Biathlonowy Puchar Świata powrócił po krótkiej przerwie i zawitał tym razem do Novego Mesta na Morave. Jak sama nazwa tego miejsca wskazuje, w programie zawodów pojawiła się nowość, wokół której było głośno jakiś czas temu. Nowy twór, czyli "pojedyncza sztafeta mieszana" (single mixed relay), nazywana również supermikstem czy też sztafetą sprinterską, zadebiutowała oficjalnie w piątek. Można ją opisać krótko: pomysł dobry, ale raczej lepiej ogląda się to na miejscu, niż w telewizji.
A skoro już mowa o oglądaniu biathlonu na żywo, od razu przypominają mi się ostatnie lata, kiedy właśnie w Novym Mescie miałem okazję obserwować zawody PŚ z pozycji widza na trybunach. Ta lokalizacja zaliczyła swój debiut w kalendarzu IBU w sezonie 2011-2012. Rok później odbyły się tam Mistrzostwa Świata zakończone organizacyjnym sukcesem. W ubiegłym sezonie jednak biathloniści nie pojawili się na Morawach, co można tłumaczyć obecnością Igrzysk Olimpijskich. W ubiegły weekend Nove Mesto powróciło i, jak słusznie głoszą media, zrobiło to w wielkim stylu. Przez cały czas trwania zawodów, na trybunach i przy trasach pojawiła się ogromna liczba kibiców, bo około 100 tysięcy. Wśród nich nie było tym razem mnie, ale na podstawie poprzednich lat, postaram się opowiedzieć nieco na temat fenomenu tego miejsca.
Mistrzostwa Świata w 2013 roku. Widok na centrum Novego Mesta. Z miejsca wykonywania zdjęcia, którym był ogromny parking, szło się do stadionu około kilometr. Drogą poniżej poruszały się tylko autobusy dowożące kibiców na miejsce.
Początki nigdy nie są łatwe. Pamiętam pustawe trybuny podczas biegów indywidualnych w 2012. Tamtego czasu udało mi się przyjechać na ostatni dzień zawodów, czyli biegi pościgowe. Ceny biletów były wówczas bardzo przystępne. Dokładnie pisząc, za wejściówkę od osoby płaciło się 280 CZK, co w porównaniu do bardziej znanych miejsc typu Ruhpolding czy Anterselva, jest znaczną różnicą. A przecież poziom i zawodnicy ci sami, więc po co przepłacać? Mówi się, że dla atmosfery wybiera się właśnie wyżej wymienione trasy. O ile wtedy mógłbym się z tym zgodzić, bo może czeska publiczność musiała się jeszcze nauczyć uwielbiać biathlon, o tyle teraz nie ma takiej możliwości. Już na mistrzostwach było widać, jak gorącym dopingiem potrafią wspierać gospodarze swoich zawodników, zaś duża liczba zagranicznych widzów urozmaicała przekaz. Organizacja zawodów również zmieniła się na przestrzeni lat. Na początku parkingi dla kibiców znajdowały się dość daleko od stadionu, bo w centrum Novego Mesta, skąd trzeba było dojeżdżać autobusami. Rok później miejsc dla fanów było znacznie więcej i to nawet w bliskim sąsiedztwie ze stadionem. Wciąż można było skorzystać z darmowego autobusu, zostawiając samochód na przykład w oddalonej o kilka kilometrów miejscowości Zdar nad Sazavou. Był to dobry sposób na uniknięcie korków w drodze na miejsce, z uwagi na specjalne odcinki przeznaczone tylko dla komunikacji zbiorowej przewożącej kibiców. Trudno się dziwić takim rozwiązaniom. W końcu Mistrzostwa Świata zawsze oznaczają dużą liczbę fanów, których trzeba jakoś przyprowadzić na miejsce. Adekwatnie do rangi imprezy przedstawiały się również ceny. Za wejściówkę na sprinty należało zapłacić 400 CZK, zaś biegi pościgowe i masowe były jeszcze droższe. Oczywiście zależało to również od usytuowania trybuny, stąd porównanie pomiędzy 2012 a 2013 radzę traktować poglądowo.
Stać na trybunie wypełnionej pięknie ubranymi kibicami z Norwegii oraz Niemcami z olbrzymimi kołatkami do robienia hałasu to wspaniałe wspomnienie.
