SadurSky blog

Od teraz na www.czlowiekpolnocy.blogspot.com!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą technika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą technika. Pokaż wszystkie posty

Io amo l'Italia

Po tragicznych warunkach śniegowych w Oberhofie oraz dość nieprzyjemnej i zmiennej pogodzie w Ruhpolding, włoska Anterselva przywitała biathlonistów w pięknym stylu. Temperatury poniżej zera oraz świecące słońce to coś, czego było trzeba zarówno kibicom na trybunach, jak również biathlonistom. Można by rzec, że wreszcie oglądaliśmy biathlon w prawdziwej zimowej odsłonie. W takich okolicznościach, na pięknych trasach w Tyrolu Południowym, przyszło się ścigać tego weekendu zawodnikom i zawodniczkom. Jak się jednak okazało, nie tylko biathlonem żyły tego weekendu Włochy.

Chyba nie trzeba ukrywać, że lubi się Anterselvę. To samo powie Król Biathlonu Ole Einar Bjoerndalen, który odnosił tam najwięcej ze swoich licznych zwycięstw. Podobnie powiedzą też ci, którzy po prostu dobrze czują się na dużych wysokościach. A wśród takich zawodników z pewnością możemy wskazać Evgenya Garanicheva, Simona Schemppa oraz Jakova Faka. Trzej panowie zakończyli zmagania w czwartek na podium, co w sumie było do przewidzenia. Schempp najwyraźniej w ostatnim czasie złapał bardzo wysoką formę, co potwierdzał już w Ruhpolding. Ponadto rok temu zwyciężył w Anterselvie, wówczas uzyskując taki sam czas jak faworyt gospodarzy- Lukas Hofer. Trudno więc było oczekiwać innego rozwiązania tego roku. Evgeny Garanichev też bywał we Włoszech na podium i to również na drugim miejscu w sezonie 2011/2012. Sezon później natomiast na "swoim" stopniu podium zameldował się Jakov Fak. Historia zatoczyła więc koło, zabierając ze sobą różnych znajomych zawodników. Osobiście natomiast bardzo cieszę się ze świetnej postawy Ole Einara Bjoerndalena, który w swoich indywidualnych startach tego weekendu chybił tylko raz na trzydzieści oddanych strzałów. Skuteczność imponująca nawet jak na Króla, co wystarczyło jednak tylko na 9. miejsce w sprincie i 4. na dochodzenie. Poziom był więc wysoki, o czym przekonali się również: Emil Hegle Svendsen i Martin Fourcade. Oboje zajęli pozycje w trzeciej dziesiątce. 

U pań, można by rzec, po staremu. Darya Domracheva zaliczy z pewnością weekend w Anterselvie do udanych. W piątek wygrała sprint z imponującą przewagą, zaś w sobotę w biegu pościgowym powiększyła ją do niemal półtorej minuty. Tak dużej różnicy czasowej pomiędzy pierwszą a drugą zawodniczką nie potrafię sobie przypomnieć, podobnie jak komentujący ten bieg panowie Krzysztof Wyrzykowski i Tomasz Jaroński, którzy też już wiele widzieli. Dzień później, podczas sztafety, swoich celów nie widziały natomiast zawodniczki. Tuż po rozpoczęciu drugiej zmiany zaczął wiać tak silny wiatr, że strzelanie stało się loterią. Gwałtowne podmuchy podrywały śnieg, co wyglądało tak, jak na poniższym screenie. 

Pogoda rozdała więc karty, zmieniając sytuację na trasie, jak w kalejdoskopie. Najwięcej szczęścia miały w tym wszystkim Niemki, które zwyciężyły z dorobkiem dwóch karnych rund, przed Czeszkami (0 karnych rund) i Ukrainą (3 karne rundy). Rekordzistkami w niecelnym strzelaniu były Koreanki z wynikiem aż 11 karnych rund. Nabiegały się, bidusie... Warto również wspomnieć, że nie po raz pierwszy pojawiły się problemy na strzelnicy podczas sztafety kobiet w Anterselvie. Rok temu ta sama konkurencja została przerwana i odwołana właśnie z powodu wiatru i braku widoczności. Najwyraźniej w tym miejscu zdarzenia lubią się powtarzać.

