SadurSky blog

Od teraz na www.czlowiekpolnocy.blogspot.com!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trasy. Pokaż wszystkie posty

Veni, vidi i coś tam jeszcze

"To mówi Pan, że ma problemy ze stresem, tak?", zapytała pani psycholog. "Mhm", niby- odpowiedział autor. "Ale przecież zajmował się pan tańcem towarzyskim. Proszę wybaczyć, ale chyba coś w tym jest, że jednak lubi pan być w centrum uwagi, w końcu taka profesja, gdzie jest się ocenianym...". No i jak tu nie przyznać racji. Razem z tym zajęciem przylgnęła do mnie na stałe myśl, że ciągle ktoś mnie ocenia. I jaki by ten wstęp nie był, proszę uwierzyć, że post będzie o Mistrzostwach Polski w biathlonie amatorów i mastersów w Dusznikach- Zdroju.

Na miejsce przyjechałem na dzień przed zawodami, czyli w piątek. Wiadomo, że trzeba było sprawdzić warunki, a poza tym na tych trasach aż chce się biegać. Trudno było sobie na początku uzmysłowić, że rzeczywiście można na nie wejść, podczas gdy biathloniści mieli swój trening. Widocznie na nartach każdy jest naprawdę równy, bez względu na przynależność do klubu, czy też jej brak. Nikt nikomu nie przeszkadza, jest szeroko, czyli wystarczająco dużo miejsca dla wszystkich. Nie trzeba ogrodzeń, zakazów i tym podobnych bzdur. To jest tak normalne i przyjazne, że aż się poczułem nieswojo. Po jednej czy dwóch pętlach na wspaniałym śniegu, to uczucie ustąpiło zadowoleniu. Było dość ciepło, miejscami śnieg był topniejący i sypki, ale ja uwielbiam takie warunki. Zwłaszcza, że odcinki w cieniu dodawały szybkości. Ogólnie lepszej sytuacji przed zawodami nie mógłbym sobie wyobrazić.


W sobotę przyszedł wreszcie czas na zawody- sprint na dystansie 7,5 km. Odebranie numeru, rejestracja w biurze i rozgrzewka w oczekiwaniu na start to dla mnie coś z jednej strony nowego, a z drugiej tak podobnego do czasów, kiedy średnio co tydzień jeździło się gdzieś na turniej tańca. Jednego tylko teraz mi "brakowało"- stresu, który zaplątywał mi swoje wielkie łapy na szyi i nie pozwalał na czerpanie z tego jakiejkolwiek radości. W jego miejsce pojawiło się coś, co mogę nazwać prostu podekscytowaniem. Nie mówiąc już o tym, że będąc na rozgrzewce wśród innych uczestników, mogłem się trochę poczuć jak zawodowiec. Z jednej strony było to spowodowane obecnością kilku byłych biathlonistów na starcie, którzy w swojej przeszłości zaliczyli niejeden start. Oprócz nich, znalazło się tam oczywiście wielu amatorów. W końcu, po krótkim instruktażu dotyczącym używania broni, wszystko zaczęło się punktualnie o 11. Startowałem z niskim numerem (#3), dzięki czemu nie czekałem prawie wcale na swoją kolej. Na długo zapamiętam to miłe uczucie, kiedy stałem w bramce startowej czekając, aż ruszę na trasę. Jednocześnie dziwne i nieznane. Bo cieszyć się przed startem i jeszcze się przedstawiać do mikrofonu? Toż to nie w moim stylu, ja przecież za każdym razem przed wyjściem na parkiet miewałem raczej odcień twarzy bliskiej nowemu tłu na blogu. I tak oto, bez spiny, rozpocząłem swoje pierwsze w życiu zawody biathlonowe.


Pierwsza 2,5- kilometrowa pętla przywitała trochę innym śniegiem niż wczoraj. Szczególnie na jednym, płaskim odcinku narty jechały dość niechętnie. Zanim jednak zaczęło być to problemem, znalazłem się na strzelnicy. Przyszedł wreszcie moment, na który czekałem, bo tak się składa, że jeszcze nigdy nie miałem okazji strzelać z karabinu biathlonowego. I jak na takie doświadczenie przystało, zaliczyłem 4 karne rundy. Byłem przygotowany na taki obrót sprawy, bo dodatkowym utrudnieniem była moja leworęczność. Ale to przecież nie ważne, bo dla mnie nie wynik liczył się najbardziej.

Jak widać, przy strzelaniu pomagali młodzi biathloniści.
Taka dłuższa wizyta w "ogródku Adresena" (od soboty zmieniam nazwę na ogródek Sadura) potrafi dać do myślenia. Większa część z tego i tak mija na liczeniu, ile kółek się zrobiło i ile pozostało. Szczęśliwie umiem liczyć do czterech. Na początku kolejnej pętli towarzyszyła mi jedna z pań, przygotowująca się do statu. I z tego miejsca chciałbym ją pozdrowić i podziękować za słowa wsparcia. Lżej się biegło to drugie okrążenie :-). Kolejne strzelanie było znów w pozycji leżącej ("stójki" na szczęście nie przewidziano). Było już lepiej, bo tylko 2 pudła. Zgodnie z tą tendencją, gdybym strzelał jeszcze raz, byłoby 0. I tego się trzymajmy. Ostatnie okrążenie było już męczarnią, podkreśloną przez morderczy podbieg i zakończoną sprintem do mety. Tak się złożyło, że miałem okazję oglądać jeszcze innych zawodników, dopiero wyruszających na trasę.
Były biathlonista- Łukasz Witek, wbiega na metę.
Panie ścigały się na krótszym dystansie 4,5 km. Mistrzynią Polski została Joanna Badacz (0+0), przed Dorotą Zuberską (0+3) i Agnieszką Uznańską (2+1).


Wśród mężczyzn zwyciężył Waldemar Poręba (1+0), wyprzedzając Łukasza Witka (2+1) i Dariusza Mazurkiewicza (1+1). Ja skończyłem na 18. miejscu, co i tak mnie zaskoczyło przy tylu pudłach.


Po wszystkim, przyszedł jeszcze czas na losowanie ciekawych nagród. Każdy z uczestników mógł coś wygrać, m. in. kalendarz ze zdjęciem polskich biathlonistek. Jeden z nich trafił do zawodnika z Czech. Obstawiam, że nasi sąsiedzi też mają podobne gadżety z wizerunkiem przede wszystkim Gabrieli Soukalovej.


Organizacja takiej imprezy wymaga oczywiście zaangażowania i chęci. Jak się jednak po raz kolejny okazuje, wszystko można osiągnąć, a zawody na Jamrozowej Polanie są tego przykładem. Również Polskiemu Związkowi Biathlonowemu należą się brawa za poparcie inicjatywy biathlonu dla amatorów. I wreszcie z odpowiedniego miejsca mogę powiedzieć, że przybyłem, zobaczyłem i... zwyciężyłem, bo w pewnym sensie wygrałem ze swoją niechęcią do startu w jakichkolwiek zawodach. Ale w końcu czego się nie robi dla takiej atmosfery i unikalnej okazji strzelania z najprawdziwszej broni biathlonowej. Jeden ze startujących- pan Marek, napisał kiedyś, że kto przyjedzie, nie będzie żałował. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak zgodzić się z tym w stu procentach. A jaki to wszystko ma związek ze zmyśloną rozmową we wstępie? Mniej więcej taki, że biathlon nie jest dyscypliną, w której "szemrane jury sądzi, kto ma talent", a to bardzo mi odpowiada, zwłaszcza stojąc w roli startującego. W niedzielę odbędzie się jeszcze bieg pościgowy w ramach Mistrzostw Polski amatorów i mastersów, w którym niestety nie wystartuję. Obowiązki wzywają, a i nogi jeszcze nie są na tyle mocne (jakby kiedykolwiek były- przyp. wrednego drugiego ja autora). Być może jeszcze kiedyś uda mi się wziąć udział w podobnej imprezie, choć dużo ciężej mi będzie na nią przyjechać z dalekiej Północy. Tak, czy inaczej, nawet stamtąd będę obserwował, co dzieje się na Jamrozowej Polanie. Natomiast wszystkim startującym w sobotę i niedzielę przekazuję gratulacje i wyrazy uznania, udając się na zasłużony odpoczynek.

Witamy w piekle

Jest weekend. Pogoda ostatnio dopisuje, więc postanawiasz wybrać się na biegówki do Jakuszyc. Pakujesz sprzęt do auta i jedziesz te 30, 100, czy nawet 200 kilometrów. W końcu wolne, więc można się poświęcić na chwilę spędzoną na śniegu. Na miejscu okazuje się jednak, że oprócz Ciebie, to samo pomyślało jakieś 10000 innych sympatyków biegania, więc już na wstępie stoisz w korku zanim wjedziesz na parking. Aż chciałoby się powiedzieć "witamy w piekle". Gdy udaje Ci się znaleźć jedno z ostatnich miejsc na parkingu, rozradowany ruszasz na trasy. I tu kolejny problem, bo z powodu zawodów, większość z nich jest zamknięta. Przecież weekend, więc i ścigający się muszą mieć coś od życia. Ostatnio były to psie zaprzęgi, a wkrótce utrudnienia spowodują biegi w ramach Festiwalu Narciarstwa Biegowego, odbywającego się w towarzystwie Biegu Piastów. W takich sytuacjach pewnie myślisz, że gorzej być nie mogło i w zasadzie po co ruszałeś się z domu. Mogłeś siedzieć spokojnie przed telewizorem, oglądając transmisję biathlonu z Oslo. Zanim jednak szlag zdąży choćby Cię tknąć, to przypomnij sobie, że zostając w domu musiałbyś słuchać Patryka Mirosławskiego i jego uniesień w stronę Soukalovej. Poza tym pewnie długo czekałeś na ten moment, w którym zapomnisz w końcu o swoich obowiązkach i oddasz się przyjemności zmęczenia się na trasach. Zastanawiasz się, co zrobić, gdy praktycznie nie ma gdzie biegać? Trasy wyczynowe zamknięte, na innych są zawody, a nie wybierzesz przecież "autostrady" spacerowej na Orle, podobnie jak połowa Twoich towarzyszy z walki o miejsce parkingowe. Powiedzmy, że na to też jest recepta, którą Tobie zaproponuję.

