagało zgarniać śnieg na trasy, aby wszystko się udało. I na pewno się uda, za co trzymam kciuki od samego początku, bo tylko to mi pozostało. Najważniejsze jednak, aby się nie denerwować, prawda?

P.S: Pierwsze biegi sprinterskie w Dusznikach już dzisiaj. W sobotę odbędą się kolejne sprinty, zaś w niedzielę biegi pościgowe. Wyniki możecie śledzić na biathlonresults.com, a zapewne wkrótce będzie można obejrzeć relację z zawodów tu.

Zawsze może być gorzej

Spodziewaliście się pewnie tekstu typu: "Zima wróciła! Sezon rozpoczęty, więc ruszamy na trasy". W takim razie muszę Was rozczarować. Co prawda, w Jakuszycach sezon faktycznie się rozpoczął, a wkrótce nastąpi to na Jamrozowej Polanie, ale nie dla mnie. Tym razem powodem jest prawe kolano, które odmawia współpracy. Co jakiś czas przypomina mi tym samym o moim bardzo dawnym już zajęciu, jakim był... taniec towarzyski. I tu zostawiam czas na przeczytanie jeszcze raz, otrząśnięcie się z szoku, czy co tam kto preferuje. Tak, czy inaczej, na razie mogę zapomnieć o bieganiu. Zawsze może być jednak gorzej.

Bezczynność nudzi, a już na pewno nie motywuje do pracy. Część winy można na pewno zrzucić na minione Święta. Taki czas służy jednak przemyśleniom na różne tematy. A trochę ich było. Przykładowo IBU ujawniło, że u kolejnej osoby stwierdzono stosowanie dopingu. Danych biathlonisty/biathlonistki podejrzanego/podejrzanej o stosowanie EPO jeszcze nie ujawniono. Wszystko rozstrzygnie się po ponownym przebadaniu próbki, czyli najprawdopodobniej w styczniu. Wiadomo jednak, że osoba, o której mowa, została zawieszona 15 grudnia, czyli nie startowała w zawodach PŚ w Pokljuce lub Pucharu IBU w Obertilliach. To już kolejny taki przypadek w tym sezonie, po wpadce Loginova. Wtedy myślałem, że z dopingiem znów jest źle. Zwłaszcza, jeśli chodzi o rosyjskich biathlonistów. W tym momencie wiem, że zawsze może być gorzej.

Tradycyjnie dzień po Świętach mogliśmy oglądać biathlonowe zawody World Team Challenge na stadionie Schalke 04 Gelsenkirchen. Śniegu jak zawsze było mało, ale organizatorom udało się przygotować niedługą pętlę. Tej imprezie nie można odmówić atrakcyjności. Zwroty akcji, dzięki wielu wizytom na strzelnicy oraz tylko 10 zespołów na starcie to zestaw idealny dla każdego, kto nawet nie interesuje się biathlonem. Pierwszą część rywalizacji, czyli bieg masowy wygrała para włoska- Dorothea Wierer i Lukas Hofer. Bieg pościgowy padł łupem duetu z Ukrainy w składzie: Valj Semerenko i Serhiy Semenov. Za każdym razem blisko zwycięstwa były pary niemieckie, najpierw Dahlmeier i Graf, a później Hildebrand i Lesser. Obie musiały jednak zadowolić się drugim miejscem w poszczególnych biegach. Zawsze jednak mogło być gorzej.

Puchar Świata w biegach narciarskich ostatni raz zawitał do Szklarskiej Poręby w 2014 roku. Czy już nigdy się to nie powtórzy?
Szklarska Poręba nie zorganizuje już Pucharu Świata w biegach narciarskich. Taką informację podało ostatnio Polskie Radio Wrocław. Powodem jest brak funduszy miasta na finansowanie tak kosztownej imprezy. A przypomnijmy, że jeszcze niedawno mówiło się o zorganizowaniu mikrocyklu (bo to przecież w modzie) wraz z Harrachovem. Warto dodać, że strona czeska również wypowiedziała się negatywnie w tej sprawie. Mówi się też o niewielkiej (!) popularności biegów w Polsce, przez co sprzedaż biletów nie zapewniłaby odpowiedniego pokrycia kosztów. Może Was zaskoczę, ale po części się z tym zgadzam. Pamiętam, jak w ubiegłym sezonie na zawody PŚ w Jakuszycach przyszła ogromna liczba kibiców. Szkoda tylko, że ledwie połowa z nich była tam w czasie biegów męskich. A obecna sytuacja i jej tłumaczenie potwierdza tylko moje słowa. Mało kto zainteresuje się imprezą, podczas której nie wygra Justyna Kowalczyk lub inny z naszych reprezentantów. Patrząc w takich kategoriach, zwyczajnie się to wszystko nie opłaca i akurat w tym przypadku ciężko winić władze. Natomiast każdemu, kto rozczarował się postawą Szklarskiej Poręby, proponuję: wyślij sobie pocztówkę stamtąd, bo "tam gdzie ją wyślesz prawdopodobnie jest znacznie gorzej". Inną sprawą jest, że taki Puchar Świata sam w sobie byłby świetną pocztówką Jakuszyc (tylko trochę droższą), obok Biegu Piastów zaliczanego do serii Worldloppet. Mamy zatem do czynienia z pewnego rodzaju strzałem w kolano. A właśnie, moje kolano, co za pech...
Widok z trybun podczas zawodów PŚ w Szklarskiej Porębie w sezonie 2013/2014. Podobnych obrazków już nie zobaczymy.
Jakby nie patrzeć, to jednak taka przerwa od wszystkiego czemuś służy. Czasem warto zwolnić tempo, bo nigdy nie wiadomo, czy w tej ciągłej serii zdarzeń nie zapomnieliśmy o czymś najważniejszym. I właśnie takiego "zwolnienia" mogę Wam życzyć w przyszłym roku. Oby był on znacznie lepszy od tego. W końcu nie zawsze musi być gorzej...