Nawet zsumowany dystans wszystkich Koreanek z niedzielnej sztafety nie może równać się z tym, co pokonali uczestnicy 42. edycji włoskiego maratonu Marcialonga. Przyznam, że wcześniej nie przywiązywałem większej wagi do biegów maratońskich (FIS Marathon Cup i Worldloppet), uznając je (jakże mylnie!) za zbyt długie, a przez to nudne do oglądania. Dziś chętnie przywaliłbym sobie samemu w twarz za takie podejście. A oto dlaczego. W niedzielę po raz pierwszy udało mi się obejrzeć całą transmisję Marcialongi. Dla tych, którym ta nazwa jest obca, śpieszę z wyjaśnieniem. To jeden z legendarnych maratonów zaliczanych do Worldloppet, obok Vasaloppet i Birkebeinerrennet, rozgrywany techniką klasyczną. Trasa ma zazwyczaj 70 km, ze startem w Moenie i metą w Cavalese. Przebiega przez najpiękniejsze miejsca Trydentu, zahaczając między innymi o znane z organizacji Tour de Ski i MŚ Val di Fiemme. W tym roku, z powodu gorszych warunków śniegowych, skrócono dystans do 57 km z Mazzin do Cavalese (link do mapy), co i tak stanowiło nie lada przeprawę dla licznie zgromadzonych zawodników. Wśród nich można było znaleźć kilka znajomych nazwisk, jak na przykład Øystein Pettersen, czy Katerina Smutna. A co, oprócz nazwisk, czyni Marcialongę godną zobaczenia? Odpowiedź jest prosta i brzmi: Trydent. Jak napisałem wcześniej, trasa wiedzie z jednej miejscowości do drugiej, przez co mamy do czynienia z obserwowaniem czegoś podobnego do etapu Tour de Ski z Cortiny d'Ampezzo do Toblach. Dostajemy więc piękne widoki, obserwowanie zawodników ze skutera śnieżnego i helikoptera oraz coś bardzo unikatowego- trasę w samym środku miasta. Podobnie jak w przypadku Vasaloppet, Marcialonga kończy się w mieście. Nie inaczej było w niedzielę, co oglądałem z przyjemnością. Do tego warto dodać, że większość stawki poruszała się na nartach bez smarowania "na trzymanie", przez co na całej długości trasy preferowaną techniką był dobrze nam już znany double poling. Przy tym, ostatni podbieg do położonego na wzgórzu Cavalese był wręcz morderczy. Od razu lepiej oglądało się walkę o zwycięstwo pomiędzy wspomnianym już Pettersenem, Andersem Auklandem oraz Tord Asle Gjerdalenem. Ten ostatni okazał się najmocniejszy i osiągnął swoje pierwsze zwycięstwo we włoskim maratonie. Drugi przybiegł Aukland, zaś trzecie miejsce zajął popularny "Pølsa". Wśród pań najlepsza była Katerina Smutna. Teraz już wiem, co można zrobić, gdy Puchar Świata przestaje już tak emocjonować. Wystarczy przerzucić się na maratony. Polecam, zaś do Trydentu muszę się kiedyś wybrać, choćby nawet na Marcialongę...

Zmęczenie psychiczne i nie tylko

Wbrew tytułowi nie będzie tu nic z psychologii sportu. Zakończyły się ostatnie zawody biathlonowego Pucharu Świata w 2014 roku. Czeka nas więc odpoczynek od zmagań, co najbardziej cieszy zapewne Martina Fourcade. Francuz przyznawał jeszcze przed zawodami w Pokljuce, że czuje się już zmęczony psychicznie. Nie za wcześnie na takie deklaracje? Wszystko wyczuli zapewne jego rywale, którzy nie pozwolili mu odnieść ani jednego zwycięstwa w ten weekend. Mówi się o kompleksie niewygrywania Martina na słoweńskiej ziemi, a raczej robi to namiętnie Patryk Mirosławski, który komentował ostatnie zawody w Eurosporcie. Na szczęście nie był sam...

A teraz do rzeczy. Co działo się w ten weekend na trasach w Pokljuce? Nic, bo nie było Ole Einara Bjoerndalena. Żartuję, choć fakt, że zabrakło króla biathlonu (powodem było przeziębienie), odebrał mi część widowiska. O resztę zatroszczyli się jednak Emil Hegle Svendsen oraz Anton Shipulin. Ten pierwszy wyjechał ze Słowenii jako lider klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Po 3. miejscu w sprincie i fantastycznym zwycięstwie w biegu pościgowym, wyszedł na prowadzenie przed Martina Fourcade, lecz stracił je przez 17. miejsce w mass starcie. Zakończenie roku w żółtej koszulce jest zawsze czymś wyjątkowym, na czym zależało Martinowi. Z tego samego faktu może cieszyć się Kaisa Makarainen, która zaimponowała szczególnie świetnym biegiem w niedzielę, kiedy to na ostatniej rundzie odrobiła 18- sekundową stratę do Anais Bescond i zdołała wygrać.
Emil Hegle Svendsen
Królem Pokljuki można jednak nazwać Antona Shipulina. Po zwycięstwie w sprincie, był drugi w biegu na dochodzenie i ponownie wygrał w starcie wspólnym. Końcówka ostatniego z biegów przysporzyła dużo emocji i kontrowersji. Na finałowej rundzie w walce o zwycięstwo liczyło się aż pięciu zawodników. Na ostatnim podbiegu zaatakowali Francuzi- Martin Fourcade i Jean Guillaume Beatrix. Z nimi utrzymał się jedynie Shipulin, który skontrował na szczycie wzniesienia. W tym momencie wywrócił się Beatrix, zatrzymując praktycznie Fourcade. Nikt nie zdołał dogonić Rosjanina na zjeździe i prostej do mety. Martin przybiegł po wszystkim na drugim miejscu, zaś jego kolega z reprezentacji skończył na piątej pozycji. Można by powiedzieć "shit happens" i pójść dalej, jednak Francuzi postanowili złożyć protest. Umotywowali to faktem, że podobno Shipulin wykonał niebezpieczny manewr i podciął Beatrix, powodując jego upadek. Sędziowie sprawę oddalili, co jednak nie zakończyło kontrowersji wokół niej. Shipulin odpowiedział na wszystko, że być może było w tym trochę jego winy, ale w końcu sportu nie można odciąć od takich zdarzeń. Najbardziej poszkodowany Beatrix dodał, że Rosjanin nie powinien mimo wszystko atakować w taki niebezpieczny sposób. Fourcade załagodził sprawę stwierdzeniem: "Anton nie zrobił tego specjalnie. (...) Za całą sytuację mogę obwiniać tylko siebie". Ciekawą rzecz natomiast powiedział Tarjei Boe: "Ostatnie 100 metrów trasy jest po prostu parodią. Mógłbym na mecie wyprzedzić nawet Pettera Northuga, gdybym był pierwszy na ostatnim podbiegu. (...) Ten, kto będzie tam pierwszy, ma zwycięstwo w kieszeni". W sumie to chciałbym zobaczyć taki pojedynek Boe vs. Northug. Wracając jeszcze do nieprzyjemnych zdarzeń, to Pokljuki nie będzie dobrze wspominać Darya Domracheva. Podczas wbiegania na karną rundę w niedzielnym biegu masowym, zahaczyła o inną zawodniczkę i upadła w spektakularny sposób. Karabin został uszkodzony, przez co dalsza walka była niemożliwa i bezsensowna. Po raz kolejny: "shit happens".

