SadurSky blog

Od teraz na www.czlowiekpolnocy.blogspot.com!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oslo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oslo. Pokaż wszystkie posty

Pewnych rzeczy się nie zmienia

Każdy gdzieś w głębi serca lubi rzeczy, które się nie zmieniają. Wybieramy Merce, bo nie zmienia się ich jakość i renoma, tak samo jak Johana Olssona niezmiennie dręczą choroby, pozwalając na zwyciężanie tylko na wielkich imprezach. Podobnie jest z niesłabnącą klasą takich zawodników, jak Anders Soedergren. Oznacza to po prostu pewność, a przecież czasem nam jej potrzeba. Zwłaszcza, gdy na przykład bierzemy udział w konkursie, wybierając 8 zawodniczek do drużyny, która podczas MŚ będzie dla nas zbierać punkty. Mogły one dać wygraną nawet w postaci nart Madshus Nanosonic Skate za pierwsze miejsce. Wszystko to zorganizował Noah Hoffman wraz ze swoimi sponsorami. Zwycięski team wyglądał tak: Marit Bjørgen, Maiken Caspersen Falla, Therese Johaug, Charlotte Kalla, Stina Nilsson, Kerttu Niskanen, Ingvild Flugstad Østberg i Heidi Weng. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy okazało się, że miałem prawie wszystkie te zawodniczki w swoim zespole. Zabrakło w nim jedynie Stiny Nilsson, którą, jak się okazało, niesłusznie zastąpiłem Justyną Kowalczyk. Tak więc jej nieudana "trzydziestka" była również moją, choć muszę też przyznać się do błędu. Zwiodło mnie sugerowanie się nazwiskiem, zamiast realnymi szansami na punkty.

Wróćmy jednak do sedna, czyli wspomnianego wcześniej Soedergrena. 37- letniego Szweda mogliśmy oglądać wczoraj podczas królewskiego dystansu 50 km stylem klasycznym, zamykającego Mistrzostwa Świata w Falun. Kto ogląda biegi męskie dłużej niż od tygodnia doskonale wie, jakie dokonania godne podziwu posiada on na swoim koncie. Dla tych drugich przypomnę, że Anders wygrał w 2008 roku pięćdziesiątkę stylem dowolnym w Oslo. I to nie byle jaką, bo ostatnią w historii rozegraną w formule startu indywidualnego. O ile nadal dla wielu biegaczy zwycięstwo w tym konkretnym biegu na Holmenkollen jest cenniejsze niż zdobycie mistrzostwa świata, o tyle wcześniej było to jeszcze większe osiągnięcie. Wystarczy wyobrazić sobie, jak to jest biec w pojedynkę przez 50 km. Wczoraj natomiast, parę dobrych lat po tym wydarzeniu, Soedergren pojawił się na starcie, choć wielu wróżyło mu już zniknięcie z tras. Takiemu doświadczeniu na wielkich imprezach nie można jednak odmówić. Tym bardziej, że wraz z broniącym tytułu z 2013 roku Johanem Olssonem, Szwedzi mogli wystawić 5 zawodników. Dzięki temu obejrzeliśmy świetną akcję około 40. kilometra, kiedy to Anders próbował oderwać się od reszty stawki. Nie była to żadna nowość, bo widywaliśmy go na czele również rok temu w Sochi i w wielu podobnych biegach. Nie zaskoczyła więc także słabsza końcówka w jego wykonaniu. Lata nie pozwalają na walkę na ostatnich metrach w stylu Northuga.
Typowy Northug na mecie.
Inny 37- latek poradził sobie lepiej. Lukas Bauer wykazał się niesamowitym doświadczeniem w ciężkich warunkach, które panowały wczoraj w Falun. Dzięki atakowi na około 2 kilometry przed metą zdobył srebrny medal. Na ostatnich metrach nie miał oczywiście szans z wystrzelonym jak z procy Petterem. Nadrobiona przewaga pozwoliła mu jednak stanąć na podium. Bardzo miło było zobaczyć kolejnego weterana w akcji, tym razem udanej. Tak się sentymentalnie i czesko zrobiło, że tylko Nohavicy brakuje. A jeżeli ktoś nie oglądał tej świetnej końcówki w wykonaniu Northuga, może obejrzeć ją na poniższym filmie.


Pięćdziesiątka w Falun już zapisała się w historii narciarstwa biegowego, jako jedna z najtrudniejszych i najwolniejszych. Czas zwycięzcy wyniósł ponad 2 godziny i 26 minut. Dla porównania, dwa lata temu w Val di Fiemme, bieg tą samą techniką na tym dystansie zajął Johanowi Olssonowi prawie 15 minut mniej. Tym razem Szwedowi starczyło siły na brązowy medal.