Ostatnio często bywałem w Jakuszycach, zarówno w weekend, jak i w dni tygodnia. Miałem okazję sprawdzić, które trasy dają najwięcej radości z biegania, nawet, gdy wszędzie jest mnóstwo ludzi. Trudno to sobie wyobrazić, ale są takie odcinki, na których można biec zupełnie osamotnionym. Jakby tego było mało, profile tych tras mogą się spodobać każdemu, kto chce trochę bardziej się zmęczyć. 

Pierwszym z moich ulubionych rejonów są okolice tzw. Samolotu. Najbliżej można się tam dostać podbiegiem prosto z Polany Jakuszyckiej, który zaczyna się obok charakterystycznej anteny. Gdy już tam trafimy (co może nas kosztować trochę sił), znajdziemy się na wysokości ponad 1000 m.n.p.m. Do dyspozycji mamy różnego rodzaju krótkie pętle, które możemy swobodnie pokonywać, zawsze wracając do znanego punktu. Droga z Samolotu wiedzie bowiem na wprost w dół, aż do Schroniska Orle. Wybierając któreś z odgałęzień, zazwyczaj trafimy znów na prostą, dzięki czemu będziemy wiedzieli, skąd zaczynaliśmy. Jednym z lepszych odcinków jest tzw. Sępik. Wchodząc od strony Polany, na Samolocie musimy kierować się pierwszą ścieżką w lewo. Wybierając przeciwny kierunek możemy biec w kierunku Cichej Równi, skąd możemy zataczać już dłuższe pętle, lub trafić do schroniska Orle. Tam należy się spodziewać jednak większej frekwencji. Na Samolot można się dostać również okrężną drogą, np. przez Rozdroże pod Cichą Równią, jednak będzie to wybór bardzo żmudnej, wciąż wiodącej lekko pod górę drogi. Moim zdaniem lepiej "przyłożyć" na początku podbiegiem z Polany, zaś później po obróceniu się kilka razy wokół Samolotu, wrócić przez Cichą Równię Górnym lub Dolnym Duktem. Warto zauważyć, że na Samolocie często panują nieco inne warunki niż na Polanie, zwykle jest więcej śniegu i jest on szybszy. Jeżeli mimo moich tłumaczeń, nie wiesz, jak się tam poruszać lub nie kojarzysz tych nazw, wrzucam linki do tras zapisanych na Endomondo (12), abyś też mógł z nich skorzystać. Pamiętaj o najważniejszym. Z Samolotu nie można zjeżdżać trasą wprost na Polanę (którą wchodziłeś wcześniej), bo jest ona jednokierunkowa!

Wariant drugi. Z jakiegoś powodu tak Cię poniosło na zjeździe z Samolotu, że znalazłeś się przy schronisku Orle. Patrzysz na "autostradę" a tam nieprzerwany tłum biegaczy i spacerowiczów naciera na schronisko tak, jakby to był co najmniej supermarket. Myślisz, że na pewno nie będziesz wracał tą trasą. Masz więc dwa wyjścia. Szansę na odrobinę mniejszy ruch odnajdziesz na drodze w kierunku Rozdroża pod Cichą Równią (trasa Elektrowni Turów). Czeka Cię tam jednak monotonny podbieg aż do samego rozdroża, skąd do Polany będzie już praktycznie cały czas lekko w dół. Przebiegnięcie tej drogi w drugą stronę daje z pewnością więcej przyjemności. Jeżeli chcesz spróbować, zostawiam link do trasy. Drugą opcją powrotu ze Schroniska Orle jest wybór długiej drogi, okrążającej Kozi Grzbiet, która i tak wyjedzie na skrzyżowaniu z "autostradą". Rozwiązanie dobre dla tych, którzy nigdy nie mają dość, nawet gdy trasa staje się monotonna, telefon traci zasięg, a spotykani ludzie coraz częściej okazują się być Czechami. Droga wiedzie bowiem na samą granicę, skąd później wracamy dość długim podbiegiem do skrzyżowania z "autostradą". Jeżeli już ją wybierać, to biegnąc w przeciwnym kierunku, czyli na Orle. Będzie więcej z góry, a ostatnie kilometry powitają nas takim widokiem, jak na poniższym zdjęciu. Tą trasą również podzielę się przez Endomondo: link.

Jak się okazuje, nawet w piekle można się nieźle bawić. Wystarczy tylko wiedzieć, gdzie przestaje nim ono być. Następnym razem, gdy sytuacja na trasach będzie podobna lub trafisz na zawody, przypomnij sobie ten tekst. I pamiętaj, że wszystko staje się prostsze, gdy narty idą dobrze.

Po czeskiej stronie Karkonoszy

Dla narciarzy alpejskich sezon już się rozpoczął pierwszymi zawodami w Sölden. Tymczasem biegacze i biathloniści są na ostatniej prostej przed swoimi startami. Podobnie amatorzy mają jeszcze trochę czasu na ostatnie treningi, zanim staną na upragnionym śniegu. Korzystając z tego czasu, postanowiłem sprawdzić kolejne miejsce nadające się na trening zarówno latem, jak i zimą. Mam na myśli czeską stronę Przełęczy Okraj.

Widok na stok narciarski i "centrum" miejscowości.
Malá Úpa to niewielka wioska, która jest znana przede wszystkim miłośnikom narciarstwa alpejskiego. Biegacze jednak również znajdą coś dla siebie. Zimą przygotowywane są trasy biegowe, prowadzące szlakami turystycznymi. Na próżno więc szukać dynamicznych zjazdów i podbiegów. Ciężko również wyznaczyć sobie różne pętle do pokonywania, jak choćby ma to miejsce w Horni Misecky. Należy być raczej przygotowanym na fakt, że po długim poruszaniu się przed siebie, trzeba będzie wrócić tą samą drogą. Przykładowo ja za tym nie przepadam, ale czasem trzeba odrzucić swoje upodobania. W zamian bowiem dostajemy piękne widoki, włącznie ze Śnieżką, do której jest stąd niedaleko.

Widok na Śnieżkę (ten szczyt po lewej).
W tym poście chciałbym jednak zwrócić uwagę na letnie możliwości związane z okolicą Malej Úpy. Kiedy nie działają wyciągi, turyści mają do dyspozycji pełen obszar tras, prowadzących miejscami przez stoki narciarskie. Właśnie takim fragmentem biegłem dzisiaj. Postanowiłem, że wyruszę odcinkiem, który dobrze znam z zimowych pobytów. Liczyłem, że uda mi się dzisiaj przebiec dystans około 10 km, aby określić możliwości rozegrania podobnej imprezy jak Letni Bieg Piastów. Zacząłem więc od dość stromego podbiegu. 
Początek trasy. Podbieg robi się bardziej stromy pod koniec. Na szczęście nie jest długi.
W okolicy stoku narciarskiego opuściłem szlak, który kiedyś pokonywałem na biegówkach. Od tego czasu trasa wiodła cały czas pod górę. Najwyższy jej punkt (1183 m.n.p.m) osiągamy po męczącym podbiegu, przypominającym trochę jakuszycki Samolot. Następnie stromy i krótki zbieg, po którym trafiamy na asfalt. Po odcinku w lesie dobiegamy do ładnego górskiego kościoła, otoczonego kilkoma restauracjami i pensjonatami. Teraz czeka nas najgorsze. Gdy nogi odmawiają posłuszeństwa, trzeba jeszcze pokonać niesamowicie stromy podbieg (widać to w okolicach 8 km na wykresie poniżej). Ostatnie 2 km wiodą drogą równoległą do zimowej trasy biegowej, aż w końcu obie się spotykają.

Widok z końca trasy (i jednocześnie początku). Jesienna wersja zdjęcia ze Śnieżką. 
Trasy turystyczne w okolicy Przełęczy Okraj zdecydowanie nadają się na letnie (i jesienne) bieganie w przygotowaniu do sezonu. Udało mi się zrobić jedną dużą pętlę, która okazała się być bardzo wymagająca. Zorganizowanie biegu górskiego lub półmaratonu w tym miejscu byłoby jak najbardziej sensowne. Na takiej wysokości organizm pracuje już trochę inaczej, co na pewno mogą docenić zawodowi sportowcy. Czy jednak warto wybierać to miejsce na biegówki? O tym przekonamy się zimą... Poniżej zapis z mojego treningu.


Chcesz podążać ta samą trasą i zmierzyć się z moim czasem? Oto link do trasy na Endomondo.