Po takim organizacyjnym sukcesie, powrót biathlonowego Pucharu Świata na stadion Vysocina Arena był tylko kwestią czasu. Dodatkowo sukcesy osiągane przez czeską reprezentację spowodowały, że na wyprzedanie biletów nie trzeba było długo czekać. Nie wiem, jak w tym roku przedstawiała się sytuacja cenowa, ale przypuszczam, że na pewno było taniej niż na MŚ. I tak oto, kilka dni po zakończeniu weekendu na Morawach, można cieszyć się rekordową frekwencją na trybunach, a co za tym idzie, również sporymi pieniędzmi w "portfelu". Z obrazków telewizyjnych można odnieść wrażenie, że większość z tego stanowiła "domowa" publiczność. Czeski biathlon stał się więc trochę jak samonapędzająca się machina. Gwiazdy przyciągają widzów, zaś dzięki ich zainteresowaniu, są środki na wychowywanie następców Soukalovej czy Slesingra.
Jakov Fak najwyraźniej dobrze się czuje w Czechach. W 2013 został tu brązowym medalistą Mistrzostw Świata, zaś w tym roku zdominował rywalizację, wygrywając sprint i bieg pościgowy.
Następnym razem czeska machina będzie mogła zadziałać w grudniu 2016, bowiem w następnym sezonie PŚ nie przewidziano rozegrania zawodów na Morawach. Biathlon będzie szukał sympatyków w Ameryce Północnej- w Presque Isle i Canmore. I jeżeli choć część dobrych zawodników zdecyduje się tam pojechać, będzie to dobry krok. W końcu zmiana otoczenia też jest czasem potrzebna, a i ciekawiej będzie zobaczyć coś innego na ekranach telewizorów, niż te same, znane nam trasy. A Czesi niech się nie martwią, jeszcze się naoglądają swojej podobno pięknej Soukalovej (bo nadużywane przez Patryka Mirosławskiego słowo "Gabcia" mi przez klawiaturę nie przejdzie). Natomiast każdemu polecam wycieczkę na oglądanie biathlonu na żywo. Akurat z Polski do Novego Mesta mamy najbliżej. Może i jest zimno, czasem bardzo śnieżnie i ludzi dużo, ale przynajmniej raz powinno się zobaczyć zawodników w akcji.
Tego pana zna chyba każdy kibic biathlonu. Jego również można było spotkać w trakcie Mistrzostw Świata 2013.
Na pewno każdy przeczuwał, że kiedyś może się to zdarzyć. Otóż, po raz pierwszy od sezonu 1995/1996, przeglądając listę zwycięzców poszczególnych zawodów biathlonowego Pucharu Świata, nie ujrzymy na niej Ole Einara Bjoerndalena. Dla jego zagorzałych fanów, w tym także i dla mnie, jest to pewnego rodzaju rozczarowanie. Ktoś, kogo uważamy za bohatera, powoli przestaje nim być. Stwierdzam to, czego bardzo się bałem: dziś zwycięstwo OEB byłoby już tylko miłą niespodzianką, nie zaś codziennością. Do tego jeszcze zakończony sezon 2012/2013 był jego najgorszym od 18 lat pod kątem miejsca w klasyfikacji generalnej PŚ, zajął bowiem dopiero 22. miejsce. Gorzej było tylko, gdy zaczynał przygodę wśród seniorów, czyli 30. miejsce w sezonie 1993/1994 oraz 62. w 1992/1993. Każdy powie, że to wiek robi swoje i 39- letni biathlonista, nawet jeżeli jest żywą legendą, nie pokona znacznie młodszego Fourcade czy Svendsena. Owszem, jest to prawdą, ale nie w każdym calu. Tym wyjątkiem odbiegającym od reguły były tegoroczne mistrzostwa świata w Nowym Mieście, a konkretnie bieg sprinterski. Tak się składa, że byłem tam na widowni i mogłem na żywo oglądać zmagania biathlonistów i biathlonistek. OEB był wówczas bardzo mocny, do tego stopnia, że zacząłem na prawdę wierzyć w jego zwycięstwo. Być może nie wszyscy pamiętają, dlatego przytoczę: pierwsze strzelanie bezbłędne i bardzo dobry bieg, co dało mu pierwsze miejsce na międzyczasie zamykającym pierwszą rundę. Na drugiej trochę stracił do Svendsena i Fourcade, lecz otworzyła się furtka w postaci