Pamiętacie może moje wywody na temat kombinowania w biegach klasykiem? W skrócie chodzi o używanie sprzętu do łyżwy w takich wyścigach, czyli zdanie się tylko na siłę pchnięcia (double poling). Okazało się, że nie tylko ja zainteresowałem się tym tematem. Po ostatnim wyścigu na 15 km w Davos, sprawie postanowili się przyjrzeć studenci z filii Finnmarksfakultetet Arktycznego Uniwersytetu w Tromsø. Ich badania mają wskazać, jak wiele siły i wytrzymałości górnych partii ciała wymaga przebiegnięcie takiego dystansu w ten sposób. Dzięki temu, będziemy mogli sprawdzić, czy czasem warto zaryzykować i nie smarować nart na trzymanie, zyskując na zjazdach i płaskich odcinkach.

Biegi narciarskie pozostały w Davos. Jednego dnia zmieniono tylko styl na dowolny. Panie ścigały się na 10 km, zaś panowie na 15 km. Tym razem wszystkich zaskoczył Anders Gloeersen, uchodzący raczej za sprintera. Dobre rozłożenie sił pomogło mu jednak odnieść zwycięstwo na dystansie. Drugi był Petter Northug (wreszcie coś pokazał), zaś trzeci Chris Andre Jespersen. Szkoda jedynie Dario Cologni, który po raz kolejny nie wygrał przed własną publicznością. Trudno wciąż znaleźć jakąkolwiek formę u Legkova i Poltoranina, stąd też nie dziwi kolejne norweskie podium. Sytuacja zmieniła się w niedzielę, kiedy rozegrano sprinty techniką łyżwową. Najlepszy okazał się Włoch Federico Pellegrino (po raz pierwszy w karierze), wygrywając przed Alexeyem Petukhovem. Jedynym Norwegiem na podium był Finn Haagen Krogh. W ogóle tylko dwóch reprezentantów tego kraju znalazło się w finale. Oprócz Krogha biegł również Sondre Turvoll Fossli. Widocznie reszta postanowiła nie przemęczać się przed przerwą świąteczną i Tour de Ski lub posłuchała rozpaczliwych apeli o "skończenie dominacji". Tak czy inaczej, wszyscy sfrustrowani telewidzowie mogą wrócić do oglądania biegów męskich. Chociaż w sumie to i tak pewnie nikt ich nie oglądał wcześniej, bo nie ścigała się tam Justyna Kowalczyk, a dobrych zawodników przecież nie mamy (Maciej Staręga w ćwierćfinale sprintu to widocznie za mało). Patrząc w tej kategorii, to nikt już chyba nie ogląda jakichkolwiek biegów, bo przecież Kowalczyk startuje gdzieś w niższej rangi zawodach FIS. Jakby tego było mało, wygrywa Marit Bjoergen, która ustrzeliła w Davos dublet. Już widzę tę lawinę "hejtów" spadających na Norweżkę, koniecznie z wciśniętym Caps Lockiem i nielimitowaną liczbą wykrzykników (i jedynek też, jak kogoś nadzwyczajnie poniosą emocję). W sumie, jeżeli ktoś taki czyta ten post, niech wyleje na mnie swoją garść frustracji, podobno to pomaga. Radzę jednak pamiętać o jednym: nikogo to nie obchodzi, naprawdę.

To skoro nam się taka atmosfera zrobiła, rozładuję ją życzeniami z okazji Bożego Narodzenia. Oczywiście po norwesku: God Jul!!!!!!!1111111stojedenaście.

Kombinowanie nie zawsze popłaca

"Strasznie pan kombinuje..."- powiedział do mnie w czwartek mój wykładowca od algebry. "Ale jak nie kombinować przy wyznaczaniu macierzy odwrotnych?"- pomyślałem, a chwilę później było już po ćwiczeniach. Zadania nie dokończyłem, ale koniec oznaczał, że nie musiałem już zaprzątać sobie głowy podobnymi rzeczami, bo dla mnie zaczął się weekend. Wraz z nim czekały kolejne zawody, a wśród nich biathlon w Hochfilzen i biegi narciarskie w Davos. Znacznie przyjemniej jest myśleć o takich rzeczach.

