SadurSky blog

Od teraz na www.czlowiekpolnocy.blogspot.com!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Worldloppet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Worldloppet. Pokaż wszystkie posty

Witam i zapraszam

Zmiany nastąpiły, dlatego miło mi powitać Was wszystkich na nowym- starym blogu. Od dziś piszę pod nazwą: Północny Punkt Widzenia. Adres też będzie nowy, inny i chyba trochę łatwiejszy do skojarzenia z tematyką bloga. Niech sobie więc każdy zapisze, że od teraz znajdzie mnie na www.czlowiekpolnocy.blogspot.com. Zapraszam, będzie to, co zwykle.

Czyli co? Bo właściwie otwieram tu sobie jakiś nowy rozdział, a sam nie wiem, co w nim umieszczę. W takim razie zastanówmy się. Będzie biathlon, duuuużo biathlonu. Dość pomyśleć, że przed nami jeszcze całe Mistrzostwa Świata w Kontiolahti, które nam tak pięknie rozpoczęły od sztafet mieszanych. Już jutro sprinty, a w niedzielę biegi pościgowe. Jak szybko się zaczęło, tak szybko się zapewne skończy. Szczególnie jestem ciekaw formy Ole Einara Bjoerndalena, który przecież w Kontiolahti odniósł swoje ostatnie zwycięstwo w Pucharze Świata (jeżeli konsekwentnie odliczymy Igrzyska Olimpijskie w Sochi). A skoro już wspomniałem o dużej imprezie, to od razu muszę zaznaczyć niesamowitą umiejętność przygotowania się Norwega na takie właśnie punkty sezonu. O tym, jak przygotował się do tych Mistrzostw Świata przekonamy się jutro o 13:17, kiedy z numerem #34 wyruszy na trasę. Pisząc to wszystko już wiem, że w nowej odsłonie będzie dużo Bjoerndalena (a na pewno do przyszłego roku, kiedy ma zamiar zakończyć karierę). Zaraz, a dlaczego nie Bjørndalena? Szczerze mówiąc, to przez te wszystkie lata takiej pisowni nazwiska Króla, jakoś nie potrafię przejść na poprawną ;-)

Nie zabraknie biegów narciarskich. W każdej formie, czyli po amatorsku i zawodowo, a czasem być może w obu naraz. Co do tej związanej z Pucharem Świata i innymi wielkimi imprezami, w niedzielę będziemy mogli obserwować Bieg Wazów (Vasaloppet). Polecam oglądać, bo na starcie zobaczymy między innymi mistrza świata z Falun Johana Olssona, znakomitego Andersa Soedergrena, zaś grono kobiet zasili Justyna Kowalczyk. Transmisja rozpocznie się o 7:45 na oficjalnej stronie Swix Ski Classics. Bieganie amatorskie też oczywiście cały czas trwa, postaram się coś ciekawego wkrótce na ten temat poopowiadać, a może sprawdzić jakieś trasy. To, że zaczął się marzec, wcale nie oznacza dla mnie końca zimy.

I wreszcie to, co zdeterminowało zmianę nazwy. Studia w Alcie, na Północy Norwegii, będą tematem, który już od sierpnia na stałe zagości na blogu. Stąd właśnie bierze się nowy punkt widzenia. Oprócz tego, wypadałoby zatroszczyć się o jakieś porządne logo. Na razie jest ono w przygotowaniu i jak mogliście się przekonać na profilu facebookowym, zostało "przyozdobione" pewnym niespodziewanym gościem.


To nie jest oczywiście wersja finalna. Właściwie to pod twarzą trollface kryje się coś innego. Co lub raczej kto to może być? A może Wy macie jakieś sugestie dotyczące tego, co powinno znaleźć się na miejscu nieszczęsnego mema? Jeżeli tak, śmiało umieszczajcie je w komentarzach pod tym postem. I to raczej tyle, jeżeli chodzi o wstęp do nowego rozdziału. Witam i zapraszam...