O dominacji jednej nacji

Ostatnio na portalu sport.pl pojawił się ciekawy felieton Justyny Kowalczyk. W skrócie chodzi o dominację Norwegów od początku sezonu Pucharu Świata w biegach narciarskich. Dla zainteresowanych spojrzeniem naszej zawodniczki odsyłam do źródła: link. Temat został jeszcze rozwinięty przez tę samą stronę tu. Od razu pojawiły się też stwierdzenia dziennikarzy i specjalistów, według których biegi przestają być ciekawe, czego powodem jest właśnie dominacja jednej nacji. A tak się złożyło, że wszystko znalazł w internetach mój niezawodny kolega, dzięki czemu dorwałem się do tematu. I właśnie teraz opowiem Wam, co o tym myślę.

Po zawodach w Lillehammer można odnieść wrażenie, że Norwegowie odskoczyli reszcie i stworzyli własny poziom rywalizacji. Jednak ja nie szedłbym aż tak daleko we wnioskach. Po pierwsze, wśród mężczyzn stawka była dość wyrównana choćby tydzień temu w Kuusamo, kiedy na podium znalazło się dwóch Finów. No chyba, że sprawę rozszerzamy o całą Skandynawię, to wtedy rzeczywiście mamy powód do narzekania, ale mamy też poważny problem ze sobą. W ogóle biegi męskie od zawsze były ciekawsze, bo przecież do niedawna wśród kobiet mieliśmy sytuację, gdzie na podium mogliśmy w ciemno stawiać Bjoergen, Kowalczyk i Johaug w kolejności zależnej od stylu i dystansu. Wtedy było w pewnym stopniu tak samo "nudno" jak teraz, więc nie przesadzajmy. Jedynie wśród mężczyzn może dziwić brak formy takich dobrych zawodników, jak Poltoranina, Vylegzhanina i Legkova, ale tak jak stwierdził szef centrum przygotowań olimpijskich, Tore Ovrebo, jest to sezon poolimpijski i można się spodziewać nieco gorszych wyników. Jedynie Norwegowie nie mogą sobie na to pozwolić (poza Northugiem, co zresztą widać), bo straciliby miejsce w reprezentacji na rzecz obiecujących młodych zawodników, których jest bardzo wielu. Można choćby zaobserwować, że pojawiają się takie talenty jak Haga, Ek Hagen wśród kobiet, czy Golberg i Krogh wśród mężczyzn. Przez to siłą rzeczy może się zdarzyć, że na początku sezonu Norwegowie wyprzedzają formą innych.
Na taką dominację nawet Martin Fourcade nie wystarczy ;)
Problem tkwi również w czymś innym. Warunki do dominacji stwarzają niestety obecne w zawodach o Puchar Świata tzw. mikrocykle. Przez kilka dni rozgrywane są na przykład trzy biegi (przy czym zawsze jest w tym sprint), a całość kończy się biegiem pościgowym. Jednym słowem takie małe Tour de Ski. Pytanie tylko brzmi, dlaczego taka formuła zawodów, która ma być podobno ciekawsza, czyni ją przewidywalną. Przez bonifikaty ze sprintów wystarczy być dobrym w tej specjalności i jakoś dać radę w reszcie biegów (tak jak przykładowo Krogh w Lillehammer), przez co ma się zapewnioną całą masę punktów do klasyfikacji generalnej. To jeszcze nie jest aż takim problemem. Najgorszy jest fakt, że za poszczególne biegi mikrocyklu otrzymuje się mniej punktów (za zwycięstwo 60, zamiast 100), przez co liczy się praktycznie tylko to, co zdarzy się na końcu. Wiem, że "prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy", ale to wygląda trochę tak, jakby w biathlonie przyznawano więcej punktów za bieg pościgowy, niż za sprint. Na szczęście IBU nie ma nawet takich planów w głowie, bo i po co. Biathlon przecież staje się z roku na rok coraz ciekawszy, choć i tak mówi się o dominacji Martina Fourcade. Wśród pań tak jakby rozmiękł nam ten znany "beton" w postaci Makarainen, Soukalovej i Domrachevej, wpuszczając na podium na przykład Tiril Eckhoff, czy Włoszkę Wierer. FIS natomiast powinien przestać fascynować się "tourami", mikrocyklami i tym podobnym, bo wkrótce cały sezon zakończy się wielkim biegiem pościgowym, w którym lider będzie miał godzinę przewagi nad drugim zawodnikiem i tak dalej. W sumie to nawet dotychczas finałowe zawody w Falun były właśnie takim cyklem z całą masą punktów do zgarnięcia. Po raz kolejny warunki idealne do podkreślenia czyjejś dominacji.

W tym wszystkim nie można winić Norwegów. Medal ma zawsze dwie strony i tak jest też w tym przypadku. Rywalizacja się dopiero rozpoczęła i jeszcze wiele biegów przed nami, w których na pewno zabłyśnie Dario Cologna, czy po raz kolejny Iivo Niskanen. Wśród pań może sytuacja powróci do tej sprzed roku. Poza tym, zawsze byłem zdania, że pieniądze grają w sporcie olbrzymią rolę i nie da się tego przeskoczyć, nie mając odpowiedniego wsparcia. To samo stwierdza pani Justyna w swoim felietonie i nie pozostaje mi na koniec nic innego, jak zgodzić się z tymi słowami:
"Zresztą, o czym ja piszę, przecież u nas nawet na armatkę do robienia śniegu w Jakuszycach zabrakło. Trasa nartorolkowa wciąż jest w strefie marzeń. Tak, marzeń, nawet nie planów. Lokalni działacze się kłócą. PZN ma to gdzieś. Kadry ciągle trenują za granicą. Ciężko będzie w takich warunkach wyprodukować kolejnego mistrza. A bez mistrza wcześniej czy później Polska w ślad za Estonią czy Austrią zniknie z mapy krajów zainteresowanych biegówkami."

P.S.: A o Jamrozowej Polanie Pani słyszała?