Cały tekst się produkowałem, że brak zmian jest dobry i lubimy wracać do przeszłości. Tymczasem na samym końcu chciałbym powiadomić, że ten post był ostatnim napisanym na blogu o nazwie SadurSky. Następny ukaże się już pod nazwą: Północny Punkt Widzenia. Adres na razie pozostanie ten sam, ale wkrótce również się to zmieni. Mam nadzieję, że mimo tego, pozostaniecie przy czytaniu nowych postów. A dlaczego zmieniam nazwę? Odpowiedź w tym linku ;-).

Witamy w piekle

Jest weekend. Pogoda ostatnio dopisuje, więc postanawiasz wybrać się na biegówki do Jakuszyc. Pakujesz sprzęt do auta i jedziesz te 30, 100, czy nawet 200 kilometrów. W końcu wolne, więc można się poświęcić na chwilę spędzoną na śniegu. Na miejscu okazuje się jednak, że oprócz Ciebie, to samo pomyślało jakieś 10000 innych sympatyków biegania, więc już na wstępie stoisz w korku zanim wjedziesz na parking. Aż chciałoby się powiedzieć "witamy w piekle". Gdy udaje Ci się znaleźć jedno z ostatnich miejsc na parkingu, rozradowany ruszasz na trasy. I tu kolejny problem, bo z powodu zawodów, większość z nich jest zamknięta. Przecież weekend, więc i ścigający się muszą mieć coś od życia. Ostatnio były to psie zaprzęgi, a wkrótce utrudnienia spowodują biegi w ramach Festiwalu Narciarstwa Biegowego, odbywającego się w towarzystwie Biegu Piastów. W takich sytuacjach pewnie myślisz, że gorzej być nie mogło i w zasadzie po co ruszałeś się z domu. Mogłeś siedzieć spokojnie przed telewizorem, oglądając transmisję biathlonu z Oslo. Zanim jednak szlag zdąży choćby Cię tknąć, to przypomnij sobie, że zostając w domu musiałbyś słuchać Patryka Mirosławskiego i jego uniesień w stronę Soukalovej. Poza tym pewnie długo czekałeś na ten moment, w którym zapomnisz w końcu o swoich obowiązkach i oddasz się przyjemności zmęczenia się na trasach. Zastanawiasz się, co zrobić, gdy praktycznie nie ma gdzie biegać? Trasy wyczynowe zamknięte, na innych są zawody, a nie wybierzesz przecież "autostrady" spacerowej na Orle, podobnie jak połowa Twoich towarzyszy z walki o miejsce parkingowe. Powiedzmy, że na to też jest recepta, którą Tobie zaproponuję.

Ostatnio często bywałem w Jakuszycach, zarówno w weekend, jak i w dni tygodnia. Miałem okazję sprawdzić, które trasy dają najwięcej radości z biegania, nawet, gdy wszędzie jest mnóstwo ludzi. Trudno to sobie wyobrazić, ale są takie odcinki, na których można biec zupełnie osamotnionym. Jakby tego było mało, profile tych tras mogą się spodobać każdemu, kto chce trochę bardziej się zmęczyć. 

Pierwszym z moich ulubionych rejonów są okolice tzw. Samolotu. Najbliżej można się tam dostać podbiegiem prosto z Polany Jakuszyckiej, który zaczyna się obok charakterystycznej anteny. Gdy już tam trafimy (co może nas kosztować trochę sił), znajdziemy się na wysokości ponad 1000 m.n.p.m. Do dyspozycji mamy różnego rodzaju krótkie pętle, które możemy swobodnie pokonywać, zawsze wracając do znanego punktu. Droga z Samolotu wiedzie bowiem na wprost w dół, aż do Schroniska Orle. Wybierając któreś z odgałęzień, zazwyczaj trafimy znów na prostą, dzięki czemu będziemy wiedzieli, skąd zaczynaliśmy. Jednym z lepszych odcinków jest tzw. Sępik. Wchodząc od strony Polany, na Samolocie musimy kierować się pierwszą ścieżką w lewo. Wybierając przeciwny kierunek możemy biec w kierunku Cichej Równi, skąd możemy zataczać już dłuższe pętle, lub trafić do schroniska Orle. Tam należy się spodziewać jednak większej frekwencji. Na Samolot można się dostać również okrężną drogą, np. przez Rozdroże pod Cichą Równią, jednak będzie to wybór bardzo żmudnej, wciąż wiodącej lekko pod górę drogi. Moim zdaniem lepiej "przyłożyć" na początku podbiegiem z Polany, zaś później po obróceniu się kilka razy wokół Samolotu, wrócić przez Cichą Równię Górnym lub Dolnym Duktem. Warto zauważyć, że na Samolocie często panują nieco inne warunki niż na Polanie, zwykle jest więcej śniegu i jest on szybszy. Jeżeli mimo moich tłumaczeń, nie wiesz, jak się tam poruszać lub nie kojarzysz tych nazw, wrzucam linki do tras zapisanych na Endomondo (12), abyś też mógł z nich skorzystać. Pamiętaj o najważniejszym. Z Samolotu nie można zjeżdżać trasą wprost na Polanę (którą wchodziłeś wcześniej), bo jest ona jednokierunkowa!

