SadurSky blog

Od teraz na www.czlowiekpolnocy.blogspot.com!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Northug. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Northug. Pokaż wszystkie posty

Pewnych rzeczy się nie zmienia

Każdy gdzieś w głębi serca lubi rzeczy, które się nie zmieniają. Wybieramy Merce, bo nie zmienia się ich jakość i renoma, tak samo jak Johana Olssona niezmiennie dręczą choroby, pozwalając na zwyciężanie tylko na wielkich imprezach. Podobnie jest z niesłabnącą klasą takich zawodników, jak Anders Soedergren. Oznacza to po prostu pewność, a przecież czasem nam jej potrzeba. Zwłaszcza, gdy na przykład bierzemy udział w konkursie, wybierając 8 zawodniczek do drużyny, która podczas MŚ będzie dla nas zbierać punkty. Mogły one dać wygraną nawet w postaci nart Madshus Nanosonic Skate za pierwsze miejsce. Wszystko to zorganizował Noah Hoffman wraz ze swoimi sponsorami. Zwycięski team wyglądał tak: Marit Bjørgen, Maiken Caspersen Falla, Therese Johaug, Charlotte Kalla, Stina Nilsson, Kerttu Niskanen, Ingvild Flugstad Østberg i Heidi Weng. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy okazało się, że miałem prawie wszystkie te zawodniczki w swoim zespole. Zabrakło w nim jedynie Stiny Nilsson, którą, jak się okazało, niesłusznie zastąpiłem Justyną Kowalczyk. Tak więc jej nieudana "trzydziestka" była również moją, choć muszę też przyznać się do błędu. Zwiodło mnie sugerowanie się nazwiskiem, zamiast realnymi szansami na punkty.

Wróćmy jednak do sedna, czyli wspomnianego wcześniej Soedergrena. 37- letniego Szweda mogliśmy oglądać wczoraj podczas królewskiego dystansu 50 km stylem klasycznym, zamykającego Mistrzostwa Świata w Falun. Kto ogląda biegi męskie dłużej niż od tygodnia doskonale wie, jakie dokonania godne podziwu posiada on na swoim koncie. Dla tych drugich przypomnę, że Anders wygrał w 2008 roku pięćdziesiątkę stylem dowolnym w Oslo. I to nie byle jaką, bo ostatnią w historii rozegraną w formule startu indywidualnego. O ile nadal dla wielu biegaczy zwycięstwo w tym konkretnym biegu na Holmenkollen jest cenniejsze niż zdobycie mistrzostwa świata, o tyle wcześniej było to jeszcze większe osiągnięcie. Wystarczy wyobrazić sobie, jak to jest biec w pojedynkę przez 50 km. Wczoraj natomiast, parę dobrych lat po tym wydarzeniu, Soedergren pojawił się na starcie, choć wielu wróżyło mu już zniknięcie z tras. Takiemu doświadczeniu na wielkich imprezach nie można jednak odmówić. Tym bardziej, że wraz z broniącym tytułu z 2013 roku Johanem Olssonem, Szwedzi mogli wystawić 5 zawodników. Dzięki temu obejrzeliśmy świetną akcję około 40. kilometra, kiedy to Anders próbował oderwać się od reszty stawki. Nie była to żadna nowość, bo widywaliśmy go na czele również rok temu w Sochi i w wielu podobnych biegach. Nie zaskoczyła więc także słabsza końcówka w jego wykonaniu. Lata nie pozwalają na walkę na ostatnich metrach w stylu Northuga.
Typowy Northug na mecie.
Inny 37- latek poradził sobie lepiej. Lukas Bauer wykazał się niesamowitym doświadczeniem w ciężkich warunkach, które panowały wczoraj w Falun. Dzięki atakowi na około 2 kilometry przed metą zdobył srebrny medal. Na ostatnich metrach nie miał oczywiście szans z wystrzelonym jak z procy Petterem. Nadrobiona przewaga pozwoliła mu jednak stanąć na podium. Bardzo miło było zobaczyć kolejnego weterana w akcji, tym razem udanej. Tak się sentymentalnie i czesko zrobiło, że tylko Nohavicy brakuje. A jeżeli ktoś nie oglądał tej świetnej końcówki w wykonaniu Northuga, może obejrzeć ją na poniższym filmie.


Pięćdziesiątka w Falun już zapisała się w historii narciarstwa biegowego, jako jedna z najtrudniejszych i najwolniejszych. Czas zwycięzcy wyniósł ponad 2 godziny i 26 minut. Dla porównania, dwa lata temu w Val di Fiemme, bieg tą samą techniką na tym dystansie zajął Johanowi Olssonowi prawie 15 minut mniej. Tym razem Szwedowi starczyło siły na brązowy medal.

Cały tekst się produkowałem, że brak zmian jest dobry i lubimy wracać do przeszłości. Tymczasem na samym końcu chciałbym powiadomić, że ten post był ostatnim napisanym na blogu o nazwie SadurSky. Następny ukaże się już pod nazwą: Północny Punkt Widzenia. Adres na razie pozostanie ten sam, ale wkrótce również się to zmieni. Mam nadzieję, że mimo tego, pozostaniecie przy czytaniu nowych postów. A dlaczego zmieniam nazwę? Odpowiedź w tym linku ;-).

Tour de Spina

Powitaliśmy z hukiem 2015 rok, co mogę potwierdzić, bo do teraz słyszę jego echo. Wraz z nim przyszły kolejne zawody PŚ. Między innymi Tour de Ski. Tak naprawdę to jedyny taki cykl, który bardzo lubię. Trudno nie oprzeć się jedynemu w swoim rodzaju etapowi z Toblach do Cortiny d'Ampezzo (35 km), nie mówiąc już o słynnej wspinaczce pod Alpe Cermis. W tym roku jednak pierwszy z wymienionych został zamieniony na 25 km wokół Toblach. Jakby tego było mało, tegoroczna edycja mieni się tak różnymi barwami pod kątem emocji, że nawet mnie jest ciężko zmierzyć się z tym tematem. Jednym słowem wyczuwam ogólną "spinę" i to nawet nie jedną.