Io amo l'Italia

Po tragicznych warunkach śniegowych w Oberhofie oraz dość nieprzyjemnej i zmiennej pogodzie w Ruhpolding, włoska Anterselva przywitała biathlonistów w pięknym stylu. Temperatury poniżej zera oraz świecące słońce to coś, czego było trzeba zarówno kibicom na trybunach, jak również biathlonistom. Można by rzec, że wreszcie oglądaliśmy biathlon w prawdziwej zimowej odsłonie. W takich okolicznościach, na pięknych trasach w Tyrolu Południowym, przyszło się ścigać tego weekendu zawodnikom i zawodniczkom. Jak się jednak okazało, nie tylko biathlonem żyły tego weekendu Włochy.

Chyba nie trzeba ukrywać, że lubi się Anterselvę. To samo powie Król Biathlonu Ole Einar Bjoerndalen, który odnosił tam najwięcej ze swoich licznych zwycięstw. Podobnie powiedzą też ci, którzy po prostu dobrze czują się na dużych wysokościach. A wśród takich zawodników z pewnością możemy wskazać Evgenya Garanicheva, Simona Schemppa oraz Jakova Faka. Trzej panowie zakończyli zmagania w czwartek na podium, co w sumie było do przewidzenia. Schempp najwyraźniej w ostatnim czasie złapał bardzo wysoką formę, co potwierdzał już w Ruhpolding. Ponadto rok temu zwyciężył w Anterselvie, wówczas uzyskując taki sam czas jak faworyt gospodarzy- Lukas Hofer. Trudno więc było oczekiwać innego rozwiązania tego roku. Evgeny Garanichev też bywał we Włoszech na podium i to również na drugim miejscu w sezonie 2011/2012. Sezon później natomiast na "swoim" stopniu podium zameldował się Jakov Fak. Historia zatoczyła więc koło, zabierając ze sobą różnych znajomych zawodników. Osobiście natomiast bardzo cieszę się ze świetnej postawy Ole Einara Bjoerndalena, który w swoich indywidualnych startach tego weekendu chybił tylko raz na trzydzieści oddanych strzałów. Skuteczność imponująca nawet jak na Króla, co wystarczyło jednak tylko na 9. miejsce w sprincie i 4. na dochodzenie. Poziom był więc wysoki, o czym przekonali się również: Emil Hegle Svendsen i Martin Fourcade. Oboje zajęli pozycje w trzeciej dziesiątce. 

U pań, można by rzec, po staremu. Darya Domracheva zaliczy z pewnością weekend w Anterselvie do udanych. W piątek wygrała sprint z imponującą przewagą, zaś w sobotę w biegu pościgowym powiększyła ją do niemal półtorej minuty. Tak dużej różnicy czasowej pomiędzy pierwszą a drugą zawodniczką nie potrafię sobie przypomnieć, podobnie jak komentujący ten bieg panowie Krzysztof Wyrzykowski i Tomasz Jaroński, którzy też już wiele widzieli. Dzień później, podczas sztafety, swoich celów nie widziały natomiast zawodniczki. Tuż po rozpoczęciu drugiej zmiany zaczął wiać tak silny wiatr, że strzelanie stało się loterią. Gwałtowne podmuchy podrywały śnieg, co wyglądało tak, jak na poniższym screenie. 

Pogoda rozdała więc karty, zmieniając sytuację na trasie, jak w kalejdoskopie. Najwięcej szczęścia miały w tym wszystkim Niemki, które zwyciężyły z dorobkiem dwóch karnych rund, przed Czeszkami (0 karnych rund) i Ukrainą (3 karne rundy). Rekordzistkami w niecelnym strzelaniu były Koreanki z wynikiem aż 11 karnych rund. Nabiegały się, bidusie... Warto również wspomnieć, że nie po raz pierwszy pojawiły się problemy na strzelnicy podczas sztafety kobiet w Anterselvie. Rok temu ta sama konkurencja została przerwana i odwołana właśnie z powodu wiatru i braku widoczności. Najwyraźniej w tym miejscu zdarzenia lubią się powtarzać.