Wariant drugi. Z jakiegoś powodu tak Cię poniosło na zjeździe z Samolotu, że znalazłeś się przy schronisku Orle. Patrzysz na "autostradę" a tam nieprzerwany tłum biegaczy i spacerowiczów naciera na schronisko tak, jakby to był co najmniej supermarket. Myślisz, że na pewno nie będziesz wracał tą trasą. Masz więc dwa wyjścia. Szansę na odrobinę mniejszy ruch odnajdziesz na drodze w kierunku Rozdroża pod Cichą Równią (trasa Elektrowni Turów). Czeka Cię tam jednak monotonny podbieg aż do samego rozdroża, skąd do Polany będzie już praktycznie cały czas lekko w dół. Przebiegnięcie tej drogi w drugą stronę daje z pewnością więcej przyjemności. Jeżeli chcesz spróbować, zostawiam link do trasy. Drugą opcją powrotu ze Schroniska Orle jest wybór długiej drogi, okrążającej Kozi Grzbiet, która i tak wyjedzie na skrzyżowaniu z "autostradą". Rozwiązanie dobre dla tych, którzy nigdy nie mają dość, nawet gdy trasa staje się monotonna, telefon traci zasięg, a spotykani ludzie coraz częściej okazują się być Czechami. Droga wiedzie bowiem na samą granicę, skąd później wracamy dość długim podbiegiem do skrzyżowania z "autostradą". Jeżeli już ją wybierać, to biegnąc w przeciwnym kierunku, czyli na Orle. Będzie więcej z góry, a ostatnie kilometry powitają nas takim widokiem, jak na poniższym zdjęciu. Tą trasą również podzielę się przez Endomondo: link.

Jak się okazuje, nawet w piekle można się nieźle bawić. Wystarczy tylko wiedzieć, gdzie przestaje nim ono być. Następnym razem, gdy sytuacja na trasach będzie podobna lub trafisz na zawody, przypomnij sobie ten tekst. I pamiętaj, że wszystko staje się prostsze, gdy narty idą dobrze.

Tusen takk Tora!

W Oslo zakończył się sezon 2013/2014 biathlonowego Pucharu Świata. Niezwykle emocjonująco rozstrzygnęła się rywalizacja o dużą kryształową kulę wśród kobiet, którą ostatecznie zdobyła Kaisa Makarainen. Oczywiście to na nią były zwrócone oczy wszystkich kibiców po dobiegnięciu do mety ostatniego biegu. Finkę zobaczymy w przyszłym sezonie na trasach jako broniącą trofeum. Nie ujrzymy natomiast tej, która zwycięstwo w klasyfikacji generalnej przegrała o jedyne 4 punkty, czyli Tory Berger. Dla Norweżki był to ostatni sezon w karierze i miała ogromną szansę na pożegnanie się z biathlonem z kryształem w ręku. Nic jednak nie straciła, bo w poprzednim roku zdobyła wszystko, co tylko się dało. Dziś opuszcza rywalizację jako spełniona biathlonistka z wieloma sukcesami na koncie oraz wzór do naśladowania.

Jak to dokładnie było? Po raz pierwszy Tora pojawiła się na trasach biathlonowego PŚ w sezonie 2002/2003. Zajęła wówczas 68. miejsce w klasyfikacji generalnej. W następnym roku nie startowała z powodu kontuzji. Dalej było już lepiej, bo zajęła 17. pozycję. Od tego czasu z czołowej dwudziestki wypadła tylko w sezonie 2005/2006, kiedy znalazła się na 22. miejscu. Ma również za sobą udaną walkę z rakiem skóry. Choroba została wykryta przed Igrzyskami Olimpijskimi w Vancouver, w 2009 roku. Właśnie na tej imprezie zdobyła złoty medal w biegu indywidualnym na 15 km. Było to najważniejsze zwycięstwo w jej życiu. Później było już tylko lepiej. Medale zdobywane wielokrotnie na Mistrzostwach Świata w Ruhpolding (2 złote i 1 brązowy) i Novym Mescie (3 złote i 2 srebrne) potwierdzały, jak świetną jest zawodniczką. Ukoronowaniem jej kariery był poprzedni sezon 2012/2013, kiedy to zdominowała rywalizację, zdobywając małe kryształowe kule za każdą konkurencję oraz dużą. Do złotego medalu olimpijskiego z Vancouver dorzuciła srebrno zdobyte w biegu pościgowym w Sochi oraz złoto i brąz ze sztafet. Teraz może udać się do swojego domu w Meråker i poświęcić się życiu rodzinnemu. A być może też ukończy studia, bo obecnie jest studentką NTNU w Trondheim.
Tora Berger na najwyższym stopniu podium biegu pościgowego w Novym Mescie w sezonie 2011/2012.