Marit Bjoergen po kolejnym zwycięstwie w tegorocznym Tour de Ski.
Przede wszystkim chciałbym zwrócić uwagę, jak bardzo różni się rywalizacja w gronie mężczyzn od tego, co dzieje się wśród pań. W pierwszym przypadku mamy czterech kandydatów do zwycięstwa: Northuga, Sundby, Halfvarssona i Belova. Szczególnie ten ostatni stanowi niespodziankę tegorocznej edycji TdS. Rosjanin nigdy tak naprawdę nie osiągał większych sukcesów w imprezach Pucharu Świata, tymczasem ma szansę na wygraną w najważniejszym cyklu sezonu. Wszystko rozstrzygnie się na ostatnich etapach, których już teraz nie mogę się doczekać. Rywalizacja kobiet wydaje się być jednak rozstrzygnięta. 100% dotychczasowych etapów wygrała Marit Bjoergen, zyskując tym samym olbrzymią przewagę nad resztą. Mówiono o norweskiej dominacji, ale teraz już nawet sama Therese Johaug wydaje się być załamana faktem, że nie może nawiązać walki ze starszą koleżanką. A skoro już o wieku mowa, to Marit Bjoergen, mimo 34 lat, wkrótce będzie miała szansę na zrównanie się z rekordem zwycięstw w zawodach PŚ, który przez wiele lat był ustalany przez niewątpliwie legendarnego Ole Einara Bjoerndalena. Obawiam się takiej sytuacji, ale w tej chwili wolę po prostu o tym nie myśleć. Może kiedy indziej o tym napiszę, a póki co mogę tylko winić obecny stan biegów kobiecych za powstałą sytuację. Nie wątpię w czystość Bjoergen i w to, że nie stosuje dopingu. Nie stanowi ona jednak tak wielkiej legendy, na jaką zapracował Bjoerndalen przez wszystkie swoje sezony. Jej seria zwycięstw bierze się po prostu z braku konkurencji.
Northug po raz kolejny ograł wszystkich na ostatnich metrach.
Konkurencji z pewnością nie boi się Petter Northug. Jak na razie lider Tour de Ski stosuje konsekwentnie swoją taktykę w biegach dystansowych, czyli ciągle trzyma się z tyłu grupy, w której biegnie. Nigdy nie wychodzi na prowadzenie. No, może poza ostatnimi metrami, na których wszystkich wyprzedza i wygrywa. Taka sytuacja powtórzyła się po raz kolejny we wczorajszym biegu na 25 km w Toblach. Szczerze mówiąc, przy takim dystansie, brak prowadzenia choć przez kilometr jest zachowaniem mocno dyskusyjnym. Nie lubią go przez to inni biegacze, a ja zaryzykuję stwierdzenie, że taka postawa odbiera prawo do nazwania się Człowiekiem Północy. Jak się dokładniej przyjrzeć, będzie to złamanie zasady nr 18 "How to be nordic", która głosi: "Człowiek Północy zawsze pomaga innym, zwłaszcza w kwestiach związanych z narciarstwem biegowym". Inny incydent miał natomiast miejsce z udziałem Martina Johnsrud Sundby, który w prologu TdS pobiegł minimalnie inną trasą, za co miał zostać ukarany. Chodzi o fakt, że Norweg pokonał ostatni podbieg nie z tej strony, co trzeba. Skutkiem tego, miała zostać na niego nałożona kara czasowa w wymiarze 3 minut. Tak się jednak nie stało, bo zapewne zdaniem jury, ta nieznaczna zmiana trasy nie przysporzyła korzyści Martinowi. Innego zdania był Dario Cologna, zwycięzca tego biegu, który zdecydowanie sugerował karę dla Sundby. Zarówno w sytuacji, w której kara 3 minut stałaby się faktem, można by było uargumentować ją pomyleniem trasy. W rzeczywistości, gdzie Norwega nie ukarano, również nie trzeba doszukiwać się fałszu, bowiem rzeczywiście zmiana trasy nie pomogła mu, a wręcz przeszkodziła. Spina zupełnie nie potrzebna w takim razie, choć Dario Cologna jak najbardziej miał prawo do takiej reakcji.
Dario Cologna stracił dużo czasu podczas wczorajszego biegu na 25 km stylem łyżwowym, co odbiera mu szansę na walkę o zwycięstwo w Tour de Ski.
Kończąc całą listę tegorocznych spin muszę poruszyć temat komentatorów. Faktem jest, że duet Eurosportu Merk/Chruścicki nie jest ideałem. Zapewne każdy z nas, siedząc przed telewizorem, myśli sobie "zrobiłbym to lepiej". W takim razie droga wolna. To tylko z naszej kanapy wydaje się, że nie ma nic prostszego niż komentowanie naszej ulubionej dyscypliny sportu. Tymczasem prawda jest inna. Trzeba potrafić mówić i mieć o czym w każdej chwili. Najlepiej na temat związany z transmisją. Polecam spróbować, można się zaskoczyć, jak szybko człowiek się zacina i nie wie, co powiedzieć. Z drugiej strony mnie też czasem irytują proste błędy i dająca się czasem we znaki słaba wiedza, ale czy nie lepiej wobec wszystkiego powiedzieć czasami "nie walczę z wiatrakami, nie wytępię ciemnoty..."?

