SadurSky blog

Od teraz na www.czlowiekpolnocy.blogspot.com!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nartorolki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nartorolki. Pokaż wszystkie posty

Na co przeznaczyć 95 godzin życia?

Ten tekst piszę właściwie niechętnie. Pewnie dlatego, że wygląda to trochę tak, jakbym się czymś chciał przed Tobą pochwalić, Drogi Czytelniku. A takiego zamiaru nie mam i nigdy nie miałem. Ten post, jak każdy, powinien zachęcić do refleksji i stanowić powód, dla którego być może zmienisz coś na lepsze. Dlatego opowiem Ci o 95 godzinach, które na przestrzeni od maja do chwili obecnej przeznaczyłem na różnego rodzaju treningi. Czy było warto? Na pewno. Z czego korzystałem najczęściej? Przyjrzyjmy się temu zestawieniu.

W przeciągu wszystkich godzin, które poświęciłem na treningi, najwięcej czasu zaskakująco zajął mi rower szosowy, a było to 29 godzin. Zaraz za nim, bieganie, które pochłonęło 28h. Na ćwiczenia siłowe przeznaczyłem dokładnie dobę. Można zapytać, gdzie podziały się nartorolki. Przeznaczyłem na nie "tylko" 14 godzin i 45 minut. Procentowy udział poszczególnych treningów możesz zobaczyć na wykresie poniżej.
Kliknij na wykres, aby powiększyć.
Patrząc na wykres można kłócić się z tym, co pisałem kilka miesięcy temu odnośnie planu treningowego. Według zasad, co do których sensu nie mam wątpliwości, powinienem nastawiać specyfikę swojego treningu na nartorolki. Tymczasem aż 31% mojego czasu treningowego zostało zapełnione przez jazdę na szosie. I rzeczywiście, jeżeli sugerować się wskazaniami czasu, to albo piszę głupoty, albo zrobiłem błąd w swoim planie. Nie należy jednak brać pod uwagę wyłącznie tego czynnika. Chociażby dlatego, że bywały takie dni, kiedy wyjechałem na 6- godzinną wycieczkę rowerem. Ponadto bardzo istotna we wszystkim jest częstotliwość danej aktywności. W tym zestawieniu już nie wygrywa rower, a wręcz zajmuje ostatnie miejsce. Natomiast nartorolki, mimo krótszego łącznego czasu, były używane dość często. Jednak nadal rzadziej niż bieg i ćwiczenia siłowe. Na to nie mam usprawiedliwienia. Ale czy tak naprawdę powinienem mieć?

Przede wszystkim i tak cieszę się, że udało mi się zrobić coś pożytecznego ze "zbędnymi" godzinami życia. Nie żałuję ani jednej z nich. Czy to na nartorolkach, czy na szosie, czy po prostu biegając, miałem niewątpliwą przyjemność, która być może tej zimy zaprocentuje dodatkowo dobrym samopoczuciem na nartach. Wszystko to robiłem bez myśli o jakichkolwiek startach zawodach. Nie miałem właściwie żadnego celu, poza dążeniem do lepszej sprawności. I to samo proponuję Tobie, Drogi Czytelniku. Nie potrzebujesz konkretnego powodu, dla którego powinieneś wykreślić zdanie: "nie chce mi się" ze swojego słownika i pójść na trening. Wyrzuć z siebie to "południe" i stań się Człowiekiem Północy. Co będzie Twoją nagrodą? O tym już zdecydujesz sam.

Skoro nie miałem żadnego celu i trenowałem tylko dla przyjemności, to po co to całe zapisywanie godzin? Dla mnie każda zapisana godzina wiąże się z pojedynczym wspomnieniem tego dnia. Potrafię przywołać sobie miejsce tego treningu, a przecież było tego sporo. Pamiętam świetny wypad do Dusznik- Zdroju, bieg dookoła jednego z wielkopolskich jezior oraz wymagającą trasę Letniego Biegu Piastów. Mile wspominam również moich przyjaciół, bez których wiele z tych treningów wykonywałbym sam lub nawet nie zrobiłbym tego wcale. Wszystkim Wam serdecznie dziękuję. Wzajemne wsparcie i towarzystwo jest bezcenne. Każdemu tego życzę.

Oczywiście nie zawsze było łatwo. Niekiedy udawało mi się przeznaczać nawet 6 lub 7 dni w tygodniu na treningi. Gdy czasu było mniej, wtedy schodziłem do 3 dni. Nawet, jeżeli nie zawsze trzymałem się tego, co pisałem o planie treningowym, to trudno. W końcu nikt nie jest nieomylny. Tak, czy inaczej dokładnie 95 godzin i 45 minut zostało bezpowrotnie zamienione na zdrowie. I to samo proponuję Tobie, Drogi Czytelniku. W tym momencie, kiedy to czytasz, prawdopodobnie dobijam już do setki. A czas leci i sezon za pasem...

Trening interwałowy

Temat treningu interwałowego niejako narzuciłem sobie sam, wspominając o tym w poprzednim poście. I dobrze się stało, bo taki element powinien znaleźć się w planie treningowym każdego biegacza narciarskiego. Nawet u amatora, bo nie jest on zarezerwowany tylko dla zawodowców. Zatem czym jest trening interwałowy? Jest to jedno z bardziej wydajnych i potrzebnych narzędzi treningowych w prawie każdym sporcie wytrzymałościowym, więc oczywiście też w narciarstwie biegowym. Każdy może zastosować to dla siebie, jeżeli tylko zna podstawowe zasady. Ponadto taki typ treningu można wykonywać praktycznie w każdej formie: na nartach, nartorolkach, rowerze, czy zwyczajnie biegając. Zatem dzięki różnym przykładom poznamy, na czym on polega.

Przede wszystkim nie mam zamiaru wdawać się tutaj w szczegóły i nazewnictwo odpowiednie dla fizjologii sportu. Od tego są książki i inne strony w internetach. Informacji nie brakuje. Dlatego tutaj poruszę samą istotę trenowania interwałowego. W skrócie polega on na wykonywaniu sesji ze zmienną intensywnością. Przykładowo biegniemy na nartorolkach i ustalamy sobie, że najpierw pobiegniemy 10 minut z małą intensywnością (taką, z jaką zwykle się rozgrzewamy) a później 4 minuty z dużą intensywnością (szybciej niż w trakcie wyścigu). Zabieg powtarzamy, robiąc kilka tego typu serii, przeplatając ze sobą odcinki małej i dużej intensywności. Coś podobnego możecie zobaczyć poniżej w filmie z treningu interwałowego Noah Hoffmana.



Ważne jest, aby czas poszczególnych intensywności pozostawał możliwie niezmienny w obrębie takiej sesji. Dzięki temu będziemy mogli określić, ilu interwałów potrzebujemy do naszego treningu. Nie powinien być on jednak bardzo długi. Podejmujemy duży wysiłek w krótkim czasie, a później odpoczywamy w ruchu. Na tym właśnie polega istota treningu interwałowego, aby zwiększać w taki sposób naszą wydolność i możliwość regeneracji. Dlatego początkujący powinni zaczynać od sesji z dłuższym czasem małej intensywności i bardzo krótkim wysiłkiem, przykładowo 5 minut i 1 minuta. Później można stopniowo zmniejszać różnicę w czasie poszczególnych interwałów, aż do 1 minuty obu serii. Ponadto istotne jest określenie, jaka intensywność będzie naszą docelową w trakcie treningu. Może to być bardzo duży wysiłek, który możemy wykonywać tylko przez minutę lub wykonywanie ćwiczenia na taki procent naszych możliwości, który pozwoli nam na dłuższy interwał. Nawiasem mówiąc właśnie dlatego w treningu interwałowym pulsometr ma duże znaczenie, bo ułatwia nam ocenę intensywności. W poniższym filmie możemy zobaczyć oznaczenie intensywności jako L3.



Ciekawym zagadnieniem jest również trening biegowy fartlek. Jest to szwedzki wynalazek, polegający na zmianach intensywności w bardziej dowolny sposób, co różni go od treningu interwałowego. Mi najbardziej odpowiada typ Hill Fartlek, polegający na zwiększeniu intensywności za każdym razem pokonywania wzniesienia. W tym przypadku nie da się więc sztywno określić, po jakim czasie nastąpi przyspieszenie. Są również inne odmiany tego treningu, które znajdziecie tutaj, podobnie jak wiele innych przydatnych informacji. Fartlek może być bardzo dobrym wyjściem dla tych, którzy chcą trenować bez pulsometru, a wykonywać coś podobnego do interwałów.