Jamrozowa Polana

Odwiedzenie Jamrozowej Polany było tylko kwestią czasu. Po tym, jak obiecałem to sobie rok temu oraz ponownie w jednym z poprzednich postów, pozostało tylko zabrać niezawodny zespół na trasy nartorolkowe w Dusznikach- Zdroju. A skoro pogoda i towarzystwo dopisało, połowa sukcesu została osiągnięta już przed wyjazdem. Aby dotrzeć na miejsce, potrzeba nam było dwóch godzin jazdy samochodem.


Na miejscu przywitał nas znajomy dźwięk strzałów z KBKSów biathlonistów, którzy akurat mieli trening. Podobno jeszcze przed naszym przyjazdem było tak wielu zawodników, że brakowało stanowisk na strzelnicy. A jest ich przecież 30, tyle ile w każdym ośrodku biathlonowym, znanym wszystkim choćby z zawodów Pucharu Świata. Imponująca frekwencja. Przed wyruszeniem na trasy jeszcze obowiązkowa wizyta w PR-SPORT u jego miłej obsługi. Będąc tam, nie można się powstrzymać od kupienia czegoś. Tym razem padło na bidon termiczny od One Way.
Znacie już więc pierwszy powód, dla którego warto odwiedzić Duszniki- Zdrój. Przejdźmy dalej. Tuż przed rozpoczęciem naszego treningu, wszyscy biathloniści opuścili Jamrozową Polanę, zapewne na przerwę obiadową. Tym samym mieliśmy wszystkie trasy tylko i wyłącznie dla siebie. Lepszego początku nie można było sobie wyobrazić.
Widok na stadion.
Do jazdy na nartorolkach są dostępne dwie pętle. Początek obu jest taki sam. Po opuszczeniu stadionu kierujemy się przez most do lasu. Wspomniany most jest miejscem, na którym każdy przekonuje się, że ma do czynienia z prawdziwymi trasami wyczynowymi. Stromy zjazd z jego szczytu przyprawia o mocne wrażenia. Żeby zobrazować jego nachylenie (którego nie odzwierciedlają zdjęcia) powiem, że zjazd z Samolotu w Jakuszycach to płaska przejażdżka.
Zjazd z mostu, widoczny z jego podnóża.
W dalszej części trasa prowadzi pod górę do rozwidlenia. Wybierając kierunek w prawo, udamy się na pętlę długości 1,4 km. W lewo prowadzi 2,5- kilometrowa trasa i to właśnie ją zobaczymy na kolejnych zdjęciach.

Widok na rozwidlenie tras.
Warto przy okazji nadmienić, że jest wiele takich miejsc, z których można przejść na trasy nieasfaltowe. W zimie są one oczywiście przygotowywane dla narciarzy. Wracamy jednak na naszą dużą pętlę. Czeka tam na nas kilka stromych zjazdów i jeszcze bardziej wymagających podbiegów. Po raz kolejny mam wrażenie, że zdjęcia tego nie przekażą. 

Po zjeździe od razu pod górę.

I jeszcze bardziej pod górę. Nachylenie tego podbiegu przypomina trochę drogę na Przełęcz Karkonoską.
Oto najtrudniejszy zjazd na całej trasie. Oprócz stromizny, trzeba również radzić sobie z zakrętami.

Będąc tak rozpędzonym, dojeżdża się do ostatniego wzniesienia tej pętli. Teraz pozostaje już tylko łagodniejszy zjazd w kierunku stadionu.

Dwie pętle schodzą się ponownie niedaleko przed stadionem. 
Widok ze skrzyżowania pętli na część krótszej trasy.

Po pokonaniu ostatniego zjazdu na trasie, już znacznie łatwiejszego, docieramy ponownie na stadion. Mijamy 30 stanowisk strzeleckich, na których pozostały jeszcze łuski z nabojów po treningu biathlonistów. Szybki rzut oka na tarcze, napis "centrum polskiego biathlonu", trybuny, stanowiska dla trenerów i można poczuć się jak Martin Fourcade podczas biegu sprinterskiego. Jednak "nam strzelać nie kazano", więc ruszamy od razu na kolejną pętlę. No, może czasem zrobimy jedną, czy dwie karne rundy dla zabawy. I tak mijają dwie godziny treningu, podczas których coraz bardziej przekonujemy się, że wypisane na strzelnicy określenie Jamrozowej Polany nie jest przypadkowe. Trasy są wymagające technicznie i kondycyjnie, czyli takie, jakie powinny być, aby spełniać swoją nadrzędną rolę. Jest nią oczywiście stanowienie miejsca kształcenia biathlonistów i narciarzy biegowych. Po zakończeniu naszego treningu, grupy zawodników wróciły po przerwie obiadowej. Można było zaobserwować wśród nich zarówno młodzież, jak i dzieci, uczące się dopiero jazdy na nartorolkach. Ten system stwarza szansę na więcej takich wyników, jak ostatni srebrny medal Mateusza Janika w biegu sprinterskim juniorów na Mistrzostwach Świata w biathlonie na nartorolkach w Tymeniu. Oczywiście nie samo miejsce decyduje o późniejszych sukcesach, ale jest ważną ich częścią. W dodatku zawody i imprezy organizowane przez Jamrozową Polanę wciąż przypominają, że nartorolki i narty biegowe mogą być świetną zabawą dla każdego.
Trybuny wkrótce zapełnią się kibicami podczas Mistrzostw Polski w biathlonie na nartorolkach. 

Wizyta w Dusznikach- Zdroju potrafi czegoś nauczyć. Przede wszystkim respektu do nartorolek. "Sport to zdrowie", ale jeżeli ktoś wybierze się na długą pętlę mając je pierwszy raz na nogach, nie mogę zrobić nic innego, jak życzyć szczęścia. Sam na tym treningu zweryfikowałem swoje umiejętności i nie zawsze czułem się pewnie. Dlatego odwiedzenie Jamrozowej Polany polecam każdemu ambitnemu amatorowi, który ma zamiar się sprawdzić. Po drugie, można na własne oczy zobaczyć, że istnieją w Polsce miejsca przeczące idei trzech słów: "nie da się". Trasy są czyszczone i zadbane, podobnie jak strzelnica. Człowiek Północy czuje się tam jak w domu, a to bardzo mocny argument. Mam nadzieję, że będzie tak przez cały czas, zaś kolejną wizytę zapowiadam w zimie.

Horni Misecky

Lato nie musi by przeznaczone tylko na treningi i urlopy. Czasami można poznać miejsca, które będzie się chciało odwiedzić w przyszłości na narty biegowe. Myśląc w ten sposób, pojechałem ostatnio do oddalonych o 30 km od granicy w Jakuszycach Horni Misecky. Tamtejsze trasy są położone na wysokości ponad 1000 m.n.p.m i oferują kilka wariantów dla ambitnych amatorów. Postanowiłem więc zbadać, czy warto przyjechać tam w zimie.

Pierwsze, co rzuciło się w oczy, to parking w samym Horni Misecky. Nawet w weekendowe letnie dni jest on zapełniony około południa. Miejsce zawsze się znajdzie, ale obawiam się, że w zimie, kiedy działają trasy biegowe i zjazdowe, sytuacja jest gorsza. Specjalnie na takie okazje otwierany jest dodatkowy parking. Mimo to, aby trafić na wolne miejsce w środku sezonu, trzeba być tam już wcześnie rano. Jest na to rozwiązanie. Gdy parking u góry jest przepełniony, zamykany jest wjazd do Horni Misecky. Samochód trzeba wówczas zostawić na dużym parkingu w Dolni Misecky i dalej skorzystać z autobusu. Nie jest to najwygodniejsza opcja, ale jedyna. Płacimy wtedy jedynie za przejazd autobusem, który jest przystosowany do przewozu nart. Jeżeli natomiast uda nam się znaleźć miejsca na górze, całodzienny postój będzie kosztował 100Kč.

Widok na parking w Horni Misecky.
Dobrą opcją może być również przyjechanie do jednego z pensjonatów i wynajęcie pokoju choćby na weekend. Za przykład posłuży Chata Misecky. Ceny w sezonie i poza nim można zobaczyć na chatamisecky.cz. Podobne rozwiązanie jest wybierane przez wielu sympatyków narciarstwa, co widać po zbudowanych apartamentach. Niektóre z nich widnieją jako na sprzedaż, a przypuszczam, że większość została wybudowana typowo pod wynajem.
Apartamentowce w Horni Misecky.

Z "centrum" Horni Misecky udajemy się w kierunku stadionu biegowego. Znajduje się on nieopodal wyciągu na Medvedin. Stamtąd można wybrać kilka tras, które są dostępne dla biegaczy narciarskich. Wszystko tłumaczy mapa postawiona przy stadionie.


Widok na część stadionu.
Na stadionie rozpoczynają swój bieg wszystkie zawodnicze trasy, dostępne w Horni Misecky. Przeszedłem się częścią z nich i pierwsze wrażenie było pozytywne. Pokonywanie nawet najkrótszych pętli może przynieść w zimie dużo przyjemności. Jest kilka krótkich podbiegów i zjazdów, co dodaje dynamiki. Wybierając natomiast dłuższe warianty (granatowy, czerwony lub zielony), mamy szansę dotrzeć do strzelnicy biathlonowej.

Trasa niebieska jest w lecie używana szczególnie przez rowerzystów z uwagi na szutrową powierzchnię.

"Zavodni okruh" i wszystko jasne.  Rzeczony okruh zaprowadzi nas między innymi do strzelnicy.

Kawałek porośniętej trawą trasy żółtej.