Czasy internetowej apatii

Znany na YouTube Felix Kjellberg (PewDiePie) powiedział kiedyś ciekawą rzecz. "Twitter ma limitowaną liczbę znaków, bo ludziom przestało chcieć się czytać i pisać". Można się z tym zgadzać lub nie. Wyczuwam jednak, że jest to w pewnym stopniu prawda. Odchodząc już od samego twittera, pisać rzeczywiście się nie chce nawet takim portalom jak skipol.pl, któremu widocznie brakuje pomysłów na teksty, skoro kopiuje moje. Tak przecież łatwiej, nawet pytać nie trzeba, a można podpisać autora i wszystko załatwione (tu przykład). Niestety, dłużej tak nie będzie. Być może zauważyliście, że niedawno pojawił się symbol © u dołu bloga. I dla tych, którym nawet czytać się nie chce, wszystko powinno być teraz jasne.

Nie mogę w tym miejscu zamknąć tematów nieprzyjemnych. Alexandr Loginov został przyłapany na stosowaniu dopingu. W jego krwi wykryto EPO i odsunięto od startów tuż przez rozpoczęciem nowego sezonu. Być może jest to kolejny (i znając życie nie ostatni) przypadek związany z aferą dopingową w rosyjskim zespole, w którą były zamieszane Starykh i Iourieva. W każdym razie panu już dziękujemy. Na więcej słów nie zasługuje, przecież nie chce mi się pisać...

A skoro już była mowa o skipolu, to zarzucę tematem z tego podwórka. Kilka tygodni temu na portalu pojawił się konkurs na najlepszy tekst o znaczeniu struktur w narciarstwie biegowym. Według mnie to temat na pracę magisterską lub doktorską. I wcale nie żartuję, bo jeden z doktorantów na norweskim uniwersytecie NTNU w Trondheim opracował teorię dotyczącą różnicy w przygotowaniu nart w zależności od warunków klimatycznych, a co za tym idzie również położenia geograficznego danego miejsca zawodów. Pojechał dzięki temu na Igrzyska Olimpijskie do Vancouver, gdzie pomagał zespołowi serwismenów (choć preferowałbym tu jednak słowo "technikom") przygotować narty dla biegaczy i biathlonistów. Stąd więc łatwo sobie wyobrazić, że samo dotknięcie tematu struktur nie jest łatwe i wymaga czasu. Zapewne w tym momencie liczba czytających ten post zmniejszyła się o połowę.

Pójdę jednak dalej, bo miałem zamiar nawet napisać tekst na ten konkurs. Teraz w sumie wiem, że nie było warto, sądząc po pracach, które "zakwalifikowano" do finału. Albo tylko tyle się w ogóle zgłosiło, albo po prostu inne nie zawierały jakichkolwiek słów. Nie celuję tutaj w żadnym wypadku w autorów, ale w tekście długości standardowego tweeta czy posta na facebooku nie da się zawrzeć sedna sprawy. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o strukturę. Ten temat zaskakująco rzadko pojawia się w polskojęzycznych źródłach. To szkoda, bo niewiele się przez to ludzie nauczą. A powiedzmy sobie szczerze, że wiedza od domyślnego człowieka, który rzekomo "trzydzieści lat tak samo narty smaruje i zawsze jadą" raczej nie wystarczy w dobie ogromnej liczby smarów i nowych technologii ślizgów. Wszystko przecież się zmienia. Dosyć powiedzieć, że średnio co roku technicy czołowych zawodników Pucharu Świata wyjeżdżają na szkolenia do producentów nart, aby opanować budowę i zasadę przygotowywania nowych modeli.

Myślałem, że uda mi się rozwinąć temat struktur w tym poście, ale niestety większość poświęciłem na głupoty. I mógłbym w sumie pociągnąć to wszystko dalej. Mniej lub bardziej estetycznie z większą lub mniejszą konsekwencją. Ale tego nie zrobię, bo, jak wspomniałem we wstępie, ludziom nie chce się czytać. Zaraz ktoś mi napisze w komentarzu "tl;dr", o ile dotrwał w ogóle do tego momentu i będzie mu się chciało poświęcić cenną energię na wstukanie tych 5 znaków. Tym, którzy jednak do tego zbioru nie należą (no proszę, już ze mnie wychodzi PWr, niedługo to się w ogóle przestawię na jakieś pseudonaukowe mądrości), polecam poszukać samemu na takich stronach, jak przykładowo Caldwell Sport. Szczególnie na ich profilu facebookowym można dowiedzieć się wiele o serwisowaniu nart, czemu służą wrzucane zdjęcia ślizgów ze szczegółowymi objaśnieniami. A jeżeli to nie wystarczy (bo jednak jest po angielsku), polecam również osobiście poradzić się odpowiednich ludzi w Szkole Narciarstwa Biegowego na Jamrozowej Polanie, którzy regularnie przechodzą szkolenia w tym zakresie. Jak dobrze pójdzie, to być może kiedyś sam zbiorę wszystko w całość i zrobię tu kompendium wiedzy dla "małego serwisanta". Najpierw jednak jeszcze trochę o tym poczytam i się nauczę, bo mi się chce...

Miało być tak pesymistycznie, nienawistnie i bez obrazków ;-). Całość zakończę jednak pozytywnie, bo oto dzisiaj Weronika Nowakowska- Ziemniak zwyciężyła w pierwszym sprincie sezonu w ramach Pucharu IBU. Na trasie w Beitostølen bardzo dobrze spisały się również pozostałe nasze reprezentantki. Anna Mąka i Kinga Mitoraj zajęły odpowiednio 17. i 18. miejsce. Trochę gorzej poszło Monice Hojnisz, która z dwoma karnymi rundami była 44. Jutro będzie miała szansę na poprawę, bo ponownie zostaną rozegrane sprinty. Wśród mężczyzn warto odnotować 46. miejsce Mateusza Janika. Być może dzięki takim występom nasz młody reprezentant nabierze doświadczenia i w przyszłości będziemy mogli liczyć na jakiekolwiek przyzwoite rezultaty w Pucharze Świata. A skoro już o tych rozgrywkach mowa, to jutro zaczynamy zmagania sztafetą mieszaną. Czas zatem na pierwsze w sezonie wielkie emocje!
Weronika Nowakowska- Ziemniak na najwyższym stopniu podium po sprincie w Beitostølen.