Opisane przeze mnie narzędzia treningowe na pewno pomogą w przygotowaniu do sezonu. Szczególnie osoby zainteresowane udziałem w zawodach powinny tego spróbować. Na swoim przykładzie muszę powiedzieć, że stosowanie treningu interwałowego znacznie poprawiło umiejętność odpoczywania po momentach przyspieszenia. Zazwyczaj trenując, czy to na nartorolkach, czy na nartach, staramy się biec takim samym tempem. Nawet, jeśli założymy sobie intensywność wyścigową, zwykle będziemy poruszali się wolniej z racji na brak zmian tempa, które przecież zdarzają się na zawodach. Zdolność do takich przyspieszeń i ataków kształtuje właśnie trening interwałowy. Warto również dodać, że to wszystko możemy zrobić w czasie krótszym niż w przypadku tradycyjnej sesji treningowej.

Jak dwa odmienne światy

Czasem wydaje mi się, że żyjemy w dwóch odmiennych światach. Odległość pomiędzy Jelenią Górą a Dusznikami- Zdrój to jedyne 110 km, a wygląda na to, że gdzieś w połowie tej drogi znajduje się granica, za którą istnieje inny wymiar. Najlepszym na to przykładem jest ostatni weekend. Na Jamrozowej Polanie odbyły się wówczas Mistrzostwa Polski w biathlonie na nartorolkach, zaś na trasie w Sobieszowie również Mistrzostwa Polski, z tą różnicą, że były to "zwyczajne" nartorolki bez karabinu. W obu przypadkach mogli startować amatorzy, w obu nie wykorzystałem tej możliwości. I na tym podobieństwa się kończą.

Jamrozowa Polana. Autorem zdjęć jest pan Marek, który udostępnił je dla wszystkich, za co należą się podziękowania.

Jeszcze niedawno nie przeszłoby mi przez myśl, że jest możliwe zorganizowanie biathlonu dla amatorów. Bo przecież kto by pomyślał, żeby dać komuś spoza zawodowców karabin do ręki. Tymczasem jesteśmy tuż po rozegraniu takiej imprezy na Jamrozowej Polanie, która jakby tego było mało, odbyła się w strugach deszczu. Takie warunki nie zniechęciły jednak miłośników biathlonu, którzy w sporej liczbie pojawili się na starcie swoich zawodów. Wszystkim im należą się spore brawa za postawę godną Człowieka Północy- nie do zatrzymania przez złą pogodę. Gdy widzę zdjęcia i filmy z imprezy nie dowierzam, że w takim deszczu można poradzić sobie na tej trasie, która nawet sama w sobie nie jest łatwa. Po raz kolejny udało się tym samym przybliżyć biathlon ludziom i to w najlepszy możliwy sposób. We wszystkim pomógł Polski Związek Biathlonu, zaś podobne zawody mają powrócić jeszcze do Dusznik- Zdroju w zimie. Będzie ciekawie. Dzień zakończyły biegi sprinterskie zawodowców, rozegrane przy sztucznym świetle. Łatwo nie było, ale na pewno widok całej kadry narodowej na starcie wynagrodził kibicom ich wytrwałość. Nazajutrz, już przy lepszej pogodzie, odbyły się biegi pościgowe. Wyniki znajdziecie na pewno na biathlon.pl. Zapraszam również do obejrzenia świetnych zdjęć z niedzielnych biegów autorstwa pana Marka oraz pani Agnieszki: link.
W biegu pościgowym kobiet zwyciężyła Krystyna Guzik.
W tym samym czasie w Jeleniej Górze rywalizowano na trasie w Sobieszowie. W kilku kategoriach wiekowych ścigali się biegacze narciarscy z różnych klubów. Zabrakło kadry, bo miała akurat zaplanowany trening na Słowacji, tak więc całe określenie Mistrzostw Polski było trochę na wyrost. Ale cóż poradzić. PZN rozpisał terminarz i zawody miały być tu i teraz. Z tym "tu" to też nie był strzał w dziesiątkę (w końcu to nie biathlon). Nie wiem, jak to wygląda w siedzibie władz związku, ale chyba nikt nie słyszał nigdy o Jamrozowej Polanie. Chyba, że rzeczywiście było takie parcie ze strony kogoś z zewnątrz, aby ukazać trasę w Sobieszowie jako wzorowy obiekt do tego typu imprez. Tymczasem nie ma co się oszukiwać, że w porównaniu właśnie do Dusznik, pętla o długości 2 km w Jeleniej Górze jest po prostu śmiesznie łatwa. Do treningów młodych adeptów narciarstwa biegowego z pewnością się nadaje, ale nie na zawody takiej rangi. Widocznie dolnośląski oddział PZN chciał pokazać, że ma do dyspozycji świetne miejsca i nie trzeba żadnych nowych inwestycji. Dla mnie jednak wygląda to jak rozpaczliwe wołanie o pomoc. A czy nie lepiej byłoby się zwrócić w kierunku biathlonu i wspólnie korzystać z różnych dobrodziejstw? Zdaję sobie sprawę, że nie jest to łatwe pod wieloma względami, ale funkcjonowanie jak dwa odmienne światy też nie jest wyjściem. Biathlon radzi sobie świetnie, reklamuje się i wychodzi do ludzi. Biegi przypominają natomiast jakiś straszliwy beton o zasadach rodem z poprzedniego wieku, bazujący wyłącznie na tym, co znajduje się najbliżej Jakuszyc. Wracając do zawodów, to w niedzielę odbył się (mini)uphill do Zachełmia na dystansie 2,2 km. Zawodnicy startowali w odstępach czasowych, co poniekąd pozbawiło bieg emocji. Nie było jednak innego wyjścia na dość krótkiej trasie. Wyniki i relacje znajdziecie tu.

Można mi zarzucić, że narzekam na wszystko w okolicy i nic mi się nie podoba. Prawda jest trochę inna. Bardzo dobrze, że zawody w Jeleniej Górze się odbywają i ogólnie coś się dzięki temu dzieje. Po randze Mistrzostw Polski można spodziewać się jednak wyższego poziomu organizacyjnego i sportowego, choćby zbliżonego do tego z Jamrozowej Polany. Niestety, to wciąż są dwa zupełnie inne światy.

Jamrozowa Polana

Odwiedzenie Jamrozowej Polany było tylko kwestią czasu. Po tym, jak obiecałem to sobie rok temu oraz ponownie w jednym z poprzednich postów, pozostało tylko zabrać niezawodny zespół na trasy nartorolkowe w Dusznikach- Zdroju. A skoro pogoda i towarzystwo dopisało, połowa sukcesu została osiągnięta już przed wyjazdem. Aby dotrzeć na miejsce, potrzeba nam było dwóch godzin jazdy samochodem.


Na miejscu przywitał nas znajomy dźwięk strzałów z KBKSów biathlonistów, którzy akurat mieli trening. Podobno jeszcze przed naszym przyjazdem było tak wielu zawodników, że brakowało stanowisk na strzelnicy. A jest ich przecież 30, tyle ile w każdym ośrodku biathlonowym, znanym wszystkim choćby z zawodów Pucharu Świata. Imponująca frekwencja. Przed wyruszeniem na trasy jeszcze obowiązkowa wizyta w PR-SPORT u jego miłej obsługi. Będąc tam, nie można się powstrzymać od kupienia czegoś. Tym razem padło na bidon termiczny od One Way.
Znacie już więc pierwszy powód, dla którego warto odwiedzić Duszniki- Zdrój. Przejdźmy dalej. Tuż przed rozpoczęciem naszego treningu, wszyscy biathloniści opuścili Jamrozową Polanę, zapewne na przerwę obiadową. Tym samym mieliśmy wszystkie trasy tylko i wyłącznie dla siebie. Lepszego początku nie można było sobie wyobrazić.
Widok na stadion.
Do jazdy na nartorolkach są dostępne dwie pętle. Początek obu jest taki sam. Po opuszczeniu stadionu kierujemy się przez most do lasu. Wspomniany most jest miejscem, na którym każdy przekonuje się, że ma do czynienia z prawdziwymi trasami wyczynowymi. Stromy zjazd z jego szczytu przyprawia o mocne wrażenia. Żeby zobrazować jego nachylenie (którego nie odzwierciedlają zdjęcia) powiem, że zjazd z Samolotu w Jakuszycach to płaska przejażdżka.
Zjazd z mostu, widoczny z jego podnóża.
W dalszej części trasa prowadzi pod górę do rozwidlenia. Wybierając kierunek w prawo, udamy się na pętlę długości 1,4 km. W lewo prowadzi 2,5- kilometrowa trasa i to właśnie ją zobaczymy na kolejnych zdjęciach.

Widok na rozwidlenie tras.
Warto przy okazji nadmienić, że jest wiele takich miejsc, z których można przejść na trasy nieasfaltowe. W zimie są one oczywiście przygotowywane dla narciarzy. Wracamy jednak na naszą dużą pętlę. Czeka tam na nas kilka stromych zjazdów i jeszcze bardziej wymagających podbiegów. Po raz kolejny mam wrażenie, że zdjęcia tego nie przekażą. 

Po zjeździe od razu pod górę.

I jeszcze bardziej pod górę. Nachylenie tego podbiegu przypomina trochę drogę na Przełęcz Karkonoską.
Oto najtrudniejszy zjazd na całej trasie. Oprócz stromizny, trzeba również radzić sobie z zakrętami.