Jednak nie tylko trasy wyczynowe może nam zaproponować ośrodek Horni Misecky. Przez miejscowość przebiega karkonoska magistrala biegowa, która obejmuje około 500 km tras turystycznych w Karkonoskim Parku Narodowym (czeskim), utrzymywanych przez poszczególne gminy i organizacje. Brzmi nieźle, prawda? Dla tych, którzy w biegówkach cenią sobie przede wszystkim turystyczne aspekty, jest to wspaniała okazja, aby poznawać góry na nartach. 

Trasa karkonoskiej magistrali turystycznej wiodąca w kierunku Rovinki.

Horni Misecky jest nastawione przede wszystkim na narciarzy alpejskich. Dlatego nie dziwi obecność wyciągów narciarskich w okolicy, wjeżdżających na położony na wysokości 1235 m. n. p. m. Medvedin. Ponadto niedaleko mamy Spindleruv Mlyn, znany również w dziedzinie zjazdówek. Zimą te miejsca zamieniają się w raj dla sympatyków nart. Każdy zatem znajdzie coś dla siebie, od turystyki, poprzez trasy zawodnicze, aż po zjazdowe. Oby tylko w sezonie dopisała pogoda oraz dla wszystkich starczyło miejsca na parkingach. Osobiście gdybym miał zdecydować się na wyjazd w tamte rejony, zrobiłbym to rezerwując wcześniej miejsce w jakimś miłym pensjonacie i zostając na kilka dni.

Czasem lepiej nic nie robić...

W lecie ośrodki narciarstwa biegowego, takie jak Jakuszyce, zwykle stoją i czekają na zimę. Czasem coś się buduje, żeby w zimie powitać turystów, amatorów biegówek i zawodników. Taki powiew świeżości jest dobry, zwłaszcza gdy latem nie można zaproponować tras na nartorolki, a jedynie szlaki turystyczne. Dlatego dyrekcja Biegu Piastów postanowiła wprowadzić kilka zmian, aby w przyszłym sezonie pojawiło się kilka nowości. Zapomniała jednak, że te nowości powinny byś sprzyjające narciarzom, a nie ich zniechęcające.


Oprócz postawienia budynku (najprawdopodobniej jakiejś wypożyczalni/restauracji) w okolicy stacji kolejowej, w Jakuszycach ma powstać kilka nowych tras. Ich otwarcie wiąże się z uzyskaniem zgody Nadleśnictwa w Szklarskiej Porębie, więc nie jest to jeszcze pewne. Jednak najważniejszą informacją, nad którą mam zamiar się tutaj pochylić, jest plan zmiany zasad korzystania z tras wyczynowych z homologacją FIS. Otóż mają być one dostępne tylko dla zawodników i ewentualnie dla grup zorganizowanych obozów szkoleniowych. Kontrowersyjna i bezsensowna decyzja. A dlaczego? Powodów jest wiele.

Przede wszystkim interesuje mnie, jak ma być egzekwowany nowy regulamin korzystania z tras wyczynowych FIS? Czy trasa ma zostać ogrodzona pastuchem elektrycznym, a przy wejściu na nią będzie stał ktoś odpowiedzialny za wylegitymowanie osoby chcącej z niej skorzystać, czy rzeczywiście jest zawodnikiem? Czy może trenujące tam kluby będą same wymierzać sprawiedliwość każdemu nieupoważnionemu pokazem pięknej polszczyzny w postaci słów zaczynających się na spier...? To tak idiotyczne, że więcej nic nie napiszę.

Albo jednak jeszcze bardziej rozwinę temat. Co na przykład z osobami takimi jak ja? Co z amatorami, których starty w zawodach zupełnie nie interesują, a całe lato treningów przekładają się wyłącznie na własną przyjemność biegania na trasach takich, jak wyczynowe? Być może nie dla wszystkich jest to jasne, że tacy ludzie istnieją, ale trzeba się z tym pogodzić. Nie można wrzucać ich do jednego worka z turystami stawiającymi pierwsze kroki na biegówkach i kazać się wynosić na trasy turystyczne. W końcu wszystko jest dla ludzi i nawet taki turysta, jeżeli sobie zapragnie, może wejść na wyczynówkę (oby nie pod prąd) i spróbować swoich sił. Byle tylko było to zgodne z zasadami 13 i 14 "How to be nordic". Bo tak naprawdę wszystko można załatwić odpowiednim oznakowaniem. Przykładów nie trzeba szukać daleko. W Czechach trasy są oznaczone na mapie pod kątem stopnia trudności i przeznaczenia. I nie da się tego nie zrozumieć. Dzięki temu, nikt niepewny swoich umiejętności nie wybierze się na trasy zawodnicze. U nas natomiast dowiemy się, kto jest sponsorem danej trasy, a reszta jest nieważna. Poza tym, mapa w internetach nie wystarczy. Nie każdy ją sobie zapisze na telefonie lub zapamięta. Sam nawet tego nie robię i nie interesują mnie poszczególne nazwy. Dobrze natomiast byłoby zobaczyć chociaż jakąś tabliczkę przy wbieganiu na trasę, informującą o stopniu trudności, długości itd. Już nawet ten sponsor tak bardzo by nie przeszkadzał.

Ale nie to mnie tak naprawdę denerwuje. Sam byłem w końcu za ideą stworzenia płatnych tras biegowych o sportowym profilu. Wtedy jasno określony jest cel istnienia takiego obiektu oraz jego klientela. Wiadomo, że z tego typu atrakcji z reguły nie korzystają turyści. Natomiast taki przepis w Jakuszycach tworzy niepotrzebny podział typu "nie jesteś zawodnikiem, więc nie umiesz jeździć na nartach i trzeba ci zabronić wejścia na te trasy". Jeżeli w takim obszarze myślenia wychowamy naszych przyszłych reprezentantów, to ja dziękuję bardzo. Narciarstwo biegowe miało być tym sportem, w którym pozbawiamy się naszych mentalnych wad.

Mimo wszystkiego, co tutaj z siebie wylałem, już teraz jestem w stanie przewidzieć, jak ten nowy regulamin będzie wyglądał w rzeczywistości. Trasy z homologacją FIS nie będą wcale przygotowywane (zresztą tak było do tej pory). Dopiero jak trafią się jakieś zawody, to wtedy ubije je ratrak i do następnego opadu śniegu ktoś z nich może skorzysta... i oby był to zawodnik.

Zawsze przypuszczałem, że Jamrozowa Polana w Dusznikach jest jedynym w Polsce ośrodkiem biegowo- biathlonowym z prawdziwego zdarzenia, a Jakuszyce słyną z Biegu Piastów i turystów. Przez takie posunięcia, trasy w Górach Izerskich próbują być czymś, czym nigdy nie będą. Najgorsze, że dzieje się to najmniejszym możliwym kosztem, czyli kosztem narciarzy. I jeżeli okaże się, że w przyszłym sezonie sytuacja się pogorszy, to razem z podobnymi do mnie chętniej wybiorę podróż do Dusznik dla dobrych tras, niż liczenie na łaskawość regulaminu...

Jizerka

Wróciłem z wypoczynku w pięknych Bieszczadach wprost do sportowego szaleństwa. Co prawda skończył się Tour de France, ale pod koniec zeszłego tygodnia już mogliśmy podziwiać biathlonistów i biegaczy narciarskich w akcji. Wcale się nie pomyliłem, bo przyszedł czas na coroczny Skifestivalen Blink w Sandnes. Całość rozpoczęła się tradycyjnie wbieganiem na szczyt, czyli Lysebotn Opp. Wśród kobiet wygrała Liz Stephen, a najlepszym w konkurencji mężczyzn okazał się być Maurice Manificat. W piętek i sobotę rozgrywano zawody pokazowe w mieście, takie jak biegi ze startu wspólnego biegaczy i biathlonistów oraz sprinty i super sprinty. Zapraszam do obejrzenia relacji na kanale Emila Hegle Svendsena tutaj. Tymczasem chciałbym pozostać przy tematyce wbiegania pod górę na nartorolkach, bo znalazłem kolejne dobre miejsce na tego typu trening lub zawody- czeską osadę o pięknej nazwie Jizerka.

Jizerka 860 m. n. p. m. to początek kilku szlaków turystycznych. Jednym z nich można dotrzeć do Jakuszyc.

Trasa wiedzie z Horni Polubny do Jizerki. Wspinaczkę najlepiej rozpocząć przy restauracji i kierować się na parking koło Chaty pod Bukovcem.

Początek podjazdu w Horni Polubny. Przepraszam za jakość zdjęcia z komórki, ale będąc na rowerze ciężko zabrać ze sobą aparat.

Tam można zakończyć trening lub kontynuować jeszcze przez kilometr z jedną trudnością w postaci stromego zjazdu.
Widok na zjazd do Jizerki.

Jeżeli chodzi o subiektywne odczucia, to przede wszystkim jest to dłuższy, lecz łagodniejszy podbieg niż w przypadku omawianej wcześniej Przełęczy Rędzińskiej. Muszę przyznać, że wczoraj po raz pierwszy pokonywałem tę trasę rowerem szosowym, więc nie mogę jednoznacznie stwierdzić, jak wygląda to z punktu widzenia nartorolek. Asfalt jest trochę chropowaty, co może dać się we znaki po kilku kilometrach. Na szczęście ostatni kilometr jest bardzo gładki. W dni weekendowe roi się tam jednak od turystów i trzeba na nich uważać. Natomiast pod kątem ruchu samochodowego, całe 6 kilometrów jest idealne. Samochody przejeżdżają tam rzadko, zaś do parkingu kursują specjalne autobusy, którymi można później wrócić do Polubny lub nawet do samego Harrachova.
Początek ostatniego kilometra trasy.

Wjazd na nartorolkach do Jizerki jest też trochę zdradliwy. Po płaskich odcinkach trafiają się takie o nachyleniu nawet około 10%, które na szczęście nie są długie. Na pewno warto spróbować swoich sił na tym terenie. Tym bardziej, że na końcu czekają piękne widoki.
Jizerka. Na końcu trasy znajdziemy między innymi kilka restauracji.

Różnica przewyższeń nie jest imponująca, zwłaszcza w porównaniu do Lysebotn Opp, gdzie na dystansie 7,5 km zawodnicy pokonują 640 m w pionie, co daje średnie nachylenie 8,5%. W przypadku Jizerki dobrym pomysłem byłoby zmierzenie się z tą trasą techniką double poling. Różnica poziomów wynosi bowiem 164 m. Najciekawszy jest fakt, że na ostatnim kilometrze zjazd prowadzi nas na wysokość 860 m, co w porównaniu do startu w Horni Polubny dałoby jedynie 40 m różnicy. Nie ma się więc co sugerować procentami nachylenia, bo w tym przypadku najważniejszy jest dystans.

Jedna z restauracji w Jizerce.

Asfalt w Jizerce z pewnością pozwoli na nartorolki.
Polecam wybrać się do Jizerki na trening. Można tam wjechać choćby na rowerze i podziwiać widoki. Osoby na rowerze górskim mają więcej możliwości, bo istnieją wytyczone trasy, którymi można zagłębić się w Góry Izerskie lub pojechać do Jakuszyc. Przypuszczam, że w Czechach jest jeszcze więcej takich miejsc, które nadają się na nartorolkowy uphill, więc postaram się ich poszukać. Tymczasem podaję najważniejsze dane trasy Horni Polubny - Jizerka:

  • Długość: 6 km
  • Różnica poziomów: 164 m
  • Poziom trudności: łatwy
  • Mapa na stronie Endomondo: link
P.S.: Przepraszam, że musiałem zmienić czcionkę na gorszą w odbiorze, ale dotychczasowa odmówiła nagle współpracy z polskimi znakami bez powodu...

Same One Way Premio 9 zimy nie czynią

"Nordic sports is a spirit. It's about doing the things you want and looking the way you want". Taki napis widnieje na moich Premio 9, obecnie odstawionych smutno w kącie w pokoju. Jak się okazało, w pakiecie z nartami One Way Premio 9 Skate, producent nie dołącza śniegu. I w ten sposób powyższa sentencja staje się pięknym marzeniem na przyszły sezon, bo ten obecny, zarówno dla mnie, jak i dla nich, już się skończył.

Prawda jest taka, że przez słabe warunki, jakie mieliśmy w ostatnich miesiącach, ślizgi nart nie dotknęły nawet śniegu od czasu, gdy do mnie przyszły. Przetarcia i kamienie, które mocno zraniły moje dotychczasowe Fischery, powstrzymywały mnie przed pierwszym testem OW. Była końcówka stycznia i liczyłem, że sytuacja się poprawi i spadnie więcej śniegu. W perspektywie był jeszcze przecież cały luty i Bieg Piastów, więc opady po prostu musiały się pojawić. Tak się jednak nie stało i najczarniejszy scenariusz dla każdego sympatyka narciarstwa biegowego się spełnił. Wiemy dokładnie, jak tragicznie wyglądały trasy w przeddzień imprezy i jak trudno je było przygotować.

Dziś mamy 19. dzień marca. Patrząc na pogodę za oknem, nie mam już nawet resztek nadziei, że coś się odmieni. Rezygnacja je pokonała. Spakowałem już swoje Premio 9 na letnią przerwę. Nawet nie ruszałem ślizgów, zostawiając je tak, jak przygotował mi PR-Sport. Niech czekają na lepszy przyszły sezon, na świeży i ubity śnieg, aby mogły spełniać swoje zadanie. Upłynie trochę czasu, aż stanę w nich na trasie i będę mógł powiedzieć: "I am nordic".

Tymczasem swój sezon zakończyli narciarze biegowi. W zeszły weekend miał miejsce finał Pucharu Świata, tradycyjnie w Falun. Szwedzkie miasto przygotowuje się do przyszłorocznych Mistrzostw Świata, dlatego niedawne zawody były pewnego rodzaju próbą generalną przed główną imprezą. Trzeba przyznać, że próba się powiodła i możemy liczyć na wiele ze strony organizatora za rok. Falun 2015 sponsoruje One Way Sport. Na stronie producenta już teraz można zakupić ubrania i akcesoria zawierające logo MŚ. Jeżeli zaś chodzi o same rozstrzygnięcia finału PŚ, to były one bardzo miłe. Przede wszystkim Therese Johaug obroniła koszulkę liderki i zdobyła swoją pierwszą dużą kryształową kulę w karierze. Patrząc na to, jakie biegi (sprinty klasykiem, skiathlon, pościgowy) odbywały się w Falun, mało kto wierzył w jej możliwości w walce z doświadczoną Marit Bjoergen. Jednak skazywana na porażkę zyskała dodatkową motywację, która pozwoliła jej na zbudowanie przewagi w biegu łączonym i utrzymanie jej dzień później. W rywalizacji mężczyzn zwycięstwo w klasyfikacji generalnej było już rozstrzygnięte w Lahti. Martin Johnsrud Sundby mógł tym samym spokojnie odebrać swój pierwszy w karierze Puchar Świata bez względu na wyniki w Falun. Norweg jednak nie zamierzał spoczywać na laurach i pokusił się jeszcze na wygranie całego finału. W bardzo zaciętej walce pokonał Alexa Harveya i Alexandra Legkova. Niestety nie można było tego zobaczyć, bo Eurosport postanowił pokazać zawody w jeździectwie. Dla nich też bardzo szybko skończyła się zima...

Zima nie kończy się jednak dla biathlonistów, którzy swoje finałowe zawody rozegrają w Oslo. Chyba nie muszę mówić, że lubię tę lokalizację. Trasy są bardzo ładne, widoki również, a to wszystko mieści się na wzgórzu Holmenkollen. Zdecydowanie lepiej kończyć sezon właśnie tam, niż w Khanty- Mansiysku, gdzie bywa przygnębiająco. Zwykle nawet w kwietniu panuje tam sroga zima (to akurat dobrze), ale przez to dziwnie jest rozstawać się z Pucharem Świata. W dodatku szybko robi się ciemno, a trasy są nieciekawe. W Oslo natomiast mamy skocznię, pełne trybuny i króla Haralda V, przyglądającego się występom norweskich zawodników. Mamy również korony norweskie, które należałoby zapłacić za wstęp na zawody. Miejsce na jednej z trybun na jutrzejsze sprinty kosztuje od 152 NOK do 197 NOK, natomiast miejsce przy trasie od 77 NOK do 92 NOK. W przeliczeniu na złotówki jest to odpowiednio około od 76 zł do 98 zł i od 39 zł do 46 zł. W następne dni, czyli na sobotnie biegi pościgowe i niedzielne masowe, bilety są oczywiście droższe. Wówczas na miejsce przy trasie należałoby wydać od 52 NOK do 197 NOK, zaś na trybunach od 112 NOK do 452 NOK. Można jednak zdecydować się na zakup biletu na oba weekendowe dni, co kosztowałoby od 172 NOK do 402 NOK. W tym przypadku dostępne są zniżki dla dzieci, których wstęp kosztuje w granicach 55- 122 NOK. Takie ceny stawiają zawody w Oslo obok Ruhpolding. Jednak szeroki wybór miejsc na trybunach i związane z tym różnice w kosztach sprawiają, że Norwegia okazuje się być tańsza od Niemiec. Tego się nie spodziewałem.

Pierwsze biegi w Oslo Holmenkollen już jutro. Kobiety rozegrają sprint o 12:30, zaś mężczyźni ruszą na trasy o 15:30. Warto dodać, że w niedzielę ma się odbyć specjalna prezentacja nowej konkurencji biathlonowej, która być może w przyszłym sezonie zostanie włączona do Pucharu Świata. Formuła zmagań ma być podobna jak na pokazowych zawodach, rozgrywanych co roku na stadionie Schalke w Gelsenkirchen. A póki co, zobaczmy, jak wygląda Oslo w przeddzień finału sezonu 2013/2014.


Witamy w Sochi

Tak, to już ten czas. Większość sportowców, biorących udział w Igrzyskach Olimpijskich, przybyła do Sochi. Emocje rosną z każdym dniem, podobnie jak oczekiwania. Media aż huczą od wiadomości, co dzieje się w ostatnich chwilach przed rozpoczęciem zmagań. Trudno nawet to wszystko ogarnąć. Nic dziwnego, w końcu okazja do zdobycia olimpijskiego medalu trafia się raz na cztery lata. Ta wielka impreza dla każdego jest czymś wyjątkowym, tak więc przez cały czas jej trwania będziemy przyglądać się uważnie wszystkiemu, co dzieje się wokół. Zobaczymy, kto będzie miał szczęście, a dla kogo sukces będzie ukoronowaniem świetnych wyników w Pucharze Świata. Przed nami świetna podróż przez tygodnie zwycięstw, porażek, łez szczęścia i rozpaczy.

Na początek jednak kilka słów o tym, co wstrząsnęło biathlonowym światem jeszcze przed zapłonięciem olimpijskiego znicza. Chodzi oczywiście o aferę dopingową z udziałem rosyjskich i litewskich reprezentantów. Przypomnijmy, że u trójki zawodników wykryto niedozwoloną substancję we krwi. Wnioskowano o zbadanie próbki B, dla potwierdzenia lub zaprzeczenia wcześniejszych rezultatów. Nazwisk nie ujawniono. Jedynie Irina Starykh przyznała się, że to między innymi jej dotyczy ta sprawa i wnioskowała o odsunięcie na ten czas od reprezentacji. Jak tylko wyjaśni się coś więcej w tym temacie, na pewno do niego wrócę.

Zajmując się teraz tematyką Sochi pamiętajmy, że w Igrzyskach biorą udział różne nacje i dla każdego występ jest tak samo ważny. Spójrzcie, jaki filmik nagrali z tej okazji reprezentanci Hiszpanii, będący raczej egzotycznymi bywalcami w Pucharze Świata w narciarstwie biegowym.



Jeżeli zaś chodzi o czołówkę Pucharu Świata, to też jest na miejscu. W internetach można znaleźć wiele zdjęć, relacji z pierwszych wrażeń po zakwaterowaniu. Pojawiło się wiele pozytywnych głosów na ten temat. Gwiazdy zostały przyjęte w hotelach wybudowanych oczywiście specjalnie na tę okazję. Ale jak wiemy, Rosja to kraj kontrastów i nie obyło się bez zgrzytów. Z drugiej więc strony, kanadyjscy hokeiści dostali pokój o dość małym stopniu prywatności, podobnie jak polscy panczeniści. Są również powszechne obawy o jakość wody i "małe niedociągnięcia", jak na przykład tu. Ponadto nie wszystko zostało ukończone, mimo ogromnej kwoty, którą już pochłonęła organizacja Igrzysk.

Nasi reprezentanci w biathlonie dołączyli do czołówki, a wśród nich Weronika Nowakowska- Ziemniak. Miały już miejsce pierwsze treningi, przypomnienie sobie tras i strzelnicy. Zobaczcie, co mają do pokazania: Martin FourcadeRussel Currier i Jakov Fak. Ciekawą relację z podróży do Rosji opisał na swoim blogu znany nam z biegów narciarskich Noah Hoffman. Także nasze biegaczki miały już okazję przebywać na olimpijskim śniegu. Na tym przykładzie dobrze widać, jak niektórzy radzą sobie ze stresem przedstartowym. Fourcade wydaje się być zmotywowany, wręcz niecierpliwy przed walką o medale. Wypowiada się szeroko na temat tras i swojego samopoczucia. Norwegowie natomiast uciekają od nadmiernego udzielenia się w mediach, trenują w spokoju, testują narty i studiują trasy. Zobaczymy, która taktyka pozwoli na lepsze opanowanie presji.

A skoro o trasach mowa, to należy się kilka słów o samym obiekcie, na którym o medale będą walczyć najlepsi biathloniści świata. Nazywa się on Laura Biathlon & Ski Complex i będzie gościł zarówno biathlon, jak i biegi narciarskie i kombinację norweską. Położony jest na wysokości ponad 1000 m.n.p.m i co najważniejsze, od Morza Czarnego dzieli go około 50 km. Będzie to miało duży wpływ na warunki śniegowe, które są zupełnie wyjątkowe na tle innych miejsc, znanych z biathlonowego PŚ. Za tym idzie oczywiście smarowanie nart. W poprzednim sezonie dużo mówiło się na ten temat. Była nawet mała afera, że Rosjanie nie pozwolili pobrać Norwegom próbek do zbadania śniegu. Tak, czy inaczej, przygotowanie nart będzie trudne i na pewno zaważy na wynikach rywalizacji. Obecnie na trasach jest dość ślisko, co ułatwia nieco sprawę, ale nie ma co liczyć, że taki stan na pewno się utrzyma. Dlatego też trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność, co podkreślał członek francuskiego sztabu szkoleniowego- Stephane Bouthiaux. Także klimat jest nie bez znaczenia. Ostatnie doniesienia mówią o plusowych temperaturach na Krasnej Polanie. Może powodować to zmiany pogody. Pamiętacie może tą śniegową burzę w Vancouver podczas sprintu mężczyzn? Akurat, gdy biegli faworyci, warunki stały się nie do zniesienia. Wszyscy wolelibyśmy zapewne, żeby to nie niebiosa, a umiejętności wpłynęły na podział medali na tegorocznych IO. Z próby przedolimpijskiej wiemy, że trasy olimpijskie są bardzo trudne. Zaraz za strzelnicą mamy do pokonania stromy podbieg. Również zjazdy są techniczne i potrafią przyprawić problemów najlepszym. Już wkrótce będziemy typować faworytów do medali, to przyjrzymy się dokładniej zawodnikom, którym takie trudności szczególnie odpowiadają.

Na koniec jeszcze, w ramach ciekawostki, informacja o chorążych flag narodowych na ceremonii otwarcia Igrzysk. Otóż Andrea Henkel będzie niosła flagę Niemiec. Zobaczymy, czy w innych krajach zobaczymy biathlonistów na czele swoich reprezentacji. Nie będzie to raczej Norwegia, która do tej roli wytypowała wstępnie Aksela Lunda Svindala. Olimpijska karuzela ruszyła na dobre i teraz wszyscy jesteśmy na jej pokładzie.

P.S.: Jak pamiętacie z poprzedniego posta, SadurSky miał zacząć pisać po tym, gdy zaradzi coś na porysowane ślizgi Fischerów. Udało się zaradzić i to jeszcze co! Teraz tylko trzeba śniegu...


Witamy w Anterselvie

Przed nami ostatnie zawody biathlonowego Pucharu Świata, zanim wszyscy udadzą się na Igrzyska Olimpijskie. Tym razem biathlonistów zobaczymy we Włoszech, a konkretniej w tyrolskiej miejscowości Anterselva. Niech nikogo nie zdziwi powszechne używanie również niemieckiej nazwy tego ośrodka, czyli Antholz. Język niemiecki jest bowiem używany przez większą liczbę okolicznej ludności, niż włoski. Czas więc przyjrzeć się bliżej temu pięknemu miejscu.

Anterselva jest bardzo wdzięcznym ośrodkiem do uprawiania i oglądania biathlonu. Trasy są urozmaicone i przede wszystkim obfitują w piękne górskie widoki. Tradycje biathlonowe także są nie bez znaczenia. Rozegrano tam choćby Mistrzostwa Świata w 1995 roku, kiedy to swój pierwszy medal zdobył Tomasz Sikora. Stadion i strzelnica położone są wysoko, bo 1600 m.n.p.m. Warto dodać, że na podobnej wysokości będzie się odbywała rywalizacja w Soczi. Dla wielu zawodników stanowi to więc szansę na sprawdzenie się w takich warunkach, co jest dość istotne. Pamiętamy przecież, po co opuszczali poszczególne zawody Norwegowie, czy Martin Fourcade. Celem był właśnie trening wysokogórski i przyzwyczajenie organizmu do funkcjonowania na wyższych poziomach niż zwykle. A skoro już mowa o absencjach, to w Antholz będzie ich wiele. W rezerwowym składzie pojawi się reprezentacja Ukrainy oraz męska część kadry Norwegii, wspierana jedynie przez Ole Einara Bjoerndalena, który zaliczył przerwę w czasie zawodów w Ruhpolding. Nie zobaczymy Rosjan: Dimtrya Malyshko, Evgenya Ustyugova oraz Alexeya Volkova. Powraca natomiast Martin Fourcade, który będzie chciał nadrobić punkty nad Emilem Hegle Svendsenem, odpoczywającym obecnie psychicznie przed Soczi. Przekonamy się, która taktyka startów okaże się być lepszą. Jeżeli chodzi o resztę informacji, to w regularnych składach zobaczymy ekipy Polski, Niemiec i Austrii oraz żeńskie drużyny Norwegii i Rosji. Stawka jest więc zróżnicowana i na pewno bardzo ciekawie będzie wyglądała rywalizacja przed najważniejszą imprezą sezonu. Kto będzie się oszczędzał, a kto może wygrać? Upatruję tutaj szansy dla OEB na odniesienie upragnionego zwycięstwa, w czym na pewno będzie mu przeszkadzał Fourcade. Groźni mogą być też reprezentanci Rosji, którzy, sądząc po wynikach sprzed lat, najwyraźniej lubią wygrywać w Anterselvie. Program zawiera biegi sprinterskie (jutro panie o 14:30, zaś panowie w piątek o 14:50), biegi na dochodzenie (w sobotę o 11:45 kobiety i o 14:30 mężczyźni) oraz sztafety (w niedzielę o 11:15 i 14:15 odpowiednio panie i panowie).

Teraz kilka słów o biletach. Anterselva ma swoją atmosferę, za którą wysoko się ceni. I to jest chyba jedyna wada tego miejsca. Za miejsce siedzące na trybunie należy zapłacić 31 EUR od osoby w dni sprintów oraz 36 EUR w sobotę i niedzielę. Jeżeli chcemy stać w sektorach do tego przeznaczonych, łączy się to z wydatkiem 26 EUR na sprinty i 31 EUR na resztę konkurencji. Możemy też zdecydować się na miejsce przy trasie, co kosztuje 17 EUR w dniach sprintów i 19 EUR w czasie biegów pościgowych i sztafet. Jest również opcja zakupu biletu na całe zawody w Anterselvie. Obecnie pozostały karnety na trybuny z miejscami stojącymi (99 EUR) oraz przy trasie (62 EUR). Takie ceny biletów plasują Antholz na drugiej lokacie wśród najdroższych miejsc, zaraz za Ruhpolding.

Skoro już wszystko wiemy o obiekcie, obsadzie i biletach, czas przyjrzeć się warunkom na trasach. Porównując do poprzednich miejsc, w Anterselvie panuje zimowy raj. Jest mróz, świeci słońce, zaś w całej okolicy leży dużo śniegu. To jest właśnie ten klimat, z którym kojarzę Antholz. Przyjemnie będzie się to wszystko oglądało. A póki co, rzut oka na przygotowania do zawodów.

Witamy w Ruhpolding

Biathlonowy Puchar Świata powrócił do nas na dobre po świąteczno- noworocznej przerwie. Już jutro odbędą się kolejne zawody. Tradycyjnie z Turyngii biathlonowa rodzina przeniosła się do bawarskiej miejscowości Ruhpolding. Zostaną tam rozegrane następujące konkurencje: sztafety, biegi indywidualne i biegi pościgowe. Pamiętacie może, jak bardzo dziwiłem się, że w programie zapisany jest bieg na dochodzenie, a nie ma sprintu i uznałem to za błąd w zapisie? Otóż, okazało się to być prawdą. Nie przypominam sobie takiej sytuacji, aby na podstawie wyników biegów indywidualnych, gdzie przecież są 4 strzelania i za każde pudło doliczamy minutę, zawodnicy startowali dzień później do "pursuitu". Różnice czasowe na pewno będą duże. Zawodnikom pudłującym na strzelnicy nie będzie łatwo odrobić poniesionych strat. Nie czas jednak na typowanie, kto ma jakie szanse. Dziś kilka słów na temat tras.

Stadion w Ruhpolding położony jest na wysokości 700 m.n.p.m, wśród pięknych widoków na Alpy. Zwykle, gdy zawody rozgrywane są w dzień, w okolicach strzelnicy i trybun panuje cień. Nie ma więc problemu z przestawieniem się z ostrego światła, co miało miejsce w Le Grand Bornand. Jeżeli chodzi o trasy, po których będą poruszali się w ten weekend biathloniści, to są one w takiej samej konfiguracji, jak miało to miejsce na Mistrzostwach Świata w 2012 roku. Stadion został wówczas specjalnie na tą okazję przebudowany dwa lata wcześniej oraz zmieniono kierunek przebiegania pętli biegowej na przeciwny do dotychczasowego. W poniższym filmie możecie dokładnie zobaczyć, jak prezentują się trasy po tych wszystkich zabiegach.



Trasy w Ruhpolding można określić jako trudne. To nie jest już to samo, co w Le Grand Bornand, czy Hochfilzen. Zdecydowanie można odnaleźć wymagające podbiegi, jak i techniczne zjazdy. Zresztą już w Oberhofie widać było, że żarty się skończyły i od tego momentu będzie znacznie trudniej, o czym boleśnie przekonała się choćby Andrea Henkel. Trzeba się więc mieć na baczności, bo nawet najlepszym biegaczom może przydarzyć się upadek, szczególnie na lodowym, sztucznym śniegu.

Jeżeli chodzi o ceny biletów, to w tej kwestii Ruhpolding nie jest szczególnie atrakcyjne. Na dni, kiedy będą rozgrywane pojedyncze konkurencje, czyli sztafety i biegi indywidualne, wstęp na trybuny kosztuje 35 EUR dla dorosłych, zaś 32 EUR dla dzieci. Natomiast pobyt w dzień dwóch biegów pościgowych będzie kosztował 48 EUR (dorośli) i 43 EUR (dzieci). Można zdecydować się na miejsce przy trasie. Cena takiego biletu wynosi odpowiednio 22 EUR dla dorosłych i 20 EUR dla dzieci na sztafety i zmagania indywidualne, zaś 29 EUR dla dorosłych i 26 EUR dla dzieci na biegi pościgowe. Jeżeli chodzi o bilety na cały długi weekend zawodów w Ruhpolding, to ich cena na trybunach wynosi 145 EUR (dorośli) i 130 EUR (dzieci), natomiast przy trasach 90 EUR i 80 EUR odpowiednio dla dorosłych i dzieci. Jest również opcja wykupienia biletu na miejsce przy trasie tylko na zawody rozgrywane od środy do piątku włącznie. Stanowi to wówczas wydatek 48 EUR przy bilecie normalnym i 44 EUR przy ulgowym. Takie ceny biletów stawiają obecnie Ruhpolding na pierwszym miejscu wśród najdroższych z dotychczas porównywanych przeze mnie zawodów.

Zmagania w Ruhpolding zapowiadają się ciekawie. Szczególnie intrygujące są niedzielne pościgi na podstawie wcześniejszych wyników biegów indywidualnych. Wkrótce ukaże się przegląd faworytów tej niecodziennej rywalizacji. Tymczasem nie zapomnijcie o jutrzejszej sztafecie kobiet, która startuje o 14:30.

P.S:
To jeszcze zerknijmy na warunki pogodowe w Ruhpolding. Wszystko wygląda znacznie lepiej, niż w Oberhofie.

Witamy w Le Grand Bornand

Już jutro odbędzie się pierwszy bieg Pucharu Świata w Annecy- Le Grand Bornand. To miejsce gości w biathlonowym kalendarzu po raz pierwszy w historii. W sezonie 2011/2012 podjęto co prawda próbę rozegrania tam zawodów, ale z powodu braku śniegu zostały one przeniesione do Hochfilzen. Tym razem takich problemów nie ma i będziemy mogli zobaczyć, jak Francja poradzi sobie w roli organizatora takiego przedsięwzięcia.

Jak wygląda trasa? Tak się składa, że 2- kilometrową pętlę jutrzejszej sztafety kobiet możemy obejrzeć z perspektywy zawodnika w towarzystwie Marie Laure Brunet.



Stadion położony jest na wysokości około 1000 m.n.p.m. Okolica jest bardzo ładna. Alpejskie domki położone nieopodal sprawiają miłe wrażenie. Jeżeli zaś chodzi o stopień trudności tras, to nie są one zbyt wymagające. Więcej trudno jest powiedzieć po pierwszym spojrzeniu na ten obiekt. Po zawodach na pewno rzucą się w oczy inne rzeczy.

Czas na ceny biletów. Za miejsce na trybunie podczas biegów sztafetowych trzeba będzie zapłacić 17 EUR. Dla dzieci do 10 lat stawka wynosi 12 EUR, podobnie jak dla grup zorganizowanych powyżej 8 osób. Większe ceny obowiązują oczywiście w weekend, kiedy to będą rozgrywane po dwa biegi dziennie. Wtedy wstęp na trybuny kosztuje 21 EUR dla dorosłych i 17 EUR dla dzieci i grup. Jeżeli zaś zdecydujemy się na miejsce przy trasie, zapłacimy jedynie 7 EUR na sztafety, a 9 EUR na pozostałe konkurencje. Bilet z miejscem na trybunie na wszystkie dni zawodów w Le Grand Bornand kosztuje 59 EUR dla dorosłych, a 46 EUR dla dzieci. Są to znacznie niższe stawki niż na przykład w Anterselvie, gdzie za jeden dzień biegów pościgowych trzeba będzie zapłacić 39 EUR. Ale trzeba przyznać, że włoska miejscowość ma swoją markę, czego zaś nie można powiedzieć o Annecy.

Ta marka oznacza także obsadę, która przyjedzie na zawody. Wielu dobrych zawodników nie zobaczymy na francuskich trasach. Najgłośniej mówi się o absencji czołówki norweskiej kadry. Nie wystartują: Emil Hegle Svendsen, Tarjei Boe, Ole Einar Bjoerndalen i Ann Kristin Flatland. Z innych narodowości należy odnotować brak Ustyugova, Zaitsevej i Domrachevej. W pełnym składzie nie przyjedzie także reprezentacja Polski. Z uwagi na start w Uniwersjadzie w Trentino, nie zobaczymy Weroniki Nowakowskiej- Ziemniak, Moniki Hojnisz i Łukasza Szczurka. Natomiast zawodnicy gospodarzy wystąpią w najsilniejszym składzie z Martinem Fourcade na czele. Tak więc już teraz można przewidzieć, kto będzie faworytem w zmaganiach mężczyzn. Ale o tym później...

Hochfilzen- mój typ i przedstawienie trasy

Witamy w Hochfilzen. Biathlonowy Puchar Świata zatrzymuje się w tej tyrolskiej miejscowości po raz kolejny i jak zawsze powitany zostaje bardzo serdecznie. Chodzi tu oczywiście o unikatową atmosferę, jaką zapewniają kibice obecni na stadionie. W tym sezonie również pogoda postanowiła ciepło przywitać zawodników i zawodniczki. Już w dzień pierwszego nieoficjalnego treningu świeciło słońce, panował lekki mróz, a podmuchy wiatru nie utrudniały życia. Jest to duża różnica w stosunku do Oestersund, które ciężko wspominać pozytywnie. W Hochfilzen zaplanowane są sprinty, sztafety i biegi pościgowe.

Bilety na zawody są już niedostępne w sprzedaży internetowej, więc na próżno szukać informacji o cenach wejścia na trybuny. Przypuszczam, że wzorem poprzednich lat, stawki zaczynały się od około 20 EUR za miejsce przy trasie, zaś za miejsce na stadionie oscylowały w granicach 30- 40 EUR.

Teraz coś o trasach. W Hochfilzen nie są one najtrudniejsze. Pętle do biegów sprinterskich prowadzą przez bliskie otoczenie stadionu. Charakterystyczny jest zjazd z zakrętem, gdzie zwykle stoi mały bałwanek albo choinka, oraz te odcinki prowadzące na przez tunele. Jak będzie filmik pokazujący jakąkolwiek pętlę z perspektywy zawodnika, to na pewno się tu pojawi. Aktualizacja: film pojawił się w dzień zawodów i oto zostaje zaprezentowany poniżej.

Czas przejść do typowania faworytów. Myślałem, że po Oestersund będzie to łatwiejsze, a tu nic bardziej mylnego. Może to przez te problemy z wiatrem i odwołanie niektórych konkurencji nadal trudno jest określić formę niektórych zawodników. Mimo tego, spróbuję wskazać nazwiska, które będą liczyły się w walce o pucharowe punkty. Kobiet mają pierwszeństwo, więc to od biathlonistek zaczniemy.

1. Murowana faworytka:

  • Darya Domracheva- nie jest posiadaczką żółtej koszulki liderki, ale w Oestersund pokazała, że jest bardzo mocna w sprincie. Należy również wziąć pod uwagę fakt, że Białorusinka prowadziła również w biegu pościgowym w chwili jego anulowania. Do tego w każdej z rozegranych konkurencji miała najszybszy czas pokonania trasy. W Hochfilzen ma duże szanse na sukces.  

2. Drugie skrzypce:

  • Gabriela Soukalowa- nie można zapominać o liderce Pucharu Świata. Jednak też trudno brać ją pod uwagę, jako zdecydowaną faworytkę. Na pewno będzie chciała utrzymać prowadzenie w klasyfikacji generalnej, ale Dasza jest bardzo blisko i tylko czeka na przejęcie żółtej koszulki.

3. Czarny koń rywalizacji:

  • I tu się zaczyna prawdziwy problem. Po Oestersund mogę powiedzieć tyle, że do tej roli mogę wskazać którąś z reprezentantek Rosji. I nie mam tu na myśli Olgi Zaitsevej, która należy do grona faworytek. Widocznie trening Wolfganga Pichlera działa na tyle dobrze, że w pierwszej 20. klasyfikacji generalnej mamy 4 podopieczne Niemca. I czemu te dziewczyny tak na niego narzekają? Zobaczymy, co pokażą w Hochfilzen: Ekatarina Iourieva, Irina Starykh, Ekatarina Shumilova, Ekatarina Glazyrina oraz powracająca po chorobie Olga Vilukhina.
Wśród mężczyzn sytuacja wygląda jaśniej, ale nie do końca. Mamy Martina Fourcade a potem długo nic. Dlatego tak właśnie wygląda zestawienie największych graczy w Hochfilzen.

1. Murowany faworyt:

  • Martin Fourcade- po tym, co zrobił w Oestersund, nie powinno być to dla kogokolwiek niespodzianką. Francuz zaimponował przygotowaniem do inauguracji Pucharu Świata i zgarnął komplet punktów za wszystkie rozegrane biegi. Jak tak dalej pójdzie, to nikt nie będzie w stanie go powstrzymać. Tym bardziej, że jego główny rywal- Emil Hegle Svendsen nie wybiera się na następną rundę PŚ w Annecy- Le Grand Bornard. 

2. Drugie skrzypce:

  • Emil Hegle Svendsen- nie poszło mu w Oestersund, podobnie jak reszcie Norwegów. Jednak nie sposób nie wierzyć w jego dobrą dyspozycję. Być może jest jeszcze na to zbyt wcześnie, biorąc pod uwagę główny cel, jakimi są Igrzyska Olimpijskie w Soczi. W każdym razie nic nie stoi na przeszkodzie, aby już w Austrii przesunął się do czołówki klasyfikacji generalnej PŚ.

3. Czarny koń rywalizacji:

  • Lars Berger- ilekroć pojawia się na zawodach Pucharu Świata, a zdarza się to mu już coraz rzadziej, to zawsze może zamieszać w czołówce. Jednym słowem człowiek zagadka. Szybko biega, ma nawet ksywkę "pędziwiatr" i jeżeli nie będzie pudłował wielokrotnie na strzelnicy, może sprawić miłą niespodziankę. Podobne rzeczy już się przecież zdarzały, jak przykładowo na Mistrzostwach Świata w Pyeong Chang w 2009, kiedy to zdobył srebrny medal w sprincie. Raz także udało mu się triumfować w Hochfilzen.  
W temacie oczekiwań przed zawodami Pucharu Świata w Hochfilzen to już wszystko. Już jutro odbędą się sprinty, więc pamiętajcie o włączeniu Eurosportu o 10:00 i 13:30. 

Mamy pierwszych liderów

Jesteśmy już po biegach indywidualnych w Oestersund. Nastąpiły pierwsze rozstrzygnięcia. Przede wszystkim mamy pewnego rodzaju niespodziankę wśród kobiet, a jest nią czeska liderka klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. O ile się nie mylę, Gabriela Soukalova jest pierwszą w historii reprezentantką naszych południowych sąsiadów, której udało się wejść w posiadanie żółtej koszulki. Trzeba przyznać, że zwycięstwo w dzisiejszym biegu na 15 km jest jednocześnie piątym z rzędu w zawodach PŚ. Pamiętamy przecież, że Czeszka wygrała wszystkie konkurencje w trakcie zawodów zamknięcia poprzedniego sezonu w Khanty- Mansiysku oraz wraz z resztą drużyny triumfowała w niedzielnej sztafecie mieszanej. Imponująca seria jest zapowiedzią dalszych sukcesów? O tym przekonamy się już jutro, kiedy wieczorem zostanie rozegrany bieg sprinterski. Drugie miejsce trafiło w ręce Anastasyi Kuzminy, zaś trzecia była Marie Laure Brunet. Francuzka miała szansę na zwycięstwo, bo, tak jak przewidywałem, strzelała celnie i poprawiła się w biegu. Podczas ostatniej próby na strzelnicy spudłowała jednak raz, co nie pozwoliło jej walczyć z Czeszką i Słowaczką mimo ich dwóch doliczonych minut. Z dobrej strony pokazała się Darya Domracheva, mając najlepszy biegowy rezultat, oraz Monika Hojnisz, która również świetnie spisała się na trasie. Jedynie strzelanie nieco zawiodło i obie zawodniczki z czterema karnymi minutami nie liczyły się w walce o podium. Podczas sprintu, gdzie są tylko dwa strzelania i biega się karne rundy, będą miały większe szanse. Niespodziewanie słabo pobiegła dziś Kaisa Makarainen, mając dopiero 16. czas pokonania trasy. Potwierdziło się natomiast złe strzelanie Tory Berger, która zaliczyła aż pięć pudeł. Przy jej zeszłorocznej skuteczności jest to niemałe zaskoczenie. Zobaczymy, czy Norweżka poprawi się jeszcze w Oestersund. Najlepszą reprezentantką Norwegii okazała się dziś młoda Tiril Eckhoff, zajmując 5. miejsce. Jej starszy brat i były biathlonista- Stian, na pewno będzie dumny.

W rywalizacji mężczyzn także było ciekawie. Poza zwycięstwem Martina Fourcade, właściwie cała pierwsza dziesiątka jest dość niespodziewana. Liczyło się przede wszystkim dobre strzelanie, a warunki na trasie były trudne, stąd mamy takie, a nie inne wyniki. Martin świetnie zrehabilitował się po niedzielnej wpadce i nie pozostawił wątpliwości co do jego przygotowania. Można też zauważyć dobrą dyspozycję ekipy Austrii, która kryzys z zeszłego sezonu ma już za sobą, co potwierdza zajęcie dwóch miejsc na podium przez Simona Edera i Daniela Mesotitscha. Zaskakująco dobrze strzelał Klemen Bauer, który zazwyczaj pudłuje jak najęty. Inną taktykę przyjął także Włoch Lukas Hofer, który zwykle szybko biegał, a niecelnie strzelał. Tym razem strzelanie poszło mu idealnie, zaś biegowo fatalnie. Do najlepszego czasu samego biegu, należącego do Emila Hegle Svendsena, stracił ponad dwie i pół minuty. Znalazło się też kilka nazwisk, które mogą być zaskoczeniem. Przykładowo czwarte miejsce Kanadyjczyka Le Guellec'a. Widocznie Jean- Philippe czuje się na szwedzkich trasach doskonale, bo rok temu wygrał w Oestersund sprint. W ogólne chciałbym zwrócić uwagę na Kanadyjczyków, bo inny reprezentant tego kraju- Nathan Smith strzelał dzisiaj najszybciej i miał najkrótszy czas pobytu na strzelnicy. Z trzema doliczonymi minutami zajął 16. miejsce. Najlepszym z Norwegów okazał się Vetle Sjastad Christiansen, zajmując 17. lokatę, co też może być zaskoczeniem przy składzie pełnym gwiazd (bracie Boe, Svendsen, Bjoerndalen, L'abee- Lund). Zadecydowało o tym oczywiście strzelanie, które młody Vetle wykonał znacznie lepiej od kolegów. Zobaczymy jak będzie w sobotę, kiedy panowie rozegrają swój bieg sprinterski. Na pętlę, którą będą pokonywali trzykrotnie, zaprasza Alexis Boeuf w poniższym filmie, prezentując ją z perspektywy zawodnika.