Biathlonowy styczeń

Styczeń jeszcze daleko przed nami. Warto jednak już teraz go sobie zaplanować, bo wiele nas czeka w tym miesiącu w Dusznikach- Zdroju, zarówno pod kątem kibicowania, jak i startów. Nie mogę się doczekać. A dlaczego? Odpowiedź w tym poście.
Już niedługo na Jamrozowej Polanie zagości zima, a w styczniu zawody biathlonowe.
Już 2 stycznia rozpoczną się Mistrzostwa Polski seniorów w biathlonie. W ciągu 3 dni zostaną rozegrane biegi sprinterskie oraz ze startu wspólnego. Będzie to szansa, aby zobaczyć narodową kadrę w trakcie przerwy pomiędzy startami w Pucharze Świata.

Następnie przyjdzie kolej na Puchar IBU, który po raz pierwszy w historii zawita do Polski. Na Jamrozowej Polanie będziemy mogli zobaczyć sprinty oraz biegi indywidualne w weekend od 9 do 11 stycznia. Warto wspomnieć, że ten poziom zawodów jest "przedsionkiem" Pucharu Świata, dzięki czemu na starcie stają zwykle biathloniści kadry B. To właśnie tu pierwsze starty zalicza późniejsza czołówka światowa. Tak więc warto zobaczyć, jak wyglądają takie zawody, tym bardziej, że od licencji na rozgrywanie Pucharu IBU do PŚ niedługa droga. Na pewno kiedyś zobaczymy imprezę tej rangi na dusznickich trasach. Nie można tego przegapić.

Zbliżając się do końca stycznia, czekają nas jeszcze zawody Baltic Biathlon Cup oraz Puchar Polski I kategorii w terminie od 16 do 18 stycznia.

Na koniec coś dla wszystkich amatorów z zacięciem do startów. W weekend 24 i 25 stycznia będą miały miejsce Mistrzostwa Polski amatorów. Podobna impreza została rozegrana w letniej odsłonie, o której pisałem wcześniej. Tym razem po raz pierwszy każdy będzie mógł zmierzyć się z trasą na nartach. O ile tylko pozwoli na to pogoda, bo przypomnę, że takie zawody miały się już odbyć w poprzednim sezonie, towarzysząc Mistrzostwom Polski. Jednak ze względu na fatalne warunki atmosferyczne i nawałnicę, która znacznie uszkodziła obiekty przy trasach, MP zostały przeniesione do Jakuszyc, a biegi amatorów odwołane. Tym razem stanie się inaczej i zima będzie normalna. Inaczej być nie może, bo... mam zamiar wystartować w biathlonie dla amatorów. Dokładnie tak, nie przeoczyłeś się, Drogi Czytelniku. Nie mogę pozostać bezczynny, podczas gdy kolejna świetna impreza przyciąga wielu sympatyków tego sportu, zapewniając tyle wrażeń. Samo pisanie (już) mi nie wystarczy. Tym bardziej, że być może w przyszłym sezonie będę już za daleko, aby planować takie rzeczy. Warto korzystać z takich okazji, co zapewne stwierdzi każdy, kto startował we wcześniejszej edycji na nartorolkach. Poza tym, zawsze będę mógł napisać coś więcej o samych zawodach biorąc w nich udział, niż stojąc obok lub będąc 100 km od Jamrozowej Polany. Dotychczas nie potrzebowałem współzawodnictwa, a wręcz się go trochę obawiałem z wielu różnych względów. Czas zmienić myślenie, a jeżeli już to robić, to właśnie dla takich okazji. To samo proponuję każdemu, kto jeszcze się waha.

Biorąc pod uwagę mnogość atrakcji w styczniu na Jamrozowej Polanie, można zacząć zastanawiać się nad przeprowadzką w tamte rejony. Być może warto nawet i na cały sezon. Jeżeli o mnie chodzi, to na pewno pojawię się w Dusznikach- Zdroju w ciągu najbliższej zimy. I to nie raz. A Ty?

Jak dwa odmienne światy

Czasem wydaje mi się, że żyjemy w dwóch odmiennych światach. Odległość pomiędzy Jelenią Górą a Dusznikami- Zdrój to jedyne 110 km, a wygląda na to, że gdzieś w połowie tej drogi znajduje się granica, za którą istnieje inny wymiar. Najlepszym na to przykładem jest ostatni weekend. Na Jamrozowej Polanie odbyły się wówczas Mistrzostwa Polski w biathlonie na nartorolkach, zaś na trasie w Sobieszowie również Mistrzostwa Polski, z tą różnicą, że były to "zwyczajne" nartorolki bez karabinu. W obu przypadkach mogli startować amatorzy, w obu nie wykorzystałem tej możliwości. I na tym podobieństwa się kończą.

Jamrozowa Polana. Autorem zdjęć jest pan Marek, który udostępnił je dla wszystkich, za co należą się podziękowania.