A moja osobista spina? Bo w końcu każdy taką czasem ma. Nie będzie mi dane obejrzeć wymarzonych zawodów Pucharu IBU w Dusznikach- Zdroju. Bardzo chciałem zobaczyć imprezę tej rangi na Jamrozowej Polanie. Planowałem zapodać Wam tu obszerną relację z centrum wydarzeń (coś na kształt zeszłorocznych postów o Pucharze Świata w Szklarskiej Porębie). Niestety, wszystko się posypało w chwili, gdy moja uczelnia postanowiła, że piątek stanie się wtorkiem ten jeden jedyny raz, czyli 9 stycznia. (teraz każdy z PWr powinien porozumiewawczo się uśmiechnąć)  I tak oto zamiast dnia wolnego, który byłby idealny na wyjazd do Dusznik i pozostanie tam przez jakiś czas, będą zajęcia do późna. Nawet na sobotę nie uda się wrócić. Pozostanę więc o te sto kilometrów z hakiem, tylko tym razem w innym kierunku od Jamrozowej Polany i dowiem się zapewne z internetów o kolejnym sukcesie organizacyjnym Centrum Polskiego Biathlonu. Tak, już teraz jestem pewien, że zakończy się to właśnie w taki sposób, przeglądając pierwsze wrażenia zawodników. Innej opcji zresztą nie ma po tym, jak grono ochotników pomagało zgarniać śnieg na trasy, aby wszystko się udało. I na pewno się uda, za co trzymam kciuki od samego początku, bo tylko to mi pozostało. Najważniejsze jednak, aby się nie denerwować, prawda?

P.S: Pierwsze biegi sprinterskie w Dusznikach już dzisiaj. W sobotę odbędą się kolejne sprinty, zaś w niedzielę biegi pościgowe. Wyniki możecie śledzić na biathlonresults.com, a zapewne wkrótce będzie można obejrzeć relację z zawodów tu.

Zmęczenie psychiczne i nie tylko

Wbrew tytułowi nie będzie tu nic z psychologii sportu. Zakończyły się ostatnie zawody biathlonowego Pucharu Świata w 2014 roku. Czeka nas więc odpoczynek od zmagań, co najbardziej cieszy zapewne Martina Fourcade. Francuz przyznawał jeszcze przed zawodami w Pokljuce, że czuje się już zmęczony psychicznie. Nie za wcześnie na takie deklaracje? Wszystko wyczuli zapewne jego rywale, którzy nie pozwolili mu odnieść ani jednego zwycięstwa w ten weekend. Mówi się o kompleksie niewygrywania Martina na słoweńskiej ziemi, a raczej robi to namiętnie Patryk Mirosławski, który komentował ostatnie zawody w Eurosporcie. Na szczęście nie był sam...

A teraz do rzeczy. Co działo się w ten weekend na trasach w Pokljuce? Nic, bo nie było Ole Einara Bjoerndalena. Żartuję, choć fakt, że zabrakło króla biathlonu (powodem było przeziębienie), odebrał mi część widowiska. O resztę zatroszczyli się jednak Emil Hegle Svendsen oraz Anton Shipulin. Ten pierwszy wyjechał ze Słowenii jako lider klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Po 3. miejscu w sprincie i fantastycznym zwycięstwie w biegu pościgowym, wyszedł na prowadzenie przed Martina Fourcade, lecz stracił je przez 17. miejsce w mass starcie. Zakończenie roku w żółtej koszulce jest zawsze czymś wyjątkowym, na czym zależało Martinowi. Z tego samego faktu może cieszyć się Kaisa Makarainen, która zaimponowała szczególnie świetnym biegiem w niedzielę, kiedy to na ostatniej rundzie odrobiła 18- sekundową stratę do Anais Bescond i zdołała wygrać.
Emil Hegle Svendsen
Królem Pokljuki można jednak nazwać Antona Shipulina. Po zwycięstwie w sprincie, był drugi w biegu na dochodzenie i ponownie wygrał w starcie wspólnym. Końcówka ostatniego z biegów przysporzyła dużo emocji i kontrowersji. Na finałowej rundzie w walce o zwycięstwo liczyło się aż pięciu zawodników. Na ostatnim podbiegu zaatakowali Francuzi- Martin Fourcade i Jean Guillaume Beatrix. Z nimi utrzymał się jedynie Shipulin, który skontrował na szczycie wzniesienia. W tym momencie wywrócił się Beatrix, zatrzymując praktycznie Fourcade. Nikt nie zdołał dogonić Rosjanina na zjeździe i prostej do mety. Martin przybiegł po wszystkim na drugim miejscu, zaś jego kolega z reprezentacji skończył na piątej pozycji. Można by powiedzieć "shit happens" i pójść dalej, jednak Francuzi postanowili złożyć protest. Umotywowali to faktem, że podobno Shipulin wykonał niebezpieczny manewr i podciął Beatrix, powodując jego upadek. Sędziowie sprawę oddalili, co jednak nie zakończyło kontrowersji wokół niej. Shipulin odpowiedział na wszystko, że być może było w tym trochę jego winy, ale w końcu sportu nie można odciąć od takich zdarzeń. Najbardziej poszkodowany Beatrix dodał, że Rosjanin nie powinien mimo wszystko atakować w taki niebezpieczny sposób. Fourcade załagodził sprawę stwierdzeniem: "Anton nie zrobił tego specjalnie. (...) Za całą sytuację mogę obwiniać tylko siebie". Ciekawą rzecz natomiast powiedział Tarjei Boe: "Ostatnie 100 metrów trasy jest po prostu parodią. Mógłbym na mecie wyprzedzić nawet Pettera Northuga, gdybym był pierwszy na ostatnim podbiegu. (...) Ten, kto będzie tam pierwszy, ma zwycięstwo w kieszeni". W sumie to chciałbym zobaczyć taki pojedynek Boe vs. Northug. Wracając jeszcze do nieprzyjemnych zdarzeń, to Pokljuki nie będzie dobrze wspominać Darya Domracheva. Podczas wbiegania na karną rundę w niedzielnym biegu masowym, zahaczyła o inną zawodniczkę i upadła w spektakularny sposób. Karabin został uszkodzony, przez co dalsza walka była niemożliwa i bezsensowna. Po raz kolejny: "shit happens".