Rywalizacja w biathlonie rozpoczęła się w piątek biegami sprinterskimi. Warto zauważyć, że z powodu słabych warunków śniegowych, została przygotowana tylko 2,5- kilometrowa runda biegowa. Przez to panowie musieli zmienić nieco formułę zawodów. Zamiast biec trzy 3,3- kilometrowe rundy, przed pierwszym strzelaniem pokonywali 2,5 kilometra, później przebiegali 5 km (mijając strzelnicę bez strzelania) i dopiero po tym ponownie odwiedzali strzelnicę. Dalej pozostawało tylko finałowe okrążenie do mety. Jak widać, nie tylko ja musiałem kombinować w tym tygodniu. Trochę niecodziennie to wyglądało, kiedy zawodnik przebiegał obojętnie obok stanowisk i zapewne wymagało mądrego rozłożenia sił w biegu z racji na nierówne dystanse pomiędzy strzelaniem. Najlepiej udało się to Johannesowi Thingnes Boe, który był zdecydowanie najszybszy na trasie, a w dodatku bezbłędnie strzelał. Większość faworytów startowała w pierwszej grupie z niskimi numerami. Jedynie Ole Einar Bjoerndalen oraz bracia Fourcade postanowili wyłamać się od tej zasady, licząc na poprawę warunków (większy mróz) w późniejszej fazie rywalizacji. Wybrali więc końcowe numery startowe. Nie wyszło im to jednak na dobre. Martin Fourcade, mimo bezbłędnego strzelania, zajął 7. miejsce. Nie czuł się najlepiej na trasie lub prognozy serwisantów się nie sprawdziły. Jeszcze gorzej skończył Simon na 30. miejscu. Niestety najgorzej z tej trójki wypadł Ole Einar Bjoerndalen, który popełnił aż trzy błędy na strzelnicy i skończył na 40. pozycji. W dodatku dopadło go jakieś przeziębienie, przez co nie wystartował w sobotniej sztafecie.
Martin Fourcade przez biegiem masowym w Sjusjoen na rozpoczęcie sezonu.
Biegi pań potwierdziły natomiast wysoką dyspozycję Tiril Eckhoff, co bardzo mnie cieszy. Norweżka zajęła 3. miejsce w piątkowym sprincie oraz w sobotę wyprowadziła norweską sztafetę na swojej zmianie z 12. na 5. pozycję, ustalając tym samym najlepszy czas pojedynczego odcinka. Wracając do sprintów, to po raz kolejny świetnie pobiegła Kaisa Makarainen, wygrywając zawody. Swoją dobrą formę pokazała również kolejna z Włoszek- Karin Oberhofer. Darya Domracheva po raz kolejny nie popisała się niestety na strzelnicy (podobnie jak OEB, przypadek?:-)), przez co z dwoma pudłami zajęła 8. lokatę. Z Polek najlepiej spisała się Weronika Nowakowska- Ziemniak (12. miejsce). Na uwagę szczególnie zasługuje krótki czas pobytu na strzelnicy naszej zawodniczki. W sztafecie było podobnie, kiedy ustanowiła najlepszy na swojej zmianie. Oby tak dalej. Jedyne, co może martwić, to nieco gorsze rezultaty indywidualne Moniki Hojnisz od początku sezonu. W Oestersund było tragicznie- bez punktów, a nawet poza czołową 60. w sprincie. W Hochfilzen natomiast widać pewną poprawę. Zakwalifikowała się do biegu pościgowego na 40. pozycji, a w sztafecie spisała się dobrze, przyprowadzając nasz zespół na 6. miejscu. Być może to tylko taki niemiły wstęp do sezonu w wykonaniu naszej młodej i obiecującej zawodniczki, więc teraz wszystko będzie szło lepiej. O wszystkim przekonamy się w niedzielnych biegach pościgowych.

W biegach narciarskich sytuacja nieco się zmieniła po słynnym "pogromie" w Lillehammer. Może nie wśród pań, ale tego nie można było oczekiwać. Panowie natomiast najwyraźniej szykują swoją formę tak, aby wygrać przed własną publicznością. Tak przecież było z Finami w Kuusamo, którzy w dzisiejszym biegu na 15 km klasykiem spisali się już gorzej, niż u siebie. Zwłaszcza od występu Iivo Niskanena, lidera klasyfikacji PŚ do lat 23, można było oczekiwać więcej niż 26. miejsca. W Lillehammer Norwegowie wzorowo się zaprezentowali, zaś w Davos wygrać chciał zapewne Dario Cologna. Widać było, ze jego dyspozycja była bardzo dobra. Niestety, Szwajcar najprawdopodobniej przekombinował z wyborem sprzętu. Na dość wymagającą trasę postanowił wybrać narty i buty do stylu łyżwowego, a przypomnę, że bieg odbywał się techniką klasyczną. A jak zapewne wiecie z kilku poprzednich tekstów, taki wybór skazuje zawodnika na pokonanie trasy praktycznie tylko bezkrokiem (double poling), z powodu braku smarowania na odbicie. Zaryzykował, chcąc być szybszym na trudnych zjazdach. Nie wytrzymał jednak siłowo, co doskonale było widać na ostatnim podbiegu, kiedy dogonił go Alex Harvey, używający tradycyjnej techniki. Tym samym stracił trochę czasu i zwycięstwo, bowiem wyprzedzili go dwaj Norwegowie. Na szczęście Dario będzie miał jeszcze kilka okazji do zwycięstwa na swoim gruncie, bowiem Puchar Świata zostaje w przyszłym tygodniu w Davos w zastępstwie za La Clusaz. Ostatecznie dzisiejszy bieg wygrał Martin Johnsrud Sundby, prezentujący jako jedyny w stawce bardzo równą formę, zaś drugie miejsce zajął Didrik Toenseth. Tym samym kolejny młody Norweg zgłosił aspiracje do pierwszego składu reprezentacji, w którym niedługo nie będzie miejsca dla Pettera Northuga. W tym biegu utytułowany biegacz postąpił podobnie jak Cologna, wybierając sprzęt do łyżwy. Sił w rękach starczyło mu jednak tylko na 10. pozycję. W dodatku konflikty sponsorskie oraz wypadek spowodowany pod wpływem alkoholu nie działają na korzyść norweskiej gwiazdy. Petter zapewne będzie musiał się w końcu zastanowić, czy ma zamiar być celebrytą, czy sportowcem. Zwłaszcza, że po sezonie będzie miał na to dużo wolnych wieczorów, które spędzi w domowym więzieniu w ramach kary za wspomniane już wcześniej wykroczenie. Zobaczcie jeszcze pierwszą piątkę klasyfikacji generalnych Pucharu Świata w biegach narciarskich, gdyby ktoś miał co do tego jakieś wątpliwości. Wśród pań:
RankAthleteCountryPoints
1
NOR
NOR
599
2
NOR
NOR
488
3
NOR
NOR
344
4
NOR
NOR
304
5
SWE
SWE
246