Jeszcze niedawno nie przeszłoby mi przez myśl, że jest możliwe zorganizowanie biathlonu dla amatorów. Bo przecież kto by pomyślał, żeby dać komuś spoza zawodowców karabin do ręki. Tymczasem jesteśmy tuż po rozegraniu takiej imprezy na Jamrozowej Polanie, która jakby tego było mało, odbyła się w strugach deszczu. Takie warunki nie zniechęciły jednak miłośników biathlonu, którzy w sporej liczbie pojawili się na starcie swoich zawodów. Wszystkim im należą się spore brawa za postawę godną Człowieka Północy- nie do zatrzymania przez złą pogodę. Gdy widzę zdjęcia i filmy z imprezy nie dowierzam, że w takim deszczu można poradzić sobie na tej trasie, która nawet sama w sobie nie jest łatwa. Po raz kolejny udało się tym samym przybliżyć biathlon ludziom i to w najlepszy możliwy sposób. We wszystkim pomógł Polski Związek Biathlonu, zaś podobne zawody mają powrócić jeszcze do Dusznik- Zdroju w zimie. Będzie ciekawie. Dzień zakończyły biegi sprinterskie zawodowców, rozegrane przy sztucznym świetle. Łatwo nie było, ale na pewno widok całej kadry narodowej na starcie wynagrodził kibicom ich wytrwałość. Nazajutrz, już przy lepszej pogodzie, odbyły się biegi pościgowe. Wyniki znajdziecie na pewno na biathlon.pl. Zapraszam również do obejrzenia świetnych zdjęć z niedzielnych biegów autorstwa pana Marka oraz pani Agnieszki: link.
W biegu pościgowym kobiet zwyciężyła Krystyna Guzik.
W tym samym czasie w Jeleniej Górze rywalizowano na trasie w Sobieszowie. W kilku kategoriach wiekowych ścigali się biegacze narciarscy z różnych klubów. Zabrakło kadry, bo miała akurat zaplanowany trening na Słowacji, tak więc całe określenie Mistrzostw Polski było trochę na wyrost. Ale cóż poradzić. PZN rozpisał terminarz i zawody miały być tu i teraz. Z tym "tu" to też nie był strzał w dziesiątkę (w końcu to nie biathlon). Nie wiem, jak to wygląda w siedzibie władz związku, ale chyba nikt nie słyszał nigdy o Jamrozowej Polanie. Chyba, że rzeczywiście było takie parcie ze strony kogoś z zewnątrz, aby ukazać trasę w Sobieszowie jako wzorowy obiekt do tego typu imprez. Tymczasem nie ma co się oszukiwać, że w porównaniu właśnie do Dusznik, pętla o długości 2 km w Jeleniej Górze jest po prostu śmiesznie łatwa. Do treningów młodych adeptów narciarstwa biegowego z pewnością się nadaje, ale nie na zawody takiej rangi. Widocznie dolnośląski oddział PZN chciał pokazać, że ma do dyspozycji świetne miejsca i nie trzeba żadnych nowych inwestycji. Dla mnie jednak wygląda to jak rozpaczliwe wołanie o pomoc. A czy nie lepiej byłoby się zwrócić w kierunku biathlonu i wspólnie korzystać z różnych dobrodziejstw? Zdaję sobie sprawę, że nie jest to łatwe pod wieloma względami, ale funkcjonowanie jak dwa odmienne światy też nie jest wyjściem. Biathlon radzi sobie świetnie, reklamuje się i wychodzi do ludzi. Biegi przypominają natomiast jakiś straszliwy beton o zasadach rodem z poprzedniego wieku, bazujący wyłącznie na tym, co znajduje się najbliżej Jakuszyc. Wracając do zawodów, to w niedzielę odbył się (mini)uphill do Zachełmia na dystansie 2,2 km. Zawodnicy startowali w odstępach czasowych, co poniekąd pozbawiło bieg emocji. Nie było jednak innego wyjścia na dość krótkiej trasie. Wyniki i relacje znajdziecie tu.

Można mi zarzucić, że narzekam na wszystko w okolicy i nic mi się nie podoba. Prawda jest trochę inna. Bardzo dobrze, że zawody w Jeleniej Górze się odbywają i ogólnie coś się dzięki temu dzieje. Po randze Mistrzostw Polski można spodziewać się jednak wyższego poziomu organizacyjnego i sportowego, choćby zbliżonego do tego z Jamrozowej Polany. Niestety, to wciąż są dwa zupełnie inne światy.

Jamrozowa Polana

Odwiedzenie Jamrozowej Polany było tylko kwestią czasu. Po tym, jak obiecałem to sobie rok temu oraz ponownie w jednym z poprzednich postów, pozostało tylko zabrać niezawodny zespół na trasy nartorolkowe w Dusznikach- Zdroju. A skoro pogoda i towarzystwo dopisało, połowa sukcesu została osiągnięta już przed wyjazdem. Aby dotrzeć na miejsce, potrzeba nam było dwóch godzin jazdy samochodem.


Na miejscu przywitał nas znajomy dźwięk strzałów z KBKSów biathlonistów, którzy akurat mieli trening. Podobno jeszcze przed naszym przyjazdem było tak wielu zawodników, że brakowało stanowisk na strzelnicy. A jest ich przecież 30, tyle ile w każdym ośrodku biathlonowym, znanym wszystkim choćby z zawodów Pucharu Świata. Imponująca frekwencja. Przed wyruszeniem na trasy jeszcze obowiązkowa wizyta w PR-SPORT u jego miłej obsługi. Będąc tam, nie można się powstrzymać od kupienia czegoś. Tym razem padło na bidon termiczny od One Way.
Znacie już więc pierwszy powód, dla którego warto odwiedzić Duszniki- Zdrój. Przejdźmy dalej. Tuż przed rozpoczęciem naszego treningu, wszyscy biathloniści opuścili Jamrozową Polanę, zapewne na przerwę obiadową. Tym samym mieliśmy wszystkie trasy tylko i wyłącznie dla siebie. Lepszego początku nie można było sobie wyobrazić.
Widok na stadion.
Do jazdy na nartorolkach są dostępne dwie pętle. Początek obu jest taki sam. Po opuszczeniu stadionu kierujemy się przez most do lasu. Wspomniany most jest miejscem, na którym każdy przekonuje się, że ma do czynienia z prawdziwymi trasami wyczynowymi. Stromy zjazd z jego szczytu przyprawia o mocne wrażenia. Żeby zobrazować jego nachylenie (którego nie odzwierciedlają zdjęcia) powiem, że zjazd z Samolotu w Jakuszycach to płaska przejażdżka.
Zjazd z mostu, widoczny z jego podnóża.
W dalszej części trasa prowadzi pod górę do rozwidlenia. Wybierając kierunek w prawo, udamy się na pętlę długości 1,4 km. W lewo prowadzi 2,5- kilometrowa trasa i to właśnie ją zobaczymy na kolejnych zdjęciach.

Widok na rozwidlenie tras.
Warto przy okazji nadmienić, że jest wiele takich miejsc, z których można przejść na trasy nieasfaltowe. W zimie są one oczywiście przygotowywane dla narciarzy. Wracamy jednak na naszą dużą pętlę. Czeka tam na nas kilka stromych zjazdów i jeszcze bardziej wymagających podbiegów. Po raz kolejny mam wrażenie, że zdjęcia tego nie przekażą. 