ich pudła w "stójce". Doskonale o tym wiedział, bowiem biegł z 58. numerem i wszystkich, z którymi walczył, miał przed sobą. Powiedzmy sobie wszyscy szczerze, że jego bezbłędne strzelanie dałoby mu tytuł mistrza świata, a ja byłbym tego świadkiem... To nie jest takie "biathlonowe gdybanie", które wszyscy lubimy uprawiać, taka jest gorzka prawda. Pamiętamy przecież, co wydarzyło się później. OEB dobiegł do drugiego strzelania, wszystkie trybuny na Vysocinie Arenie wstrzymały oddech (ja omal nie umarłem), po czym oddał 4 celne strzały, którym towarzyszyły niezwykle gromkie okrzyki publiczności, zaś ten najważniejszy- piąty, chybił. Kolejna biathlonowa zasada się sprawdziła: nie ma niczego pewnego, dopóki nie przekroczysz linii mety. Jedyne, co mogło wyrazić niedowierzanie, jak blisko był złoty medal i jak szybko się oddalił, to mój i norweskich kibiców stojących nieopodal, jęk zawodu. Od tego momentu było wiadomo, że król będzie co najwyżej na trzecim miejscu, co też nie byłoby złym wynikiem. Wyprzedził go jednak Jakov Fak, chorwacki Słoweniec z nazwiskiem wyrażającym dokładnie moje emocje z tych chwil , który zawsze pojawia się w najmniej spodziewanym momencie i zdobywa medal. Tak było i tym razem, a Bjoerndalenowi przypadło najgorsze miejsce dla sportowca, czyli czwarte. Na "ceremonii kwiatów" był jednak bardzo zadowolony, swój bukiet rzucił nawet wśród publiczność, szkoda że nie w moją stronę.
Chyba najbardziej liczyło się dla niego (i w sumie też dla mnie), że nadal potrafi się doskonale przygotować do ważnej imprezy, co nie przekreśla go z listy faworytów przed IO w Sochi. Najgorzej jest jednak, gdy cały wkład w przygotowania niweczy ten jeden strzał. Taki już jest biathlon... A ja i tak zawsze będę pamiętał wspaniałe (raczej tylko pod kątem występów OEB) Mistrzostwa Świata w Pyeong Chang w sezonie 2008/2009, kiedy to król wygrał prawie wszystko, co tylko się dało. To właśnie wtedy został pobity rekord pucharowych zwycięstw należący do Ingemara Stenmarka. Emocji było wiele, a na dowód przytaczam krótki filmik z ostatniej zmiany sztafety.
Skoro już tak sobie wspominam, to czas przypomnieć pierwsze zwycięstwo Bjoerndalena. Był to bieg indywidualny w Antholz- Anterselvie w sezonie 1995/1996. Ja byłem na świecie zaledwie od roku, a on już zwyciężał. Od tego momentu nie było takiego sezonu, w którym OEB nie wygrałby choć jednego biegu. Wtedy właśnie narodziła się legenda. Zwycięstw przybywało, aż w końcu ich liczba dobiła do 92. Piękną serię zakończył bieg pościgowy w Kontiolahti w sezonie 2011/2012, co stanowiło 93. triumf w karierze Norwega. Już wtedy mówiono, że król niczego nie wygra, ale tamten bieg był swego rodzaju odpowiedzią na słowa sceptyków i być może na zwątpienie jego samego. Pamiętam tą wielką radość, jakiej dawno nie było. OEB mógł wreszcie powiedzieć: "I still got it!". Dla przypomnienia również krótki filmik.
I tak oto powracamy do dnia dzisiejszego. Mimo braku zwycięstw, nie można powiedzieć, że "umarł król, niech żyje król" w osobie na przykład Martina Fourcade. Na miano legendy biathlonu należy zapracować wieloma udanymi sezonami. Po tylu latach, panowanie Ole Einara Bjoerndalena wcale się nie kończy i trwać będzie dopóki, dopóty startuje i do niego należy rekord liczby zwycięstw w Pucharze Świata. Ja zaś głęboko wierzę, że zwycięstwo z Kontiolahti nie okaże się jego ostatnim i mimo 40 lat na karku będzie w stanie wspiąć się na wyżyny swoich wielkich możliwości na Igrzyskach Olimpijskich w Soczi. Na koniec kilka filmików z najbardziej efektownych zwycięstw OEB.