To, co wydarzyło się na trasie wtorkowego biegu kobiet na 10 km techniką dowolną w Falun, pozostanie w mojej pamięci jako wielka niespodzianka. Choć z pewnością Norwegowie woleliby określenia typu "tragedia" lub "katastrofa". Trudno im się dziwić, bowiem na tym dystansie przez cały sezon zawsze bywała na podium przynajmniej jedna reprezentantka tego kraju. Tymczasem na Mistrzostwach Świata próżno szukać Norweżek w pierwszej, a nawet w drugiej dziesiątce! "Co się stało?", zapyta pewnie każdy, kto nie widział tego biegu. "Czyżby zamknęli wszystkie apteki z lekami na astmę?", zapytają złośliwcy. Odpowiedź zna jednak najbardziej obiektywne źródło, czyli historia.
Zna ona już takie przypadki, w których faworyci zajmowali dalekie miejsca. Książkowym wręcz przykładem takiej sytuacji jest bieg na 15 km techniką dowolną w Sapporo na MŚ w 2007 roku. Wówczas startujący z niższymi numerami zawodnicy, a wśród nich znany nam doskonale biathlonista Lars Berger, biegli w zupełnie normalnych warunkach. Tymczasem tuż przed startem grupy faworytów, rozstawionych z wysokimi numerami, rozpętało się prawdziwe piekło dla serwisantów przygotowujących narty. Zaczął padać gęsty i mokry śnieg. Każdy, kto choć trochę biega na nartach, doskonale wie, co to oznacza. I tak oto, biegnący w normalnych warunkach Lars Berger, został mistrzem świata, a faworyci, tacy jak Vincent Vittoz (i startujący wtedy również Ole Einar Bjoerndalen), nie mieli najmniejszych szans na równą walkę. Ktoś powie, że smarowanie jest rzeczą drugorzędną i jak ktoś jest mocny, to wygra nawet ze słabymi nartami. Niestety, nie na tym poziomie rywalizacji, gdzie stawka jest naprawdę wyrównana. Dla przypomnienia, film poniżej.
Wróćmy jednak do Falun, 24 lutego 2015. Śnieg zaczyna padać nieco po starcie pierwszych zawodniczek. Przy dzisiejszych prognozach pogody, takie coś nie powinno być zaskoczeniem. A na pewno nie dla zespołu najlepszych smarowaczy na świecie, jakim może pochwalić się Norwegia. Jak się jednak okazało, nawet 15 osób znających doskonale swój fach, jest w stanie popełnić błąd. Åge Skinstad, szef kadry Norwegii twierdzi jednak, że tak nieszczęśliwe dobranie sprzętu (struktur i smarów) jest mało prawdopodobne. Inni myślą zupełnie inaczej. Były norweski biegacz- Sindre Wiig Nordby, zdecydowanie obwinia zespół techników, wytykając im błąd niesprawdzenia szczegółowej prognozy pogody. Według serwisu yr.no, z którego korzysta kadra Norwegii, śnieg miał zacząć padać zaraz po starcie zawodów. O ile można było mieć co do tego wątpliwości, bo wcale tak nie wyglądało, o tyle nieprzygotowanie "planu B" jest mocno zastanawiające. Tym bardziej, że norweskie zawodniczki szczególnie odstawały od reszty. Można powiedzieć, że biegły w podobnych warunkach, jak zwyciężczyni Charlotte Kalla. Nie było nawet tak drastycznej zmiany pogody, jaką widzieliśmy w Sapporo przed laty. Tak, czy inaczej, skutek był opłakany- 22. miejsce Heidi Weng, 27. Therese Johaug, 29. Ragnhild Hagi, 31. Marit Bjoergen i 33. Astrid Uhreholdt Jacobsen. Norwegia nie była jedyną nacją, która zaliczyła nieudany występ. Również serwismeni Niemiec popełnili błąd przy doborze smarów.
Te nieprawdopodobne wyniki pozostaną na zawsze w pamięci Norwegów.
Czy można było tego uniknąć? Oczywiście, a najlepszym dowodem jest postawa Amerykanek. Potwierdzają to wiadomości z obozu techników USA oraz, rzecz jasna, wyniki. Startująca z numerem #3, brązowa medalistka Caitlin Gregg nie dość, że miała świetnie przygotowane narty, to jeszcze biegła w dobrych warunkach, kiedy padający śnieg nie zdążył spowolnić trasy. Kolejną medalistką zza oceanu była Jessica Diggins, startująca nieco później, z numerem #37. Jej narty również świetnie jechały, zwłaszcza pod koniec biegu. Ostatnia z reprezentantek USA na liście startowej- Elizabeth Stephen (#53) uplasowała się na 10. miejscu. Biegła już w gorszych warunkach, a mimo to znalazła się w pierwszej dziesiątce, jako ostatnia z zawodniczek z wysokim numerem startowym.