Wśród panów: 
RankAthleteCountryPoints
1
NOR
NOR
491
2
NOR
NOR
309
3
NOR
NOR
258
4
NOR
NOR
253
5
NOR
NOR
230
Ładnie to wygląda, prawda? Najbardziej cieszy mnie drugie miejsce Finna Haagen Krogha, który pochodzi z Alty- miasta na bardzo dalekiej Północy. A tak się składa, że być może wkrótce to miasto stanie mi się całkiem bliskie. Na razie jednak czekają nas kolejne zawody w nadchodzącym tygodniu oraz tyle samo okazji do kombinowania, zarówno dla mnie, jak i naszych bohaterów. Na koniec polecam jeszcze obejrzeć ciekawy filmik z wizyty Ole Einara Bjoerndalena w Madshus Academy. Ktoś dostrzega coś nietypowego w wyglądzie Króla? Wśród innych filmów znajdziecie między innymi wywiad ze znanym nam Noah Hoffmanem. 

Zaczynamy SadurSummer

Czas zacząć przygotowania do kolejnej zimy. W tym roku będzie podobnie, jak poprzednio. Lato postaramy się wspólnie spożytkować na treningi w różnych ciekawych miejscach, czyli będzie oczywiście dużo o nartorolkach. Postaram się odpowiedzieć na pytanie, gdzie najlepiej urządzić Uphill i jakie widoki można otrzymać w nagrodę za dotarcie na samą górę. Być może Człowiek Północy zwita do swojego upragnionego miejsca. Ponadto, razem ze Swedish Winter Sport Research Centre nauczymy się czegoś o technice oraz optymalnych ćwiczeniach siłowych dla biegaczy narciarskich. Przeglądniemy kalendarz imprez i zawodów, w których warto wystartować lub chociaż je zobaczyć i zdecydować się na start za rok. I wreszcie rozwikłamy zagadkę idealnego planu treningowego z pomocą zagranicznych badaczy fizjologii sportu. Nie zabraknie również postów o bieżących wydarzeniach, związanych głównie z serią World Endurance Championship oraz refleksji na temat minionego i przyszłego sezonu Pucharu Świata w biathlonie.

Ale najpierw... MATURA. Tak więc do zobaczenia w drugiej połowie maja. Obiecuję, że w mojej głowie pojawi się kilka pomysłów na posty po tym wszystkim. ;)

P.S.: KEEP NORDIC! Nie zapomnijcie o treningach, bo jak mówi One Way: "the hardest thing about exercise is to start doing it. Once you do an exercise regulary, the hardest thing is to stop".

Znalezione w internetach- relacja z Biegu Wazów

Było ostatnio o Worldloppet, więc czemu nie pociągnąć dalej tego tematu. Wiadomo, że jest to znany cykl biegów długodystansowych, rozgrywanych różnymi stylami i w różnych lokalizacjach. Jednym z ważniejszych wydarzeń sezonu Worldloppet jest Bieg Wazów, odbywający się co roku w pierwszą niedzielę marca w Szwecji. Trasa liczy imponujące 90 km i prowadzi z Sälen do Mory. Warto dodać, że jeszcze kilka lat temu, ten maraton był zaliczany do Pucharu Świata w biegach narciarskich.

Każdy zapewne powie, że na takim dystansie nie będą liczyli się sprinterzy. Co więcej, nawet nie mieliby po co startować. Obserwując przecież zawody finałowe PŚ w Falun, w zwykłym skiathlonie na "jedynie" 30 km widzieliśmy męczarnie typowych zawodników od sprintu, takich jak Ola Vigen Hattestad. Natomiast Emil Joensson nie wystartował w ogóle, wiedząc, że nie da rady. Skąd więc w gronie czołowych miejsc tegorocznej edycji trzykrotnie dłuższego Vasaloppet wzięły się takie nazwiska, jak John Kristian Dahl- były czołowy sprinter reprezentacji Norwegii, czy Johan Kjoelstad- wicemistrz świata w sprincie z 2009 roku z Liberca? Z odpowiedzią na to pytanie może przyjść kolarstwo. Wielokrotnie przecież podczas transmisji przeróżnych wyścigów słyszy się takie zdanie: "Etap długi, płaski, dla sprinterów". Zazwyczaj na takim etapie idzie jakaś ucieczka, która jest doganiana przez peleton na ostatnich kilometrach, aby to właśnie między sprinterami rozegrała się walka o zwycięstwo. Tak było w przypadku Biegu Wazów, kiedy to na mniej niż 1 km przed metą został doścignięty Joergen Aukland po prawie 50- kilometrowej ucieczce. Z grupy zaatakowali sprinterzy- Dahl i Kjoelstad. Silniejszy okazał się ten pierwszy, zaś Aukland nie stanął nawet na podium, bo wyprzedził go jeszcze kolega z klubu- Joergen Brink- wielokrotny triumfator wyścigu z poprzednich lat. Brutalne, prawda? W takiej sytuacji przypomina mi się niesamowita ucieczka Tony'ego Martina na jednym z etapów zeszłorocznego Vuelta a Espana, którą "skasowano" około 20 metrów (!) przed metą.