Pamiętacie może moje wywody na temat kombinowania w biegach klasykiem? W skrócie chodzi o używanie sprzętu do łyżwy w takich wyścigach, czyli zdanie się tylko na siłę pchnięcia (double poling). Okazało się, że nie tylko ja zainteresowałem się tym tematem. Po ostatnim wyścigu na 15 km w Davos, sprawie postanowili się przyjrzeć studenci z filii Finnmarksfakultetet Arktycznego Uniwersytetu w Tromsø. Ich badania mają wskazać, jak wiele siły i wytrzymałości górnych partii ciała wymaga przebiegnięcie takiego dystansu w ten sposób. Dzięki temu, będziemy mogli sprawdzić, czy czasem warto zaryzykować i nie smarować nart na trzymanie, zyskując na zjazdach i płaskich odcinkach.

Biegi narciarskie pozostały w Davos. Jednego dnia zmieniono tylko styl na dowolny. Panie ścigały się na 10 km, zaś panowie na 15 km. Tym razem wszystkich zaskoczył Anders Gloeersen, uchodzący raczej za sprintera. Dobre rozłożenie sił pomogło mu jednak odnieść zwycięstwo na dystansie. Drugi był Petter Northug (wreszcie coś pokazał), zaś trzeci Chris Andre Jespersen. Szkoda jedynie Dario Cologni, który po raz kolejny nie wygrał przed własną publicznością. Trudno wciąż znaleźć jakąkolwiek formę u Legkova i Poltoranina, stąd też nie dziwi kolejne norweskie podium. Sytuacja zmieniła się w niedzielę, kiedy rozegrano sprinty techniką łyżwową. Najlepszy okazał się Włoch Federico Pellegrino (po raz pierwszy w karierze), wygrywając przed Alexeyem Petukhovem. Jedynym Norwegiem na podium był Finn Haagen Krogh. W ogóle tylko dwóch reprezentantów tego kraju znalazło się w finale. Oprócz Krogha biegł również Sondre Turvoll Fossli. Widocznie reszta postanowiła nie przemęczać się przed przerwą świąteczną i Tour de Ski lub posłuchała rozpaczliwych apeli o "skończenie dominacji". Tak czy inaczej, wszyscy sfrustrowani telewidzowie mogą wrócić do oglądania biegów męskich. Chociaż w sumie to i tak pewnie nikt ich nie oglądał wcześniej, bo nie ścigała się tam Justyna Kowalczyk, a dobrych zawodników przecież nie mamy (Maciej Staręga w ćwierćfinale sprintu to widocznie za mało). Patrząc w tej kategorii, to nikt już chyba nie ogląda jakichkolwiek biegów, bo przecież Kowalczyk startuje gdzieś w niższej rangi zawodach FIS. Jakby tego było mało, wygrywa Marit Bjoergen, która ustrzeliła w Davos dublet. Już widzę tę lawinę "hejtów" spadających na Norweżkę, koniecznie z wciśniętym Caps Lockiem i nielimitowaną liczbą wykrzykników (i jedynek też, jak kogoś nadzwyczajnie poniosą emocję). W sumie, jeżeli ktoś taki czyta ten post, niech wyleje na mnie swoją garść frustracji, podobno to pomaga. Radzę jednak pamiętać o jednym: nikogo to nie obchodzi, naprawdę.

To skoro nam się taka atmosfera zrobiła, rozładuję ją życzeniami z okazji Bożego Narodzenia. Oczywiście po norwesku: God Jul!!!!!!!1111111stojedenaście.

Money makes the world go round

Nie od dziś wiadomo, że pieniądz rządzi światem, również tym sportowym. Przyjrzymy się więc dwóm przypadkom działania tego mechanizmu w narciarstwie biegowym na najwyższym poziomie. Chodzi o wszystko, co prowadzi do sukcesu i w ogóle pozwala na starty w Pucharze Świata.

Wiadomo, że do startów w zawodach potrzebny jest sztab trenerski, serwisowy oraz techniczny. Ponadto oczywiście sprzęt. Zwykle w kadrze A danego kraju jest to finansowane przez odpowiedni związek (organizację). Czyli przykładowo w Polsce, pieniądze na przygotowania i starty biathlonistów pochodzą od PZBiath, a dokładniej od jego sponsorów. Nietrudno się więc domyślić, że tych środków nie jest nieskończenie wiele, stąd nie każdy kraj może sobie pozwolić na szeroką kadrę trenującą na najwyższym poziomie. Po to każdy sportowiec musi spełnić dane kryterium (np. być powyżej konkretnego miejsca w klasyfikacji końcowej Pucharu Świata), aby zapewnić sobie miejsce w reprezentacji. Jednak to nie wszystko. Po pierwsze, nie każdy zawodnik występujący w barwach danego kraju musi być w jego kadrze (trochę dziwne, prawda?). Tak było z Alexandrem Osem i Larsem Bergerem, którzy przed sezonem 2013/2014 trenowali poza kadrą. Po drugie, zawodnik może mieć swoich indywidualnych sponsorów i tu po raz kolejny posłużę się przykładem wyżej wymienionych Norwegów. Dzięki wsparciu, mogli przygotowywać się do startów bez ingerencji Norweskiego Związku Biathlonowego.