Tora Berger nie odchodzi sama. Po tym sezonie swoje karabiny odwieszą również: Ann Kristin Flatland, Michaela Ponza, Andreja Mali, legendarna Andrea Henkel oraz druga w biegu masowym Teja Gregorin. Nie zapominajmy również o panach. Ich grono w przyszłym sezonie pomniejszy się o Bjoerna Ferry'ego, Carla Johana Bergmana i Christopha Sumanna. Szwedów czekają ciężkie czasy, bo po dobrych wynikach powyższej dwójki, cały ciężar przewodniczenia reprezentacji spadnie na Fredrika Lindstroema. Wszystkie te nazwiska będziemy jeszcze długo wspominać.

Nie było natomiast pożegnania Ole Einara Bjoerndalena, który postanowił przedłużyć swoją karierę do Mistrzostw Świata w Oslo w 2016 roku. Wystąpił nawet w roli "złodzieja" kijów Martina Fourcade w ciekawym filmie przygotowanym przez reprezentację Francji. Zapewne król połakomił się na nowe Premio HD.



I na koniec jeszcze coś ze świata biegów narciarskich. Z całego sezonu zebrano najlepsze zdjęcia autorstwa NordicFocus i umieszczono razem w jednym filmie, tworząc piękny przegląd sportowej rywalizacji. Polecam obejrzeć.

Same One Way Premio 9 zimy nie czynią

"Nordic sports is a spirit. It's about doing the things you want and looking the way you want". Taki napis widnieje na moich Premio 9, obecnie odstawionych smutno w kącie w pokoju. Jak się okazało, w pakiecie z nartami One Way Premio 9 Skate, producent nie dołącza śniegu. I w ten sposób powyższa sentencja staje się pięknym marzeniem na przyszły sezon, bo ten obecny, zarówno dla mnie, jak i dla nich, już się skończył.

Prawda jest taka, że przez słabe warunki, jakie mieliśmy w ostatnich miesiącach, ślizgi nart nie dotknęły nawet śniegu od czasu, gdy do mnie przyszły. Przetarcia i kamienie, które mocno zraniły moje dotychczasowe Fischery, powstrzymywały mnie przed pierwszym testem OW. Była końcówka stycznia i liczyłem, że sytuacja się poprawi i spadnie więcej śniegu. W perspektywie był jeszcze przecież cały luty i Bieg Piastów, więc opady po prostu musiały się pojawić. Tak się jednak nie stało i najczarniejszy scenariusz dla każdego sympatyka narciarstwa biegowego się spełnił. Wiemy dokładnie, jak tragicznie wyglądały trasy w przeddzień imprezy i jak trudno je było przygotować.

Dziś mamy 19. dzień marca. Patrząc na pogodę za oknem, nie mam już nawet resztek nadziei, że coś się odmieni. Rezygnacja je pokonała. Spakowałem już swoje Premio 9 na letnią przerwę. Nawet nie ruszałem ślizgów, zostawiając je tak, jak przygotował mi PR-Sport. Niech czekają na lepszy przyszły sezon, na świeży i ubity śnieg, aby mogły spełniać swoje zadanie. Upłynie trochę czasu, aż stanę w nich na trasie i będę mógł powiedzieć: "I am nordic".