Po zjeździe od razu pod górę.

I jeszcze bardziej pod górę. Nachylenie tego podbiegu przypomina trochę drogę na Przełęcz Karkonoską.
Oto najtrudniejszy zjazd na całej trasie. Oprócz stromizny, trzeba również radzić sobie z zakrętami.

Będąc tak rozpędzonym, dojeżdża się do ostatniego wzniesienia tej pętli. Teraz pozostaje już tylko łagodniejszy zjazd w kierunku stadionu.

Dwie pętle schodzą się ponownie niedaleko przed stadionem. 
Widok ze skrzyżowania pętli na część krótszej trasy.

Po pokonaniu ostatniego zjazdu na trasie, już znacznie łatwiejszego, docieramy ponownie na stadion. Mijamy 30 stanowisk strzeleckich, na których pozostały jeszcze łuski z nabojów po treningu biathlonistów. Szybki rzut oka na tarcze, napis "centrum polskiego biathlonu", trybuny, stanowiska dla trenerów i można poczuć się jak Martin Fourcade podczas biegu sprinterskiego. Jednak "nam strzelać nie kazano", więc ruszamy od razu na kolejną pętlę. No, może czasem zrobimy jedną, czy dwie karne rundy dla zabawy. I tak mijają dwie godziny treningu, podczas których coraz bardziej przekonujemy się, że wypisane na strzelnicy określenie Jamrozowej Polany nie jest przypadkowe. Trasy są wymagające technicznie i kondycyjnie, czyli takie, jakie powinny być, aby spełniać swoją nadrzędną rolę. Jest nią oczywiście stanowienie miejsca kształcenia biathlonistów i narciarzy biegowych. Po zakończeniu naszego treningu, grupy zawodników wróciły po przerwie obiadowej. Można było zaobserwować wśród nich zarówno młodzież, jak i dzieci, uczące się dopiero jazdy na nartorolkach. Ten system stwarza szansę na więcej takich wyników, jak ostatni srebrny medal Mateusza Janika w biegu sprinterskim juniorów na Mistrzostwach Świata w biathlonie na nartorolkach w Tymeniu. Oczywiście nie samo miejsce decyduje o późniejszych sukcesach, ale jest ważną ich częścią. W dodatku zawody i imprezy organizowane przez Jamrozową Polanę wciąż przypominają, że nartorolki i narty biegowe mogą być świetną zabawą dla każdego.
Trybuny wkrótce zapełnią się kibicami podczas Mistrzostw Polski w biathlonie na nartorolkach. 

Wizyta w Dusznikach- Zdroju potrafi czegoś nauczyć. Przede wszystkim respektu do nartorolek. "Sport to zdrowie", ale jeżeli ktoś wybierze się na długą pętlę mając je pierwszy raz na nogach, nie mogę zrobić nic innego, jak życzyć szczęścia. Sam na tym treningu zweryfikowałem swoje umiejętności i nie zawsze czułem się pewnie. Dlatego odwiedzenie Jamrozowej Polany polecam każdemu ambitnemu amatorowi, który ma zamiar się sprawdzić. Po drugie, można na własne oczy zobaczyć, że istnieją w Polsce miejsca przeczące idei trzech słów: "nie da się". Trasy są czyszczone i zadbane, podobnie jak strzelnica. Człowiek Północy czuje się tam jak w domu, a to bardzo mocny argument. Mam nadzieję, że będzie tak przez cały czas, zaś kolejną wizytę zapowiadam w zimie.

Pierwszy taki uphill

Dzisiaj odbył się pierwszy uphill na nartorolkach z Dusznik Zdroju do Zieleńca. Trasa zawodów miała 12 km długości i 500 m przewyższenia. Zawodnicy biegli stylem dowolnym. Każdy mógł wystartować i zmierzyć się z dystansem. Na starcie stanęło 55 osób, w tym takie znane nazwiska, jak Weronika Nowakowska- Ziemniak, czy Krystyna Guzik (Pałka).

Niestety imprezie nie dopisała pogoda. Padający deszcz z pewnością nie umilił zawodnikom i tak już trudnego wyścigu. Jednak nie to było najważniejsze. Przecież słynny Lysebotn Opp również jest rozgrywany zazwyczaj w deszczu. Dla mnie od zawsze najbardziej liczy się to, w jaki sposób jest promowane narciarstwo biegowe. Jak widać na tym przykładzie, można to czynić z powodzeniem nawet w trakcie lata. Ponadto miło jest widzieć, gdy taki ośrodek, jakim jest Jamrozowa Polana, nie poprzestaje tylko na istnieniu jako takim. W Dusznikach najwidoczniej nie brakuje ludzi, którzy mają coraz więcej pomysłów na ciekawe imprezy. Można wspomnieć choćby niedawno rozegrane zawody w biathlonie na rowerach MTB, czy nadchodzące mistrzostwa Polski w biathlonie na nartorolkach, podczas których będzie również możliwość wystartowania w wyścigu dla amatorów. Każdy więc może znaleźć coś dla siebie, jeżeli lubi mierzyć swoje siły z innymi. Osobiście nie startuję w zawodach, ale jeżeli już miałbym to zrobić, to właśnie w jednej z tego typu imprez. Kto wie, może kiedyś przyjdzie taki czas... Natomiast już teraz obiecuję sobie, że wkrótce odwiedzę Jamrozową Polanę, aby chociaż przyjrzeć się bliżej tym trasom. Rok temu dało mi się jedynie obejrzeć stadion, bo tego dnia biegałem już na nartorolkach w Usti nad Orlici.
Jedyne moje zdjęcie z Jamrozowej Polany.