Będąc tak rozpędzonym, dojeżdża się do ostatniego wzniesienia tej pętli. Teraz pozostaje już tylko łagodniejszy zjazd w kierunku stadionu.

Dwie pętle schodzą się ponownie niedaleko przed stadionem. 
Widok ze skrzyżowania pętli na część krótszej trasy.

Po pokonaniu ostatniego zjazdu na trasie, już znacznie łatwiejszego, docieramy ponownie na stadion. Mijamy 30 stanowisk strzeleckich, na których pozostały jeszcze łuski z nabojów po treningu biathlonistów. Szybki rzut oka na tarcze, napis "centrum polskiego biathlonu", trybuny, stanowiska dla trenerów i można poczuć się jak Martin Fourcade podczas biegu sprinterskiego. Jednak "nam strzelać nie kazano", więc ruszamy od razu na kolejną pętlę. No, może czasem zrobimy jedną, czy dwie karne rundy dla zabawy. I tak mijają dwie godziny treningu, podczas których coraz bardziej przekonujemy się, że wypisane na strzelnicy określenie Jamrozowej Polany nie jest przypadkowe. Trasy są wymagające technicznie i kondycyjnie, czyli takie, jakie powinny być, aby spełniać swoją nadrzędną rolę. Jest nią oczywiście stanowienie miejsca kształcenia biathlonistów i narciarzy biegowych. Po zakończeniu naszego treningu, grupy zawodników wróciły po przerwie obiadowej. Można było zaobserwować wśród nich zarówno młodzież, jak i dzieci, uczące się dopiero jazdy na nartorolkach. Ten system stwarza szansę na więcej takich wyników, jak ostatni srebrny medal Mateusza Janika w biegu sprinterskim juniorów na Mistrzostwach Świata w biathlonie na nartorolkach w Tymeniu. Oczywiście nie samo miejsce decyduje o późniejszych sukcesach, ale jest ważną ich częścią. W dodatku zawody i imprezy organizowane przez Jamrozową Polanę wciąż przypominają, że nartorolki i narty biegowe mogą być świetną zabawą dla każdego.
Trybuny wkrótce zapełnią się kibicami podczas Mistrzostw Polski w biathlonie na nartorolkach. 

Wizyta w Dusznikach- Zdroju potrafi czegoś nauczyć. Przede wszystkim respektu do nartorolek. "Sport to zdrowie", ale jeżeli ktoś wybierze się na długą pętlę mając je pierwszy raz na nogach, nie mogę zrobić nic innego, jak życzyć szczęścia. Sam na tym treningu zweryfikowałem swoje umiejętności i nie zawsze czułem się pewnie. Dlatego odwiedzenie Jamrozowej Polany polecam każdemu ambitnemu amatorowi, który ma zamiar się sprawdzić. Po drugie, można na własne oczy zobaczyć, że istnieją w Polsce miejsca przeczące idei trzech słów: "nie da się". Trasy są czyszczone i zadbane, podobnie jak strzelnica. Człowiek Północy czuje się tam jak w domu, a to bardzo mocny argument. Mam nadzieję, że będzie tak przez cały czas, zaś kolejną wizytę zapowiadam w zimie.

Pierwszy taki uphill

Dzisiaj odbył się pierwszy uphill na nartorolkach z Dusznik Zdroju do Zieleńca. Trasa zawodów miała 12 km długości i 500 m przewyższenia. Zawodnicy biegli stylem dowolnym. Każdy mógł wystartować i zmierzyć się z dystansem. Na starcie stanęło 55 osób, w tym takie znane nazwiska, jak Weronika Nowakowska- Ziemniak, czy Krystyna Guzik (Pałka).

Niestety imprezie nie dopisała pogoda. Padający deszcz z pewnością nie umilił zawodnikom i tak już trudnego wyścigu. Jednak nie to było najważniejsze. Przecież słynny Lysebotn Opp również jest rozgrywany zazwyczaj w deszczu. Dla mnie od zawsze najbardziej liczy się to, w jaki sposób jest promowane narciarstwo biegowe. Jak widać na tym przykładzie, można to czynić z powodzeniem nawet w trakcie lata. Ponadto miło jest widzieć, gdy taki ośrodek, jakim jest Jamrozowa Polana, nie poprzestaje tylko na istnieniu jako takim. W Dusznikach najwidoczniej nie brakuje ludzi, którzy mają coraz więcej pomysłów na ciekawe imprezy. Można wspomnieć choćby niedawno rozegrane zawody w biathlonie na rowerach MTB, czy nadchodzące mistrzostwa Polski w biathlonie na nartorolkach, podczas których będzie również możliwość wystartowania w wyścigu dla amatorów. Każdy więc może znaleźć coś dla siebie, jeżeli lubi mierzyć swoje siły z innymi. Osobiście nie startuję w zawodach, ale jeżeli już miałbym to zrobić, to właśnie w jednej z tego typu imprez. Kto wie, może kiedyś przyjdzie taki czas... Natomiast już teraz obiecuję sobie, że wkrótce odwiedzę Jamrozową Polanę, aby chociaż przyjrzeć się bliżej tym trasom. Rok temu dało mi się jedynie obejrzeć stadion, bo tego dnia biegałem już na nartorolkach w Usti nad Orlici.
Jedyne moje zdjęcie z Jamrozowej Polany.

Mam nadzieję, że pierwszy uphill nie będzie ostatnim. Pierwsze opinie, które znalazłem w internetach, były bardzo przychylne. Z chęcią się do nich przyłączam, mimo 100- kilometrowej odległości dzielącej mnie od startu. Takie zawody mają potencjał i rację bytu. Skoro przybywa wyścigów kolarskich, czego efektem będą naśladowcy Rafała Majki i Michała Kwiatkowskiego, niech przybywa wyścigów na nartorolkach. To coś nowego i interesującego również dla ludzi, którzy dotychczas o czymś takim nie słyszeli, a Weronikę Nowakowską- Ziemniak kojarzyli jedynie z jej karabinem Zbyszkiem (który BTW został zamieniony na Leona). Dla formalności podam zwycięzców. W kategorii kobiet zwyciężyła wspomniana przed chwilą pani Weronika, zaś wśród mężczyzn triumfował Krzysztof Pływaczyk. Wracając do samej imprezy, powiem jeszcze tylko, że zawsze od czegoś trzeba zacząć. Dziś uphill w deszczu, za rok uphill z podwojoną albo i potrojoną liczbą uczestników. I tego właśnie życzę organizatorom tej imprezy. Bo o to w końcu chodzi, żeby nam Południe "spółnocniało".

Na nartorolkach przez Przełęcz Rędzińską

Pewnego razu, podczas dalszego wypadu na szosie, znalazłem idealne miejsce na uphill na nartorolkach. W życiu nie przypuszczałem, że przez mieszczącą się pomiędzy Ciechanowicami a Pisarzowicami Przełęcz Rędzińską prowadzi bardzo gładki i równy asfalt. W dodatku sam podjazd jest dość wymagający, a praktyczny brak ruchu samochodów czyni to miejsce pierwszym poważnym kandydatem do dobrego treningu na nartorolkach.

Zamiary najlepiej zamienić w czyn, więc już wczoraj wybrałem się tam pokonać Przełęcz Rędzińską. Najpierw jednak przypomniałem sobie o fotografowaniu pociągów, dzięki czemu powstały dwa poniższe ujęcia w Ciechanowicach.
Pociąg z Wrocławia do Jeleniej Góry opuścił stację w Ciechanowicach.

Szynobus wraca z Kralovca do Jeleniej Góry.
Wracamy jednak do nartorolek. Podjazd zaczyna się w Wieściszowicach. To mała wieś położona w Rudawach Janowickich, znana z Kolorowych Jeziorek. Na jej końcu natomiast zaczyna się idealny asfalt, wiodący aż do Rędzin, przez Przełęcz Rędzińską, która była celem mojego uphillu. Droga, przebiegająca w okolicy Rudawskiego Parku Krajobrazowego, jest naprawdę wymagająca. Wjeżdżając na rowerze można zdrowo się zmęczyć, a na nartorolkach jest to prawdziwa męka. Przekonałem się o tym już podczas pierwszego kilometra. Średnie nachylenie podjazdu wynosi 8%, w dodatku nie można liczyć na odpoczynek czy wypłaszczenie. Dopiero ostatnie 250 m jest nieco łagodniejsze.

Końcowa sekwencja zaczyna się zakrętem o 180 stopni i wiedzie przez widoczny na zdjęciu odcinek.

Jeszcze tylko 200 m i koniec wysiłku.
Ostatni stromy kawałek i trasa zaczyna się wypłaszczać.

Widok na ostatnie metry trasy, Przełęcz Rędzińska.