Tymczasem swój sezon zakończyli narciarze biegowi. W zeszły weekend miał miejsce finał Pucharu Świata, tradycyjnie w Falun. Szwedzkie miasto przygotowuje się do przyszłorocznych Mistrzostw Świata, dlatego niedawne zawody były pewnego rodzaju próbą generalną przed główną imprezą. Trzeba przyznać, że próba się powiodła i możemy liczyć na wiele ze strony organizatora za rok. Falun 2015 sponsoruje One Way Sport. Na stronie producenta już teraz można zakupić ubrania i akcesoria zawierające logo MŚ. Jeżeli zaś chodzi o same rozstrzygnięcia finału PŚ, to były one bardzo miłe. Przede wszystkim Therese Johaug obroniła koszulkę liderki i zdobyła swoją pierwszą dużą kryształową kulę w karierze. Patrząc na to, jakie biegi (sprinty klasykiem, skiathlon, pościgowy) odbywały się w Falun, mało kto wierzył w jej możliwości w walce z doświadczoną Marit Bjoergen. Jednak skazywana na porażkę zyskała dodatkową motywację, która pozwoliła jej na zbudowanie przewagi w biegu łączonym i utrzymanie jej dzień później. W rywalizacji mężczyzn zwycięstwo w klasyfikacji generalnej było już rozstrzygnięte w Lahti. Martin Johnsrud Sundby mógł tym samym spokojnie odebrać swój pierwszy w karierze Puchar Świata bez względu na wyniki w Falun. Norweg jednak nie zamierzał spoczywać na laurach i pokusił się jeszcze na wygranie całego finału. W bardzo zaciętej walce pokonał Alexa Harveya i Alexandra Legkova. Niestety nie można było tego zobaczyć, bo Eurosport postanowił pokazać zawody w jeździectwie. Dla nich też bardzo szybko skończyła się zima...

Zima nie kończy się jednak dla biathlonistów, którzy swoje finałowe zawody rozegrają w Oslo. Chyba nie muszę mówić, że lubię tę lokalizację. Trasy są bardzo ładne, widoki również, a to wszystko mieści się na wzgórzu Holmenkollen. Zdecydowanie lepiej kończyć sezon właśnie tam, niż w Khanty- Mansiysku, gdzie bywa przygnębiająco. Zwykle nawet w kwietniu panuje tam sroga zima (to akurat dobrze), ale przez to dziwnie jest rozstawać się z Pucharem Świata. W dodatku szybko robi się ciemno, a trasy są nieciekawe. W Oslo natomiast mamy skocznię, pełne trybuny i króla Haralda V, przyglądającego się występom norweskich zawodników. Mamy również korony norweskie, które należałoby zapłacić za wstęp na zawody. Miejsce na jednej z trybun na jutrzejsze sprinty kosztuje od 152 NOK do 197 NOK, natomiast miejsce przy trasie od 77 NOK do 92 NOK. W przeliczeniu na złotówki jest to odpowiednio około od 76 zł do 98 zł i od 39 zł do 46 zł. W następne dni, czyli na sobotnie biegi pościgowe i niedzielne masowe, bilety są oczywiście droższe. Wówczas na miejsce przy trasie należałoby wydać od 52 NOK do 197 NOK, zaś na trybunach od 112 NOK do 452 NOK. Można jednak zdecydować się na zakup biletu na oba weekendowe dni, co kosztowałoby od 172 NOK do 402 NOK. W tym przypadku dostępne są zniżki dla dzieci, których wstęp kosztuje w granicach 55- 122 NOK. Takie ceny stawiają zawody w Oslo obok Ruhpolding. Jednak szeroki wybór miejsc na trybunach i związane z tym różnice w kosztach sprawiają, że Norwegia okazuje się być tańsza od Niemiec. Tego się nie spodziewałem.

Pierwsze biegi w Oslo Holmenkollen już jutro. Kobiety rozegrają sprint o 12:30, zaś mężczyźni ruszą na trasy o 15:30. Warto dodać, że w niedzielę ma się odbyć specjalna prezentacja nowej konkurencji biathlonowej, która być może w przyszłym sezonie zostanie włączona do Pucharu Świata. Formuła zmagań ma być podobna jak na pokazowych zawodach, rozgrywanych co roku na stadionie Schalke w Gelsenkirchen. A póki co, zobaczmy, jak wygląda Oslo w przeddzień finału sezonu 2013/2014.


Wiosenne Kontiolahti

Przy takiej pogodzie, jaką mamy obecnie, trudno uciec od ciągłego powtarzania, że to już jest wiosna. Mówią tak w TV, w internetach, na ulicach. Nawet kolarstwo coraz śmielej wdziera się na antenę Eurosportu ze swoimi wyścigami "ku słońcu", czyli Paryż- Nicea oraz Tirreno- Adriatico, wypierając tym samym sporty zimowe. Kilka z nich będzie miało swój epilog już w ten weekend, przede wszystkim narciarstwo alpejskie oraz biegi narciarskie. Sezon, a wraz z nim zima zbliża się rzeczywiście ku końcowi i jest to trochę smutne. Zwykle tak było, że najpierw kończyły się zmagania pucharowe, a później dopiero ostatnie dni na śniegu. Jedno tylko tu nie pasuje. Jak może kończyć się coś, co nawet na dobre się nie zaczęło?