I tak oto przechodzimy do naszego pierwszego dzisiejszego bohatera. Jest nim Noah Hoffman. Sezon 2013/2014 zakończył na 31. pozycji w klasyfikacji dystansów w Pucharze Świata. Nie zmieścił się tym samym do tak zwanej Czerwonej Grupy, jaką jest najlepsza trzydziestka tej listy. Był to warunek na dostanie się do kadry A Stanów Zjednoczonych, czyli uzyskanie pełnego finansowania jego przygotowań i startów. W związku z tym musi liczyć na wsparcie własnych sponsorów. Całą sytuację opisał na swoim blogu w tym poście. I jak się okazało, nie na wszystko wystarczyło funduszy. A konkretniej na wysłanie technika od smarowania nart na szkolenie do Madshusa. Można powiedzieć, że to nic ważnego i nie trzeba się tym nawet przejmować. Prawda jest natomiast taka, że z każdym sezonem zmieniają się zarówno smary, jak i narty. Przy bieganiu na światowym poziomie, dobra znajomość struktury ślizgu każdego producenta jest na wagę złota i wymiernie wpływa na wyniki. A przecież narty, w zależności od marki, różnią się między sobą. Dość opowiadać, że od razu po sezonie odbywają się sesje testowe sprzętu z udziałem najlepszych przedstawicieli firmy. Przykładowo Madshus urządził testy w śnieżnym Beitostølen a One Way w Gålå. Dlatego szkolenie dla serwisanta to istotny element przygotowania do startów. Każdy może pomóc Hoffmanowi w osiągnięciu celu, przekazując dowolną sumę w podanym poniżej serwisie na podróż technika do Norwegii. Do końca akcji pozostał jeszcze miesiąc. Być może warto się dołożyć, bo, jak wiadomo, sukces ma wielu ojców i Ty możesz być jednym z nich.


Ale są też tacy, którzy z miejsca w kadrze narodowej rezygnują z własnej woli. Tak było z Petterem Northugiem. Norweg znany jest ze swojej charyzmy, więc i w tym przypadku zwrócił na siebie uwagę. W zeszłym roku wystąpił z reprezentacji. Był to czas przygotowań do Igrzysk Olimpijskich, dlatego wielu kibiców zaniepokoiła ta decyzja. Podobnie zaskoczony był Norweski Związek Narciarski, który zagroził nawet Northugowi wykluczeniem ze startu w Pucharze Świata i również na IO. Jakby tego było mało, Petter przeszedł pod skrzydła Red Bulla, co też nie spodobało się władzom. Odejście takiej gwiazdy wiązało się z potencjalnymi stratami oficjalnego sponsora reprezentacji i mogło zniechęcić inne firmy od wspierania związku. Dotychczas było dozwolone posiadanie własnych sponsorów, ale jako dodatek do wsparcia zespołu narodowego (jeżeli zawodnik się do niego kwalifikował), nie zaś jako jedyne źródło finansowania. Sam zainteresowany tłumaczył, że zmiana wynikała z potrzeby do zwiększenia motywacji, nie zaś zwiększenia zarobków. Jak był tego efekt? O tym przekonaliśmy się w minionym sezonie, który nie był udany dla Northuga. Przypuszczam, że faktycznie na koncie gwiazdy biegów narciarskich pojawiło się więcej NOK i to wcale nie przez wyniki. Całą sytuację opisuje najlepiej stwierdzenie Åge Skinstada: "Narciarstwo biegowe to dużo więcej, niż Petter Northug. Marit Bjoergen jest najpopularniejszą przedstawicielką tego sportu w kraju, a Therese Johaug jest tak samo znana, jak Petter. Żaden sportowiec jednak nie może być większy od całej kadry.". Pozostaje tylko pytanie, czy narciarstwo biegowe to dużo więcej, niż pieniądze, bo przy dwóch powyższych przykładach można odnieść wrażenie, że są one niekiedy najważniejsze.

Petter Northug. Foto: SkiStar 

Od skiathlonu do pięćdziesiątki, czyli podsumowanie Igrzysk Olimpijskich w Sochi

Bardzo szybko przeminęły te dwa tygodnie. Znicz już zgaszony, a tym samym 22. Zimowe Igrzyska Olimpijskie przeszły do historii. Sochi opuszczają już wszyscy bohaterowie, zarówno pozytywni, jak i negatywni, tego wydarzenia. Teraz czas na podsumowanie, bo od skiathlonu do pięćdziesiątki działo się naprawdę wiele. Wielkie dokonania, skandale, porażki- bez tego nie obejdzie się żadna sportowa impreza. Tak było i w przypadku Igrzysk. Wyliczymy więc wszystkie "naj-" tej imprezy.