Ale kolarstwo to zupełnie inna bajka, niż narciarstwo biegowe. Sprinterów nie da się "dowieźć" do mety z pomocą drużyny. Inaczej pojmujemy samo pojęcie sprintera w obu przypadkach. W biegach takich, jak Vasaloppet, każdy musi wytrzymać trudy dystansu, a wiadomo, że szybcy zawodnicy zwykle nie są do tego przystosowani. Wystarczy tylko wspomnieć, że nie udało się to nawet takim nazwiskom, jak Sami Jauhojarvi, czy Lukas Bauer. Sukces polega więc na czymś innym.

Zwróćmy uwagę, że Worldloppet obejmuje zaledwie kilka wyścigów w sezonie. Znacznie łatwiej przygotować się do takich startów, bo nie ma aż takiego obciążenia, jak w przypadku Pucharu Świata. Tym bardziej, że zawodnik wybiera sobie konkretne zawody, które są jego najważniejszym celem. Ponadto specjalizujący się w maratonach biegacze mają już "swoje lata" oraz zwykle starty w PŚ za sobą. Może się więc zdarzyć, że były sprinter stanie się długodystansowcem, bo wykorzysta swoje doświadczenie i wytrenuje wytrzymałość. To właśnie zrobił John Kristian Dahl, Johan Kjoelstad oraz inni.

Kliknij na zdjęcie, aby powiększyć

Na koniec już tylko wystarczy spojrzeć na profil trasy Biegu Wazów, który też jest ciekawy. W większości wyścig prowadzi po płaskim i lekko opadającym terenie. Zdarzają się oczywiście podbiegi, a najtrudniejszy z nich znajduje się zaraz po starcie w Sälen. Nie jest to jednak jakaś mordercza góra. Można to wywnioskować choćby z faktu, że niektórzy zawodnicy (i nawet zawodniczki) zdecydowali się wystartować bez smarowania nart "na trzymanie", co w przypadku stylu klasycznego mogłoby okazać się samobójstwem. Jednak nie w przypadku Vasaloppet. Taki zabieg pozwolił uzyskać większą prędkość na długich zjazdach i opłacił się, ale wymusił double poling na całej długości trasy. W każdym razie 90 km pokonane bezkrokiem to coś niesamowitego, co świadczy o ogromnej sile zawodnika. Chyba najważniejszą zasadą, którą można sobie przyjąć przed startem w Biegu Wazów, jest: "Keep calm and do double poling".

Teraz już tylko polecam obejrzeć poniższą relację z tegorocznej edycji i wypatrywać znajomych twarzy z Pucharu Świata.

Kilka słów o technice- double poling

Oglądając wczorajsze sprinty technikę klasyczną w Drammen, zaobserwowałem ciekawe zjawisko. Część zawodników w męskim gronie startowała w nartach i butach do kroku łyżwowego. Czyżby pomylili się, pakując sprzęt na zawody Pucharu Świata? Nic podobnego. Zastosowali interesujący zabieg, który... no właśnie, pomógł im, czy nie?

Główne role w finale męskim odegrali dwaj Norwegowie: Ola Vigen Hattestad oraz Paal Golberg, odpowiednio pierwszy i drugi zawodnik na mecie. Tak się składa, że obydwoje pobiegli w sprzęcie do kroku dowolnego, mimo jasno określonego stylu, w jakim odbywały się wczorajsze sprinty. Dlaczego więc zdecydowali się na użycie takich nart? Odpowiedzią nie jest fakt, że czytają ten blog i stosując się do zasad "How to be nordic" chcieli chociaż zmyć tym poczucie winy po złamaniu zasady nr 10: "Bieganie klasykiem jest dozwolone tylko w niektórych przypadkach. (...)" Zrobili to w innym celu. Narty do łyżwy zapewniły im nieco lepszą zwrotność na zakrętach, mimo że były takiej samej długości, jak zwyczajne do stylu klasycznego. Ponadto buty są sztywniejsze, co też mogło być ważne dla niektórych. Ale jest coś jeszcze ważniejszego. A tym czymś jest double poling, czyli technika biegu bezkrokiem. W sprzęcie do techniki łyżwowej but nie odrywa się tak bardzo od wiązań, co umożliwiło lepszy przekaz siły przy bezkroku. Ale czy dało przewagę nad innymi? To zależy, bo przykładowo Emil Joensson radził sobie świetnie na podbiegach stosując diagonal stride, czyli krok naprzemienny. Wymagał on mniej siły w rękach, ale za to Emil musiał wykonywać znacznie szybsze ruchy, aby utrzymać tempo. Ponadto panowie w sprzęcie łyżwowym musieli używać tylko bezkroku (w przeciwnym razie ślizgaliby się w torach), co oznaczało, że na podbiegach potrzebowali ekstremalnie dużo siły. Widać to było na ostatnich metrach, kiedy następowała wymagająca stromizna. Zdarzyło się nawet, że w półfinale Anton Gafarov najzwyczajniej w świecie nie wytrzymał i wywrócił się przed samą metą. Ale co tu opowiadać, jak lepiej pokazać. Niestety nagrań z tego roku jeszcze w internetach nie ma, więc wszystko sobie obejrzymy na przykładzie poprzedniego finału. Porównanie dwóch technik jest idealnie widoczne, gdy zwrócimy uwagę na Alexeya Poltoranina w sprzęcie do klasyka oraz Pettera Northuga w sprzęcie do łyżwy. Dla sprzętowych spalaczy, takich jak ja, pytanie dodatkowe: kto oprócz Northuga wybrał narty do stylu dowolnego? Podpowiedź to double poling przez całą trasę.