Ten sezon na pewno przejdzie do historii, jako najgorszy pod kątem pogody. Wystarczy tylko wspomnieć problemy ze śniegiem w praktycznie każdej zimowej dyscyplinie sportu. Wietrzne Oestersund, Oberhof bez śniegu i oczywiście gorące Sochi to tylko kilka problemów pucharowej rywalizacji. Tymczasem ucierpiały nie tylko zawody najwyższej rangi. Również znany cykl maratonów Worldloppet & FIS Marathon Cup stracił kilka biegów i dystansów przez złe warunki atmosferyczne. Jednym z biegów zaliczanych do FIS Marathon Cup był Bieg Piastów. W tym roku najdłuższy dystans 50 km został skrócony do zaledwie 8 km. Natomiast Demino Ski Marathon oraz Jizerská Padesatka z Worldloppet nie odbyły się wcale. To idealnie obrazuje, jak bardzo złe panują warunki. Nie piszę tego w czasie przeszłym, bo mimo wszystko nadal gdzieś w głębi wierzę, że coś się odmieni. Zima w kalendarzu jeszcze trwa i zawsze jakiś opad śniegu, który pozwoli na przygotowanie tras, może się zdarzyć. Tylko ta nadzieja, choć umiera ostatnia, w końcu będzie musiała ustąpić rezygnacji. Oby tak się nie stało i rzeczywiście udało się choć raz w tym miesiącu wreszcie użyć nowych One Way Premio 9. Światełkiem w tunelu są norweskie prognozy pogody z yr.no, które konsekwentnie zapowiadają opady śniegu w Jakuszycach w najbliższy weekend. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, biorąc pod uwagę, że tamtejsze trasy są już oficjalnie zamknięte.

Natomiast wracając do finałów Pucharu Świata, to już trwa narciarstwo alpejskie w Lenzerheide, zaś w weekend czekają nas zawody w Falun, po których poznamy zwyciężczynię dużej kryształowej kuli w biegach narciarskich. Celowo piszę tylko o zwyciężczyni, bo wśród mężczyzn kryształ już zapewnił sobie Martin Johnsrud Sundby. Jedno jest pewne. Obydwa trofea trafią do Norwegii, bo w rywalizacji liczą się jedynie Marit Bjoergen i Therese Johaug. Biorąc pod uwagę finałowe konkurencje, należy spodziewać się wygranej tej pierwszej, która dołożyłaby tym samym kolejny sukces do swojej pokaźnej galerii. Najbardziej szkoda Astrid Uhrenholdt Jacobsen, która po świetnym w jej wykonaniu Tour de Ski musiała zmierzyć się z osobistą tragedią, jaką była śmierć jej brata. Do tego podczas niedawnego biegu na 30 km w Oslo wypadła z trasy i doznała wstrząśnienia mózgu.

Jeżeli chodzi o biathlon, to tym razem Puchar Świata zawitał do fińskiego Kontiolahti. Na szczęście nie oznacza to rozstania się z emocjami, bo czekają nas jeszcze biegi w Oslo na zakończenie. Jednak nawet na północy panuje już aura podobna do wiosennej. Na bardzo wymagających trasach biathlonistów będzie dodatkowo męczył miękki śnieg. Temperatury utrzymują się powyżej zera. Trener reprezentacji USA, Fin Jonne Kähkönen powiedział nawet, że w tym rejonie Finlandii nigdy na początku marca podobnej pogody nie widział. Zapowiadają się więc kolejne zawody w atmosferze anomalii. Ja natomiast chciałbym zwrócić uwagę, że to właśnie w Kontiolahti Ole Einar Bjoerndalen odniósł swoje ostatnie zwycięstwo w Pucharze Świata (jeżeli konsekwentnie odliczyć Igrzyska Olimpijskie w Sochi). Był to bieg pościgowy, rozgrywany przy dużym mrozie, którego teraz chyba nikt nie potrafi sobie wyobrazić. Może więc zarówno mróz, jak i król przypomną o sobie znów w tym samym miejscu? Już jutro o 15:10 sprint mężczyzn, zaś o 17:45 pobiegną kobiety. Następnie w sobotę kolejne dwa sprinty (rekompensata za odwołane biegi) oraz biegi pościgowe w niedzielę. Przypuszczam, że do niedzielnych pościgów zostaną wzięte czasy z tego drugiego sprintu. To trochę nie fair. Osobiście wyciągnąłbym średnią czasów z obu sprintów każdego zawodnika i na tej podstawie ułożył listę startową. Roboty byłoby więcej, ale jakże ciekawie wyglądałaby rywalizacja! Przed wszystkim, polecam film z wycieczką po 2,5- kilometrowej pętli, po której oprowadza Marie Laukkanen.