Motywacji nie dodaje mała liczba zakrętów, przez co wjeżdżając pod górę można zostać przytłoczonym perspektywą ciągłej wspinaczki. W dodatku na niektórych zakrętach leżą małe kamienie, które bardzo przeszkadzają w jeździe na nartorolkach. Na szczęście ruch samochodów jest znikomy i trudności można pokonać praktycznie środkiem drogi. Uphill kończy się przy krzyżu milenijnym na Przełęczy Rędzińskiej.
Taki niewielki krzyż milenijny zwiastuje koniec wspinaczki.
Na koniec dane trasy Uphill Rędziny:
  • Średnie nachylenie: 8%
  • Długość: 2 km
  • Różnica poziomów: 224 m
  • Poziom trudności: średni
  

Skandal w blasku lipcowego słońca

Tak trochę dziwnie pisze mi się w lipcu. Wakacje jednak zawsze wpływają na człowieka w taki sposób, że chętniej wybiera podjęcie aktywności fizycznej, niż pisanie. I tak na przykład cały miniony tydzień upłynął na różnego rodzaju treningach, jakie są potrzebne w przygotowaniu do zimy. Po długiej przerwie udało mi się skorzystać ze wszystkiego: nartorolek, roweru szosowego, ćwiczeń siłowych i biegania. Dopiero dziś przyszedł czas na odpoczynek. Wierzcie mi, że w tej zabawie nie ma większej satysfakcji niż udany trening przy pięknej pogodzie i wspaniałych okolicznościach przyrody. Dlatego już teraz mogę powiedzieć, że jeżeli czytasz ten tekst, a za oknem świeci słońce, to przestań czytać i idź trenować dla swojego zdrowia. No dobra, jednak doczytaj do końca... :-)

Jakby tego wszystkiego było mało, to trwają dwie sportowe imprezy, których nie wypada nie oglądać. Przed telewizor przyciąga Tour de France z moim ulubionym komentarzem Krzysztofa Wyrzykowskiego i Tomasza Jarońskiego oraz Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Tak więc znaleźć czas na pisanie to rzecz prawie niemożliwa. Jest jednak temat, który w ostatnim czasie wstrząsnął całym biathlonowym światem. Chodzi o zaprzestanie przeprowadzania kontroli krwi na Igrzyskach Olimpijskich przez IBU. Tym samym będzie za to odpowiedzialna organizacja powoływana przez MKOl, czyli WADA. Nie będę wdawał się w szczegóły, bo mnie samego one męczą i nudzą, wywołując reakcję nazywaną WTF (skoro już tak operujemy tymi skrótami). W większości te ustalenia, poczynione przez prezesa IBU- Andersa Besseberga, są bardzo zawiłe. Wynika z nich jedno- biathlon może na tym stracić. Dane o zawodnikach, czyli ich paszporty biologiczne, posiada IBU i tak będzie przez cały czas. Natomiast wyniki przeprowadzanych na Igrzyskach badań krwi będzie posiadał MKOl, który dopiero na prośbę otrzyma wzgląd do paszportów biologicznych, co pozwoliłoby na ewentualne wykrycie dopingu. To będzie jednak długotrwałe (i pewnie równie trudne, jak odzyskanie taśm z monitoringu ze sztafety kobiet, potrzebnych w sprawie karabinu Krystyny Pałki). I już wiadomo, że tworzy to lukę dla wszystkich zawodników i zawodniczek sprawiających "niespodzianki" lub inaczej dopingowych ryzykantów. W żadnym wypadku nie oceniam, ale nie chcę oglądać wyników biegu olimpijskiego, w którym zwycięży "nieznany dotąd wielki talent reprezentacji Rosji". Bo wyobraźmy sobie sytuację, że przez złe działanie tego systemu do startu na IO byłaby dopuszczona taka Starykh czy Iourieva, zdobyłaby medal, a po kilku miesiącach lub latach byłoby to odkręcane. Każdy zapomniałby już, komu tak naprawdę przypadło dane miejsce. Oczywiście, takich sytuacji nie zawsze da się uniknąć, ale dobrze działający program antydopingowy minimalizuje ryzyko nieczystej gry. A takim posunięciem IBU tylko działa na swoją niekorzyść.

Jaki jest powód całego zajścia? Poniekąd jest to konflikt pomiędzy Andersem Bessebergiem, a Jimem Carrabrem- wiceprezesem IBU do spraw medycznych. Ten drugi jest bardzo zaniepokojony decyzją o zaprzestaniu kontroli i wystosował nawet otwarty list do krajowych federacji biathlonowych w tej sprawie. Ponadto w planach ma kandydowanie na fotel prezesa IBU. Zatem Besseberg, obecnie pełniący tę funkcję, na pewno czuje się zagrożony. Oczywiście o tym nie wspomina, zaś swoją decyzję tłumaczył już na kilka możliwych sposobów, ale szczerze mówiąc to zwykła polityka, a tego nie lubię. Swoją drogą gratuluję, że osobiste interesy i konflikty stoją na drodze dobra dyscypliny. Myślałem, że biathlon jest wolny od tego całego "cyrku", tymczasem się myliłem. Duży minus z mojej strony, panowie... 

Krótki apel do trenerów

Wrzeszczący trener, dzieciaki bez odpowiedniego sprzętu i niewielki obiekt. To nie może być recepta na sukces. A jednak takie coś ma miejsce i można to spotkać w niektórych klubach, które mają kształcić przyszłych biathlonistów i biegaczy narciarskich.

O wyposażeniu klubów i obiektach szkoleniowych już pisałem. Wspominanie o tym jeszcze raz byłoby jak powtarzanie mantry z wiarą, że dzięki temu coś się zmieni. Ja tego nie zrobię, bo czekam na czyny, by uwierzyć. Tym razem poruszę coś, co właściwie kształtuje zawodnika. Świadczy o tym wszystkim, w co później może się zagłębić psycholog sportu. To może wydawać się banalne, bo chodzi o pasję. Zacięcie do sportu, zwyczajną radość z niego czerpaną i wszystko to, co determinuje myśli młodego człowieka w kierunku zostania drugim Sikorą czy drugą Kowalczyk. Na wczesnym etapie jeszcze nie można mówić o motywacji. Tutaj wszystko zależy od pierwszego trenera, który może zachęcić lub zniechęcić człowieka do danej dyscypliny sportu.

Dlatego za każdym razem, gdy widzę trenujące na nartach lub nawet nartorolkach dzieci, cieszę się, że nie brakuje adeptów do uprawiania tego fantastycznego sportu, jakim jest narciarstwo biegowe. Jedno tylko mąci atmosferę- krzyczący trener, który stara się te dzieci ogarnąć. Często niestety nie tylko ogarnąć, lecz pokazać, kto tu rządzi i jak to on bardzo się na tym wszystkim zna. Tymczasem dzieci "ogłupione" wręcz nawałem informacji same nie wiedzą, co mają robić. Przypomina to trochę sytuację ze skeczu kabaretu Ani Mru Mru, w którym trener narciarski wykrzykiwał: "Szerzej nogi! Zjedź na dół, wypnij się i poczekaj!". Z resztą ten skecz możecie zobaczyć poniżej.



Mniejsza o samo wykrzykiwanie, bo wiadomo, że taka osoba musi być słyszalna. Bardziej martwi mnie to, w jaki sposób mówi się do takich dzieci. Zwykle dominują w tym komunikaty kierowane do całej grupy, gdzie trener mówi: "bo wy nie umiecie, bo wy źle robicie", co jest dość dużym błędem. Ci, którzy być może popełniają te błędy, mogą nawet nie wziąć tego do siebie, a ci, co wykonują ćwiczenie dobrze, mogą się przejąć myśląc, że popełniają wciąż błędy. Z doświadczenia wiem, że zawsze skierowanie danej uwagi do konkretnej osoby ma większe szansę na osiągnięcie pożądanego efektu. A już kompletną tragedią jest wytykanie błędów bez pokazania, jak można je wyeliminować. Poza tym, po co takie wykrzykiwanie i ciągłe aranżowanie rygorystycznej pracy? Czy nie lepiej pokazać dzieciom, że sport to świetna zabawa? Przecież jeszcze przyjdzie czas na rygor treningu. Ale najpierw trzeba rozbudzić w tym człowieku pasję do sportu. On musi wiedzieć, że to ma jakiś sens. W przyszłości znacznie łatwiej będzie mu się temu poświęcić. Mam więc nadzieję, że opisany przeze mnie model będzie się zdarzać jak najrzadziej. Niestety dziś spotkałem się z powyższym podczas swojej sesji double- polingu i stąd ten post. Może jednak miało to swój cel?

Jak zbudować dobry plan treningowy?

Zaczął się najtrudniejszy czas dla wszystkich sympatyków sportów zimowych. Śnieg zniknął już dawno nie tylko z pobliskich tras, lecz nawet z naszej pamięci. I właśnie teraz należy pomyśleć o następnym sezonie i dobrze się do niego przygotować. W tym celu dobrze jest stworzyć własny plan treningowy. Idealnie byłoby, gdyby umożliwił on nie tylko przygotowanie do zimy, ale również pozwolił pracować na swoimi słabymi stronami. Dlatego właśnie tak ważne jest to, abyś to Ty, drogi Czytelniku, wiedział najlepiej czego potrzebujesz.