  • Największy skandal: niestety w trakcie trwania Olimpiady przyłapano kilku zawodników na stosowaniu niedozwolonych środków. U niemieckiej biathlonistki Evi Sachenbacher- Stehle wykryto metyloheksanoaminę, zaś u austriackiego biegacza narciarskiego Johannesa Duerra erytropoetynę. W przypadku Evi można uznać to za niedopatrzenie, bo zabroniony składnik znajduje się w różnego rodzaju odżywkach i napojach energetycznych, zaś jego stosowanie poza zawodami nie jest w ogóle sankcjonowane. Przez swoją wpadkę, biathlonistka straciła czwarte miejsce zdobyte w biegu ze startu wspólnego oraz pozbawiła swoją drużynę również czwartej lokaty w sztafecie mieszanej. Natomiast Duerr był okrzyknięty (również przeze mnie) za rewelację Tour de Ski i zaliczany do grona faworytów biegów długich na IO. W skiathlonie zajął 8. miejsce, po czym udał się do Obertilliach trenować przed startem na 50 km. Właśnie w Austrii pobrano próbkę, w której wykryto EPO. Duerr przyznał się do stosowania dopingu z determinacją i jednocześnie nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego to robił. W tym momencie możemy skreślić jego wszystkie wyniki z tego sezonu, jak i cofnąć wszelkie zdania o tym, że niby stanowił wielki talent w Pucharze Świata.
  • Największy przegrany: na pewno rozczarowany swoim występem na Igrzyskach jest Petter Northug. Nie dość, że bez miejsca na podium, to jeszcze we wszystkich biegach okazywał słabość. Brakowało wytrzymałości i szybkości, którą kiedyś zachwycał. Przyczyną takiej formy jest choroba, która w okresie przygotowawczym nie pozwoliła mu na wystarczające obciążenie w treningu. Ale nie zapominajmy, że Dario Cologna stracił jeszcze więcej treningów z powodu kontuzji. Przez większą część sezonu w ogóle nie startował, a w Sochi pokazał ogromną siłę, zdobywając dwa złote medale. Miał też trochę pecha. Najpierw przewrócił się dwukrotnie w sprincie, a w dzisiejszym biegu na 50 km, gdzie był zdecydowanym faworytem, złamał nartę. 
  • Najgorszy dramat: Igrzyska Emila Hegle Svendsena można tylko opisać jako drogę z piekła do nieba i z powrotem. Początkowo występy były nieudane, nie przynosiły medalu, aż do biegu ze startu wspólnego, w którym EHS strzelał bezbłędnie i wyprzedził na sprinterskim finishu Martina Fourcade. Później jeszcze lepsza sztafeta mieszana, gdzie Norwegia pokazała swoją prawdziwą siłę. Na to samo zanosiło się we wczorajszej sztafecie mężczyzn po świetnych zmianach braci Boe i dobrej postawie Bjoerndalena, który jednak nieco stracił biegowo z powodu złego samopoczucia. Tak, czy inaczej, Svendsen, nazywany księciem biathlonu i następcą OEB, wybiegł na swoją zmianę na pierwszym miejscu, tuż przed Niemcami. Dalej byli Rosjanie i Austiacy, którzy dogonili liderów po pierwszym strzelaniu. O wszystkim miała zadecydować ostatnia próba strzelecka. Było wiadomo, że ktoś z tej czwórki zostanie bez medalu, ale nikt nie przypuszczał, że będzie to Norwegia. EHS najwyraźniej nie wytrzymał presji i zaczął pudłować. Nie pomogło dobieranie, skutkiem czego musiał biegać karną rundę. Tymczasem rywale wybiegli na trasę. Wygrali Rosjanie przed Niemcami i Austriakami. Svendsen przyprowadził sztafetę Norwegii na 4. miejscu. Mówiło się o tym, że pozbawił medalu braci Boe i Bjoerndalena, zawalił sztafetę, zepsuł Norwegii zakończenie Igrzysk oraz wiele innych rzeczy. Tak się stało, ale nie można winić Svendsena w ten sposób. Każdemu mogło się to zdarzyć i niestety padło na niego.
  • Największy heroizm: przed Igrzyskami istniało wiele niewiadomych dla Justyny Kowalczyk i jej kibiców. Kontuzja stopy budziła wiele wątpliwości co do dyspozycji Polki. Po biegu łączonym okazało się, że jest to wielowarstwowe złamanie. Nie przeszkodziło to jednak w żaden sposób zdobyć złota na jej koronnym dystansie- 10 km stylem klasycznym. Ponadto startowała jeszcze w sztafecie, sprincie drużynowym i biegu na 30 km stylem dowolnym. W ostatnim biegu zaczepiła się nartami z Anio Kaisą Saarinen, przez co nadwyrężyła kontuzjowaną stopę i nie dała rady kontynuować rywalizacji. Mimo to, pokazała, że jest niezwykle silną i zdeterminowaną zawodniczką.
  • Największa legenda: o zwycięstwie Ole Einara Bjoerndalena w sprincie pisałem już wcześniej. Tym złotem wyrównał rekord zdobytych medali, należący wówczas do Bjoerna Daehliego. Kolejne złoto w sztafecie mieszanej dało mu samodzielne prowadzenie w tej klasyfikacji. Dodatkowo jeszcze bardzo dobre występy w pozostałych biegach tych Igrzysk oraz wygrane wybory do Komitetu Zawodniczego przy MKOl świadczą o legendzie tego sportowca. Drugiego takiego nie będzie.
  • Największa dominacja: zdobywając trzy złote medale Darya Domracheva udowodniła, że świetnie się przygotowała do Igrzysk. Na trudnych trasach kompleksu Laura wykorzystała idealnie wszystkie swoje biegowe umiejętności. Przypomnijmy, że pierwsze złoto pojawiło się w biegu pościgowym, do którego startowała z 32 sekundami straty do Anastasyi Kuzminy- mistrzyni olimpijskiej w sprincie. Popełniła tylko jeden błąd na strzelnicy, co przy tak szybkim biegu dało pewne zwycięstwo. Bieg indywidualny poszedł również po jej myśli. Potwierdziła tym samym wynik uzyskany przed rokiem na próbie przedolimpijskiej, którą wygrała. W ostatniej konkurencji indywidualnej, czyli w biegu masowym, zostawiała rywalki daleko w tyle na rundach biegowych i, podobnie jak wcześniej, spudłowała tylko raz. Zawodniczka z innej ligi- tak mówią o niej inne biathlonistki.