Wiadomo było, że prędzej czy później rzeczywiście emocje związane ze startami Justyny Kowalczyk, zastąpią starty fantastycznego Michała Kwiatkowskiego, który obecnie ściga się w Tirreno- Adriatico. Szkoda tylko, że musiało to nastąpić znacznie prędzej i tak drastycznie. Nie chodzi tu o kontuzję naszej zawodniczki. Mam raczej na myśli, że przez obecną aurę, po zakończeniu wszystkich zimowych zmagań, po wszystkim pozostanie tylko wspomnienie. A zwykle było przecież inaczej... Ale o tym już kiedy indziej. Na razie w ramach rekompensaty za nietransmitowaną pięćdziesiątkę w Oslo, polecam sobie obejrzeć ten sam dystans w 2012 roku.

Z Pokljuki do Oslo i z powrotem

Na wstępie chciałbym życzyć wszystkim paniom, odwiedzającym i czytającym tego bloga, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet. Ten szczególny dzień jest okazją do podziękowania Wam za to, że jesteście. Sposobów jest wiele.

Na przykład IBU nagrodziło Irinę Starykh i Ekatarinę Iourievą dyskwalifikacją za stosowanie dopingu. Dopiero dziś ujawniono wyniki badań próbek B, które pobrano po stwierdzeniu niedozwolonych substancji we krwi u tych biathlonistek. Sprawa ma swój początek jeszcze przed Igrzyskami Olimpijskimi, kiedy to pojawiła się informacja o zawieszeniu trzech reprezentantów Rosji i Litwy. Nic więcej nie było wiadomo. Później Starykh przyznała się, że to z nią związane są podejrzenia i odsunęła się od kadry, natomiast litewski zawodnik Karolis Zlatkauskas od razu przyznał się do świadomego przyjmowania EPO. Trzeciej podejrzanej nie znaliśmy do końca (choć mogliśmy się domyślać), aż do czasu, gdy zawiodła jej ostatnia szansa na niewinność, czyli badana próbka B. I tak oto na dzisiejszej konferencji prasowej IBU (szeczegóły tutaj) świat dowiedział się o wyniku- Iourieva i Starykh stosowały erytropoetynę i jednocześnie wpadły po uszy. Kary nie zostały wprawdzie jeszcze ogłoszone, ale dla tej pierwszej będzie to najprawdopodobniej koniec jej sportowo- dopingowej kariery, bo została przyłapana na tym procederze po raz drugi (wcześniej została zdyskwalifikowana wraz z Dimitryem Yaroshenko oraz Albiną Akhatovą). Nieładnie...

Przejdźmy do rzeczy przyjemniejszych, bo dzisiaj było takich wiele. Choćby bieg pościgowy w Pokljuce, w którym zwyciężyła Kaisa Makarainen. Dla Finki jest to pierwszy triumf w tym sezonie. Kilka razy była blisko takiego wyczynu, jednak zawsze brakowało celności na strzelnicy lub po prostu szczęścia. Dziś jednak wszystko zagrało dobrze. Mimo dwóch pudeł na strzelnicy (to i tak dobrze przy mocno wiejącym wietrze) wyprzedziła Torę Berger z takim samym strzeleckim rezultatem oraz Dorotheę Wierer, dla której było to najlepsze miejsce w zawodach PŚ w karierze. Ta trójka zapewniła sobie bardzo ładne prezenty na Dzień Kobiet. Natomiast rewelacje ze sprintu nie zaliczyły dramatycznych spadków, jakich się spodziewałem. Katharina Innerhofer była 7. a Darya Virolaynen 9. Wszystko wróciło poniekąd do normalności, ale pamiętajmy że pod koniec sezonu olimpijskiego mogą dziać się różne rzeczy... 

Ścigali się też panowie. Tym razem obudzili się Rosjanie- Shipulin i Malyshko, którzy od początku świetnie radzili sobie na strzelnicy w trudnych warunkach. Ten drugi jednak nie ma zbyt udanego sezonu pod kątem formy biegowej, stąd na trasie ponosił straty. W dodatku spudłował na ostatnim strzelaniu dwukrotnie, przez co spadł na 4. miejsce. Jego rodakowi się to nie przydarzyło i mógł samotnie przekroczyć linię mety na pierwszym miejscu. Podium uzupełnili: Bjoern Ferry oraz Ole Einar Bjoerndalen- oboje z dwoma pudłami. Po tym podium, król na pewno utwierdził się w przekonaniu, że decyzja o przedłużeniu kariery była słuszna. Tym bardziej, że w Pokljuce jest zdecydowanie najlepszym z Norwegów. Zarówno Emil Hegle Svendsen, jak i bracia Boe uplasowali się dziś w trzeciej dziesiątce, nie mówiąc już o tym, co zrobili w sprincie. Jednym słowem, słaaaabo...
Tej koszulki EHS w tym sezonie już raczej nie nałoży.