Jako amator narciarstwa biegowego masz tą przyjemność (lub konieczność) wybierania wielu dyscyplin sportu, aby dobrze przygotować się do sezonu. Pamiętaj jednak, że wszystko powinno być nastawione w taki sposób, abyś rzeczywiście w pierwszych dniach kolejnej zimy czuł się dobrze na nartach. Oznacza to przyjęcie pewnych zasad treningowych. Zanim więc zbudujesz swój program treningowy, pamiętaj o jego najważniejszych cechach:
  • Spójność- jest najważniejszym czynnikiem, który determinuje sprawność fizyczną, umiejętności i wydajność. W praktyce oznacza to prowadzenie aktywnego trybu życia i podejmowania aktywności fizycznej najlepiej każdego dnia.
  • Specyfika- oznacza wybór ćwiczeń, które najbardziej pasują do docelowej dyscypliny sportu. Jeśli chcesz być dobrym narciarzem, musisz przede wszystkim dużo biegać na nartach (a gdy jest to niemożliwe to na nartorolkach). Niestety nie można być dobrym biegaczem tylko przez kolarstwo, pływanie czy podnoszenie ciężarów. Wybór jest owszem duży i należy z niego korzystać, ale głównym celem zawsze powinny być narty biegowe. Dlatego właśnie zawodowcy wyjeżdżają w lecie na lodowce. 
  • Częstotliwość- w treningu należy zapewnić sobie odpowiednią objętość, natężenie i odpoczynek w taki sposób, aby ciągle zwiększać swoją wydolność. Większość ludzi błędnie trenuje cały czas z taką samą trudnością. Najlepiej mieszać to w taki sposób, aby jednego dnia pokonywać dłuższy dystans lub biec szybciej z większym wysiłkiem (np. trening fartlek lub interwały). Przekładanie pomiędzy dniami ciężkiego treningu, a łatwiejszego, zapewnia aktywny odpoczynek organizmu oraz zwiększenie wydolności.
  • Ciągłe zwiększanie obciążenia- stopniowe zwiększanie trudności ćwiczeń w czasie. Tak więc ciągłe wyzwanie dla swojego organizmu pozwala osiągnąć postęp i dostosować się do dłuższego lub trudniejszego treningu.

Photo credit: Skistar Trysil / Foter / Creative Commons Attribution 2.0 Generic (CC BY 2.0)
Ponadto istotne jest określenie, ile czasu jesteśmy w stanie poświecić na treningi. Optymalną częstotliwością dla amatora są trzy dni treningu tygodniowo w lecie oraz bieganie na nartach dwa razy tygodniowo w sezonie. Według jednego z opracowań, trzymając się konsekwentnie tej zasady, można startować w zawodach na dystansie 10 km. Średnio zaawansowani sportowcy powinni poświęcać 5 dni tygodniowo na przygotowanie do sezonu, zaś w sezonie trenować 4 dni w tygodniu. Zawodowcy zazwyczaj mają treningi 6 dni w tygodniu, zaś w zimie poza startami biegają na nartach 5 dni każdego tygodnia. Dodatkowo nie jest to tylko jeden typ ćwiczeń jednego dnia. Przykładowo Noah Hoffman jest obecnie na zgrupowaniu kadry USA w biegach narciarskich i biathlonie w Bend, gdzie codziennie trenuje na śniegu, a oprócz tego biega na nartorolkach i ćwiczy na siłowni.

Skoro wcześniej wspomniałem o różnych dyscyplinach sportu do wyboru, to należy wskazać, które aktywności będą najbardziej odpowiednie dla narciarstwa biegowego. Kiedyś już poruszałem ten temat, ale warto powtórzyć, że w skład treningu narciarza biegowego wchodzi przygotowanie ogólne (kolarstwo górskie i szosowe, bieganie, pływanie), ćwiczenia siłowe oraz przygotowanie specjalistyczne, takie jak nartorolki i ćwiczenia imitacyjne. Część z wymienionych już kiedyś omawiałem, a reszta pojawi się wkrótce na blogu.

Oczywiście ten post jest jedynie wstępem do zbudowania planu treningowego. W ten sposób poznaliśmy zasady, jakimi należy się kierować w swoim przygotowaniu do sezonu zimowego. Pozostaje jeszcze kilka innych kwestii, które poruszę w następnych postach.

Zaczynamy SadurSummer

Czas zacząć przygotowania do kolejnej zimy. W tym roku będzie podobnie, jak poprzednio. Lato postaramy się wspólnie spożytkować na treningi w różnych ciekawych miejscach, czyli będzie oczywiście dużo o nartorolkach. Postaram się odpowiedzieć na pytanie, gdzie najlepiej urządzić Uphill i jakie widoki można otrzymać w nagrodę za dotarcie na samą górę. Być może Człowiek Północy zwita do swojego upragnionego miejsca. Ponadto, razem ze Swedish Winter Sport Research Centre nauczymy się czegoś o technice oraz optymalnych ćwiczeniach siłowych dla biegaczy narciarskich. Przeglądniemy kalendarz imprez i zawodów, w których warto wystartować lub chociaż je zobaczyć i zdecydować się na start za rok. I wreszcie rozwikłamy zagadkę idealnego planu treningowego z pomocą zagranicznych badaczy fizjologii sportu. Nie zabraknie również postów o bieżących wydarzeniach, związanych głównie z serią World Endurance Championship oraz refleksji na temat minionego i przyszłego sezonu Pucharu Świata w biathlonie.

Ale najpierw... MATURA. Tak więc do zobaczenia w drugiej połowie maja. Obiecuję, że w mojej głowie pojawi się kilka pomysłów na posty po tym wszystkim. ;)

P.S.: KEEP NORDIC! Nie zapomnijcie o treningach, bo jak mówi One Way: "the hardest thing about exercise is to start doing it. Once you do an exercise regulary, the hardest thing is to stop".

Gdzie ta zima?

Każdy się pewnie zastanawia, po co została podjęta decyzja odnośnie zamiany dystansów i stylów na drugim etapie Tour de Ski w Oberhofie, tuż przed rozpoczęciem całej imprezy. Przypomnę, że zamiast 9 km kobiet i 15 km mężczyzn stylem klasycznym, dziś odbyły się sprinty techniką dowolną. A stało się tak dlatego, że włodarze FIS zaczęli czytać niniejszy blog i wzięli sobie do serca zasadę nr 9 z "How to be nordic", która głosi: "Człowiek północy zawsze będzie preferował technikę łyżwową". Stwierdzili zapewne, że z takim kodeksem się nie dyskutuje i w ostatniej chwili postanowili uczynić Tour de Ski prawdziwym sprawdzianem na bycie człowiekiem północy. Taka jest moja wersja wydarzeń i nic nie poradzę, że Justyna Kowalczyk, a wraz z nią połowa naszego kraju, uważa tę decyzję za krzywdzącą. Byli też tacy, którzy dopatrywali się spisku Norwegów przeciwko reszcie świata i domagali się bojkotu zawodów. Gdy to czytałem na rozmaitych portalach i forach, coraz bardziej zacząłem skłaniać się jednak ku mojej wersji, bo była bardziej prawdopodobna. Widocznie teorie spiskowe mają swoich zagorzałych zwolenników nie tylko w polityce...

Odejdźmy więc od orzekania, kto kogo skrzywdził i jak bardzo. Nie mam zamiaru też bawić się w specjalistę i stwierdzać, czy decyzja naszej zawodniczki jest właściwa, czy też nie. O tym wie ona sama. Zawsze powtarzam, że każdy sportowiec sam steruje swoją karierą i najlepiej czuje, co będzie w danym momencie najwłaściwszym rozwiązaniem. Tak też robię w tym przypadku. Może przez to zabraknie jedynie emocji w rywalizacji kobiet, choć dla mnie od zawsze bardziej interesujące i wyrównane były biegi męskie, więc na tym nie stracę. A teraz czas na prawdziwą przyczynę wszelkich zmian w Tour de Ski. Jest nią fatalna pogoda, która panuje w Oberhofie. Dodatnie temperatury, opady deszczu i mgła (to akurat zmora Oberhofu) spowodowały, że jeszcze do niedawna zawody miały zostać całkowicie odwołane. Wreszcie w niedzielę 22 grudnia zadecydowano, że zarówno prolog TdS, jak i styczniowe zawody biathlonowego Pucharu Świata będą rozegrane na tyle, na ile pozwolą na to warunki śniegowe. Jak widać, jesienno- wiosenna aura pozwoliła na niewiele. Nie było możliwe przygotowanie torów do stylu klasycznego, jak i dłuższej pętli. Po tym, jak zobaczyłem tą pozostałość śniegu na trasach, wcale się temu nie dziwię. Ciekawe, czy zdoła się utrzymać chociaż takie warunki na zawody biathlonowe i na jakich pętlach będą rozgrywane poszczególne biegi. No i jeszcze na domiar złego ta mgła. Ciężki jest ten sezon dla sportów zimowych.