Narciarskie porzekadło mówi, że dobry double poling wyróżnia mężczyzn od chłopców. Tak było i w tym przypadku, kiedy Northug wykorzystał to idealnie i ograł Poltoranina. Hattestad i Golberg zrobili to samo wczoraj z resztą rywali, choć trochę pomógł im Emil Joensson wywracając się na jednym z zakrętów. Swoją drogą bardzo ciekawa byłaby bezpośrednia konfrontacja dynamicznego kroku naprzemiennego w wykonaniu Szweda z bezkrokiem silnych Norwegów. Po raz kolejny więc sprint w Drammen technika klasyczną wygrały narty do łyżwy. Ot, taki paradoks. Jeżeli zaś chodzi o double poling, to faktycznie jest bardzo istotnym elementem techniki klasycznej. Powiedzieliśmy już sobie, że wymaga dużo siły fizycznej, ale też dobrze wykonany nadaje dobrą prędkość. Jak należy go ćwiczyć? Na to pytanie najlepiej odpowie Swedish Winter Sports Research Centre w poniższym filmie.



Wiemy już, dlaczego niektórzy sprinterzy użyli nart do kroku łyżwowego i co ma z tym wspólnego double poling. Teraz już tylko pozostaje stosować to w praktyce, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, oczywiście po odpowiednim przygotowaniu siłowym. Tak na marginesie dopowiem, że każdy biegacz i biathlonista ćwiczy w lecie double poling na nartorolkach, wjeżdżając zazwyczaj pod górę. To świetny sposób na siłę i wytrzymałość w kolejnym sezonie.

Znalezione w internetach- Imitacja skakana

Ostatnio w moim planie treningowym pojawiła się taka pozycja: imitacja skakana. Jeszcze nigdy się z tym nie spotkałem, stąd pierwsze wrażenie nie mogło być inne, jak lekkie zakłopotanie. Ale od czego mamy nasze kochane internety, które... no właśnie, niezbyt mocno ten temat poruszają. Tymczasem ja muszę wykonać plan treningowy, bo inaczej świat się zawali. Na szczęście trafiłem na taki przyjemny filmik, który znacznie rozjaśnił sprawę. Jako, że preferuję technikę łyżwową, to poniżej przytoczę materiał uczący imitacji właśnie tego stylu.



No, ale żeby nie być ignorantem, to jeszcze pokażę styl klasyczny. Nie wszyscy muszą uwielbiać "łyżwę".


Skoro już wiemy, czym jest imitacja, to pora to wypróbować. Po swoich pierwszych doświadczeniach z tym ćwiczeniem mogę powiedzieć tylko tyle: potrafi nieźle zmęczyć. Życzę miłego treningu.

Niedziela z nartorolkami dla każdego

W ubiegłą niedzielę na Polanie Jakuszyckiej, za sprawą inicjatywy Akademii Biegania SNS, odbyła się akcja "Pierwsze kroki na nartorolkach za darmo". Każdy chętny mógł zasięgnąć cennych informacji o sprzęcie oraz spróbować swoich sił na nartorolkach oraz ich wersji terenowej- Skike. Dla kogoś, kto nigdy w życiu nie miał styczności z tego typu narzędziami treningu narciarza biegowego (czyli dla mnie), była to znakomita okazja do poszerzenia swojej wiedzy teoretycznej i praktycznej. Można było również zasięgnąć porad specjalistów z Akademii, a także zweryfikować swoje umiejętności. Poruszanie się na nartach różni się trochę od jazdy na nartorolkach, stąd początki nie są łatwe. Przede wszystkim skutki naszych błędów są bardziej bolesne na asfalcie. Na pewno jednak efekty poczynionej pracy będą widoczne na biegówkach.
Mimo niepewnej pogody, skorzystałem z okazji zaznajomienia się z ludźmi, którzy organizują tę akcję, oraz wypróbowania paru egzemplarzy nartorolek. To samo polecam każdemu, tym bardziej, że już na najbliższą niedzielę planowana jest powtórka wraz z dłuższą wycieczką do schroniska Orle na Skike. Nie można tego przegapić. Jeżeli ktoś zastanawia się nad kupnem nartorolek (a do tego namawiałem poprzednio), to nie ma lepszej okazji na porównanie sprzętu. Z pewnością pomoże to w dokonaniu wyboru. W moim przypadku bardzo pomocne okazało się przetestowanie modelu polskiej firmy Rollspeed. Przyznam się, że już wcześniej zainteresował mnie ten producent, z uwagi na bardzo atrakcyjne ceny. I oto w niedzielę, mogłem przejechać się na egzemplarzu Skate R80, który bardzo przypadł mi do gustu. Zatem jeszcze poważniej pomyślę nad zainwestowaniem w nartorolki. W każdym razie, potrzebną wiedzę już zdobyłem. Zainteresowanych odsyłam na stronę producenta. Wracając jeszcze do akcji, kto nie był i nie spróbował, niech żałuje. Właśnie organizowanie tego typu wydarzeń niezwykle pozytywnie wpływa na rozwój narciarstwa biegowego. Nawet latem! Zwłaszcza w kontekście potencjalnej szansy na rozbudowę Polany Jakuszyckiej warto pokazać, że ta inwestycja jest potrzebna. Na koniec przedstawiam niewielką fotorelację z moich pierwszych kroków na nartorolkach. Natomiast zainteresowanych skorzystaniem z akcji zapraszam na stronę Kocham Biegówki, gdzie znajdują się wszelkie potrzebne informacje.