Biathlon na spółkę z narciarstwem alpejskim i Halowymi Mistrzostwami Świata w lekkoatletyce uniemożliwiły niestety transmisję jednego z ważniejszych biegów kalendarza FIS każdego sezonu. Mowa o pięćdziesiątce w Oslo. W tym roku panowie biegli techniką klasyczną. A dlaczego to tak istotne wydarzenie? Przede wszystkim, był to jedyny bieg sezonu na 50 km poza IO. Poza tym Oslo obrosło legendą, jeżeli chodzi o swoją coroczną obecność w Pucharze Świata. Zawsze (od 1902 roku) odbywa się tam właśnie maraton, co roku innym stylem. Kiedyś biegano dwie pętle, z której każda liczyła imponujące 25 km. Później skrócono jedno okrążenie do 17 km (trzy pętle), aż wreszcie do dzisiejszych 8,3 km pokonywanych przez zawodników sześciokrotnie. Inna była również formuła startu. Dawniej przeprowadzano start metodą interwałową- co 30 sekund. Ostatnim zwycięzcą w tej formule w 2008 roku był Anders Soedergren, który wyprzedził Lukasa Bauera i Remo Fischera. Warto dodać, że bieg ukończyło wówczas dwóch znanych nam biathlonistów- Frode Andresen (8. miejsce) oraz Lars Berger (35. miejsce). A skoro tak, to nietrudno domyślić się, jakim stylem wtedy biegano. Wyniki możecie zobaczyć tutaj. Dziś natomiast było bardzo ciekawie. Można powiedzieć, że panowie z ukłonem w stronę kobiet, rozegrali rywalizację "po damsku". Od początku Martin Johnsrud Sundby narzucał wysokie tempo, przez co kolejni zawodnicy szybko odpadali. Później zaatakował Lukas Bauer, ale nic z tego nie wyszło. Po pokonaniu połowy dystansu, w walce pozostali już tylko: Bauer, Sundby, Legkov, Richardson oraz młody Iivo Niskanen, ze sporą przewagą nad innymi. Na tym jednak się nie skończyło, bo już chwilę potem odpadł Czech, a na około 10 km przed metą kontakt z czołówką stracił Niskanen. Było więc wiadomo, że o zwycięstwo powalczą trzej świetni zawodnicy. Na ostatnich kilometrach Richardson z Sundbym odskoczyli Rosjaninowi. Norweg spróbował zaatakować na jednym z finałowych podbiegów, ale Szwed utrzymał się i skontrował przed stadionem. Końcówka była naprawdę szalona, jak i cały bieg. Możecie zobaczyć ją tutaj. Ostatecznie Daniel Richardson ukończył bieg pierwszy, przed Sundbym (który zapewnił sobie zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata) oraz Legkovem. Teraz, jak spojrzymy na wyniki dzisiejszego biegu i porównamy je z tymi sprzed sześciu lat, znajdziemy Richardsona na 36. miejscu i Sundby, który nie ukończył wówczas rywalizacji. Widać postęp. Nie zmienił się Bauer- wciąż w czołówce, za co należą się słowa uznania.

Skoro już o mowa o doświadczonych zawodnikach, to dzisiejsza pięćdziesiątka była ostatnim biegiem w karierze dla Tobiasa Angerera i Jensa Filbricha. W Pucharze Świata startowali od kiedy pamiętam i na pewno przez długi czas świat biegów narciarskich będzie ich wspominał. Tym samym definitywnie kończy się epoka świetnej czwórki z Niemiec. Rene Sommerfeldt odszedł po IO w Vancouver, Axel Teichmann pobiegł po raz ostatni w Sochi na 50 km. Dziś przyszedł czas na dwóch ostatnich. 
Tobias Anderer po zawodach PŚ w Szklarskiej Porębie

Inny sposób na zakończenie kariery wybrał sobie Sami Jauhojarvi. Po Igrzyskach wybrał się na Bieg Wazów, który ukończył na 55. miejscu (ale tylko 1 minutę i 58 sekund za zwycięzcą- Johnem Kristianem Dahlem). Teraz wystartował jeszcze w Oslo (był 15.) i ma zamiar pojawić się na finale PŚ w Falun. Chyba zna powiedzenie Leszka Millera, że "prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy" i wziął je sobie do serca. Tak, czy inaczej, bardzo waleczna postawa zawodnika One Way.

Na koniec dnia jeszcze znalazłem taki denerwujący filmik, w obliczu naszej pogody. Słoweńcy skarżą się w nim na nadmiar śniegu w Pokljuce. To może choć trochę by nam pożyczyli? Mogę nawet sam po ten śnieg przyjechać...