SadurSky blog

Od teraz na www.czlowiekpolnocy.blogspot.com!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

Co nowego w Novym Mescie?

Biathlonowy Puchar Świata powrócił po krótkiej przerwie i zawitał tym razem do Novego Mesta na Morave. Jak sama nazwa tego miejsca wskazuje, w programie zawodów pojawiła się nowość, wokół której było głośno jakiś czas temu. Nowy twór, czyli "pojedyncza sztafeta mieszana" (single mixed relay), nazywana również supermikstem czy też sztafetą sprinterską, zadebiutowała oficjalnie w piątek. Można ją opisać krótko: pomysł dobry, ale raczej lepiej ogląda się to na miejscu, niż w telewizji.

A skoro już mowa o oglądaniu biathlonu na żywo, od razu przypominają mi się ostatnie lata, kiedy właśnie w Novym Mescie miałem okazję obserwować zawody PŚ z pozycji widza na trybunach. Ta lokalizacja zaliczyła swój debiut w kalendarzu IBU w sezonie 2011-2012. Rok później odbyły się tam Mistrzostwa Świata zakończone organizacyjnym sukcesem. W ubiegłym sezonie jednak biathloniści nie pojawili się na Morawach, co można tłumaczyć obecnością Igrzysk Olimpijskich. W ubiegły weekend Nove Mesto powróciło i, jak słusznie głoszą media, zrobiło to w wielkim stylu. Przez cały czas trwania zawodów, na trybunach i przy trasach pojawiła się ogromna liczba kibiców, bo około 100 tysięcy. Wśród nich nie było tym razem mnie, ale na podstawie poprzednich lat, postaram się opowiedzieć nieco na temat fenomenu tego miejsca.
Mistrzostwa Świata w 2013 roku. Widok na centrum Novego Mesta. Z miejsca wykonywania zdjęcia, którym był ogromny parking, szło się do stadionu około kilometr. Drogą poniżej poruszały się tylko autobusy dowożące kibiców na miejsce.
Początki nigdy nie są łatwe. Pamiętam pustawe trybuny podczas biegów indywidualnych w 2012. Tamtego czasu udało mi się przyjechać na ostatni dzień zawodów, czyli biegi pościgowe. Ceny biletów były wówczas bardzo przystępne. Dokładnie pisząc, za wejściówkę od osoby płaciło się 280 CZK, co w porównaniu do bardziej znanych miejsc typu Ruhpolding czy Anterselva, jest znaczną różnicą. A przecież poziom i zawodnicy ci sami, więc po co przepłacać? Mówi się, że dla atmosfery wybiera się właśnie wyżej wymienione trasy. O ile wtedy mógłbym się z tym zgodzić, bo może czeska publiczność musiała się jeszcze nauczyć uwielbiać biathlon, o tyle teraz nie ma takiej możliwości. Już na mistrzostwach było widać, jak gorącym dopingiem potrafią wspierać gospodarze swoich zawodników, zaś duża liczba zagranicznych widzów urozmaicała przekaz. Organizacja zawodów również zmieniła się na przestrzeni lat. Na początku parkingi dla kibiców znajdowały się dość daleko od stadionu, bo w centrum Novego Mesta, skąd trzeba było dojeżdżać autobusami. Rok później miejsc dla fanów było znacznie więcej i to nawet w bliskim sąsiedztwie ze stadionem. Wciąż można było skorzystać z darmowego autobusu, zostawiając samochód na przykład w oddalonej o kilka kilometrów miejscowości Zdar nad Sazavou. Był to dobry sposób na uniknięcie korków w drodze na miejsce, z uwagi na specjalne odcinki przeznaczone tylko dla komunikacji zbiorowej przewożącej kibiców. Trudno się dziwić takim rozwiązaniom. W końcu Mistrzostwa Świata zawsze oznaczają dużą liczbę fanów, których trzeba jakoś przyprowadzić na miejsce. Adekwatnie do rangi imprezy przedstawiały się również ceny. Za wejściówkę na sprinty należało zapłacić 400 CZK, zaś biegi pościgowe i masowe były jeszcze droższe. Oczywiście zależało to również od usytuowania trybuny, stąd porównanie pomiędzy 2012 a 2013 radzę traktować poglądowo.
Stać na trybunie wypełnionej pięknie ubranymi kibicami z Norwegii oraz Niemcami z olbrzymimi kołatkami do robienia hałasu to wspaniałe wspomnienie.
Po takim organizacyjnym sukcesie, powrót biathlonowego Pucharu Świata na stadion Vysocina Arena był tylko kwestią czasu. Dodatkowo sukcesy osiągane przez czeską reprezentację spowodowały, że na wyprzedanie biletów nie trzeba było długo czekać. Nie wiem, jak w tym roku przedstawiała się sytuacja cenowa, ale przypuszczam, że na pewno było taniej niż na MŚ. I tak oto, kilka dni po zakończeniu weekendu na Morawach, można cieszyć się rekordową frekwencją na trybunach, a co za tym idzie, również sporymi pieniędzmi w "portfelu". Z obrazków telewizyjnych można odnieść wrażenie, że większość z tego stanowiła "domowa" publiczność. Czeski biathlon stał się więc trochę jak samonapędzająca się machina. Gwiazdy przyciągają widzów, zaś dzięki ich zainteresowaniu, są środki na wychowywanie następców Soukalovej czy Slesingra.
Jakov Fak najwyraźniej dobrze się czuje w Czechach. W 2013 został tu brązowym medalistą Mistrzostw Świata, zaś w tym roku zdominował rywalizację, wygrywając sprint i bieg pościgowy.

Następnym razem czeska machina będzie mogła zadziałać w grudniu 2016, bowiem w następnym sezonie PŚ nie przewidziano rozegrania zawodów na Morawach. Biathlon będzie szukał sympatyków w Ameryce Północnej- w Presque Isle i Canmore. I jeżeli choć część dobrych zawodników zdecyduje się tam pojechać, będzie to dobry krok. W końcu zmiana otoczenia też jest czasem potrzebna, a i ciekawiej będzie zobaczyć coś innego na ekranach telewizorów, niż te same, znane nam trasy. A Czesi niech się nie martwią, jeszcze się naoglądają swojej podobno pięknej Soukalovej (bo nadużywane przez Patryka Mirosławskiego słowo "Gabcia" mi przez klawiaturę nie przejdzie). Natomiast każdemu polecam wycieczkę na oglądanie biathlonu na żywo. Akurat z Polski do Novego Mesta mamy najbliżej. Może i jest zimno, czasem bardzo śnieżnie i ludzi dużo, ale przynajmniej raz powinno się zobaczyć zawodników w akcji.
Tego pana zna chyba każdy kibic biathlonu. Jego również można było spotkać w trakcie Mistrzostw Świata 2013.

Czas się ruszyć

Zaraz, zaraz. Gdzie ruszać i po co? Już wyjaśniam. Wkrótce przyjdzie taki czas, że autor pojedzie na Północ, a dokładniej do norweskiego miasta Alta. A jedzie tam, aby studiować, pracować, trenować, czyli po prostu żyć. To samo mógłby robić tutaj, ale po co, skoro jest tyle powodów przekonujących do znalezienia innego miejsca dla siebie. Poza tym, jak inaczej miałby stać się Człowiekiem Północy?

Wyobraźcie sobie zwyczajnego małego człowieka, który miał ambitne marzenie zamieszkania tak daleko "u góry", jak tylko potrafił wtedy dosięgnąć na mapie. Tym miejscem była właśnie Alta. Później człowieczek dorósł, a wraz z nim zmieniały się kilka razy jego upodobania i perspektywy. Zapomniał wreszcie o swoim marzeniu, które i tak od początku było za mało realne, aby się spełniło. Aż w końcu któregoś razu spojrzał w lustro, prosto w swoje oczy. Trudno mu to przyszło, bo wiedział, że kiedyś skłamał w te same oczy obiecując, że niedługo zobaczą one zorzę polarną. Próbował się tłumaczyć: "czasy się zmieniają...". "Gówno prawda", odpowiedziały te same oczy. Od tej pory przestał w nie patrzeć, bo był zbyt zajęty. Postanowił zrobić wszystko, żeby jednak zapracować na to marzenie. Aż w końcu kilka dni temu znów spojrzał na siebie. I uśmiechnął się. Jak by tego nie ująć inaczej, po prostu czasem do spełnienia jakichś planów, potrzeba odważnych decyzji. Nawet, jeżeli tą odwagą ma być zamieszkanie na odległej Północy Norwegii. Z taką nadzieją wyjadę za kilka miesięcy, aby zacząć studia na najdalej wysuniętym na Północ uniwersytecie na świecie- Universitetet i Tromsø, a dokładniej jego oddziale w Alcie. Co będzie dalej? Tego sam jestem ciekaw.

Trudno powiedzieć, co wydarzy się przez ten cały czas, w którym mnie tu nie będzie. Jamrozowa Polana zorganizuje pewnie zawody Pucharu Świata w biathlonie, a później Mistrzostwa Świata. W Jakuszycach zostanie podpisane kolejne 1000 listów intencyjnych o budowę tego, czy tamtego, a i tak skończy się "jak zwykle". No, może tylko następne wyczynowe trasy zostaną zamknięte dla ogółu i udostępnione "tylko zorganizowanym grupom sportowym po wcześniejszym uzgodnieniu ze Stowarzyszeniem Biegu Piastów". Swoją drogą bardzo fajnie wyglądają te puste, ogrodzone odcinki, na których od tego czasu nie widziałem jeszcze trenujących zespołów. Sami widzicie, że tu żyć się nie da, tu nie da się mieszkać. Dlatego wyjadę, zanim wszystko zniknie. Choć wcale nie przyznam, że "czuję się dobrze tylko tam, gdzie pada i szaro i wieje ci w twarz". Nie muszę też "uciekać hen przez śnieg od tych, co tęsknią do wojen", choć czasem wydawać by się mogło, że tak właśnie jest.

Nie pisałbym tego wszystkiego, gdyby nie szły za tym pewne zmiany. Trudno mi dokładnie przewidzieć czy i w jakiej formule będę stamtąd pisał. Jeżeli tak, to przypuszczam, że oprócz tematów biathlonowych, które na zawsze pozostaną, pojawi się jeszcze coś na temat życia na Północy, które wygląda nieco inaczej, niż tu. Z chęcią pokażę Wam tamtejsze krajobrazy, zorzę polarną i wiele więcej, jeżeli tylko czas pozwoli. Póki co, wszystko zostaje po staremu.

Na koniec dodam jeszcze jedno. Jak by to banalnie i tkliwie nie brzmiało, róbcie to, co daje Wam satysfakcję i nie rezygnujcie ze spełniania marzeń. Pomyślcie, że czasem warto zaryzykować i spróbować postawić wszystko na jedną kartę, żeby móc spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: "niczego nie żałuję". Po co tkwić w szarości, mając do dyspozycji słabe, ale stabilnie "dzisiaj"? Lepiej zagrać o to lepsze, ciekawsze "jutro". Nie mamy przecież wiele do stracenia. Zawsze zostanie nam przynajmniej "hardkor i disko"...

Horni Misecky

Lato nie musi by przeznaczone tylko na treningi i urlopy. Czasami można poznać miejsca, które będzie się chciało odwiedzić w przyszłości na narty biegowe. Myśląc w ten sposób, pojechałem ostatnio do oddalonych o 30 km od granicy w Jakuszycach Horni Misecky. Tamtejsze trasy są położone na wysokości ponad 1000 m.n.p.m i oferują kilka wariantów dla ambitnych amatorów. Postanowiłem więc zbadać, czy warto przyjechać tam w zimie.

Pierwsze, co rzuciło się w oczy, to parking w samym Horni Misecky. Nawet w weekendowe letnie dni jest on zapełniony około południa. Miejsce zawsze się znajdzie, ale obawiam się, że w zimie, kiedy działają trasy biegowe i zjazdowe, sytuacja jest gorsza. Specjalnie na takie okazje otwierany jest dodatkowy parking. Mimo to, aby trafić na wolne miejsce w środku sezonu, trzeba być tam już wcześnie rano. Jest na to rozwiązanie. Gdy parking u góry jest przepełniony, zamykany jest wjazd do Horni Misecky. Samochód trzeba wówczas zostawić na dużym parkingu w Dolni Misecky i dalej skorzystać z autobusu. Nie jest to najwygodniejsza opcja, ale jedyna. Płacimy wtedy jedynie za przejazd autobusem, który jest przystosowany do przewozu nart. Jeżeli natomiast uda nam się znaleźć miejsca na górze, całodzienny postój będzie kosztował 100Kč.

Widok na parking w Horni Misecky.
Dobrą opcją może być również przyjechanie do jednego z pensjonatów i wynajęcie pokoju choćby na weekend. Za przykład posłuży Chata Misecky. Ceny w sezonie i poza nim można zobaczyć na chatamisecky.cz. Podobne rozwiązanie jest wybierane przez wielu sympatyków narciarstwa, co widać po zbudowanych apartamentach. Niektóre z nich widnieją jako na sprzedaż, a przypuszczam, że większość została wybudowana typowo pod wynajem.
Apartamentowce w Horni Misecky.

Z "centrum" Horni Misecky udajemy się w kierunku stadionu biegowego. Znajduje się on nieopodal wyciągu na Medvedin. Stamtąd można wybrać kilka tras, które są dostępne dla biegaczy narciarskich. Wszystko tłumaczy mapa postawiona przy stadionie.


Widok na część stadionu.
Na stadionie rozpoczynają swój bieg wszystkie zawodnicze trasy, dostępne w Horni Misecky. Przeszedłem się częścią z nich i pierwsze wrażenie było pozytywne. Pokonywanie nawet najkrótszych pętli może przynieść w zimie dużo przyjemności. Jest kilka krótkich podbiegów i zjazdów, co dodaje dynamiki. Wybierając natomiast dłuższe warianty (granatowy, czerwony lub zielony), mamy szansę dotrzeć do strzelnicy biathlonowej.

Trasa niebieska jest w lecie używana szczególnie przez rowerzystów z uwagi na szutrową powierzchnię.

"Zavodni okruh" i wszystko jasne.  Rzeczony okruh zaprowadzi nas między innymi do strzelnicy.

Kawałek porośniętej trawą trasy żółtej.

Jednak nie tylko trasy wyczynowe może nam zaproponować ośrodek Horni Misecky. Przez miejscowość przebiega karkonoska magistrala biegowa, która obejmuje około 500 km tras turystycznych w Karkonoskim Parku Narodowym (czeskim), utrzymywanych przez poszczególne gminy i organizacje. Brzmi nieźle, prawda? Dla tych, którzy w biegówkach cenią sobie przede wszystkim turystyczne aspekty, jest to wspaniała okazja, aby poznawać góry na nartach. 

Trasa karkonoskiej magistrali turystycznej wiodąca w kierunku Rovinki.

Horni Misecky jest nastawione przede wszystkim na narciarzy alpejskich. Dlatego nie dziwi obecność wyciągów narciarskich w okolicy, wjeżdżających na położony na wysokości 1235 m. n. p. m. Medvedin. Ponadto niedaleko mamy Spindleruv Mlyn, znany również w dziedzinie zjazdówek. Zimą te miejsca zamieniają się w raj dla sympatyków nart. Każdy zatem znajdzie coś dla siebie, od turystyki, poprzez trasy zawodnicze, aż po zjazdowe. Oby tylko w sezonie dopisała pogoda oraz dla wszystkich starczyło miejsca na parkingach. Osobiście gdybym miał zdecydować się na wyjazd w tamte rejony, zrobiłbym to rezerwując wcześniej miejsce w jakimś miłym pensjonacie i zostając na kilka dni.

Jizerka

Wróciłem z wypoczynku w pięknych Bieszczadach wprost do sportowego szaleństwa. Co prawda skończył się Tour de France, ale pod koniec zeszłego tygodnia już mogliśmy podziwiać biathlonistów i biegaczy narciarskich w akcji. Wcale się nie pomyliłem, bo przyszedł czas na coroczny Skifestivalen Blink w Sandnes. Całość rozpoczęła się tradycyjnie wbieganiem na szczyt, czyli Lysebotn Opp. Wśród kobiet wygrała Liz Stephen, a najlepszym w konkurencji mężczyzn okazał się być Maurice Manificat. W piętek i sobotę rozgrywano zawody pokazowe w mieście, takie jak biegi ze startu wspólnego biegaczy i biathlonistów oraz sprinty i super sprinty. Zapraszam do obejrzenia relacji na kanale Emila Hegle Svendsena tutaj. Tymczasem chciałbym pozostać przy tematyce wbiegania pod górę na nartorolkach, bo znalazłem kolejne dobre miejsce na tego typu trening lub zawody- czeską osadę o pięknej nazwie Jizerka.

Jizerka 860 m. n. p. m. to początek kilku szlaków turystycznych. Jednym z nich można dotrzeć do Jakuszyc.

Trasa wiedzie z Horni Polubny do Jizerki. Wspinaczkę najlepiej rozpocząć przy restauracji i kierować się na parking koło Chaty pod Bukovcem.

Początek podjazdu w Horni Polubny. Przepraszam za jakość zdjęcia z komórki, ale będąc na rowerze ciężko zabrać ze sobą aparat.

Tam można zakończyć trening lub kontynuować jeszcze przez kilometr z jedną trudnością w postaci stromego zjazdu.
Widok na zjazd do Jizerki.

Jeżeli chodzi o subiektywne odczucia, to przede wszystkim jest to dłuższy, lecz łagodniejszy podbieg niż w przypadku omawianej wcześniej Przełęczy Rędzińskiej. Muszę przyznać, że wczoraj po raz pierwszy pokonywałem tę trasę rowerem szosowym, więc nie mogę jednoznacznie stwierdzić, jak wygląda to z punktu widzenia nartorolek. Asfalt jest trochę chropowaty, co może dać się we znaki po kilku kilometrach. Na szczęście ostatni kilometr jest bardzo gładki. W dni weekendowe roi się tam jednak od turystów i trzeba na nich uważać. Natomiast pod kątem ruchu samochodowego, całe 6 kilometrów jest idealne. Samochody przejeżdżają tam rzadko, zaś do parkingu kursują specjalne autobusy, którymi można później wrócić do Polubny lub nawet do samego Harrachova.
Początek ostatniego kilometra trasy.

Wjazd na nartorolkach do Jizerki jest też trochę zdradliwy. Po płaskich odcinkach trafiają się takie o nachyleniu nawet około 10%, które na szczęście nie są długie. Na pewno warto spróbować swoich sił na tym terenie. Tym bardziej, że na końcu czekają piękne widoki.
Jizerka. Na końcu trasy znajdziemy między innymi kilka restauracji.

Różnica przewyższeń nie jest imponująca, zwłaszcza w porównaniu do Lysebotn Opp, gdzie na dystansie 7,5 km zawodnicy pokonują 640 m w pionie, co daje średnie nachylenie 8,5%. W przypadku Jizerki dobrym pomysłem byłoby zmierzenie się z tą trasą techniką double poling. Różnica poziomów wynosi bowiem 164 m. Najciekawszy jest fakt, że na ostatnim kilometrze zjazd prowadzi nas na wysokość 860 m, co w porównaniu do startu w Horni Polubny dałoby jedynie 40 m różnicy. Nie ma się więc co sugerować procentami nachylenia, bo w tym przypadku najważniejszy jest dystans.

Jedna z restauracji w Jizerce.

Asfalt w Jizerce z pewnością pozwoli na nartorolki.
Polecam wybrać się do Jizerki na trening. Można tam wjechać choćby na rowerze i podziwiać widoki. Osoby na rowerze górskim mają więcej możliwości, bo istnieją wytyczone trasy, którymi można zagłębić się w Góry Izerskie lub pojechać do Jakuszyc. Przypuszczam, że w Czechach jest jeszcze więcej takich miejsc, które nadają się na nartorolkowy uphill, więc postaram się ich poszukać. Tymczasem podaję najważniejsze dane trasy Horni Polubny - Jizerka:

  • Długość: 6 km
  • Różnica poziomów: 164 m
  • Poziom trudności: łatwy
  • Mapa na stronie Endomondo: link
P.S.: Przepraszam, że musiałem zmienić czcionkę na gorszą w odbiorze, ale dotychczasowa odmówiła nagle współpracy z polskimi znakami bez powodu...

Sposób na jesienną depresję

Zaczęła się jesień. Zanim się obejrzysz, będzie zima i wyciągniesz stęskniony swoje biegówki. Ale przed tym czeka Cię jeszcze kilka dni polskiej złotej jesieni i kilkanaście polskiej szarej jesieni. Taka aura mniej lub bardziej nadaje się do treningów, ale jest w niej coś, co sprawia, że człowiek traci motywację do działania. Jest zimniej, dzień staje się coraz krótszy, a to nie sprzyja budowaniu formy. Nawet Martin Fourcade nie kryje niecierpliwości związanej z oczekiwaniem na pierwsze zawody. Jak obronić się przed jesienną nudą? Oto mój sposób, czyli zdjęcia.

Zawsze lubię sobie przypomnieć czas, kiedy jeszcze było cieplej lub przeciwnie, uciec myślami do zbliżającej się zimy. Pomagają mi w tym zdjęcia zrobione przeze mnie. Takie najlepsze kadry z danego momentu. I teraz mam zamiar je tutaj pokazać, żeby, być może, komuś urozmaicić oczekiwanie na zimę i zmotywować do treningów.

Dobrze czasem wspomnieć czasy aktywnego planespottingu. Samoloty są dla mnie czymś wyjątkowym. Nie pamiętam, kiedy dokładnie zostało zrobione to zdjęcie. Ale doskonale pamiętam, że wrażenie lądującego ATR przy zachodzie słońca było super. 
Tym razem Airbus A320 linii Air France. Robione z najlepszego na świecie tarasu widokowego (Berlin- Tegel). Nigdzie nie byłem tak blisko startujących maszyn.
A tu drobna zabawa z efektem makiety. Wszystko za sprawą pięknych terenów w okolicach Kotliny Kłodzkiej.
Jest też coś z gór. Wystarczy spojrzenie na to zdjęcie i można poczuć czyste, górskie powietrze.
I na koniec coś, na co czekam. Zima i kursująca wśród zasp śnieżnych Kolej Izerska. Już niedługo będzie można podziwiać podobne widoki w Jakuszycach.
Od razu lepiej. Jeżeli masz takie zdjęcia, które zawsze przywołują coś miłego, sięgaj do nich częściej i zapomnij o jesieni. A jeżeli jeszcze nie wystarczyło, to polecam posłuchać sobie Yellow zespołu Coldplay. Takie małe lekarstwo na wszechobecne żółte liście. Poniżej wersja koncertowa, bo wykonanie świetne, a na oryginalnym teledysku Chris wygląda jak jakiś gimnazjalista.

Być amatorem

Co to właściwie znaczy: być amatorem narciarstwa biegowego? Dla mnie równa się to mniej więcej byciu wolnym w wyznaczaniu sobie prywatnych celów i dążeniu do nich. Może to być start w zawodach, zakup określonego sprzętu, cokolwiek. Najważniejsze jest jednak, że z każdym dniem mamy szansę poprawiać swoją dyspozycję fizyczną i przede wszystkim dobrze się bawić. Właśnie to czyni życie lepszym- zainteresowanie, które dodatkowo pozytywnie wpływa na nasze samopoczucie. Zapamiętaj to za każdym razem, gdy powiesz: "nie chce mi się". Nie ma jednak jakiegokolwiek odgórnego wymagania, które jest Tobie stawiane przez kogoś innego. Sam decydujesz, co jest Ci potrzebne.

Spójrzmy na tę kwestię z punktu widzenia letnich przygotowań. Narciarstwo biegowe uwielbia wszechstronność, podobnie jak ja. Latem mam więc świetną okazję do jeżdżenia na rowerze i nartorolkach oraz do biegania. Każdy może samodzielnie układać sobie własny plan treningowy lub korzystać z innych, sprawdzonych rozwiązań. Będąc amatorem biegówek masz szansę mierzyć się z samym sobą, wypełniać plan i często zwiedzać ciekawe miejsca. A możliwości jest dużo. Przykładowo możesz wjechać na Przełęcz Karkonoską rowerem, albo zmierzyć się z drogą do schroniska Jelenka w Czechach. Trasy w Dusznikach- Zdroju codziennie zapraszają na nartorolki w miejscu, gdzie trenuje polska kadra biathlonowa. Dobra jest też dłuższa wycieczka na nartorolkach w polecanym już przeze mnie Usti nad Orlici. Natomiast szlaki narciarskie w Jakuszycach stają się latem idealną bazą do treningu Nordic Walking oraz jazdy na rowerze MTB. A co przez to zyskujesz? Oprócz satysfakcji z udanego wypadu, zostaniesz zwykle nagrodzony ładnym widokiem, jak poniżej.

Widok na Horni Mala Upa z okolic schroniska Jelenka.
Innym razem zobaczysz biathlonistów na strzelnicy z prawdziwego zdarzenia.


A jeszcze innym razem znajdziesz się w wymarzonym miejscu na trening i będziesz potrafił to wykorzystać. Nigdy nie wiadomo, dokąd zaprowadzi Cię życie. Ważne, abyś z niego czerpał to, co najlepsze. Takie możliwości daje Tobie bycie amatorem narciarstwa biegowego. Pamiętaj, że nie jest się nim tylko w zimie i KEEP NORDIC!

W Jaworzynie Śląskiej i w Sandnes

Ostatnio miałem okazję odwiedzić Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej. Oto, co można tam zobaczyć:







Eksponaty są w większości cennymi unikatami. Niestety nie wszystkie mogą być przywrócone do stanu używalności, nie mówiąc o zachowaniu w oryginalnej postaci. Główną rolę odgrywają tu oczywiście pieniądze, więc jeżeli nie ma ich wystarczająco dużo, nawet najszczersze chęci nie mogą być zamienione w czyn. Wbrew pozorom, ten temat odnajduje swoje odzwierciedlenie w sporcie. Nie ma mowy o dobrych wynikach bez zainwestowania w bazę treningową. Oglądając relację ze Skifestivalen Blink w norweskim Sandnes, natknąłem się na idealny przykład propagowania narciarstwa biegowego i biathlonu wśród najmłodszych. Wystarczy tylko spojrzeć na to, co przygotowano dla "przyszłych mistrzów".





Dobrej jakości sprzęt dla juniorów, mała strzelnica biathlonowa, krótki tor nartorolkowy- to wszystko wystarczy, aby obudzić w młodzieży zainteresowanie tymi dyscyplinami sportu. Przy okazji wspaniałej imprezy z udziałem gwiazd biathlonu i biegów narciarskich zadbano również o przyszłe pokolenie sportowców. To oczywiście kosztuje, ale za parę lat może się okazać, że właśnie dzięki takiej akcji "narodził się" następca Pettera Northuga. Nie wystarczą same wybitne osobistości i ich wyniki. Potrzeba pokazania młodemu człowiekowi, jak wygląda to wszystko z bliska, a nie jedynie na ekranie telewizora w trakcie wiadomości sportowych. 
W taki właśnie sposób dwa na pozór odległe od siebie tematy mogą okazać się podobne. Każdy niezauważony talent jest jak ten rdzewiejący parowóz w skansenie. Bez odpowiedniej opieki i zaangażowania finansowego z zewnątrz, nic z niego nie będzie. Dotyczy to każdej dyscypliny sportu. Niestety, w naszym kraju wciąż "za trudne" i "nieopłacalne" okazuje się zarówno zachowanie części historii dla potomnych, jak i zadbanie o nowe pokolenia sportowców. Wkrótce ukaże się szczegółowy opis zmagań na Skifestivalen Blink. 

SadurSky w raju, czyli na nartorolkach nad Cichą Orlicą

Nigdy nie przypuszczałem, że jest na świecie miejsce tak odpowiadające moim szerokim zainteresowaniom. Mowa o Dolinie Cichej Orlicy w Czechach, a konkretniej o trasie rowerowo- rolkarskiej łączącej trzy miasta: Usti nad Orlici, Chocen i Letohrad. Oddalona jest od przejścia granicznego w Kudowie o około 70 km. Nic nie stało więc na przeszkodzie (poza czeskim oznakowaniem dróg, wypadkiem tamującym ruch i złym wyborem objazdu), aby przejechać się nad Cichą Orlicę i sprawdzić, czy wspomniane ścieżki nadają się do ćwiczeń na nartorolkach.

Test zacząłem od samego Usti n. Orlici. Warto dodać, że prawdziwa droga dla rolkarzy zaczyna się na obrzeżach miasta. Wynika to z faktu, że trasa rowerowa została w mieście poprowadzona częściowo drogami użytkowanymi przez samochody, co nie stanowi akurat większego problemu dla rowerzystów. Jeżeli jednak chcemy skorzystać z odcinka, na którym wyłączony jest ruch samochodowy, musimy zdecydować, w którym kierunku mamy zamiar jechać. Później pozostaje już tylko znaleźć miejsce, w którym zaczyna się prawdziwy raj dla użytkowników nartorolek i wyruszyć na wycieczkę. Do wyboru miałem kierunki: Chocen i Letohrad. Osobiście wybrałem trasę w kierunku Chocena. Zaczyna się ona niedaleko dworca głównego w Usti n. Orlici. Prowadzi natomiast, przez większą część dystansu, wzdłuż jednej z najbardziej ruchliwych linii kolejowych w Czechach, czyli szlaku o numerze 010 (Praha - Kolin - Česká Třebová). Czyż nie brzmi to pięknie dla miłośnika transportu i nartorolek jednocześnie?

Do torów było rzeczywiście blisko.
Z wielką chęcią założyłem nartorolki, zabrałem aparat i wyruszyłem przed siebie. Nie przesadzę mówiąc, że wyprzedzały bądź mijały mnie pociągi co mniej niż 5 minut. Ruch na linii 010 jest imponujący. I to wszystko dzieje się w kraju znacznie mniejszym od Polski, gdzie nawet na słynnej CMK nie ma takiej częstotliwości kursowania składów. Nic więc dziwnego, że w przerwach mogłem sobie pozwolić na wykonanie kilku zdjęć, nie czekając zbyt długo, aż coś się pojawi.

"Kamila" 163 041-7 z niezidentyfikowanym pociągiem zbliża się do Usti nad Orlici.
363 032-4 z  mieszanym składem towarowym, w którym znalazł się również wagon PKP Cargo.

363 059-7 wiezie skład towarowy ze strony Usti nad Orlici.

Wróćmy jednak do testu. Trasa, którą wybrałem nie należy do trudnych. Jest wręcz idealna dla chcących nauczyć się prawidłowej jazdy na nartorolkach. Równy asfalt zachęcał mnie do "płynięcia" dalej i dalej, nie zważając na pokonywane odległości. Parę razy pojawił się jakiś niewielki podbieg, a po nim zjazd, ale nie stanowiło to najmniejszego problemu. Osiągałem coraz większe prędkości, co było możliwe z uwagi na mały ruch rowerów tego dnia. W jednym miejscu ścieżka przechodziła nawet przez tory kolejowe, co zmusiło mnie do zdjęcia nartorolek i przejścia piechotą. Był to jedyny moment, w którym należało to zrobić. Poza torami, można spokojnie rozkoszować się jazdą bez żadnych nieprzyjemnych odcinków z piaskiem, czy (nie daj Boże) kostką brukową.

Rzeczone przejście przez tory. Szlaban był zamykany często, ale nie utrudniało to ruchu.
Podczas jazdy natrafiłem również na samochód. Niby nie powinien się on pojawić w tym miejscu, lecz przy drodze rowerowo- rolkarskiej znajduje się kilka domów. Ich mieszkańcy muszą do nich dojechać, stąd istnieje ryzyko spotkania z samochodem. Nie ma się jednak czego obawiać. Kierowcy doskonale wiedzą, na jakiej drodze się znajdują i na pewno ustąpią pierwszeństwa rowerzyście, czy rolkarzowi. Właśnie tak było w moim przypadku. Dodatkowo, po przebyciu kilku kilometrów kończy się typowa ścieżka rowerowa z wyłączonym ruchem samochodów. Dalej trasa wytyczona jest zwyczajną ulicą, przy czym widnieje na niej znak dla kierowców, aby uważali na rowerzystów. Przypuszczam, że takie rozwiązanie działa. Tym bardziej, że ta ulica prowadzi do kolejnych domów mieszkalnych, więc ruch na niej zapewne nie jest duży. Ja natomiast postanowiłem zawrócić.  

Nie mogę uwierzyć, że tak szybko zleciał mi czas spędzony nad Cichą Orlicą. Idealnie udało się połączyć przyjemne z pożytecznym, czyli kolej i trening. Takie atrakcje w jednym miejscu zasługują na to, abym jeszcze kiedyś odwiedził Usti nad Orlici. Tym bardziej, że w okresie wakacyjnym można dojechać tam bezpośrednio z Wrocławia pociągiem "Nysa" uruchomionym przez Przewozy Regionalne. Był to z pewnością dobrze wykorzystany upalny, wakacyjny dzień. Na koniec wnioski z całego testu trasy rowerowo- rolkarskiej z Usti nad Orlici do Chocena:

  • Asfalt jest bardzo dobrej jakości, wręcz idealny na nartorolki. W dodatku brak dziur i piasku na drodze również zasługuje na pochwałę.
  • Brak trudności na trasie może być postrzegany dwojako. Niewątpliwie wybrany przeze mnie odcinek należał do prostych i przyjemnych. W sam raz na zwykły trening i wycieczkę. Żądnym wrażeń, podbiegów i zjazdów polecam jednak wybrać inne miejsce. 
  • Cicha Orlica, wzdłuż której przebiega trasa, pozytywnie wpływa na człowieka w upalny dzień, zapewniając przyjemny chłód. Za sprawą drzew można odnaleźć również sporo cienia na niektórych odcinkach. 
  • Przejeżdżające co chwilę pociągi robią wrażenie, ale również trochę hałasu (prędkość na tym odcinku wynosi 70 - 80 km/h). Na pewno jednak jest to lepsze niż ciągły ruch samochodowy przy ścieżce rowerowej w zatłoczonym mieście.  
  • Infrastruktura godna naśladowania. Dzięki połączeniu drogą trzech miast bardzo łatwo można się przemieszczać bez użycia samochodu. 
Gorąco polecam wycieczkę do Doliny Cichej Orlicy i wypróbowanie tych tras choćby na rowerze. Tym bardziej, że wówczas do dyspozycji mamy całą długość Chocen - Usti n. Orlici - Letohrad bez żadnych ograniczeń, co daje ponad 30 km. Warto spróbować!

Prosto, gładko, z lewej rzeka, z prawej tory.

W takim miejscu można odpocząć na zadaszonych ławkach. Znajdują się one poza kadrem z lewej strony. Natomiast z prawej strony widać znak kończący drogę bez ruchu samochodowego.

Budowa całości tras była oczywiście współfinansowana przez Unię Europejską.

Na nartorolkach przez poznańską Maltę

Kilka dni temu miałem okazję przebywać w okolicach Jeziora Maltańskiego w Poznaniu. Ten świetnie zagospodarowany teren przyciąga wielu sympatyków przeróżnych sportów, od wioślarstwa aż po narty. Tak, narty, ponieważ z powodzeniem można skorzystać z całorocznego stoku narciarskiego pokrytego igielitem. Ponadto w okolicy działa kolejka wąskotorowa "Maltanka" jeżdżąca do pobliskiego zoo, letni tor saneczkowy oraz pole do mini golfa. Do dyspozycji miłośników wycieczek pieszych i rowerowych są oddane liczne alejki spacerowe. Wszystko to czyni obszar "Malty" atrakcyjnym miejscem rekreacji mieszkańców Poznania. Co jednak ma do zaoferowania miłośnikom nart biegowych? Postanowiłem sprawdzić, czy alejki spacerowe i drogi rowerowe wokół jeziora nadają się do jazdy na nartorolkach.


Pełen nadziei na niezapomniane wrażenia z jazdy po niezliczonych trasach wyruszyłem z okolic stoku narciarskiego. Pierwsze, co zauważyłem to słabej jakości asfalt. Bardzo chropowaty, a ponadto zdarzają się dziury, które trzeba omijać. Trafiały się lepsze odcinki, ale niestety były one zbyt krótkie. Wreszcie na mojej drodze stanęła kostka brukowa, co oznaczało konieczność zawrócenia. Jedno stało się jasne: "Malty" nie da się okrążyć bez ściągania nartorolek. Postanowiłem więc przemieścić się w okolice fontanny (zdjęcie). Tam asfalt zdecydowanie bardziej zachęcał do jazdy. Co pewien czas pojawiały się jednak nieprzyjemne pęknięcia i pofalowania. Nie pozwalało to na swobodne pokonywanie trasy. Cały czas trzeba było zwalniać. Udałem się więc na krótki wyścig z "Maltanką". Znowu musiałem znosić nierówności chropowatego asfaltu- mordercy, który pojawił się na mojej drodze. Pozwoliło to jednak na spokojne osiągnięcie prędkości wąskotorówki. W sumie zabawa fajna, dopóki nie wytrzęsie tak, że się odechciewa. Zawróciłem i zakończyłem test tras wokół Jeziora Maltańskiego. Wnioski na koniec:

  • Trasy są świetne, ale nie nadają się na nartorolki. Może to kwestia aluminiowej ramy, ale nierówny i chropowaty asfalt mocno daje się we znaki. Miłośnikom nart biegowych z Poznania polecam zatem korzystać z tego terenu w celu treningu ogólnego (jazdy na rowerze, czy biegania), a miejsca na nartorolki poszukać gdzie indziej.
  • Nawet w tak dużym mieście, jak Poznań, nartorolki należą do egzotyki. Nie sposób nie usłyszeć czegoś w stylu: "Patrz, ten koleś biegnie na nartach!" lub "Co to jest!?". W sumie nie zaskoczyło mnie to. Nie spodziewałem się czegoś innego, skoro nawet w górach człowiek na tym sprzęcie budzi zdziwienie.
  • Sama "Malta" daje mnóstwo możliwości rekreacji, co czyni to miejsce unikatowym w skali kraju. Tylko pozazdrościć... Stąd też ciągły ruch na uliczkach, co utrudniało jazdę na nartorolkach. Ciągłe wyprzedzanie spacerujących i ustępowanie miejsca rowerzystom nie należy do przyjemności.


       

Deszczowy tour D29-137 (Podsudecka) i D29-286

Szkoda, że przejazd przez okolice, na których królują jeszcze niezelektryfikowane linie kolejowe, miałem okazję odbyć przy ciągle padającym deszczu. Stąd tak mało zdjęć, ale już się przyzwyczaiłem do braku szczęścia. Jak jest pogoda, to pociągów nie ma i mogę tak sobie czekać w nieskończoność. Nic nie pojedzie, dopóki nie odejdę zrezygnowany z upatrzonego miejsca. Tak było na przykład przy pierwszym podejściu na słynną D29-286 (Wałbrzych- Kłodzko) w Ścinawce Średniej. Na dowód zdjęcie.


To samo było kilkanaście minut później w Bierkowicach.


A pogoda była wspaniała. Ale dosyć tej retrospekcji. Dzisiaj od rana lało, ale za to już przy pierwszym spotkaniu z Podsudecką zauważyłem jadący krótki skład towarowy. Trochę dalej, przy jednej z bocznic zielone światło. Coś będzie jechać... Deszcz jakby się uspokoił, a od strony Kamieńca Ząbkowickiego zbliżał się ten oto kiosk z pokaźnym składem samochodów marki Skoda. Dawniej ten pociąg prowadziłaby ST43, ale nie narzekam, bo lepsze to, niż nic.




Nawet znalazł się taki egzemplarz Autosana H9 z PKS Nysa, najprawdopodobniej odpoczywający przy domu swojego kierowcy.


Później z pogodą było już tylko gorzej. Z nieba lało się wiadrami, co udaremniło wyjście na choćby jedno zdjęcie stonki ze składem tłucznia na tłumaczowskiej bocznicy. Kolejne spotkanie z linią Wałbrzych- Kłodzko, które miałem zamiar odbyć w drodze powrotnej, nie udało się. Jakoś nie mam szczęścia do D29-286.