Nawet zsumowany dystans wszystkich Koreanek z niedzielnej sztafety nie może równać się z tym, co pokonali uczestnicy 42. edycji włoskiego maratonu Marcialonga. Przyznam, że wcześniej nie przywiązywałem większej wagi do biegów maratońskich (FIS Marathon Cup i Worldloppet), uznając je (jakże mylnie!) za zbyt długie, a przez to nudne do oglądania. Dziś chętnie przywaliłbym sobie samemu w twarz za takie podejście. A oto dlaczego. W niedzielę po raz pierwszy udało mi się obejrzeć całą transmisję Marcialongi. Dla tych, którym ta nazwa jest obca, śpieszę z wyjaśnieniem. To jeden z legendarnych maratonów zaliczanych do Worldloppet, obok Vasaloppet i Birkebeinerrennet, rozgrywany techniką klasyczną. Trasa ma zazwyczaj 70 km, ze startem w Moenie i metą w Cavalese. Przebiega przez najpiękniejsze miejsca Trydentu, zahaczając między innymi o znane z organizacji Tour de Ski i MŚ Val di Fiemme. W tym roku, z powodu gorszych warunków śniegowych, skrócono dystans do 57 km z Mazzin do Cavalese (link do mapy), co i tak stanowiło nie lada przeprawę dla licznie zgromadzonych zawodników. Wśród nich można było znaleźć kilka znajomych nazwisk, jak na przykład Øystein Pettersen, czy Katerina Smutna. A co, oprócz nazwisk, czyni Marcialongę godną zobaczenia? Odpowiedź jest prosta i brzmi: Trydent. Jak napisałem wcześniej, trasa wiedzie z jednej miejscowości do drugiej, przez co mamy do czynienia z obserwowaniem czegoś podobnego do etapu Tour de Ski z Cortiny d'Ampezzo do Toblach. Dostajemy więc piękne widoki, obserwowanie zawodników ze skutera śnieżnego i helikoptera oraz coś bardzo unikatowego- trasę w samym środku miasta. Podobnie jak w przypadku Vasaloppet, Marcialonga kończy się w mieście. Nie inaczej było w niedzielę, co oglądałem z przyjemnością. Do tego warto dodać, że większość stawki poruszała się na nartach bez smarowania "na trzymanie", przez co na całej długości trasy preferowaną techniką był dobrze nam już znany double poling. Przy tym, ostatni podbieg do położonego na wzgórzu Cavalese był wręcz morderczy. Od razu lepiej oglądało się walkę o zwycięstwo pomiędzy wspomnianym już Pettersenem, Andersem Auklandem oraz Tord Asle Gjerdalenem. Ten ostatni okazał się najmocniejszy i osiągnął swoje pierwsze zwycięstwo we włoskim maratonie. Drugi przybiegł Aukland, zaś trzecie miejsce zajął popularny "Pølsa". Wśród pań najlepsza była Katerina Smutna. Teraz już wiem, co można zrobić, gdy Puchar Świata przestaje już tak emocjonować. Wystarczy przerzucić się na maratony. Polecam, zaś do Trydentu muszę się kiedyś wybrać, choćby nawet na Marcialongę...

Zawsze może być gorzej

Spodziewaliście się pewnie tekstu typu: "Zima wróciła! Sezon rozpoczęty, więc ruszamy na trasy". W takim razie muszę Was rozczarować. Co prawda, w Jakuszycach sezon faktycznie się rozpoczął, a wkrótce nastąpi to na Jamrozowej Polanie, ale nie dla mnie. Tym razem powodem jest prawe kolano, które odmawia współpracy. Co jakiś czas przypomina mi tym samym o moim bardzo dawnym już zajęciu, jakim był... taniec towarzyski. I tu zostawiam czas na przeczytanie jeszcze raz, otrząśnięcie się z szoku, czy co tam kto preferuje. Tak, czy inaczej, na razie mogę zapomnieć o bieganiu. Zawsze może być jednak gorzej.