  • Największy problem: pogoda znacznie utrudniała rywalizację na stokach i trasach narciarskich. Było nadzwyczajnie ciepło, czasem ponad 10 stopni powyżej zera, przez co śnieg zmieniał się w wodnistą breję. Długo jeszcze zapamiętamy widok biegaczy ubranych w koszulki z krótkim rękawem. Szczególnie reprezentantki USA korzystały z tego rozwiązania. Ponadto były problemy ze smarowaniem nart na taką nawierzchnię, jak choćby w kadrze Norwegii. Organizatorzy bardzo ciężko pracowali, aby utrzymać trasy w dość dobrej kondycji. Wolontariusze sypali sól na trasy biegowe i utwardzali stoki. I trzeba przyznać, że spełnili swoje zadanie.
  • Najbardziej obwiniany człowiek: Ante Kostelić był autorem ustawienia bramek do drugiego przejazdu slalomu mężczyzn. Było to wiadome przed Igrzyskami i już wtedy pojawiły się obawy. Trzeba bowiem wiedzieć, że chorwacki trener, ojciec Ivicy i Janicy, ustawia bardzo trudne i arytmiczne przejazdy. Tak było i tym razem. Na dodatek przy panujących warunkach, trasa nie wybaczała błędów. Straciło na tym wielu alpejczyków, między innymi Szwedzi- Andre Myhrer i Mattias Hargin, którzy mieli szansę na medal i pogrzebali ją złym drugim przejazdem. Nazwano nawet Kostelica idiotą.
  • Największy bezsens: transmisje w TVP od początku imprezy budziły moje zastrzeżenia. Potwierdziły się one kilka razy. Przede wszystkim komentarz wielu dyscyplin pozostawiał wiele do życzenia. Oglądając narciarstwo alpejskie miało się wrażenie, że ekipa nie ma styczności z tą dyscypliną na przestrzeni całego sezonu i komentuje ją tylko przy okazji Igrzysk. Zawiódł trochę biathlon, bo bez Tomasza Jarońskiego pan Krzysztof Wyrzykowski nie mógł krzyknąć swojego słynnego "rach ciach ciach!" (pan Tomasz zabronił, ale też specjalnych okazji do okrzyku nie było) oraz nie zgrał się z Piotrem Sobczyńskim (zazwyczaj TJ ogarnia wyniki na bieżąco, a KW czyni dygresje, w Sochi natomiast mieliśmy dwóch lubiących gawędzić bez przejmowania się wynikami). Nie zabrakło również "złotych cytatów", które zapamiętamy po łyżwiarstwie szybkim. Piotr Dębowski, cały rozemocjonowany, wykrzykiwał takie piękności: "Polacy jadą teraz wolniej, ale szybciej" albo "Biegną po ten medal zostawiając na lodzie piękną biało- czerwoną smugę". Przynajmniej można było się pośmiać. Do śmiechu nie było natomiast wtedy, gdy TVP zmieniała dyscyplinę sportu nadawaną na antenie. Zazwyczaj robiła to w najmniej odpowiednim momencie, a już szczytem wszystkiego było wyłączenie ostatniego strzelania ostatniej zmiany w biathlonowej sztafecie, aby pokazać dekorację drużyny polskich panczenistów. Wiem, że to medal dla nas i mogę sobie oglądać transmisję w internecie, ale żeby wyłączać w trakcie najważniejszych rozstrzygnięć, podczas gdy dekorację można by było pokazać z odtworzenia po zawodach? Tak się nie robi...
  • Największe odkrycie: reprezentacja Czech w biathlonie pokazała, jaki rozwój poczyniła na przestrzeni kilku sezonów. Na tych Igrzyskach zdobyła aż 5 medali. Ondrej Moravec przyznał, że o tak udanym występie na tej imprezie kadra czeska nawet nie śniła. Rzeczywistość okazała się dużo lepsza od oczekiwań. Wyrasta nam nowa potęga biathlonowa? 
  • Największa wpadka: pierwsze strzelanie Krystyny Pałki w sztafecie kobiet było katastrofalne. Cztery karne rundy, przy ośmiu wykorzystanych nabojach to prawdziwa tragedia, z której nie da się wyjść na jakiekolwiek dobre miejsce. Nasz zespół ukończył ten bieg na 10. pozycji mimo dalszej zadowalającej postawy reszty zawodniczek. Różne teorie starają się wytłumaczyć takie zachowanie na strzelnicy doświadczonej zawodniczki. Podobno przyrządy celownicze zostały mocno przestawione po przestrzeliwaniu broni i ktoś musiał zrobić to celowo. Niedobrze się dzieje w kadrze, skoro taka wersja jest brana pod uwagę. Być może coś wyjaśni się po Igrzyskach. W dodatku ostatnie ekscesy z Pauliną Bobak i jej skargami na sztab trenerski nie służą atmosferze. Natomiast patrząc na same wyniki, to źle nie jest. Najwyższe miejsce 5. Moniki Hojnisz to wyrównanie najlepszego wyniku polskiej biathlonistki na IO i daje bardzo dobre spojrzenie na przyszłość tej zawodniczki. Trochę tylko zawiodła gorsza dyspozycja biegowa Krystyny Pałki i Magdaleny Gwizdoń, bo w przypadku tej pierwszej bezbłędny wynik na strzelnicy w biegu indywidualnym na 15 km powinien zapewnić miejsce w pierwszej piątce, a tymczasem starczył jedynie na 10. pozycję.
To wszystko, co udało się nazwać "naj-". Oczywiście nie z samych "naj-" składały się te Igrzyska i właśnie to stanowi o wielkości tego wydarzenia. Dla każdego sportowca Olimpiada jest czymś szczególnym i było to widać po poziomie zmagań oraz po emocjach wypisanych na twarzach medalistów. Natomiast dla każdego kibica przyniosła ona to, co jest najważniejsze, czyli dawkę prawdziwego, trzymającego w napięciu sportu. Klasyfikację medalową wygrała Rosja, z liczbą 13 złotych medali, 11 srebrnych i 9 brązowych. Za gospodarzami uplasowała się Norwegia i Kanada. Polska zaliczyła swój najlepszy występ w historii, zdobywając 4 złote medale oraz po jednym srebrnym i brązowym. Odchodząc od wszelkich prób upolityczniania tego wydarzenia, stwierdzam, że Igrzyska Olimpijskie w Sochi były po prostu ładne i udane. Oczywiście szkoda, że się kończą, ale przed nami jeszcze kilka zawodów Pucharu Świata. Teraz można udać się na krótki odpoczynek.