Mam nadzieję, że pierwszy uphill nie będzie ostatnim. Pierwsze opinie, które znalazłem w internetach, były bardzo przychylne. Z chęcią się do nich przyłączam, mimo 100- kilometrowej odległości dzielącej mnie od startu. Takie zawody mają potencjał i rację bytu. Skoro przybywa wyścigów kolarskich, czego efektem będą naśladowcy Rafała Majki i Michała Kwiatkowskiego, niech przybywa wyścigów na nartorolkach. To coś nowego i interesującego również dla ludzi, którzy dotychczas o czymś takim nie słyszeli, a Weronikę Nowakowską- Ziemniak kojarzyli jedynie z jej karabinem Zbyszkiem (który BTW został zamieniony na Leona). Dla formalności podam zwycięzców. W kategorii kobiet zwyciężyła wspomniana przed chwilą pani Weronika, zaś wśród mężczyzn triumfował Krzysztof Pływaczyk. Wracając do samej imprezy, powiem jeszcze tylko, że zawsze od czegoś trzeba zacząć. Dziś uphill w deszczu, za rok uphill z podwojoną albo i potrojoną liczbą uczestników. I tego właśnie życzę organizatorom tej imprezy. Bo o to w końcu chodzi, żeby nam Południe "spółnocniało".

Czasem lepiej nic nie robić...

W lecie ośrodki narciarstwa biegowego, takie jak Jakuszyce, zwykle stoją i czekają na zimę. Czasem coś się buduje, żeby w zimie powitać turystów, amatorów biegówek i zawodników. Taki powiew świeżości jest dobry, zwłaszcza gdy latem nie można zaproponować tras na nartorolki, a jedynie szlaki turystyczne. Dlatego dyrekcja Biegu Piastów postanowiła wprowadzić kilka zmian, aby w przyszłym sezonie pojawiło się kilka nowości. Zapomniała jednak, że te nowości powinny byś sprzyjające narciarzom, a nie ich zniechęcające.


Oprócz postawienia budynku (najprawdopodobniej jakiejś wypożyczalni/restauracji) w okolicy stacji kolejowej, w Jakuszycach ma powstać kilka nowych tras. Ich otwarcie wiąże się z uzyskaniem zgody Nadleśnictwa w Szklarskiej Porębie, więc nie jest to jeszcze pewne. Jednak najważniejszą informacją, nad którą mam zamiar się tutaj pochylić, jest plan zmiany zasad korzystania z tras wyczynowych z homologacją FIS. Otóż mają być one dostępne tylko dla zawodników i ewentualnie dla grup zorganizowanych obozów szkoleniowych. Kontrowersyjna i bezsensowna decyzja. A dlaczego? Powodów jest wiele.

Przede wszystkim interesuje mnie, jak ma być egzekwowany nowy regulamin korzystania z tras wyczynowych FIS? Czy trasa ma zostać ogrodzona pastuchem elektrycznym, a przy wejściu na nią będzie stał ktoś odpowiedzialny za wylegitymowanie osoby chcącej z niej skorzystać, czy rzeczywiście jest zawodnikiem? Czy może trenujące tam kluby będą same wymierzać sprawiedliwość każdemu nieupoważnionemu pokazem pięknej polszczyzny w postaci słów zaczynających się na spier...? To tak idiotyczne, że więcej nic nie napiszę.

Albo jednak jeszcze bardziej rozwinę temat. Co na przykład z osobami takimi jak ja? Co z amatorami, których starty w zawodach zupełnie nie interesują, a całe lato treningów przekładają się wyłącznie na własną przyjemność biegania na trasach takich, jak wyczynowe? Być może nie dla wszystkich jest to jasne, że tacy ludzie istnieją, ale trzeba się z tym pogodzić. Nie można wrzucać ich do jednego worka z turystami stawiającymi pierwsze kroki na biegówkach i kazać się wynosić na trasy turystyczne. W końcu wszystko jest dla ludzi i nawet taki turysta, jeżeli sobie zapragnie, może wejść na wyczynówkę (oby nie pod prąd) i spróbować swoich sił. Byle tylko było to zgodne z zasadami 13 i 14 "How to be nordic". Bo tak naprawdę wszystko można załatwić odpowiednim oznakowaniem. Przykładów nie trzeba szukać daleko. W Czechach trasy są oznaczone na mapie pod kątem stopnia trudności i przeznaczenia. I nie da się tego nie zrozumieć. Dzięki temu, nikt niepewny swoich umiejętności nie wybierze się na trasy zawodnicze. U nas natomiast dowiemy się, kto jest sponsorem danej trasy, a reszta jest nieważna. Poza tym, mapa w internetach nie wystarczy. Nie każdy ją sobie zapisze na telefonie lub zapamięta. Sam nawet tego nie robię i nie interesują mnie poszczególne nazwy. Dobrze natomiast byłoby zobaczyć chociaż jakąś tabliczkę przy wbieganiu na trasę, informującą o stopniu trudności, długości itd. Już nawet ten sponsor tak bardzo by nie przeszkadzał.

Ale nie to mnie tak naprawdę denerwuje. Sam byłem w końcu za ideą stworzenia płatnych tras biegowych o sportowym profilu. Wtedy jasno określony jest cel istnienia takiego obiektu oraz jego klientela. Wiadomo, że z tego typu atrakcji z reguły nie korzystają turyści. Natomiast taki przepis w Jakuszycach tworzy niepotrzebny podział typu "nie jesteś zawodnikiem, więc nie umiesz jeździć na nartach i trzeba ci zabronić wejścia na te trasy". Jeżeli w takim obszarze myślenia wychowamy naszych przyszłych reprezentantów, to ja dziękuję bardzo. Narciarstwo biegowe miało być tym sportem, w którym pozbawiamy się naszych mentalnych wad.

Mimo wszystkiego, co tutaj z siebie wylałem, już teraz jestem w stanie przewidzieć, jak ten nowy regulamin będzie wyglądał w rzeczywistości. Trasy z homologacją FIS nie będą wcale przygotowywane (zresztą tak było do tej pory). Dopiero jak trafią się jakieś zawody, to wtedy ubije je ratrak i do następnego opadu śniegu ktoś z nich może skorzysta... i oby był to zawodnik.

Zawsze przypuszczałem, że Jamrozowa Polana w Dusznikach jest jedynym w Polsce ośrodkiem biegowo- biathlonowym z prawdziwego zdarzenia, a Jakuszyce słyną z Biegu Piastów i turystów. Przez takie posunięcia, trasy w Górach Izerskich próbują być czymś, czym nigdy nie będą. Najgorsze, że dzieje się to najmniejszym możliwym kosztem, czyli kosztem narciarzy. I jeżeli okaże się, że w przyszłym sezonie sytuacja się pogorszy, to razem z podobnymi do mnie chętniej wybiorę podróż do Dusznik dla dobrych tras, niż liczenie na łaskawość regulaminu...

Gdzie ta zima?

Każdy się pewnie zastanawia, po co została podjęta decyzja odnośnie zamiany dystansów i stylów na drugim etapie Tour de Ski w Oberhofie, tuż przed rozpoczęciem całej imprezy. Przypomnę, że zamiast 9 km kobiet i 15 km mężczyzn stylem klasycznym, dziś odbyły się sprinty techniką dowolną. A stało się tak dlatego, że włodarze FIS zaczęli czytać niniejszy blog i wzięli sobie do serca zasadę nr 9 z "How to be nordic", która głosi: "Człowiek północy zawsze będzie preferował technikę łyżwową". Stwierdzili zapewne, że z takim kodeksem się nie dyskutuje i w ostatniej chwili postanowili uczynić Tour de Ski prawdziwym sprawdzianem na bycie człowiekiem północy. Taka jest moja wersja wydarzeń i nic nie poradzę, że Justyna Kowalczyk, a wraz z nią połowa naszego kraju, uważa tę decyzję za krzywdzącą. Byli też tacy, którzy dopatrywali się spisku Norwegów przeciwko reszcie świata i domagali się bojkotu zawodów. Gdy to czytałem na rozmaitych portalach i forach, coraz bardziej zacząłem skłaniać się jednak ku mojej wersji, bo była bardziej prawdopodobna. Widocznie teorie spiskowe mają swoich zagorzałych zwolenników nie tylko w polityce...

Odejdźmy więc od orzekania, kto kogo skrzywdził i jak bardzo. Nie mam zamiaru też bawić się w specjalistę i stwierdzać, czy decyzja naszej zawodniczki jest właściwa, czy też nie. O tym wie ona sama. Zawsze powtarzam, że każdy sportowiec sam steruje swoją karierą i najlepiej czuje, co będzie w danym momencie najwłaściwszym rozwiązaniem. Tak też robię w tym przypadku. Może przez to zabraknie jedynie emocji w rywalizacji kobiet, choć dla mnie od zawsze bardziej interesujące i wyrównane były biegi męskie, więc na tym nie stracę. A teraz czas na prawdziwą przyczynę wszelkich zmian w Tour de Ski. Jest nią fatalna pogoda, która panuje w Oberhofie. Dodatnie temperatury, opady deszczu i mgła (to akurat zmora Oberhofu) spowodowały, że jeszcze do niedawna zawody miały zostać całkowicie odwołane. Wreszcie w niedzielę 22 grudnia zadecydowano, że zarówno prolog TdS, jak i styczniowe zawody biathlonowego Pucharu Świata będą rozegrane na tyle, na ile pozwolą na to warunki śniegowe. Jak widać, jesienno- wiosenna aura pozwoliła na niewiele. Nie było możliwe przygotowanie torów do stylu klasycznego, jak i dłuższej pętli. Po tym, jak zobaczyłem tą pozostałość śniegu na trasach, wcale się temu nie dziwię. Ciekawe, czy zdoła się utrzymać chociaż takie warunki na zawody biathlonowe i na jakich pętlach będą rozgrywane poszczególne biegi. No i jeszcze na domiar złego ta mgła. Ciężki jest ten sezon dla sportów zimowych.

Podobnie jest na naszym podwórku. Mistrzostwa Polski w biathlonie, przeniesione wcześniej z Jamrozowej Polany do Jakuszyc, w ogóle się nie odbyły. Nie było to jednak spowodowane brakiem śniegu, lecz katastrofalnymi warunkami pogodowymi w okolicach Zakopanego i prośbą złożoną przez działaczy tamtejszych klubów o przełożenie zawodów. Przepadła więc okazja do podziwiania najlepszych zawodniczek i zawodników na Polanie Jakuszyckiej? Nie do końca. Z uwagi na to, że obecnie jest to jedyne miejsce w Polsce, gdzie można odnaleźć resztki śniegu, na trening wybrały się tam nasze kadrowiczki, a wśród nich: Krystyna Pałka, Weronika Nowakowska- Ziemniak i Monika Hojnisz. Na facebooku pani Weroniki znalazło się nawet zdjęcie z dzisiejszego dnia i krótki opis warunków pogodowych. Natomiast w drugi dzień Świąt na jakuszyckich trasach można było spotkać Justynę Kowalczyk.

Jak w tym wszystkim ma się odnaleźć amator? Takie pytanie jest moim problemem wśród tych zabaw z pogodą. Wydaje mi się, że znalazłem na to sposób. Póki było to możliwe, jeszcze przed Świętami, biegałem w Jakuszycach. Później jednak komunikaty pogodowe i widok z kamery internetowej były na tyle tragiczne, że nie miałem zwyczajnie chęci się z tym męczyć. A skoro na dole panuje prawie wiosna, to od czego są nartorolki? Nigdy bym się nie spodziewał, że pod koniec grudnia będę odwiedzał rolkostradę w Sobieszowie w wiadomym celu. Przy okazji sprawdziłem, co się tam dzieje i wypatrzyłem, że szykowana jest wypożyczalnia nart. Gdyby tylko spadł śnieg, cały ośrodek miałby szansę pokazać się wreszcie z dobrej strony i zacząć rzeczywiście działać. A póki co można się tam jedynie wybrać na trening techniki, oczywiście łyżwowej. To pewnie wszystko spisek Norwegów :-)  

Gdy spadnie wystarczająco dużo śniegu, ten budynek zamieni się w wypożyczalnię nart...

... a ten asfalt zamieni się w ubitą trasę biegową.