Bezczynność nudzi, a już na pewno nie motywuje do pracy. Część winy można na pewno zrzucić na minione Święta. Taki czas służy jednak przemyśleniom na różne tematy. A trochę ich było. Przykładowo IBU ujawniło, że u kolejnej osoby stwierdzono stosowanie dopingu. Danych biathlonisty/biathlonistki podejrzanego/podejrzanej o stosowanie EPO jeszcze nie ujawniono. Wszystko rozstrzygnie się po ponownym przebadaniu próbki, czyli najprawdopodobniej w styczniu. Wiadomo jednak, że osoba, o której mowa, została zawieszona 15 grudnia, czyli nie startowała w zawodach PŚ w Pokljuce lub Pucharu IBU w Obertilliach. To już kolejny taki przypadek w tym sezonie, po wpadce Loginova. Wtedy myślałem, że z dopingiem znów jest źle. Zwłaszcza, jeśli chodzi o rosyjskich biathlonistów. W tym momencie wiem, że zawsze może być gorzej.

Tradycyjnie dzień po Świętach mogliśmy oglądać biathlonowe zawody World Team Challenge na stadionie Schalke 04 Gelsenkirchen. Śniegu jak zawsze było mało, ale organizatorom udało się przygotować niedługą pętlę. Tej imprezie nie można odmówić atrakcyjności. Zwroty akcji, dzięki wielu wizytom na strzelnicy oraz tylko 10 zespołów na starcie to zestaw idealny dla każdego, kto nawet nie interesuje się biathlonem. Pierwszą część rywalizacji, czyli bieg masowy wygrała para włoska- Dorothea Wierer i Lukas Hofer. Bieg pościgowy padł łupem duetu z Ukrainy w składzie: Valj Semerenko i Serhiy Semenov. Za każdym razem blisko zwycięstwa były pary niemieckie, najpierw Dahlmeier i Graf, a później Hildebrand i Lesser. Obie musiały jednak zadowolić się drugim miejscem w poszczególnych biegach. Zawsze jednak mogło być gorzej.

Puchar Świata w biegach narciarskich ostatni raz zawitał do Szklarskiej Poręby w 2014 roku. Czy już nigdy się to nie powtórzy?
Szklarska Poręba nie zorganizuje już Pucharu Świata w biegach narciarskich. Taką informację podało ostatnio Polskie Radio Wrocław. Powodem jest brak funduszy miasta na finansowanie tak kosztownej imprezy. A przypomnijmy, że jeszcze niedawno mówiło się o zorganizowaniu mikrocyklu (bo to przecież w modzie) wraz z Harrachovem. Warto dodać, że strona czeska również wypowiedziała się negatywnie w tej sprawie. Mówi się też o niewielkiej (!) popularności biegów w Polsce, przez co sprzedaż biletów nie zapewniłaby odpowiedniego pokrycia kosztów. Może Was zaskoczę, ale po części się z tym zgadzam. Pamiętam, jak w ubiegłym sezonie na zawody PŚ w Jakuszycach przyszła ogromna liczba kibiców. Szkoda tylko, że ledwie połowa z nich była tam w czasie biegów męskich. A obecna sytuacja i jej tłumaczenie potwierdza tylko moje słowa. Mało kto zainteresuje się imprezą, podczas której nie wygra Justyna Kowalczyk lub inny z naszych reprezentantów. Patrząc w takich kategoriach, zwyczajnie się to wszystko nie opłaca i akurat w tym przypadku ciężko winić władze. Natomiast każdemu, kto rozczarował się postawą Szklarskiej Poręby, proponuję: wyślij sobie pocztówkę stamtąd, bo "tam gdzie ją wyślesz prawdopodobnie jest znacznie gorzej". Inną sprawą jest, że taki Puchar Świata sam w sobie byłby świetną pocztówką Jakuszyc (tylko trochę droższą), obok Biegu Piastów zaliczanego do serii Worldloppet. Mamy zatem do czynienia z pewnego rodzaju strzałem w kolano. A właśnie, moje kolano, co za pech...
Widok z trybun podczas zawodów PŚ w Szklarskiej Porębie w sezonie 2013/2014. Podobnych obrazków już nie zobaczymy.
Jakby nie patrzeć, to jednak taka przerwa od wszystkiego czemuś służy. Czasem warto zwolnić tempo, bo nigdy nie wiadomo, czy w tej ciągłej serii zdarzeń nie zapomnieliśmy o czymś najważniejszym. I właśnie takiego "zwolnienia" mogę Wam życzyć w przyszłym roku. Oby był on znacznie lepszy od tego. W końcu nie zawsze musi być gorzej...

Letnie biegi

Coraz bardziej popularne staje się tworzenie letnich wersji wielkich biegów narciarskich. Z własnego "podwórka" znamy rozegrany przed tygodniem Letni Bieg Piastów, a oprócz tego można przywołać Marcialonga Running, który odbył się dzisiaj i Jizerską 50 Run startującą za tydzień. Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował zastanowić się nad tym, po co organizować tego typu imprezy.

Polana Jakuszycka. Kiedyś zrobiłem takie zdjęcie i chyba teraz przyszedł na nie czas.

Ten tekst piszę tuż po tym, jak udało mi się wreszcie wybrać na pętlę Letniego Biegu Piastów. Biegłem sam, towarzyszył mi jedynie sztuczny głos Endomondo, informujący o tempie, dystansie i czasie. Poznałem trasę o długości 10 km, a nawet trochę oprócz niej, bo raz prawie zabłądziłem źle skręcając. Na szczęście w porę się zorientowałem. Jakby kłopotów było mało, ten beznadziejny telefon po raz kolejny odmówił współpracy i nie policzył mi fragmentu trasy. Koniec końców przebiegłem całość w czasie pomiędzy 50 a 55 minut, zresztą i tak nikogo to nie obchodzi. No właśnie, bo nie zawsze biegnie się dla czasu czy miejsca. Jednym z celów organizowania tego typu biegów jest zabawa. Promowanie sportowego trybu życia to zawsze coś, co dodaje wydarzeniu uniwersalnego wydźwięku. Bo kto byłby zainteresowany walką kilku zawodników z takich i takich klubów? Owszem, dla nich też jest miejsce, ale w tym przypadku nie ogranicza się stawki w taki sposób. To amatorzy, obecni na starcie w ogromnej liczbie, osiągający limit swoich możliwości stanowią o sile biegu. Bo przecież nikt chyba nie powie, że podbieg na Samolot zaraz po starcie nie jest sięganiem limitów. Czasem ktoś chce się sprawdzić, czasem coś udowodnić i pokazać, a czasem po prostu przebiec całość- na wszystko jest miejsce. W dodatku bieganie w górach ma swój niepowtarzalny charakter.

Im dalej biegłem, tym bardziej zadawałem sobie uporczywe pytanie: "po co to wszystko?" i wymyśliłem coś jeszcze. Oprócz zmierzenia się z własnymi słabościami i próby pokonania ich, chodzi o doświadczenie uczucia startu w jednym z wielkich biegów. Dla tych, którzy interesują się narciarstwem biegowym, ale jeszcze nie odważyli się na start w prawdziwej Jizerskiej 50, jej letnia odmiana może być świetnym przedsionkiem do spróbowania tego w przyszłości. A w dodatku znacznie lepiej brzmi, gdy ktoś powie, że startował w Letnim Biegu Piastów, niż w półmaratonie o puchar burmistrza Bystrzykorzyczewka... I na końcu aspekt promocyjny. Rozgrywanie letnich biegów z kategorii Worldloppet jest również przypomnieniem, że takie coś istnieje i można się jeszcze zapisać na zimową edycję. A gdy w stawce znajdzie się przypadkiem jakiś znany sportowiec, to już sukces murowany.

Teraz spoglądam jeszcze raz na profil trasy Letniego Biegu Piastów i zastanawiam się, czemu wtedy nie wystartowałem. Przypominam sobie to, co dzisiaj przeżyłem na trasie i już znam odpowiedź. Po prostu nie lubię tłoku i pozostańmy przy tej wersji ;)

Znalezione w internetach- relacja z Biegu Wazów

Było ostatnio o Worldloppet, więc czemu nie pociągnąć dalej tego tematu. Wiadomo, że jest to znany cykl biegów długodystansowych, rozgrywanych różnymi stylami i w różnych lokalizacjach. Jednym z ważniejszych wydarzeń sezonu Worldloppet jest Bieg Wazów, odbywający się co roku w pierwszą niedzielę marca w Szwecji. Trasa liczy imponujące 90 km i prowadzi z Sälen do Mory. Warto dodać, że jeszcze kilka lat temu, ten maraton był zaliczany do Pucharu Świata w biegach narciarskich.

Każdy zapewne powie, że na takim dystansie nie będą liczyli się sprinterzy. Co więcej, nawet nie mieliby po co startować. Obserwując przecież zawody finałowe PŚ w Falun, w zwykłym skiathlonie na "jedynie" 30 km widzieliśmy męczarnie typowych zawodników od sprintu, takich jak Ola Vigen Hattestad. Natomiast Emil Joensson nie wystartował w ogóle, wiedząc, że nie da rady. Skąd więc w gronie czołowych miejsc tegorocznej edycji trzykrotnie dłuższego Vasaloppet wzięły się takie nazwiska, jak John Kristian Dahl- były czołowy sprinter reprezentacji Norwegii, czy Johan Kjoelstad- wicemistrz świata w sprincie z 2009 roku z Liberca? Z odpowiedzią na to pytanie może przyjść kolarstwo. Wielokrotnie przecież podczas transmisji przeróżnych wyścigów słyszy się takie zdanie: "Etap długi, płaski, dla sprinterów". Zazwyczaj na takim etapie idzie jakaś ucieczka, która jest doganiana przez peleton na ostatnich kilometrach, aby to właśnie między sprinterami rozegrała się walka o zwycięstwo. Tak było w przypadku Biegu Wazów, kiedy to na mniej niż 1 km przed metą został doścignięty Joergen Aukland po prawie 50- kilometrowej ucieczce. Z grupy zaatakowali sprinterzy- Dahl i Kjoelstad. Silniejszy okazał się ten pierwszy, zaś Aukland nie stanął nawet na podium, bo wyprzedził go jeszcze kolega z klubu- Joergen Brink- wielokrotny triumfator wyścigu z poprzednich lat. Brutalne, prawda? W takiej sytuacji przypomina mi się niesamowita ucieczka Tony'ego Martina na jednym z etapów zeszłorocznego Vuelta a Espana, którą "skasowano" około 20 metrów (!) przed metą.

Ale kolarstwo to zupełnie inna bajka, niż narciarstwo biegowe. Sprinterów nie da się "dowieźć" do mety z pomocą drużyny. Inaczej pojmujemy samo pojęcie sprintera w obu przypadkach. W biegach takich, jak Vasaloppet, każdy musi wytrzymać trudy dystansu, a wiadomo, że szybcy zawodnicy zwykle nie są do tego przystosowani. Wystarczy tylko wspomnieć, że nie udało się to nawet takim nazwiskom, jak Sami Jauhojarvi, czy Lukas Bauer. Sukces polega więc na czymś innym.

Zwróćmy uwagę, że Worldloppet obejmuje zaledwie kilka wyścigów w sezonie. Znacznie łatwiej przygotować się do takich startów, bo nie ma aż takiego obciążenia, jak w przypadku Pucharu Świata. Tym bardziej, że zawodnik wybiera sobie konkretne zawody, które są jego najważniejszym celem. Ponadto specjalizujący się w maratonach biegacze mają już "swoje lata" oraz zwykle starty w PŚ za sobą. Może się więc zdarzyć, że były sprinter stanie się długodystansowcem, bo wykorzysta swoje doświadczenie i wytrenuje wytrzymałość. To właśnie zrobił John Kristian Dahl, Johan Kjoelstad oraz inni.