P.S.: Pamiętacie może, że kiedyś pięćdziesiątka rozgrywana była metodą startu indywidualnego z przerwami między zawodnikami? Tę formułę zmieniono po 2008 roku, zaś ostatnimi zawodami rozegranymi w ten sposób był bieg na 50 km stylem dowolnym w Oslo. Wygrał Anders Soedergren, przed Lukasem Bauerem i Remo Fischerem. Co ciekawe, biegło wówczas dwóch biathlonistów- Frode Andresen (zajął 8. miejsce) oraz Lars Berger (35. miejsce).

Refleksja po sezonie- "Moda na brata, czyli pełna torba Fourcade"

Biathlonowy Puchar Świata już za nami. Przyszedł czas podsumowań, więc również pokuszę się w swoim pierwszym poście o refleksję nad tym, co działo się na trasach. Zwycięzcami są oczywiście Tora Berger wśród kobiet oraz Martin Fourcade wśród płci brzydkiej, choć pewnie fanki Francuza stanowczo zaprzeczą określeniu "brzydki". Właśnie na młodszego z braci Fourcade są zwrócone oczy wszystkich zainteresowanych, w tym również i moje, skoro o nim piszę. A przecież jest jeszcze Simon, starszy, mniej utytułowany i mimo trzeciego miejsca w sprincie na Zimowych Igrzyskach Wojskowych (Martin był czwarty) można się pokusić o określenie niedoceniany. Dlaczego? Być może ostatnimi czasy zapanowała po prostu moda na "młodszego brata".
Wszyscy pamiętamy, jak Martin w swoim drugim prawdziwym sezonie wśród seniorów zdobywał srebrny medal w biegu ze startu wspólnego na Igrzyskach Olimpijskich w Vancouver, a jego starszy brat Simon (był wtedy 14.) płakał rzewnie podczas wręczania medali. Co najważniejsze: nie były to łzy szczęścia. Być może wiedział, że "uczeń przerósł mistrza". Przecież to on pokazywał zapewne "młodemu", jak przebiegają zawody na najwyższym światowym poziomie, startując u boku wielkiego rodaka- Raphaela Poiree i plasując się w okolicach czołowej "trzydziestki". Tymczasem przychodzi sobie taki Martin i już na początku swojej seniorskiej kariery zdobywa medal olimpijski a dwa sezony później zwycięża w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Bratu pozostała wtedy na pocieszenie "mała" kryształowa kula za bieg indywidualny. Bezpowrotnie przepadła pozycja lidera we francuskim zespole. Dziś jednak Simon ma jeszcze mniej powodów do radości, bowiem po tym sezonie starszy Fourcade nadal nie ma na swoim koncie żadnego pucharowego zwycięstwa, zaś młodszy wrócił z Chanty- Mansyjska z torbą pełną "kryształów" zarówno za małe klasyfikacje, jak i tą generalną.
Jest jednak coś, co może otrzeć łzy Simona Fourcade. Chodzi o historię. Nie jest on pierwszym biathlonistą, który ustępuje miejsca w obiektywach i na podium młodszemu bratu, i zapewne też nie ostatnim. Wytrawni kibice tej dyscypliny pamiętają być może Daga Bjoerndalena- Norwega, który obecnie jest Belgiem i słynie raczej z tego, że jego młodszy brat to Ole Einar Bjoerndalen- król biathlonu z 93. zwycięstwami pucharowymi na koncie. Zanim pojawił się młody Ole, Dag od czasu do czasu plasował się w czołówce, ale nigdy nie wygrał, czyli historia identyczna, jak z braćmi Fourcade. Tak samo "żółtodziób" osiągnięciami znacznie wyprzedził "poprzednika". Dag Bjoerndalen już dawno nie startuje, zaś król Ole panuje nadal mimo naporu młodzieży, wśród której odnajdziemy jeszcze jedno rodzeństwo. To zdobywca Pucharu Świata z sezonu 2010/2011- Tarjei Boe oraz jego młodszy brat Johannes Thingnes. Ten drugi zaczął swoje starty w PŚ niedawno, bo od zawodów w Oslo tego roku. Jednak na rozegranych pod koniec marca mistrzostwach Norwegii w Dombaas młodszy Boe zdobył dwa srebrne medale (w sprincie i biegu pościgowym) oraz złoty w sztafecie, podczas gdy Tarjei musiał zadowolić się jedynie osiągnięciem ze sztafety. Czas pokaże, czy historia i tu się powtórzy.
Młodszych braci "wprowadzają" do rywalizacji również biegacze narciarscy. Od zawodów w Lahti regularnie obserwujemy Tomasa Northuga, któremu jednak będzie bardzo trudno pobić utytułowanego i wciąż świetnego Pettera. Obawiać się może Dario Cologna. Jego młodszy brat Gianluca zajął 6. miejsce w sprincie w Drammen, walcząc w finale ze specjalistami od krótkich dystansów.
Simon Fourcade może więc otrzeć łzy i poczekać, aż inne wielkie nazwiska sportu... się nie zmienią, bo zmieni się tylko imię. Dziś jednak pozostaje mu tylko cieszyć się z głównej roli w filmie "Szpieg, który kochał biathlon", w którym Martin był tylko kelnerem i stwierdzić, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach.

P.S: Na koniec tylko dodam, że zwycięska Tora Berger również ma brata- Larsa, doskonale wszystkim znanego biathlonistę, tegorocznego mistrza Norwegii w sprincie.