Podobnie jest na naszym podwórku. Mistrzostwa Polski w biathlonie, przeniesione wcześniej z Jamrozowej Polany do Jakuszyc, w ogóle się nie odbyły. Nie było to jednak spowodowane brakiem śniegu, lecz katastrofalnymi warunkami pogodowymi w okolicach Zakopanego i prośbą złożoną przez działaczy tamtejszych klubów o przełożenie zawodów. Przepadła więc okazja do podziwiania najlepszych zawodniczek i zawodników na Polanie Jakuszyckiej? Nie do końca. Z uwagi na to, że obecnie jest to jedyne miejsce w Polsce, gdzie można odnaleźć resztki śniegu, na trening wybrały się tam nasze kadrowiczki, a wśród nich: Krystyna Pałka, Weronika Nowakowska- Ziemniak i Monika Hojnisz. Na facebooku pani Weroniki znalazło się nawet zdjęcie z dzisiejszego dnia i krótki opis warunków pogodowych. Natomiast w drugi dzień Świąt na jakuszyckich trasach można było spotkać Justynę Kowalczyk.

Jak w tym wszystkim ma się odnaleźć amator? Takie pytanie jest moim problemem wśród tych zabaw z pogodą. Wydaje mi się, że znalazłem na to sposób. Póki było to możliwe, jeszcze przed Świętami, biegałem w Jakuszycach. Później jednak komunikaty pogodowe i widok z kamery internetowej były na tyle tragiczne, że nie miałem zwyczajnie chęci się z tym męczyć. A skoro na dole panuje prawie wiosna, to od czego są nartorolki? Nigdy bym się nie spodziewał, że pod koniec grudnia będę odwiedzał rolkostradę w Sobieszowie w wiadomym celu. Przy okazji sprawdziłem, co się tam dzieje i wypatrzyłem, że szykowana jest wypożyczalnia nart. Gdyby tylko spadł śnieg, cały ośrodek miałby szansę pokazać się wreszcie z dobrej strony i zacząć rzeczywiście działać. A póki co można się tam jedynie wybrać na trening techniki, oczywiście łyżwowej. To pewnie wszystko spisek Norwegów :-)  

Gdy spadnie wystarczająco dużo śniegu, ten budynek zamieni się w wypożyczalnię nart...

... a ten asfalt zamieni się w ubitą trasę biegową.

Test rolkostrady w Sobieszowie

Minęły już trzy tygodnie od hucznego otwarcia rolkostrady w jeleniogórskim Sobieszowie. A jako, że pogoda i zdrowie pozwoliły, wybrałem się, wraz z byłym biathlonistą- Emilem, na krótki test nowo powstałego ośrodka. Można wyczytać w internetach wiele pozytywnych opinii o tym miejscu, więc koniecznie chcieliśmy zbadać, czy są one poparte rzeczywistością. A zatem zapraszam na relację z pierwszego spotkania z trasą.

Pierwsze wiadomości na temat ośrodka obiecywały wiele. Wśród zapewnień znalazły się takie, jak: czynna przez cały rok wypożyczalnia sprzętu, udostępnienie trasy ze wskazaniem rolkarzy oraz płatny parking. Przyznam się bez bicia, że przekonało mnie to. Byłem przygotowany na widok w rodzaju: wszystko otwarte, aż zapraszające do wstąpienia, wielki regulamin zakazujący wejścia ze zwierzętami, niszczenia tras lub chociaż jakiś konkretny znak wskazujący, że jest to rolkostrada, a nie pierwsza lepsza ścieżka rowerowa, czy spacerowa. A później przyjechałem na miejsce i przypomniałem sobie, że jestem w Polsce. Mnie i Emila powitał taki widok.


U nas najwidoczniej bardzo szybko chce się coś otwierać. Galeria handlowa, rolkostrada, czy linia kolejowa, zawsze jest ta wstęga do przecięcia i okazja do pokazania, że osiągnęliśmy sukces. A to, co dzieje się później, to już inna sprawa. Nie wiem, czy tak było i jest w tym konkretnym przypadku, ale takie wrażenie może odnieść każdy, kto tu przyjedzie. Nie ważne, czy jest z Jeleniej Góry, czy z drugiego końca Polski. Może pomyśleć sobie, że to chyba jeszcze nie jest otwarte. Budynek stoi, wygląda na skończony. Na pewno nie ma wypożyczalni sprzętu, a jeżeli jest, to chyba komuś bardzo zależy, żeby z niej nie korzystać, bo tak została ukryta. Jestem w stanie to zrozumieć, bo to tylko (albo aż) trzy tygodnie od otwarcia, więc rzeczywiście nie wszystkie rzeczy udało się ukończyć. Ale czy nie lepiej byłoby poczekać z wielkim otwarciem na to, aż każdy aspekt związany z infrastrukturą będzie dopięty na ostatni guzik? Być może Unia Europejska, od której pochodzą środki finansujące, zażądała takiego, a nie innego terminu. Tego nie wiem, ale trochę martwię się, że okrzyknięcie tego sukcesem zbyt szybko może spowodować typową sytuację osiadania na laurach: skoro tak jest dobrze, to więcej nie ma sensu robić. 


Czas teraz przejść do faktów na temat samej trasy. Po pierwsze i najważniejsze, nie ma zamkniętej pętli, dzięki której można biec cały czas w jedną stronę. Nie jest to specjalnie uciążliwe, ale przy dłuższym treningu staje się niewygodne. Cała rolkostrada ma 2 kilometry. Też szału nie ma, ale lepsze 2 niż 0. Jest to na pewno dobra alternatywa w stosunku do każdej ścieżki rowerowej w Jeleniej. Należy mieć jedynie nadzieję, że rzeczywiście będzie można swobodnie trenować na nartorolkach bez utrudnień ze strony spacerujących lub rowerzystów. Po to w końcu jest rolkostrada. Jak wiadomo, trasa przebiega w pewnej części przez teren Karkonoskiego Parku Narodowego. Wymusiło to położenie innej, "ekologicznej" nawierzchni zamiast asfaltu. Niestety nie jest to dobre rozwiązanie. Kompromis z KPN na pewno został tym sposobem osiągnięty, ale eko- nawierzchnia niszczy się szybko oraz ściera koła nartorolek. Tak się składa, że akurat dzisiaj mieliśmy okazję spotkać ekipę, która już po trzech tygodniach od oddania obiektu do użytku musiała łatać fragmenty trasy. Taki stan rzeczy wyłącza nam w zasadzie cały odcinek w Parku Narodowym. Z tych dwóch kilometrów zostaje więc około 1,5 km. Z drugiej strony trasa również kończy się nieciekawie. Jest to zjazd wprost na ulicę użytkowaną przez samochody. W dodatku poprzedzony jest on odcinkiem z dużą ilością żwiru i piasku. Wspólnie stwierdziliśmy, że nie jest to zbyt komfortowe rozwiązanie, nie mówiąc już o bezpieczeństwie.


Rzeczy, które mogą nie odpowiadać trenującemu na rolkostradzie w Sobieszowie, można jeszcze nazwać chorobami wieku dziecięcego. Najwidoczniej potrzeba jeszcze czasu, aby wszystko było jak należy. Dziwi jednak jej szybkie otwarcie, skoro nawet jeszcze taśma ochronna okala część terenu i nie ma wskazanego jego zarządcy. Na pewno trzeba przyznać, że jest to bardzo pozytywna i potrzebna inwestycja w Jeleniej Górze, na którą czekał każdy sympatyk narciarstwa biegowego. Wreszcie mamy alternatywę dla ścieżek rowerowych. Zdaję sobie sprawę, jak wielkiego zaangażowania wymagało stworzenie takiej rolkostrady. Sam fakt, że przebiega ona przez teren Karkonoskiego Parku Narodowego, wymusił pewne ustępstwa zarówno ze strony parku, jak i zarządcy inwestycji. Widać to na przykładzie eko- nawierzchni. Ja jednak uważam, że samo zaangażowanie nie jest jeszcze wystarczające do pełnego uznania tego za sukces. Potrzeba przy tym jeszcze wiele pracy, która wcale nie kończy się z chwilą "przecięcia wstęgi". Na pewno wpłynie to na rozwój narciarstwa biegowego wśród młodzieży. Jednak oprócz tego konieczne jest stworzenie czegoś równie dobrego, jak Jamrozowa Polana w Dusznikach- Zdroju, gdzie mieści się polskie centrum biathlonu. Dlatego znacznie bardziej decydującym posunięciem będzie rozbudowanie Jakuszyc i przystosowanie ich do nartorolek. Dla mnie osobiście bardziej atrakcyjne i opłacalne zarazem byłoby dojechanie do Jakuszyc i skorzystanie z wypożyczalni sprzętu na miejscu, z pętlami na nartorolki z prawdziwego zdarzenia, niż wypożyczenie za podobną opłatę nartorolek na 2- kilometrową trasę.