Kliknij na zdjęcie, aby powiększyć

Na koniec już tylko wystarczy spojrzeć na profil trasy Biegu Wazów, który też jest ciekawy. W większości wyścig prowadzi po płaskim i lekko opadającym terenie. Zdarzają się oczywiście podbiegi, a najtrudniejszy z nich znajduje się zaraz po starcie w Sälen. Nie jest to jednak jakaś mordercza góra. Można to wywnioskować choćby z faktu, że niektórzy zawodnicy (i nawet zawodniczki) zdecydowali się wystartować bez smarowania nart "na trzymanie", co w przypadku stylu klasycznego mogłoby okazać się samobójstwem. Jednak nie w przypadku Vasaloppet. Taki zabieg pozwolił uzyskać większą prędkość na długich zjazdach i opłacił się, ale wymusił double poling na całej długości trasy. W każdym razie 90 km pokonane bezkrokiem to coś niesamowitego, co świadczy o ogromnej sile zawodnika. Chyba najważniejszą zasadą, którą można sobie przyjąć przed startem w Biegu Wazów, jest: "Keep calm and do double poling".

Teraz już tylko polecam obejrzeć poniższą relację z tegorocznej edycji i wypatrywać znajomych twarzy z Pucharu Świata.

Wiosenne Kontiolahti

Przy takiej pogodzie, jaką mamy obecnie, trudno uciec od ciągłego powtarzania, że to już jest wiosna. Mówią tak w TV, w internetach, na ulicach. Nawet kolarstwo coraz śmielej wdziera się na antenę Eurosportu ze swoimi wyścigami "ku słońcu", czyli Paryż- Nicea oraz Tirreno- Adriatico, wypierając tym samym sporty zimowe. Kilka z nich będzie miało swój epilog już w ten weekend, przede wszystkim narciarstwo alpejskie oraz biegi narciarskie. Sezon, a wraz z nim zima zbliża się rzeczywiście ku końcowi i jest to trochę smutne. Zwykle tak było, że najpierw kończyły się zmagania pucharowe, a później dopiero ostatnie dni na śniegu. Jedno tylko tu nie pasuje. Jak może kończyć się coś, co nawet na dobre się nie zaczęło?

Ten sezon na pewno przejdzie do historii, jako najgorszy pod kątem pogody. Wystarczy tylko wspomnieć problemy ze śniegiem w praktycznie każdej zimowej dyscyplinie sportu. Wietrzne Oestersund, Oberhof bez śniegu i oczywiście gorące Sochi to tylko kilka problemów pucharowej rywalizacji. Tymczasem ucierpiały nie tylko zawody najwyższej rangi. Również znany cykl maratonów Worldloppet & FIS Marathon Cup stracił kilka biegów i dystansów przez złe warunki atmosferyczne. Jednym z biegów zaliczanych do FIS Marathon Cup był Bieg Piastów. W tym roku najdłuższy dystans 50 km został skrócony do zaledwie 8 km. Natomiast Demino Ski Marathon oraz Jizerská Padesatka z Worldloppet nie odbyły się wcale. To idealnie obrazuje, jak bardzo złe panują warunki. Nie piszę tego w czasie przeszłym, bo mimo wszystko nadal gdzieś w głębi wierzę, że coś się odmieni. Zima w kalendarzu jeszcze trwa i zawsze jakiś opad śniegu, który pozwoli na przygotowanie tras, może się zdarzyć. Tylko ta nadzieja, choć umiera ostatnia, w końcu będzie musiała ustąpić rezygnacji. Oby tak się nie stało i rzeczywiście udało się choć raz w tym miesiącu wreszcie użyć nowych One Way Premio 9. Światełkiem w tunelu są norweskie prognozy pogody z yr.no, które konsekwentnie zapowiadają opady śniegu w Jakuszycach w najbliższy weekend. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, biorąc pod uwagę, że tamtejsze trasy są już oficjalnie zamknięte.