Narzędzia treningu, czyli przygotowania do zimy z SadurSky cz.2

Wakacje się skończyły. Dario Cologna, Martin Fourcade i zapewne też inne gwiazdy sportów zimowych rozpoczęły już swoje treningi do następnego sezonu. Zacznij więc i Ty. Na początku nie można jednak narzucić sobie codziennego biegu, czy też jazdy na rowerze, bo dojdzie do przetrenowania. Wątpię również, że ktokolwiek mógłby dysponować taką ilością czasu, pozwalającą na wyczerpujące i długotrwałe ćwiczenia. Nikt z nas nie jest zawodowcem i nawet, jeśli mocno do tego aspiruje, nie jest w stanie osiągnąć przygotowania godnego mistrza narciarstwa biegowego. Najlepszym na to dowodem są pieniądze i czas. Ludzie, którzy zawodowo ścigają się na trasach biathlonowych, czy biegowych, przez cały rok są pod opieką sztabu szkoleniowego. Dzięki temu, zapewniane są zróżnicowane ćwiczenia, zaś ich intensywność zwiększa się z czasem. Dlatego sportowcy dużo biegają, pływają, jeżdżą na rowerach szosowych i MTB, ćwiczą na siłowni, czy w końcu jeżdżą na nartorolkach. Jak widać, aktywności jest wiele, a każda wymaga specjalistycznego sprzętu, który kosztuje. Trzeba zatem zapomnieć o tym, czym dysponują zawodowcy i skupić się na przygotowaniu do zimy we własnym zakresie.

Szwajcarscy narciarze biegowi podczas obozu treningowego na Majorce.
Źródło: profil facebookowy Dario Cologni.

Amator nie potrzebuje masażystów, obozów szkoleniowych i wysokogórskich, aby rozwijać kondycję fizyczną. Można korzystać z różnego rodzaju wyjazdów, jakie są proponowane w internecie, np. Akademia Biegania SNS. Na pewno wyjdzie to nam na plus, ale najważniejszym elementem jest nasza systematyczna praca. Proponuję więc wybór czterech dni w tygodniu, np. wtorek, czwartek, sobota, niedziela, w których będziemy trenować. Najlepiej dostosować to do pracy/szkoły, aby była realna szansa na wypełnienie planu, czyli najwięcej czasu przeznaczać na treningi w weekend. Przykładowy rozkład zajęć znajduje się tu i polecam skorzystanie z niego. Nie wszystko jednak z tej listy da się spełnić, więc wypiszę najważniejsze zasady. Na początku należy zacząć spokojnie, od wycieczek rowerowych, chodzenia z kijami nordic walking (jeżeli przypadkiem ktoś posiada), krótkich biegów (do 30. minut), aby rozruszać organizm po odpoczynku. Dopiero po paru tygodniach obciążenie w każdym dniu może być zwiększane. Trening siłowy, rozwijający obręcz barkową i brzuch, może zostać na przykład rozbudowany o większą liczbę serii, czy wzmacnianie nóg. Dodatkowo więcej biegać i częściej jeździć na rowerze. Warto do tego celu użyć znanych i lubianych tras w Jakuszycach. Częste bywanie w górach na wycieczkach również jest ważne. Natomiast gdy przyjdzie czas wakacji, pływanie okaże się również dobrym ćwiczeniem. Nadal będzie wskazana wszechstronność, w ramach przygotowania ogólnego. Dopiero po mniej więcej 15 tygodniach lub nawet później należy przejść do treningu specjalistycznego. Obejmuje on krótszy okres czasu i maleje jego intensywność, ale nastawia się na ćwiczenia imitacyjne techniki biegu narciarskiego. W jego skład wchodzi jazda na rolkach i nartorolkach oraz bieg imitacyjny z kijami. Tutaj się zatrzymam, bo nartorolki są chyba najważniejszym narzędziem treningu narciarza biegowego. Nawet amator poczuje ich wpływ na swoje umiejętności. W końcu nie ma nic lepszego, niż uprawianie narciarstwa biegowego przez cały rok, a nartorolki są doskonałą do tego okazją. Również pojawia się kwestia kosztów, ale można wybierać spośród niższych modeli od One Way (około 780 zł) lub zaufać producentom krajowym, np. Rollspeed o jeszcze niższych cenach. Na zastanowienie się jest jeszcze trochę czasu, a ja postaram się wkrótce przybliżyć parę istotnych faktów na ten temat. W tej chwili namawiam do rozpoczęcia treningów i dbania o kondycję fizyczną. Podczas tych dni, pamiętajcie o ważnych słowach od firmy One Way, bo nigdy nie będzie idealnie...

Przydatne linki: