SadurSky blog

Od teraz na www.czlowiekpolnocy.blogspot.com!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fourcade. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fourcade. Pokaż wszystkie posty

Io amo l'Italia

Po tragicznych warunkach śniegowych w Oberhofie oraz dość nieprzyjemnej i zmiennej pogodzie w Ruhpolding, włoska Anterselva przywitała biathlonistów w pięknym stylu. Temperatury poniżej zera oraz świecące słońce to coś, czego było trzeba zarówno kibicom na trybunach, jak również biathlonistom. Można by rzec, że wreszcie oglądaliśmy biathlon w prawdziwej zimowej odsłonie. W takich okolicznościach, na pięknych trasach w Tyrolu Południowym, przyszło się ścigać tego weekendu zawodnikom i zawodniczkom. Jak się jednak okazało, nie tylko biathlonem żyły tego weekendu Włochy.

Chyba nie trzeba ukrywać, że lubi się Anterselvę. To samo powie Król Biathlonu Ole Einar Bjoerndalen, który odnosił tam najwięcej ze swoich licznych zwycięstw. Podobnie powiedzą też ci, którzy po prostu dobrze czują się na dużych wysokościach. A wśród takich zawodników z pewnością możemy wskazać Evgenya Garanicheva, Simona Schemppa oraz Jakova Faka. Trzej panowie zakończyli zmagania w czwartek na podium, co w sumie było do przewidzenia. Schempp najwyraźniej w ostatnim czasie złapał bardzo wysoką formę, co potwierdzał już w Ruhpolding. Ponadto rok temu zwyciężył w Anterselvie, wówczas uzyskując taki sam czas jak faworyt gospodarzy- Lukas Hofer. Trudno więc było oczekiwać innego rozwiązania tego roku. Evgeny Garanichev też bywał we Włoszech na podium i to również na drugim miejscu w sezonie 2011/2012. Sezon później natomiast na "swoim" stopniu podium zameldował się Jakov Fak. Historia zatoczyła więc koło, zabierając ze sobą różnych znajomych zawodników. Osobiście natomiast bardzo cieszę się ze świetnej postawy Ole Einara Bjoerndalena, który w swoich indywidualnych startach tego weekendu chybił tylko raz na trzydzieści oddanych strzałów. Skuteczność imponująca nawet jak na Króla, co wystarczyło jednak tylko na 9. miejsce w sprincie i 4. na dochodzenie. Poziom był więc wysoki, o czym przekonali się również: Emil Hegle Svendsen i Martin Fourcade. Oboje zajęli pozycje w trzeciej dziesiątce. 

U pań, można by rzec, po staremu. Darya Domracheva zaliczy z pewnością weekend w Anterselvie do udanych. W piątek wygrała sprint z imponującą przewagą, zaś w sobotę w biegu pościgowym powiększyła ją do niemal półtorej minuty. Tak dużej różnicy czasowej pomiędzy pierwszą a drugą zawodniczką nie potrafię sobie przypomnieć, podobnie jak komentujący ten bieg panowie Krzysztof Wyrzykowski i Tomasz Jaroński, którzy też już wiele widzieli. Dzień później, podczas sztafety, swoich celów nie widziały natomiast zawodniczki. Tuż po rozpoczęciu drugiej zmiany zaczął wiać tak silny wiatr, że strzelanie stało się loterią. Gwałtowne podmuchy podrywały śnieg, co wyglądało tak, jak na poniższym screenie. 

Pogoda rozdała więc karty, zmieniając sytuację na trasie, jak w kalejdoskopie. Najwięcej szczęścia miały w tym wszystkim Niemki, które zwyciężyły z dorobkiem dwóch karnych rund, przed Czeszkami (0 karnych rund) i Ukrainą (3 karne rundy). Rekordzistkami w niecelnym strzelaniu były Koreanki z wynikiem aż 11 karnych rund. Nabiegały się, bidusie... Warto również wspomnieć, że nie po raz pierwszy pojawiły się problemy na strzelnicy podczas sztafety kobiet w Anterselvie. Rok temu ta sama konkurencja została przerwana i odwołana właśnie z powodu wiatru i braku widoczności. Najwyraźniej w tym miejscu zdarzenia lubią się powtarzać.

Nawet zsumowany dystans wszystkich Koreanek z niedzielnej sztafety nie może równać się z tym, co pokonali uczestnicy 42. edycji włoskiego maratonu Marcialonga. Przyznam, że wcześniej nie przywiązywałem większej wagi do biegów maratońskich (FIS Marathon Cup i Worldloppet), uznając je (jakże mylnie!) za zbyt długie, a przez to nudne do oglądania. Dziś chętnie przywaliłbym sobie samemu w twarz za takie podejście. A oto dlaczego. W niedzielę po raz pierwszy udało mi się obejrzeć całą transmisję Marcialongi. Dla tych, którym ta nazwa jest obca, śpieszę z wyjaśnieniem. To jeden z legendarnych maratonów zaliczanych do Worldloppet, obok Vasaloppet i Birkebeinerrennet, rozgrywany techniką klasyczną. Trasa ma zazwyczaj 70 km, ze startem w Moenie i metą w Cavalese. Przebiega przez najpiękniejsze miejsca Trydentu, zahaczając między innymi o znane z organizacji Tour de Ski i MŚ Val di Fiemme. W tym roku, z powodu gorszych warunków śniegowych, skrócono dystans do 57 km z Mazzin do Cavalese (link do mapy), co i tak stanowiło nie lada przeprawę dla licznie zgromadzonych zawodników. Wśród nich można było znaleźć kilka znajomych nazwisk, jak na przykład Øystein Pettersen, czy Katerina Smutna. A co, oprócz nazwisk, czyni Marcialongę godną zobaczenia? Odpowiedź jest prosta i brzmi: Trydent. Jak napisałem wcześniej, trasa wiedzie z jednej miejscowości do drugiej, przez co mamy do czynienia z obserwowaniem czegoś podobnego do etapu Tour de Ski z Cortiny d'Ampezzo do Toblach. Dostajemy więc piękne widoki, obserwowanie zawodników ze skutera śnieżnego i helikoptera oraz coś bardzo unikatowego- trasę w samym środku miasta. Podobnie jak w przypadku Vasaloppet, Marcialonga kończy się w mieście. Nie inaczej było w niedzielę, co oglądałem z przyjemnością. Do tego warto dodać, że większość stawki poruszała się na nartach bez smarowania "na trzymanie", przez co na całej długości trasy preferowaną techniką był dobrze nam już znany double poling. Przy tym, ostatni podbieg do położonego na wzgórzu Cavalese był wręcz morderczy. Od razu lepiej oglądało się walkę o zwycięstwo pomiędzy wspomnianym już Pettersenem, Andersem Auklandem oraz Tord Asle Gjerdalenem. Ten ostatni okazał się najmocniejszy i osiągnął swoje pierwsze zwycięstwo we włoskim maratonie. Drugi przybiegł Aukland, zaś trzecie miejsce zajął popularny "Pølsa". Wśród pań najlepsza była Katerina Smutna. Teraz już wiem, co można zrobić, gdy Puchar Świata przestaje już tak emocjonować. Wystarczy przerzucić się na maratony. Polecam, zaś do Trydentu muszę się kiedyś wybrać, choćby nawet na Marcialongę...

Pocztówka z Oberhofu

Pogoda po raz kolejny pokazała, że nienawidzi biathlonistów. Na przykład na Jamrozowej Polanie postanowiła zgotować organizatorom prawdziwy koszmar z padającym deszczem i temperaturą powyżej zera, przez co mimo starań i szczerych chęci nie udało się rozegrać niedzielnych biegów na dochodzenie w ramach Pucharu IBU. Niemniej jednak dwa wcześniejsze dni, czyli sprinty w piątek i sobotę, potoczyły się zgodnie z planem. Jak potwierdzają opinie zawodników, władz IBU oraz kibiców, impreza się udała, mimo tak trudnych warunków. A w przyszłych latach będzie jeszcze lepiej.

Jeszcze większe problemy mają organizatorzy następnego odcinka Pucharu IBU. W Langdorf, gdzie powinny odbyć się kolejne zawody, panują tak złe warunki atmosferyczne, że już teraz poinformowano o braku możliwości ich przeprowadzenia. Wymusza to ich przeniesienie do Ridnaun- Val Ridanna. Przy tym, Duszniki- Zdrój wypadły lepiej.
Standardowy widok z transmisji biathlonowego PŚ w Oberhofie.
Puchar Świata natomiast gościł jak zawsze chimeryczny Oberhof. Mgła, deszcz i wiatr to norma w tym miejscu. Czasem zastanawiam się, czy jest sens corocznego rozgrywania tu zawodów takiej rangi, skoro i tak zwykle nic nie widzą zarówno kibice na stadionie, jak i ci przed telewizorem. Za potwierdzenie moich słów może posłużyć sytuacja z czwartkowej sztafety mężczyzn, której start stał pod znakiem zapytania, aż w końcu został przełożony. Podobnie było ze sprintem w sobotę, tym razem przełożonym o kilka godzin. Powód jednak był ten sam, co zwykle. Opinia publiczna oraz sami zawodnicy zaczynają mieć tego wszystkiego dość. Darya Domracheva zdecydowanie wypowiedziała się na ten temat, twierdząc, że Oberhof powinien zniknąć z kalendarza PŚ. Martin Fourcade natomiast proponował zmianę terminu zawodów w tej lokalizacji na taki, w którym klimat byłby łaskawszy dla wszystkich. Inną kwestią są jeszcze trasy, które nawet w normalnych warunkach sprawiają dużo trudności najbardziej doświadczonym zawodnikom. Szczególnie "uwielbianym" miejscem jest znany zakręt na zjeździe, na którym padło tak wiele upadków, że postanowiłem je wszystkie zebrać w jednym filmie. Prawda, że jest to "piękna" pocztówka z Oberhofu?

Zmęczenie psychiczne i nie tylko

Wbrew tytułowi nie będzie tu nic z psychologii sportu. Zakończyły się ostatnie zawody biathlonowego Pucharu Świata w 2014 roku. Czeka nas więc odpoczynek od zmagań, co najbardziej cieszy zapewne Martina Fourcade. Francuz przyznawał jeszcze przed zawodami w Pokljuce, że czuje się już zmęczony psychicznie. Nie za wcześnie na takie deklaracje? Wszystko wyczuli zapewne jego rywale, którzy nie pozwolili mu odnieść ani jednego zwycięstwa w ten weekend. Mówi się o kompleksie niewygrywania Martina na słoweńskiej ziemi, a raczej robi to namiętnie Patryk Mirosławski, który komentował ostatnie zawody w Eurosporcie. Na szczęście nie był sam...

A teraz do rzeczy. Co działo się w ten weekend na trasach w Pokljuce? Nic, bo nie było Ole Einara Bjoerndalena. Żartuję, choć fakt, że zabrakło króla biathlonu (powodem było przeziębienie), odebrał mi część widowiska. O resztę zatroszczyli się jednak Emil Hegle Svendsen oraz Anton Shipulin. Ten pierwszy wyjechał ze Słowenii jako lider klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Po 3. miejscu w sprincie i fantastycznym zwycięstwie w biegu pościgowym, wyszedł na prowadzenie przed Martina Fourcade, lecz stracił je przez 17. miejsce w mass starcie. Zakończenie roku w żółtej koszulce jest zawsze czymś wyjątkowym, na czym zależało Martinowi. Z tego samego faktu może cieszyć się Kaisa Makarainen, która zaimponowała szczególnie świetnym biegiem w niedzielę, kiedy to na ostatniej rundzie odrobiła 18- sekundową stratę do Anais Bescond i zdołała wygrać.
Emil Hegle Svendsen
Królem Pokljuki można jednak nazwać Antona Shipulina. Po zwycięstwie w sprincie, był drugi w biegu na dochodzenie i ponownie wygrał w starcie wspólnym. Końcówka ostatniego z biegów przysporzyła dużo emocji i kontrowersji. Na finałowej rundzie w walce o zwycięstwo liczyło się aż pięciu zawodników. Na ostatnim podbiegu zaatakowali Francuzi- Martin Fourcade i Jean Guillaume Beatrix. Z nimi utrzymał się jedynie Shipulin, który skontrował na szczycie wzniesienia. W tym momencie wywrócił się Beatrix, zatrzymując praktycznie Fourcade. Nikt nie zdołał dogonić Rosjanina na zjeździe i prostej do mety. Martin przybiegł po wszystkim na drugim miejscu, zaś jego kolega z reprezentacji skończył na piątej pozycji. Można by powiedzieć "shit happens" i pójść dalej, jednak Francuzi postanowili złożyć protest. Umotywowali to faktem, że podobno Shipulin wykonał niebezpieczny manewr i podciął Beatrix, powodując jego upadek. Sędziowie sprawę oddalili, co jednak nie zakończyło kontrowersji wokół niej. Shipulin odpowiedział na wszystko, że być może było w tym trochę jego winy, ale w końcu sportu nie można odciąć od takich zdarzeń. Najbardziej poszkodowany Beatrix dodał, że Rosjanin nie powinien mimo wszystko atakować w taki niebezpieczny sposób. Fourcade załagodził sprawę stwierdzeniem: "Anton nie zrobił tego specjalnie. (...) Za całą sytuację mogę obwiniać tylko siebie". Ciekawą rzecz natomiast powiedział Tarjei Boe: "Ostatnie 100 metrów trasy jest po prostu parodią. Mógłbym na mecie wyprzedzić nawet Pettera Northuga, gdybym był pierwszy na ostatnim podbiegu. (...) Ten, kto będzie tam pierwszy, ma zwycięstwo w kieszeni". W sumie to chciałbym zobaczyć taki pojedynek Boe vs. Northug. Wracając jeszcze do nieprzyjemnych zdarzeń, to Pokljuki nie będzie dobrze wspominać Darya Domracheva. Podczas wbiegania na karną rundę w niedzielnym biegu masowym, zahaczyła o inną zawodniczkę i upadła w spektakularny sposób. Karabin został uszkodzony, przez co dalsza walka była niemożliwa i bezsensowna. Po raz kolejny: "shit happens".

Pamiętacie może moje wywody na temat kombinowania w biegach klasykiem? W skrócie chodzi o używanie sprzętu do łyżwy w takich wyścigach, czyli zdanie się tylko na siłę pchnięcia (double poling). Okazało się, że nie tylko ja zainteresowałem się tym tematem. Po ostatnim wyścigu na 15 km w Davos, sprawie postanowili się przyjrzeć studenci z filii Finnmarksfakultetet Arktycznego Uniwersytetu w Tromsø. Ich badania mają wskazać, jak wiele siły i wytrzymałości górnych partii ciała wymaga przebiegnięcie takiego dystansu w ten sposób. Dzięki temu, będziemy mogli sprawdzić, czy czasem warto zaryzykować i nie smarować nart na trzymanie, zyskując na zjazdach i płaskich odcinkach.

Biegi narciarskie pozostały w Davos. Jednego dnia zmieniono tylko styl na dowolny. Panie ścigały się na 10 km, zaś panowie na 15 km. Tym razem wszystkich zaskoczył Anders Gloeersen, uchodzący raczej za sprintera. Dobre rozłożenie sił pomogło mu jednak odnieść zwycięstwo na dystansie. Drugi był Petter Northug (wreszcie coś pokazał), zaś trzeci Chris Andre Jespersen. Szkoda jedynie Dario Cologni, który po raz kolejny nie wygrał przed własną publicznością. Trudno wciąż znaleźć jakąkolwiek formę u Legkova i Poltoranina, stąd też nie dziwi kolejne norweskie podium. Sytuacja zmieniła się w niedzielę, kiedy rozegrano sprinty techniką łyżwową. Najlepszy okazał się Włoch Federico Pellegrino (po raz pierwszy w karierze), wygrywając przed Alexeyem Petukhovem. Jedynym Norwegiem na podium był Finn Haagen Krogh. W ogóle tylko dwóch reprezentantów tego kraju znalazło się w finale. Oprócz Krogha biegł również Sondre Turvoll Fossli. Widocznie reszta postanowiła nie przemęczać się przed przerwą świąteczną i Tour de Ski lub posłuchała rozpaczliwych apeli o "skończenie dominacji". Tak czy inaczej, wszyscy sfrustrowani telewidzowie mogą wrócić do oglądania biegów męskich. Chociaż w sumie to i tak pewnie nikt ich nie oglądał wcześniej, bo nie ścigała się tam Justyna Kowalczyk, a dobrych zawodników przecież nie mamy (Maciej Staręga w ćwierćfinale sprintu to widocznie za mało). Patrząc w tej kategorii, to nikt już chyba nie ogląda jakichkolwiek biegów, bo przecież Kowalczyk startuje gdzieś w niższej rangi zawodach FIS. Jakby tego było mało, wygrywa Marit Bjoergen, która ustrzeliła w Davos dublet. Już widzę tę lawinę "hejtów" spadających na Norweżkę, koniecznie z wciśniętym Caps Lockiem i nielimitowaną liczbą wykrzykników (i jedynek też, jak kogoś nadzwyczajnie poniosą emocję). W sumie, jeżeli ktoś taki czyta ten post, niech wyleje na mnie swoją garść frustracji, podobno to pomaga. Radzę jednak pamiętać o jednym: nikogo to nie obchodzi, naprawdę.

To skoro nam się taka atmosfera zrobiła, rozładuję ją życzeniami z okazji Bożego Narodzenia. Oczywiście po norwesku: God Jul!!!!!!!1111111stojedenaście.

Kombinowanie nie zawsze popłaca

"Strasznie pan kombinuje..."- powiedział do mnie w czwartek mój wykładowca od algebry. "Ale jak nie kombinować przy wyznaczaniu macierzy odwrotnych?"- pomyślałem, a chwilę później było już po ćwiczeniach. Zadania nie dokończyłem, ale koniec oznaczał, że nie musiałem już zaprzątać sobie głowy podobnymi rzeczami, bo dla mnie zaczął się weekend. Wraz z nim czekały kolejne zawody, a wśród nich biathlon w Hochfilzen i biegi narciarskie w Davos. Znacznie przyjemniej jest myśleć o takich rzeczach.

Rywalizacja w biathlonie rozpoczęła się w piątek biegami sprinterskimi. Warto zauważyć, że z powodu słabych warunków śniegowych, została przygotowana tylko 2,5- kilometrowa runda biegowa. Przez to panowie musieli zmienić nieco formułę zawodów. Zamiast biec trzy 3,3- kilometrowe rundy, przed pierwszym strzelaniem pokonywali 2,5 kilometra, później przebiegali 5 km (mijając strzelnicę bez strzelania) i dopiero po tym ponownie odwiedzali strzelnicę. Dalej pozostawało tylko finałowe okrążenie do mety. Jak widać, nie tylko ja musiałem kombinować w tym tygodniu. Trochę niecodziennie to wyglądało, kiedy zawodnik przebiegał obojętnie obok stanowisk i zapewne wymagało mądrego rozłożenia sił w biegu z racji na nierówne dystanse pomiędzy strzelaniem. Najlepiej udało się to Johannesowi Thingnes Boe, który był zdecydowanie najszybszy na trasie, a w dodatku bezbłędnie strzelał. Większość faworytów startowała w pierwszej grupie z niskimi numerami. Jedynie Ole Einar Bjoerndalen oraz bracia Fourcade postanowili wyłamać się od tej zasady, licząc na poprawę warunków (większy mróz) w późniejszej fazie rywalizacji. Wybrali więc końcowe numery startowe. Nie wyszło im to jednak na dobre. Martin Fourcade, mimo bezbłędnego strzelania, zajął 7. miejsce. Nie czuł się najlepiej na trasie lub prognozy serwisantów się nie sprawdziły. Jeszcze gorzej skończył Simon na 30. miejscu. Niestety najgorzej z tej trójki wypadł Ole Einar Bjoerndalen, który popełnił aż trzy błędy na strzelnicy i skończył na 40. pozycji. W dodatku dopadło go jakieś przeziębienie, przez co nie wystartował w sobotniej sztafecie.
Martin Fourcade przez biegiem masowym w Sjusjoen na rozpoczęcie sezonu.
Biegi pań potwierdziły natomiast wysoką dyspozycję Tiril Eckhoff, co bardzo mnie cieszy. Norweżka zajęła 3. miejsce w piątkowym sprincie oraz w sobotę wyprowadziła norweską sztafetę na swojej zmianie z 12. na 5. pozycję, ustalając tym samym najlepszy czas pojedynczego odcinka. Wracając do sprintów, to po raz kolejny świetnie pobiegła Kaisa Makarainen, wygrywając zawody. Swoją dobrą formę pokazała również kolejna z Włoszek- Karin Oberhofer. Darya Domracheva po raz kolejny nie popisała się niestety na strzelnicy (podobnie jak OEB, przypadek?:-)), przez co z dwoma pudłami zajęła 8. lokatę. Z Polek najlepiej spisała się Weronika Nowakowska- Ziemniak (12. miejsce). Na uwagę szczególnie zasługuje krótki czas pobytu na strzelnicy naszej zawodniczki. W sztafecie było podobnie, kiedy ustanowiła najlepszy na swojej zmianie. Oby tak dalej. Jedyne, co może martwić, to nieco gorsze rezultaty indywidualne Moniki Hojnisz od początku sezonu. W Oestersund było tragicznie- bez punktów, a nawet poza czołową 60. w sprincie. W Hochfilzen natomiast widać pewną poprawę. Zakwalifikowała się do biegu pościgowego na 40. pozycji, a w sztafecie spisała się dobrze, przyprowadzając nasz zespół na 6. miejscu. Być może to tylko taki niemiły wstęp do sezonu w wykonaniu naszej młodej i obiecującej zawodniczki, więc teraz wszystko będzie szło lepiej. O wszystkim przekonamy się w niedzielnych biegach pościgowych.

W biegach narciarskich sytuacja nieco się zmieniła po słynnym "pogromie" w Lillehammer. Może nie wśród pań, ale tego nie można było oczekiwać. Panowie natomiast najwyraźniej szykują swoją formę tak, aby wygrać przed własną publicznością. Tak przecież było z Finami w Kuusamo, którzy w dzisiejszym biegu na 15 km klasykiem spisali się już gorzej, niż u siebie. Zwłaszcza od występu Iivo Niskanena, lidera klasyfikacji PŚ do lat 23, można było oczekiwać więcej niż 26. miejsca. W Lillehammer Norwegowie wzorowo się zaprezentowali, zaś w Davos wygrać chciał zapewne Dario Cologna. Widać było, ze jego dyspozycja była bardzo dobra. Niestety, Szwajcar najprawdopodobniej przekombinował z wyborem sprzętu. Na dość wymagającą trasę postanowił wybrać narty i buty do stylu łyżwowego, a przypomnę, że bieg odbywał się techniką klasyczną. A jak zapewne wiecie z kilku poprzednich tekstów, taki wybór skazuje zawodnika na pokonanie trasy praktycznie tylko bezkrokiem (double poling), z powodu braku smarowania na odbicie. Zaryzykował, chcąc być szybszym na trudnych zjazdach. Nie wytrzymał jednak siłowo, co doskonale było widać na ostatnim podbiegu, kiedy dogonił go Alex Harvey, używający tradycyjnej techniki. Tym samym stracił trochę czasu i zwycięstwo, bowiem wyprzedzili go dwaj Norwegowie. Na szczęście Dario będzie miał jeszcze kilka okazji do zwycięstwa na swoim gruncie, bowiem Puchar Świata zostaje w przyszłym tygodniu w Davos w zastępstwie za La Clusaz. Ostatecznie dzisiejszy bieg wygrał Martin Johnsrud Sundby, prezentujący jako jedyny w stawce bardzo równą formę, zaś drugie miejsce zajął Didrik Toenseth. Tym samym kolejny młody Norweg zgłosił aspiracje do pierwszego składu reprezentacji, w którym niedługo nie będzie miejsca dla Pettera Northuga. W tym biegu utytułowany biegacz postąpił podobnie jak Cologna, wybierając sprzęt do łyżwy. Sił w rękach starczyło mu jednak tylko na 10. pozycję. W dodatku konflikty sponsorskie oraz wypadek spowodowany pod wpływem alkoholu nie działają na korzyść norweskiej gwiazdy. Petter zapewne będzie musiał się w końcu zastanowić, czy ma zamiar być celebrytą, czy sportowcem. Zwłaszcza, że po sezonie będzie miał na to dużo wolnych wieczorów, które spędzi w domowym więzieniu w ramach kary za wspomniane już wcześniej wykroczenie. Zobaczcie jeszcze pierwszą piątkę klasyfikacji generalnych Pucharu Świata w biegach narciarskich, gdyby ktoś miał co do tego jakieś wątpliwości. Wśród pań:
RankAthleteCountryPoints
1
NOR
NOR
599
2
NOR
NOR
488
3
NOR
NOR
344
4
NOR
NOR
304
5
SWE
SWE
246

Wśród panów: 
RankAthleteCountryPoints
1
NOR
NOR
491
2
NOR
NOR
309
3
NOR
NOR
258
4
NOR
NOR
253
5
NOR
NOR
230
Ładnie to wygląda, prawda? Najbardziej cieszy mnie drugie miejsce Finna Haagen Krogha, który pochodzi z Alty- miasta na bardzo dalekiej Północy. A tak się składa, że być może wkrótce to miasto stanie mi się całkiem bliskie. Na razie jednak czekają nas kolejne zawody w nadchodzącym tygodniu oraz tyle samo okazji do kombinowania, zarówno dla mnie, jak i naszych bohaterów. Na koniec polecam jeszcze obejrzeć ciekawy filmik z wizyty Ole Einara Bjoerndalena w Madshus Academy. Ktoś dostrzega coś nietypowego w wyglądzie Króla? Wśród innych filmów znajdziecie między innymi wywiad ze znanym nam Noah Hoffmanem. 

O dominacji jednej nacji

Ostatnio na portalu sport.pl pojawił się ciekawy felieton Justyny Kowalczyk. W skrócie chodzi o dominację Norwegów od początku sezonu Pucharu Świata w biegach narciarskich. Dla zainteresowanych spojrzeniem naszej zawodniczki odsyłam do źródła: link. Temat został jeszcze rozwinięty przez tę samą stronę tu. Od razu pojawiły się też stwierdzenia dziennikarzy i specjalistów, według których biegi przestają być ciekawe, czego powodem jest właśnie dominacja jednej nacji. A tak się złożyło, że wszystko znalazł w internetach mój niezawodny kolega, dzięki czemu dorwałem się do tematu. I właśnie teraz opowiem Wam, co o tym myślę.

Po zawodach w Lillehammer można odnieść wrażenie, że Norwegowie odskoczyli reszcie i stworzyli własny poziom rywalizacji. Jednak ja nie szedłbym aż tak daleko we wnioskach. Po pierwsze, wśród mężczyzn stawka była dość wyrównana choćby tydzień temu w Kuusamo, kiedy na podium znalazło się dwóch Finów. No chyba, że sprawę rozszerzamy o całą Skandynawię, to wtedy rzeczywiście mamy powód do narzekania, ale mamy też poważny problem ze sobą. W ogóle biegi męskie od zawsze były ciekawsze, bo przecież do niedawna wśród kobiet mieliśmy sytuację, gdzie na podium mogliśmy w ciemno stawiać Bjoergen, Kowalczyk i Johaug w kolejności zależnej od stylu i dystansu. Wtedy było w pewnym stopniu tak samo "nudno" jak teraz, więc nie przesadzajmy. Jedynie wśród mężczyzn może dziwić brak formy takich dobrych zawodników, jak Poltoranina, Vylegzhanina i Legkova, ale tak jak stwierdził szef centrum przygotowań olimpijskich, Tore Ovrebo, jest to sezon poolimpijski i można się spodziewać nieco gorszych wyników. Jedynie Norwegowie nie mogą sobie na to pozwolić (poza Northugiem, co zresztą widać), bo straciliby miejsce w reprezentacji na rzecz obiecujących młodych zawodników, których jest bardzo wielu. Można choćby zaobserwować, że pojawiają się takie talenty jak Haga, Ek Hagen wśród kobiet, czy Golberg i Krogh wśród mężczyzn. Przez to siłą rzeczy może się zdarzyć, że na początku sezonu Norwegowie wyprzedzają formą innych.
Na taką dominację nawet Martin Fourcade nie wystarczy ;)
Problem tkwi również w czymś innym. Warunki do dominacji stwarzają niestety obecne w zawodach o Puchar Świata tzw. mikrocykle. Przez kilka dni rozgrywane są na przykład trzy biegi (przy czym zawsze jest w tym sprint), a całość kończy się biegiem pościgowym. Jednym słowem takie małe Tour de Ski. Pytanie tylko brzmi, dlaczego taka formuła zawodów, która ma być podobno ciekawsza, czyni ją przewidywalną. Przez bonifikaty ze sprintów wystarczy być dobrym w tej specjalności i jakoś dać radę w reszcie biegów (tak jak przykładowo Krogh w Lillehammer), przez co ma się zapewnioną całą masę punktów do klasyfikacji generalnej. To jeszcze nie jest aż takim problemem. Najgorszy jest fakt, że za poszczególne biegi mikrocyklu otrzymuje się mniej punktów (za zwycięstwo 60, zamiast 100), przez co liczy się praktycznie tylko to, co zdarzy się na końcu. Wiem, że "prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy", ale to wygląda trochę tak, jakby w biathlonie przyznawano więcej punktów za bieg pościgowy, niż za sprint. Na szczęście IBU nie ma nawet takich planów w głowie, bo i po co. Biathlon przecież staje się z roku na rok coraz ciekawszy, choć i tak mówi się o dominacji Martina Fourcade. Wśród pań tak jakby rozmiękł nam ten znany "beton" w postaci Makarainen, Soukalovej i Domrachevej, wpuszczając na podium na przykład Tiril Eckhoff, czy Włoszkę Wierer. FIS natomiast powinien przestać fascynować się "tourami", mikrocyklami i tym podobnym, bo wkrótce cały sezon zakończy się wielkim biegiem pościgowym, w którym lider będzie miał godzinę przewagi nad drugim zawodnikiem i tak dalej. W sumie to nawet dotychczas finałowe zawody w Falun były właśnie takim cyklem z całą masą punktów do zgarnięcia. Po raz kolejny warunki idealne do podkreślenia czyjejś dominacji.

W tym wszystkim nie można winić Norwegów. Medal ma zawsze dwie strony i tak jest też w tym przypadku. Rywalizacja się dopiero rozpoczęła i jeszcze wiele biegów przed nami, w których na pewno zabłyśnie Dario Cologna, czy po raz kolejny Iivo Niskanen. Wśród pań może sytuacja powróci do tej sprzed roku. Poza tym, zawsze byłem zdania, że pieniądze grają w sporcie olbrzymią rolę i nie da się tego przeskoczyć, nie mając odpowiedniego wsparcia. To samo stwierdza pani Justyna w swoim felietonie i nie pozostaje mi na koniec nic innego, jak zgodzić się z tymi słowami:
"Zresztą, o czym ja piszę, przecież u nas nawet na armatkę do robienia śniegu w Jakuszycach zabrakło. Trasa nartorolkowa wciąż jest w strefie marzeń. Tak, marzeń, nawet nie planów. Lokalni działacze się kłócą. PZN ma to gdzieś. Kadry ciągle trenują za granicą. Ciężko będzie w takich warunkach wyprodukować kolejnego mistrza. A bez mistrza wcześniej czy później Polska w ślad za Estonią czy Austrią zniknie z mapy krajów zainteresowanych biegówkami."

P.S.: A o Jamrozowej Polanie Pani słyszała?

Pierwsze strzały

Choć oficjalnie sezon 2014/2015 biathlonowego Pucharu Świata jeszcze się nie zaczął, to większość czołowych biathlonistów oddała już pierwsze strzały na zawodach międzynarodowych. Tradycyjnie w Sjusjoen zawodnicy rozpoczęli zimowe zmagania biegami sprinterskimi oraz ze startu wspólnego. Oprócz szerokiej kadry Norwegii, na starcie stanęło wiele innych mocnych ekip, m. in. Francja z braćmi Fourcade na czele. Te zawody zawsze są okazją do sprawdzenia formy i wytypowania nazwisk, które wystartują w trzech pierwszych odcinkach PŚ. Jak spisali się Norwegowie i jaka jest forma Martina Fourcade? Oto, co wydarzyło się na trasach w Sjusjoen.

Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na to, że reprezentacja Norwegii po raz pierwszy pokazała się w nowych strojach. Stare wzory od Odlo zostały zastąpione przez markę Swix. Trzeba przyznać, że nowy design bardziej nawiązuje do barw narodowych.

Oprócz nowego stroju, Ole Einar Bjoerndalen zaprezentował swoje wygięte kije od Exela, o których pisałem wcześniej. Faktycznie wygląda to dość niecodziennie. Przejdźmy jednak do sedna, czyli biegów. W sobotę odbyły się sprinty. Wśród kobiet mieliśmy bardzo ładne podium i umyślnie używam tego określenia, bo zwyciężyła Włoszka Dorothea Wierer, przed Tiril Eckhoff i swoją rodaczką Karin Oberhofer. Kto choćby raz widział te biathlonistki, zrozumie, o co chodzi. Zaskakujące może być to, że wśród tak zapełnionej Norweżkami stawką, udało się zmieścić na podium aż dwóm reprezentantkom Włoch.
Dorothea Wierer przepytywana przez reporterów NRK.
Bieg mężczyzn zakończył się małą niespodzianką. Kolejny raz przekonaliśmy się, że nie można skreślać weteranów. Alexander Os, który był zmuszony przygotowywać się do sezonu poza kadrą A Norwegii, zwyciężył w imponującym stylu. Bezbłędne strzelanie i szybki bieg, pozwoliły mu wyprzedzić Simona Fourcade oraz Vetle Sjåstad Christiansena. 
Leworęczny Alexander Os w trakcie drugiego strzelania.
Patrząc na wynik Osa i Simona Fourcade, cieszy mnie dobra postawa biathlonistów, którzy byli trochę mniej widoczni w ostatnich sezonach. Klasyfikację pierwszej dziesiątki biegu mężczyzn możecie zobaczyć poniżej.
\Kliknij, aby powiększyć.

Na niedzielę przypadły biegi masowe. Do startu dopuszczana była najlepsza czterdziestka biegów sprinterskich. Nie pomyliłem się. W Sjusjoen jest naprawdę 40 stanowisk na strzelnicy. Wśród kobiet podium ze sprintu prawie się nie zmieniło. Jedynie Karin Oberhofer zamieniła inna Włoszka- Nicole Gontier. Eckhoff i Wierer pokazały, że są w bardzo dobrej formie na początku sezonu. Należy jednak pamiętać, że wszystko to miało miejsce pod nieobecność dwóch znakomitych zawodniczek, bowiem zarówno Darya Domracheva, jak i Kaisa Makarainen, nie startowały. Na pewno więcej wyjaśni się w Oestersund. Tak, czy inaczej wierzę w ogromne możliwości Tiril Ekchoff, zaś cała kobieca kadra Włoch może nas mile zaskoczyć w nadchodzących zawodach Pucharu Świata.
Znany już napis wśród norweskich kibiców dodawał siły Królowi biathlonu.
Bieg ze startu wspólnego mężczyzn był pięknym przypomnieniem siły Ole Einara Bjoerndalena. Król pokazał, o ile smutniejsza byłaby rywalizacja bez niego. Podobnie jak rok temu, zwyciężył w Sjusjoen, wyprzedzając Larsa Helge Birkelanda oraz Emila Hegle Svendsena. Wszystko rozstrzygnęło się na ostatnim strzelaniu, kiedy to tylko Birkeland i OEB byli bezbłędni. Warto zaznaczyć, że podczas tej próby Martin Fourcade spudłował aż trzy razy. Być może forma Francuza nie jest optymalna, choć tego weekendu pokazał, że pod kątem szybkości na trasie nie odstaje od reszty. Bjoerndalen natomiast fantastycznie pobiegł ostatnią rundę. Odrobił 9 sekund straty do Birkelanda, a potem zdołał go zaatakować na ostatnim podbiegu i odnieść pewne zwycięstwo. 

Najprawdopodobniej żadnego innego biathlonisty nie będzie stać na takie wyczyny w wieku 40 lat. Za każdym razem muszę sobie o tym przypominać, bo przecież dla mnie ma on wciąż te trzydzieści kilka lat. Można pójść za redaktorem portalu biathlon.pl i porównać OEB do "Mody na sukces", która nigdy się nie skończy. Jest jednak pewna znaczna różnica- jego zawsze będziemy chcieli oglądać...
Każdy biathlonista zostawił swój podpis na tablicy. Również Ole Einar Bjoerndalen, który potrzebował na to całej kartki ;) Nieskromnie dodam, że mam taki sam na czapeczce.

Aby dopełnić jeszcze formalności odnośnie biegu ze startu wspólnego mężczyzn, poniżej wrzucam klasyfikację pierwszej dziesiątki. Kto nie oglądał transmisji, może nadrobić zaległości na kanale Emila Hegle Svendsena na YouTube.
Kliknij, aby powiększyć.
Po zawodach w Sjusjoen można powiedzieć już nieco więcej na temat formy poszczególnych zawodników i zawodniczek. Do startu Pucharu Świata pozostało już nieco mniej niż dwa tygodnie, więc czas najwyższy, aby przygotować się w pełni do rywalizacji. Cały biathlonowy teatr rusza 30 listopada tradycyjnie sztafetą mieszaną w Oestersund. Następnie biegi indywidualne, sprinty i pościgowe. Wtedy na starcie zobaczymy już wszystkich i okaże się, kto tak naprawdę będzie walczył o najwyższe lokaty. Tak więc, do zobaczenia!

Stres niejedno ma imię

Było już o motywacji, depresji i modelu katastrofy. Teraz czas na coś, co niejako łączy się ze wszystkimi tymi aspektami. Chodzi o stres. Wiemy, że jest on wszędzie, więc także i w sporcie. Potrafi zmobilizować człowieka, ale również go zniszczyć. Jakie oblicze przyjmuje wobec sportowców i jak na nich wpływa? Postaram się to Tobie wyjaśnić, Drogi Czytelniku, w tym poście.

Na pomysł takiego tekstu wpadłem po usłyszeniu wiadomości o braku motywacji Emila Hegle Svendsena. Co prawda ten temat poruszyłem już wcześniej. W ogóle, jak się przyjrzeć, to w tekstach z psychologią sportu w tle często pojawia się EHS. Widocznie tak sobie go upodobałem, jak dobry przykład sportowca trapionego różnego rodzaju problemami. Poprzednio zabrakło jednak tego czynnika sprawczego, którym zazwyczaj jest stres. Można go wiązać z rolą pobudzenia, które opisywałem w modelu katastrofy. Lecz również można odnieść do reszty tematów, a nawet do depresji. Wszystko zależy od indywidualnego podejścia sportowca i reakcji jego organizmu. Czasem może z tym być naprawdę ciężko.


Logiczne jest, że im większa popularność, tym większy stres. Przykładowo z występami Emila Hegle Svendsena związane są ogromne oczekiwania. Tak było na przykład na Igrzyskach Olimpijskich w Sochi. Nie twierdzę, że tylko to doprowadziło do pamiętnego zawalenia sztafety męskiej na ostatniej zmianie. Tak samo również nie mam zamiaru wmawiać nikomu, że w obecnej sytuacji EHS zwyczajnie boi się kontaktu z wizją zawodu na następnych IO. Myślę, że tak ceniony sportowiec nie ma z tym problemu. A gdybym jednak się mylił? Wtedy cała historia nabiera innego obrotu dobrze znanego dla każdego, kto zna stres jak swojego brata...

Stres zablokował Svendsena w Sochi podczas ostatniego strzelania sztafety. Pewny medal dla Norwegii został zamieniony na najgorsze możliwe czwarte miejsce. Takie coś jeszcze nie wydarzyło się w jego karierze. Zwykle panował nad sobą, utrzymując optymalny poziom pobudzenia, a tym razem wszystko poszło nie tak. Nie wiedział, dlaczego sprawy tak się potoczyły i za nic w świecie nie chce, żeby sytuacja się powtórzyła. Wciąż powtarza sobie w myślach: "Jeg er SuperSvendsen...", lecz umysł podpowiada raczej: "Det var min feil". Koledzy jakoś stawiają EHS na nogi, kończy się sezon, więc wszyscy udają się na imprezę, gdzie rzeczywiście odreagowuje. Przychodzą letnie treningi z kadrą. Patrząc na króla Bjoerndalena podziwia jego niesłabnącą motywację, mimo tylu lat startów. Już wie, że nie będzie taki, jak Ole Einar. Co więcej, boi się jego odejścia. Wtedy przewodnictwo kadry spadnie na niego, tak jak wzrok całej Norwegii. Jako najbardziej doświadczony nie będzie już "rozgrzeszany" ze słabszych występów, a tym bardziej nie zatuszuje ich zainteresowanie postacią OEB. Ma obok siebie kolegów, ale ciągłe współzawodnictwo o miejsce w kadrze nawet dla Emila Hegle nie jest wesołą perspektywą. I tak oto w lecie, kiedy dużo mówi się o planach na przyszłość, on nie chce wcale tego czynić. Jest ambitny, dlatego nie odpuści, ale stres związany z zainteresowaniem jego osobą odbiera mu motywację. Biathlon, który uwielbiał od najmłodszych lat stał się uosobieniem presji udowadniania samemu sobie, że jest najlepszy. Każdy następny start widzi więc jak rutynę tych samych czynności z lękiem przed porażką w tle. Aż wreszcie psychika powiedziała nie...

Poniosło mnie, prawda? Drastyczny przykład niszczenia sportowca przez stres i tak nie został dokończony. W ekstremalnym wydaniu pojawiłyby się reakcje obronne przeciążonego organizmu, prowadzące do kompletnej blokady w chwilach zwiększonego lęku. Nie chcę wdawać się w szczegóły, bo są one nieprzyjemne. Ta w większości dopisana w myślach historia z życia Svendsena miała tylko jeden cel. Ukazać, że takie problemy mogą dotknąć każdego. Równie dobrze może je mieć jakiś młody sportowiec, którego potencjał miał zaprowadzić do światowej czołówki. A przez "jedynie" stres to wszystko zostaje przekreślone. Z tego stanu wraca się zwykle po terapii, pracy nad sobą, zmianie stylu życia i przede wszystkim myślenia. Tak więc nie jest to niemożliwe. Mimo wszystko, nie życzę nikomu podobnych problemów, bez względu na to, czy jest zawodowcem, czy nie. Nie wierzysz? To polecam obejrzeć sobie film "Całkiem zabawna historia" ("It's kind of a funny story"). Pamiętaj o tym, Drogi Czytelniku. A wracając do samego Svendsena mam nadzieję, że wszystko będzie z nim w porządku. Odzyskanie motywacji będzie łatwiejsze, niż pokonanie własnej presji. A przede wszystkim liczę, że problemy EHS i Martina Fourcade nie przysłonią nam ich pięknych pojedynków w nadchodzącym sezonie.

Mononukleoza Martina Fourcade

Biathlonowy świat obiegła ostatnio wiadomość o chorobie Martina Fourcade. Zdobywca Pucharu Świata za poprzedni sezon boryka się z mononukleozą, przez co będzie musiał zrezygnować z treningów przez najbliższe tygodnie. Biorąc pod uwagę jego plany na przyszłą zimę, może być trudno osiągnąć wszystkie cele.

Martin Fourcade na starcie biegu masowego na Skifestivalen Blink 2013. W tym roku się tam nie pojawił.

Przypomnijmy, że Fourcade ma zamiar wystartować nie tylko w Mistrzostwach Świata w biathlonie w Kontiolahti, lecz również udać się do Falun, aby walczyć z biegaczami narciarskimi o medale. Tymczasem mononukleoza nie pozwoli mu na treningi przez kilka tygodni. Ta choroba objawia się między innymi ciągłym zmęczeniem (więcej nie wiem, bo SadurSky słabnie czytając o chorobach, zainteresowanych zapraszam tu: http://drogadosiebie.pl/mononukleoza/) i jest prawdziwym utrapieniem dla sportowców. Zwykle powrót do formy zajmuje po tym długi czas. A przecież do zimy coraz bliżej. Możliwe, że Martin nie będzie najlepiej przygotowany na początku sezonu. Pytanie tylko brzmi, czy zmiana planu treningowego, wymuszona przez tę okoliczność, pozwoli na osiągnięcie optymalnej dyspozycji w momencie startu na obu Mistrzostwach Świata.

Jeszcze przed zdiagnozowaniem choroby, Fourcade czuł się wyczerpany. Nie wystartował na Skifestivalen Blink, skupiając się na własnym treningu. Postanowił jednak wprowadzić choć trochę współzawodnictwa, zapraszając Norwegów do strzeleckiego starcia. Na swoim profilu na portalu instagram zamieścił film, w którym wykonuje bezbłędne strzelanie w pozycji stojącej w niesamowitym czasie 10.26 sekundy. Dodał do tego opis: "can you be faster?" i oznaczył w nim Emila Hegle Svendsena oraz braci Boe. Możecie to zobaczyć pod tym linkiem. Na nieszczęście Francuza, wszyscy wyzwani byli od niego szybsi. Najpierw odpowiedział Johannes Thingnes Boe z czasem 9:21 (film), później Tarjei ustanowił wynik 9:10 (film) i na końcu Emil Hegle Svendsen pochwalił się swoim czasem 9:67 (film). Panowie wpadli na dobry pomysł. Ciekawe, czy przyjdzie nam kiedyś obejrzeć tak spektakularne strzelanie na zawodach Pucharu Świata. Poniekąd próby podejmowali już wcześniej bracia Boe, czasem wiele na tym zyskując, a niekiedy tracąc przez pudła. Może by tak nominować do tego sprawdzianu Ole Einara Bjoerndalena? Zdarzało mu się przecież eksperymentować z szybkim strzelaniem i często decydowało to o sukcesie, jak choćby podczas złotego biegu sprinterskiego na IO w Sochi.

Wracając do sprawy Martina Fourcade, ma on jeden pozytyw w całej sytuacji. Już po zakończeniu poprzedniego sezonu zapowiadał, że w przyszłym nie będzie zbyt zainteresowany gromadzeniem wielu punktów w klasyfikacji Pucharu Świata, skupiając się na dwóch najważniejszych dla siebie imprezach. Tym samym będzie mógł odpuścić kilka startów w początkowej fazie zimy, aby rzeczywiście jego dyspozycja była najlepsza w czasie, kiedy będzie to dla niego najpotrzebniejsze. Mam nadzieję, że wróci do zdrowia, aby dostarczać nam emocji podczas zmagań na trasach.

Jamrozowa Polana

Odwiedzenie Jamrozowej Polany było tylko kwestią czasu. Po tym, jak obiecałem to sobie rok temu oraz ponownie w jednym z poprzednich postów, pozostało tylko zabrać niezawodny zespół na trasy nartorolkowe w Dusznikach- Zdroju. A skoro pogoda i towarzystwo dopisało, połowa sukcesu została osiągnięta już przed wyjazdem. Aby dotrzeć na miejsce, potrzeba nam było dwóch godzin jazdy samochodem.


Na miejscu przywitał nas znajomy dźwięk strzałów z KBKSów biathlonistów, którzy akurat mieli trening. Podobno jeszcze przed naszym przyjazdem było tak wielu zawodników, że brakowało stanowisk na strzelnicy. A jest ich przecież 30, tyle ile w każdym ośrodku biathlonowym, znanym wszystkim choćby z zawodów Pucharu Świata. Imponująca frekwencja. Przed wyruszeniem na trasy jeszcze obowiązkowa wizyta w PR-SPORT u jego miłej obsługi. Będąc tam, nie można się powstrzymać od kupienia czegoś. Tym razem padło na bidon termiczny od One Way.
Znacie już więc pierwszy powód, dla którego warto odwiedzić Duszniki- Zdrój. Przejdźmy dalej. Tuż przed rozpoczęciem naszego treningu, wszyscy biathloniści opuścili Jamrozową Polanę, zapewne na przerwę obiadową. Tym samym mieliśmy wszystkie trasy tylko i wyłącznie dla siebie. Lepszego początku nie można było sobie wyobrazić.
Widok na stadion.
Do jazdy na nartorolkach są dostępne dwie pętle. Początek obu jest taki sam. Po opuszczeniu stadionu kierujemy się przez most do lasu. Wspomniany most jest miejscem, na którym każdy przekonuje się, że ma do czynienia z prawdziwymi trasami wyczynowymi. Stromy zjazd z jego szczytu przyprawia o mocne wrażenia. Żeby zobrazować jego nachylenie (którego nie odzwierciedlają zdjęcia) powiem, że zjazd z Samolotu w Jakuszycach to płaska przejażdżka.
Zjazd z mostu, widoczny z jego podnóża.
W dalszej części trasa prowadzi pod górę do rozwidlenia. Wybierając kierunek w prawo, udamy się na pętlę długości 1,4 km. W lewo prowadzi 2,5- kilometrowa trasa i to właśnie ją zobaczymy na kolejnych zdjęciach.

Widok na rozwidlenie tras.
Warto przy okazji nadmienić, że jest wiele takich miejsc, z których można przejść na trasy nieasfaltowe. W zimie są one oczywiście przygotowywane dla narciarzy. Wracamy jednak na naszą dużą pętlę. Czeka tam na nas kilka stromych zjazdów i jeszcze bardziej wymagających podbiegów. Po raz kolejny mam wrażenie, że zdjęcia tego nie przekażą. 

Po zjeździe od razu pod górę.

I jeszcze bardziej pod górę. Nachylenie tego podbiegu przypomina trochę drogę na Przełęcz Karkonoską.
Oto najtrudniejszy zjazd na całej trasie. Oprócz stromizny, trzeba również radzić sobie z zakrętami.

Będąc tak rozpędzonym, dojeżdża się do ostatniego wzniesienia tej pętli. Teraz pozostaje już tylko łagodniejszy zjazd w kierunku stadionu.

Dwie pętle schodzą się ponownie niedaleko przed stadionem. 
Widok ze skrzyżowania pętli na część krótszej trasy.

Po pokonaniu ostatniego zjazdu na trasie, już znacznie łatwiejszego, docieramy ponownie na stadion. Mijamy 30 stanowisk strzeleckich, na których pozostały jeszcze łuski z nabojów po treningu biathlonistów. Szybki rzut oka na tarcze, napis "centrum polskiego biathlonu", trybuny, stanowiska dla trenerów i można poczuć się jak Martin Fourcade podczas biegu sprinterskiego. Jednak "nam strzelać nie kazano", więc ruszamy od razu na kolejną pętlę. No, może czasem zrobimy jedną, czy dwie karne rundy dla zabawy. I tak mijają dwie godziny treningu, podczas których coraz bardziej przekonujemy się, że wypisane na strzelnicy określenie Jamrozowej Polany nie jest przypadkowe. Trasy są wymagające technicznie i kondycyjnie, czyli takie, jakie powinny być, aby spełniać swoją nadrzędną rolę. Jest nią oczywiście stanowienie miejsca kształcenia biathlonistów i narciarzy biegowych. Po zakończeniu naszego treningu, grupy zawodników wróciły po przerwie obiadowej. Można było zaobserwować wśród nich zarówno młodzież, jak i dzieci, uczące się dopiero jazdy na nartorolkach. Ten system stwarza szansę na więcej takich wyników, jak ostatni srebrny medal Mateusza Janika w biegu sprinterskim juniorów na Mistrzostwach Świata w biathlonie na nartorolkach w Tymeniu. Oczywiście nie samo miejsce decyduje o późniejszych sukcesach, ale jest ważną ich częścią. W dodatku zawody i imprezy organizowane przez Jamrozową Polanę wciąż przypominają, że nartorolki i narty biegowe mogą być świetną zabawą dla każdego.
Trybuny wkrótce zapełnią się kibicami podczas Mistrzostw Polski w biathlonie na nartorolkach. 

Wizyta w Dusznikach- Zdroju potrafi czegoś nauczyć. Przede wszystkim respektu do nartorolek. "Sport to zdrowie", ale jeżeli ktoś wybierze się na długą pętlę mając je pierwszy raz na nogach, nie mogę zrobić nic innego, jak życzyć szczęścia. Sam na tym treningu zweryfikowałem swoje umiejętności i nie zawsze czułem się pewnie. Dlatego odwiedzenie Jamrozowej Polany polecam każdemu ambitnemu amatorowi, który ma zamiar się sprawdzić. Po drugie, można na własne oczy zobaczyć, że istnieją w Polsce miejsca przeczące idei trzech słów: "nie da się". Trasy są czyszczone i zadbane, podobnie jak strzelnica. Człowiek Północy czuje się tam jak w domu, a to bardzo mocny argument. Mam nadzieję, że będzie tak przez cały czas, zaś kolejną wizytę zapowiadam w zimie.

Na treningu z Martinem Fourcade

Pora na kolejny odcinek z serii "jak trenują zawodowcy". Tym razem zaglądniemy do obozu francuskiego, gdzie przygotowuje się do sezonu dwukrotny mistrz olimpijski z Sochi, czyli Martin Fourcade. Do swojej dyspozycji ma piękne i puste drogi w departamencie Jura. Trzeba przyznać, że są to wymarzone warunki do treningu, których osobiście zazdroszczę...



Jednak nie tylko mistrz trenuje w najlepszych miejscach ze świetnym wsparciem trenera Siegfrieda Mazet. Na dowód tego, że inni też mogą się czymś pochwalić, polecam filmik z przygotowań drugiego zespołu francuskiego w biathlonie.



Tymczasem dwóch młodych polskich biathlonistów zakończyło karierę. Rafał Lepel (24 lata) i Łukasz Słonina (25 lat) nie wznowili treningów przed przyszłym sezonem i tym samym nie powrócą już na trasy zawodów. Ktoś jeszcze dziwi się, dlaczego tak bardzo odstajemy poziomem od reszty?