Natomiast wracając do finałów Pucharu Świata, to już trwa narciarstwo alpejskie w Lenzerheide, zaś w weekend czekają nas zawody w Falun, po których poznamy zwyciężczynię dużej kryształowej kuli w biegach narciarskich. Celowo piszę tylko o zwyciężczyni, bo wśród mężczyzn kryształ już zapewnił sobie Martin Johnsrud Sundby. Jedno jest pewne. Obydwa trofea trafią do Norwegii, bo w rywalizacji liczą się jedynie Marit Bjoergen i Therese Johaug. Biorąc pod uwagę finałowe konkurencje, należy spodziewać się wygranej tej pierwszej, która dołożyłaby tym samym kolejny sukces do swojej pokaźnej galerii. Najbardziej szkoda Astrid Uhrenholdt Jacobsen, która po świetnym w jej wykonaniu Tour de Ski musiała zmierzyć się z osobistą tragedią, jaką była śmierć jej brata. Do tego podczas niedawnego biegu na 30 km w Oslo wypadła z trasy i doznała wstrząśnienia mózgu.

Jeżeli chodzi o biathlon, to tym razem Puchar Świata zawitał do fińskiego Kontiolahti. Na szczęście nie oznacza to rozstania się z emocjami, bo czekają nas jeszcze biegi w Oslo na zakończenie. Jednak nawet na północy panuje już aura podobna do wiosennej. Na bardzo wymagających trasach biathlonistów będzie dodatkowo męczył miękki śnieg. Temperatury utrzymują się powyżej zera. Trener reprezentacji USA, Fin Jonne Kähkönen powiedział nawet, że w tym rejonie Finlandii nigdy na początku marca podobnej pogody nie widział. Zapowiadają się więc kolejne zawody w atmosferze anomalii. Ja natomiast chciałbym zwrócić uwagę, że to właśnie w Kontiolahti Ole Einar Bjoerndalen odniósł swoje ostatnie zwycięstwo w Pucharze Świata (jeżeli konsekwentnie odliczyć Igrzyska Olimpijskie w Sochi). Był to bieg pościgowy, rozgrywany przy dużym mrozie, którego teraz chyba nikt nie potrafi sobie wyobrazić. Może więc zarówno mróz, jak i król przypomną o sobie znów w tym samym miejscu? Już jutro o 15:10 sprint mężczyzn, zaś o 17:45 pobiegną kobiety. Następnie w sobotę kolejne dwa sprinty (rekompensata za odwołane biegi) oraz biegi pościgowe w niedzielę. Przypuszczam, że do niedzielnych pościgów zostaną wzięte czasy z tego drugiego sprintu. To trochę nie fair. Osobiście wyciągnąłbym średnią czasów z obu sprintów każdego zawodnika i na tej podstawie ułożył listę startową. Roboty byłoby więcej, ale jakże ciekawie wyglądałaby rywalizacja! Przed wszystkim, polecam film z wycieczką po 2,5- kilometrowej pętli, po której oprowadza Marie Laukkanen.


Wiadomo było, że prędzej czy później rzeczywiście emocje związane ze startami Justyny Kowalczyk, zastąpią starty fantastycznego Michała Kwiatkowskiego, który obecnie ściga się w Tirreno- Adriatico. Szkoda tylko, że musiało to nastąpić znacznie prędzej i tak drastycznie. Nie chodzi tu o kontuzję naszej zawodniczki. Mam raczej na myśli, że przez obecną aurę, po zakończeniu wszystkich zimowych zmagań, po wszystkim pozostanie tylko wspomnienie. A zwykle było przecież inaczej... Ale o tym już kiedy indziej. Na razie w ramach rekompensaty za nietransmitowaną pięćdziesiątkę w Oslo, polecam sobie obejrzeć ten sam dystans w 2012 roku.