Ciężko jednoznacznie ocenić tą inwestycję, dlatego ja tego nie zrobię. Chyba najlepszą oceną będzie liczba zainteresowanych odwiedzających ten obiekt, zarówno w czasie nadchodzącej zimy, jak i przyszłego lata. Tym bardziej, że zapowiadane jest przygotowywanie tras na biegówki przy odpowiedniej ilości śniegu. Od siebie mogę powiedzieć tyle, że trzymam kciuki, aby rolkostrada w Sobieszowie nie stała się pomnikiem wielkich planów, które nie zostały zrealizowane, a zamiast tego idealnie pełniła swoją funkcję, czyli stanowiła miejsce rozwoju młodych ludzi zainteresowanych narciarstwem biegowym. A póki co, chętniej wybiorę tor nartorolkowy przy Szkole Mistrzostwa Sportowego w Szklarskiej Porębie.

Być amatorem

Co to właściwie znaczy: być amatorem narciarstwa biegowego? Dla mnie równa się to mniej więcej byciu wolnym w wyznaczaniu sobie prywatnych celów i dążeniu do nich. Może to być start w zawodach, zakup określonego sprzętu, cokolwiek. Najważniejsze jest jednak, że z każdym dniem mamy szansę poprawiać swoją dyspozycję fizyczną i przede wszystkim dobrze się bawić. Właśnie to czyni życie lepszym- zainteresowanie, które dodatkowo pozytywnie wpływa na nasze samopoczucie. Zapamiętaj to za każdym razem, gdy powiesz: "nie chce mi się". Nie ma jednak jakiegokolwiek odgórnego wymagania, które jest Tobie stawiane przez kogoś innego. Sam decydujesz, co jest Ci potrzebne.

Spójrzmy na tę kwestię z punktu widzenia letnich przygotowań. Narciarstwo biegowe uwielbia wszechstronność, podobnie jak ja. Latem mam więc świetną okazję do jeżdżenia na rowerze i nartorolkach oraz do biegania. Każdy może samodzielnie układać sobie własny plan treningowy lub korzystać z innych, sprawdzonych rozwiązań. Będąc amatorem biegówek masz szansę mierzyć się z samym sobą, wypełniać plan i często zwiedzać ciekawe miejsca. A możliwości jest dużo. Przykładowo możesz wjechać na Przełęcz Karkonoską rowerem, albo zmierzyć się z drogą do schroniska Jelenka w Czechach. Trasy w Dusznikach- Zdroju codziennie zapraszają na nartorolki w miejscu, gdzie trenuje polska kadra biathlonowa. Dobra jest też dłuższa wycieczka na nartorolkach w polecanym już przeze mnie Usti nad Orlici. Natomiast szlaki narciarskie w Jakuszycach stają się latem idealną bazą do treningu Nordic Walking oraz jazdy na rowerze MTB. A co przez to zyskujesz? Oprócz satysfakcji z udanego wypadu, zostaniesz zwykle nagrodzony ładnym widokiem, jak poniżej.

Widok na Horni Mala Upa z okolic schroniska Jelenka.
Innym razem zobaczysz biathlonistów na strzelnicy z prawdziwego zdarzenia.


A jeszcze innym razem znajdziesz się w wymarzonym miejscu na trening i będziesz potrafił to wykorzystać. Nigdy nie wiadomo, dokąd zaprowadzi Cię życie. Ważne, abyś z niego czerpał to, co najlepsze. Takie możliwości daje Tobie bycie amatorem narciarstwa biegowego. Pamiętaj, że nie jest się nim tylko w zimie i KEEP NORDIC!

Znalezione w internetach- idealny trening w Słowenii

Zawodowi biathloniści mają fajnie. Raz popływają sobie kajakami, następnie pojadą na rowerze szosowym lub nartorolkach, by później jeszcze poćwiczyć strzelanie i przejechać się po trasach znanych z zawodów Pucharu Świata w Pokljuce. I to wszystko w przeciągu jednego dnia w towarzystwie pięknej pogody i jeszcze lepszych widoków.
Z takim planem treningowym i zapewnionym sprzętem, kadra Słowenii nie ma wręcz prawa narzekać na nudę. Jak wyjaśnia trener reprezentacji, w ciągu przygotowań do sezonu odbywa się około 15 tego typu treningów. Wszystko ma na celu zapewnienie różnorodności, która jest zarówno ciekawa, jak i pożyteczna. Należy zwrócić uwagę, że dużą rolę odgrywa tutaj infrastruktura. W okolicy jeziora Bohinj znajduje się wiele nieruchliwych dróg oraz, co najważniejsze, cały stadion biathlonowy w Pokljuce. Do tego pozostaje dorzucić niezliczone trasy górskie i mamy przepis na idealny dzień. Nam pozostaje chyba tylko pozazdrościć i przyglądać się poczynaniom zawodowców na filmie poniżej, który przygotował znany i lubiany Jerry Kokesh.

Skifestivalen Blink 2013 cz.3

Trzeci i ostatni dzień festiwalu to sprinty na nartorolkach oraz super sprinty biathlonistów. Działo się po raz kolejny bardzo dużo. Zbyt wiele, żeby przygotować szczegółową relację z każdego biegu. W dodatku ostatnio pojawiły się ważne pozasportowe wydarzenia (z tego miejsca pozdrawiam nowożeńców- moją siostrę Katarzynę i jej wybranka Jakuba). Fanów biathlonu i biegów narciarskich zapraszam więc do skorzystania z filmowej relacji ostatniego dnia Skifestivalen Blink 2013 przygotowanej przez Emila Hegle Svendsena.

Na początku rozegrano półfinały, z których 4 zawodników kwalifikowało się do finału. Dodatkowo dwóch z najlepszymi czasami, jako "szczęśliwi przegrani", mogli brać udział w walce o końcowe zwycięstwo. Dalej nic już nie napiszę, żeby nie spoilerować. Pozostawiam jedynie dopowiedzenie tej historii w filmie poniżej.



Skifestivalen Blink 2013 cz.2

Drugiego dnia festiwalu rywalizacja przeniosła się do Sandnes, gdzie w centrum miasta rozegrano biegi ze startu wspólnego biathlonistów, konkursy strzeleckie oraz biegi na dystansach 10 km i 15 km bez karabinu. Oprócz tego, odbywały się biegi amatorów i młodzieży. Publiczność ponownie dopisała, zaś gwiazdą w roli komentatora była Liv Grete Skjelbreid Poirre.

W finałach konkursów strzeleckich zawodnicy musieli jak najszybciej strącić pięć krążków na tablicy biathlonowej, mając do dyspozycji pełne cztery magazynki z nabojami. Wśród mężczyzn najlepiej spisał się Carl Johan Bergman, zaś najskuteczniejszą strzelczynią okazała się Jori Moerkve. Zwycięzcy z obu kategorii spotkali się w wielkim finale, w którym norweska biathlonistka pokonała Bergmana. O zwycięstwie zadecydował jeden niecelny strzał Szweda więcej, niż u Moerkve.

Następnie przyszedł czas na pierwszą konkurencję na nartorolkach, czyli bieg na dystansie 10 km w wykonaniu kobiet. Pogoda zaczęła się pogarszać, zaś ostatnie metry były pokonywane już w strugach deszczu. Mimo tak ciężkich warunków, tempo było zabójcze, a narzuciła je Maiken Caspersen Falla. Norweżka skutecznie zaatakowała na ostatniej rundzie, dzięki czemu zapewniła sobie zwycięstwo.


Jako druga, na metę przybiegła jej rodaczka- Celine Brun-Lie. Trzecie miejsce zajęła Ida Ingemarsdotter ze Szwecji. Nad Sandnes rozpętała się prawdziwa ulewa, co jednak nie zmusiło organizatorów do przerwania zawodów. Nawet wywiad ze zwyciężczynią biegu był przeprowadzany pod "parasolem", o ile tak można nazwać przezroczystą folię. Klasyfikacja pierwszej dziesiątki tradycyjnie znajduje się poniżej.


Później przyszła kolej na biathlonistów, a konkretnie bieg ze startu wspólnego kobiet. Na mokrej trasie wszystko mogło się zdarzyć. Od początku bardzo dobrze spisywała się Tora Berger, za sprawą dobrego strzelania. Wysoko były również: Marie Laure Brunet i Kaisa Makarainen. Wszystko jednak rozstrzygnęło ostatnie strzelanie, na którym Berger popełniła dwa błędy, zaś Makarainen tylko jeden, dzięki czemu wyprzedziła Norweżkę. Na ostatniej rundzie biegowej Finka utrzymała przewagę nad rywalkami i mogła cieszyć się z drugiego zwycięstwa na tegorocznym festiwalu.


Na drugim miejscu pozostała Tora Berger, zaś tuż za nią przybiegła reprezentantka Francji- Marie Laure Brunet. Bardzo dobrze spisały się także dwie kolejne Norweżki- Hilde Fenne oraz Fanny Welle-Strand Horn. Poniżej szczegółowe wyniki pierwszej dziesiątki biegu biathlonistek.


Mężczyźni startowali jako kolejni. Przed ich biegiem przeszła jeszcze jedna solidna ulewa, co poskutkowało sporymi kałużami na zakrętach. Zapowiadało to kolejne ciekawe zmagania, w którym decydującą rolę miał odegrać Martin Fourcade.


Od początku Francuz biegł w czołówce, jednak już na pierwszym strzelaniu popełnił trzy błędy, przez co stracił dużo czasu na bieganiu karnych rund. Honoru Francji postanowił więc bronić Alexis Boeuf, który wybiegł jako pierwszy ze strzelnicy. Prawie by mu się to udało, gdyby nie słabsze strzelanie na stojąco. Te natomiast świetnie wykonali: Ole Einar Bjoerndalen i Carl Johan Bergman, i to oni walczyli o zwycięstwo podczas ostatniej wizyty na strzelnicy. Szwed spudłował trzy razy, zaś OEB tylko dwa. Norweg miał jednak niewielką stratę, co spowodowało, że na ostatnią rundę wybiegł tuż za Bergmanem. Obaj biegli bardzo szybko. Nie było praktycznie możliwości ataku. Aby Bjoerndalen wyszedł na prowadzenie, Carl Johan musiałby popełnić błąd w biegu. Tak się jednak nie stało i Szwed wbiegł na metę jako pierwszy.


Drugie miejsce Ole Einara również można zaliczyć jako sukces, tym bardziej, że król biathlonu zbliża się już do końca kariery, a zostawił daleko w tyle Martina Fourcade. Trzecie miejsce zajął Emil Hegle Svendsen, dzięki dobremu biegowi na ostatniej rundzie. EHS wyprzedził bowiem Alexisa Boeufa. A tak prezentowała się czołowa dziesiątka biegu ze startu wspólnego mężczyzn.


Ostatnią konkurencją tego dnia był bieg na 15 km mężczyzn. W stawce znalazły się oczywiście wszystkie gwiazdy narciarstwa biegowego, takie jak Petter Northug, Martin Johnsrud Sundby i Emil Joensson. Na początku tempo było spokojne, co wykorzystał Cyril Miranda, próbując zdobyć przewagę samotną ucieczką. Jednak wraz z pokonywaniem kolejnych rund, zawodnicy biegli coraz szybciej, przez co akcja Francuza się nie powiodła. Na ostatnich kilometrach tempo przypominało bieg sprinterski. Najlepiej w tym wszystkim odnalazł się Oystein Pettersen, który wspaniale zaatakował na ostatniej prostej, nie mając sobie równych.

 
Za zwycięzcą przybiegli mniej znani zawodnicy- Sondre Turvoll Fossli (Norwegia) oraz Joeri Kindschi (Szwajcaria), zajmując odpowiednio drugie i trzecie miejsce. Po raz kolejny zawiódł Petter Northug, zajmując dopiero 18. miejsce. Być może przygotowania utytułowanego Norwega są na innym etapie, niż u reszty, co nie pozwoliło mu na walkę o zwycięstwo. Na koniec jeszcze klasyfikacja czołowej dziesiątki biegu na 15 km.



Skifestivalen Blink 2013 cz.1

Kilka dni temu zakończył się trzydniowy Skifestivalen Blink w Norwegii. Do Sandnes przybyła większość elity biathlonu i biegów narciarskich, aby wziąć udział w widowiskowych zmaganiach na nartorolkach. Czas na podsumowanie tego, co działo się w trakcie festiwalu.

Pierwszego dnia miało miejsce najbardziej widowiskowe wydarzenie imprezy, czyli 7,5- kilometrowy podbieg o nazwie Lysebotn Opp. Trasa (taka sama dla kobiet i mężczyzn) o średnim nachyleniu 8,5% wiodła z wybrzeża na szczyt fiordu, zaś różnica wysokości między startem a metą wynosiła 640 m. Wystarczy spojrzeć na jej profil, aby przekonać się o tym, jak wyczerpujące jest pokonanie całości na nartorolkach.


Od tego mamy jednak wybitnych specjalistów na starcie, a wśród nich Pettera Northuga, Ole Einara Bjoerndalena, Martina Fourcade, Emila Hegle Svendsena, Kaisę Makarainen, Torę Berger i wiele, wiele innych. Tu nie liczyło się, czy jest się biathlonistą, czy biegaczem narciarskim. Najważniejsza była umiejętność pokonywania długich, morderczych podbiegów.

Jako pierwsze startowały kobiety. Stawka była wyrównana, stąd trudno było szukać zdecydowanych faworytek.

  
Część trasy przebiegała przez tunel. Tuż za nim od grupy oderwała się Kaisa Makarainen, samotnie podążając do mety. Jak się później okazało, taka strategia była skuteczna.

Zainteresowanie morderczym Lysebotn Opp było spore. Sportowców dopingowała duża grupa widzów, ustawiona podobnie jak na górskich etapach wyścigów kolarskich.


Najwyraźniej Makarainen posłużyło te wsparcie. Fińska biathlonistka wykazała się dużą wolą walki i dobrym przygotowaniem, co pozwoliło jej zwyciężyć z imponującą przewagą. Jako druga przybiegła francuska biegaczka narciarska- Caroline Hugue, zaś trzecia była Debora Agreiter reprezentująca Włochy. Co ciekawe, druga w "klasyfikacji" biathlonistek w Lysebotn Opp była ósma na mecie Tora Berger. Nie pierwszy raz Kaisa Makarainen pokazała, że potrafi na równi rywalizować z zawodniczkami startującymi tylko w biegach narciarskich, a nawet z nimi wygrywać. Jeżeli znajdzie to swoje potwierdzenie w nadchodzącym sezonie, Finka będzie jedną z faworytek na wymagającej trasie Igrzysk Olimpijskich w Soczi nie tylko w biathlonie. Poniżej szczegółowe wyniki pierwszej dziesiątki Lysebotn Opp wśród kobiet.


W biegu mężczyzn łatwiej było wskazać faworytów. Gospodarze liczyli przede wszystkim na dobry występ Pettera Northuga i Emila Hegla Svendsena, ale nie można było zapominać o takich gwiazdach, jak Martin Fourcade, czy Maurice Manificat. Od pierwszych kilometrów zostało narzucone wysokie tempo za sprawą Martina Johnsruda Sundby oraz Pettera Northuga. Blisko trzymali się biathloniści- M. Fourcade i Svendsen.


Tuż po wyjeździe z tunelu stawka podzieliła się na kilkuosobowe grupy. Na czele znaleźli się Curdin Perl i Maurice Manificat, zaś za nimi biegła dwójka: Jean Marc Gaillard i Roland Clara. Już z pewną stratą, podbieg pokonywała większa grupa zawodników, wśród której znaleźli się Ole Einar Bjoerndalen, Lars Berger i Tarjei Boe. Co ciekawe, tempa nie wytrzymał Northug, tracąc już dużo więcej.


Szwajcarski zawodnik- Curdin Perl był tego dnia bardzo mocny. Po chwili zgubił Manificat i, podobnie jak Kaisa Makarainen, samotnie podążał do mety. Jednak grupa z Johnsrudem Sundby nie miała zamiaru odpuszczać. Przewaga była niewielka, lecz powoli się powiększała. Przed samą metą zaatakował jeszcze Roland Clara, ale był to jedynie skok po drugie miejsce. Za Włochem ruszył Johnsrud Sundby. Pierwszy na mecie zameldował się Curdin Perl. Niedługo za nim wbiegł Clara ze stratą jedynie sześciu sekund. Niewiele również zabrakło Norwegowi Sundby, który stracił do zwycięzcy 10 sekund. Mnie natomiast najbardziej cieszy dziesiąte miejsce Ole Einara Bjoerndalena. Król biathlonu przybiegł za swoimi kolegami z reprezentacji- Tarjei Boe i Larsem Bergerem. Poniżej szczegółowa klasyfikacja pierwszej dziesiątki biegu mężczyzn.


Dziwić może słabsza dyspozycja Martina Fourcade, który powinien tutaj być najlepszym wśród biathlonistów. Tymczasem wyprzedzili go trzej norwescy koledzy, z Tarjei Boe na czele. Daleko również najgroźniejszy rywal Francuza z minionego sezonu- Emil Hegle Svendsen. Przed rokiem był tutaj szósty, zaś w tej edycji wypadł poza pierwszą dwudziestkę. Podzielił tym samym los Pettera Northuga, który od początku forsował wysokie tempo, a później nie potrafił dotrzymać kroku innym zajmując również daleką lokatę.

Trud poniesiony na morderczej wspinaczce na pewno się opłacił. Oprócz nagrody pieniężnej dla zwycięzców, na wszystkich czekały piękne widoki na fiordy. Zakończył się tym samym pierwszy dzień zmagań na Skifestivalen Blink 2013.