Trzy reprezentantki USA w pierwszej dziesiątce, a czwarta na 15. miejscu (Kikkan Randall). Również niecodzienny widok.
Poza konkurencją wydawała się być we wtorek Charlotte Kalla. Od samego początku narzuciła wysokie tempo i utrzymała je do końca. Nawet warunki jej nie przeszkodziły, a narty były tego dnia przygotowane prawidłowo. Być może nie tak dobrze, jak w przypadku Amerykanek, ale ewentualne niedociągnięcia nadrobiła swoją formą. Wszystko wyglądało podobnie, jak w ostatnim biegu przed Mistrzostwami Świata. W Oestersund Kalla również nie dała szans rywalkom. Tym razem zmieniła się tylko ich narodowość. Norweżki zostały zastąpione przez Amerykanki.
Szczęśliwe podium. Od lewej: Diggins, Kalla, Gregg.
Wielkie imprezy uwielbiają zaskakiwać. Tym razem o zwrot akcji rodem z baśni zatroszczyła się pogoda. Mimo to, kolejna po Igrzyskach Olimpijskich w Sochi wpadka serwisantów Norwegii może zastanawiać. Najwidoczniej czasem nawet najlepszych opuszcza szczęście. Wtedy na nic zdają się gigantyczne nakłady finansowe przeznaczane każdego sezonu na badania śniegu i smarów. Podobnie jak ogromna ciężarówka techników przygotowujących narty, która tym razem przegrała z ciasnym kontenerem Amerykanów.
Ostatnio na portalu sport.pl pojawił się ciekawy felieton Justyny Kowalczyk. W skrócie chodzi o dominację Norwegów od początku sezonu Pucharu Świata w biegach narciarskich. Dla zainteresowanych spojrzeniem naszej zawodniczki odsyłam do źródła: link. Temat został jeszcze rozwinięty przez tę samą stronę tu. Od razu pojawiły się też stwierdzenia dziennikarzy i specjalistów, według których biegi przestają być ciekawe, czego powodem jest właśnie dominacja jednej nacji. A tak się złożyło, że wszystko znalazł w internetach mój niezawodny kolega, dzięki czemu dorwałem się do tematu. I właśnie teraz opowiem Wam, co o tym myślę.
Po zawodach w Lillehammer można odnieść wrażenie, że Norwegowie odskoczyli reszcie i stworzyli własny poziom rywalizacji. Jednak ja nie szedłbym aż tak daleko we wnioskach. Po pierwsze, wśród mężczyzn stawka była dość wyrównana choćby tydzień temu w Kuusamo, kiedy na podium znalazło się dwóch Finów. No chyba, że sprawę rozszerzamy o całą Skandynawię, to wtedy rzeczywiście mamy powód do narzekania, ale mamy też poważny problem ze sobą. W ogóle biegi męskie od zawsze były ciekawsze, bo przecież do niedawna wśród kobiet mieliśmy sytuację, gdzie na podium mogliśmy w ciemno stawiać Bjoergen, Kowalczyk i Johaug w kolejności zależnej od stylu i dystansu. Wtedy było w pewnym stopniu tak samo "nudno" jak teraz, więc nie przesadzajmy. Jedynie wśród mężczyzn może dziwić brak formy takich dobrych zawodników, jak Poltoranina, Vylegzhanina i Legkova, ale tak jak stwierdził szef centrum przygotowań olimpijskich, Tore Ovrebo, jest to sezon poolimpijski i można się spodziewać nieco gorszych wyników. Jedynie Norwegowie nie mogą sobie na to pozwolić (poza Northugiem, co zresztą widać), bo straciliby miejsce w reprezentacji na rzecz obiecujących młodych zawodników, których jest bardzo wielu. Można choćby zaobserwować, że pojawiają się takie talenty jak Haga, Ek Hagen wśród kobiet, czy Golberg i Krogh wśród mężczyzn. Przez to siłą rzeczy może się zdarzyć, że na początku sezonu Norwegowie wyprzedzają formą innych.
Na taką dominację nawet Martin Fourcade nie wystarczy ;)
Problem tkwi również w czymś innym. Warunki do dominacji stwarzają niestety obecne w zawodach o Puchar Świata tzw. mikrocykle. Przez kilka dni rozgrywane są na przykład trzy biegi (przy czym zawsze jest w tym sprint), a całość kończy się biegiem pościgowym. Jednym słowem takie małe Tour de Ski. Pytanie tylko brzmi, dlaczego taka formuła zawodów, która ma być podobno ciekawsza, czyni ją przewidywalną. Przez bonifikaty ze sprintów wystarczy być dobrym w tej specjalności i jakoś dać radę w reszcie biegów (tak jak przykładowo Krogh w Lillehammer), przez co ma się zapewnioną całą masę punktów do klasyfikacji generalnej. To jeszcze nie jest aż takim problemem. Najgorszy jest fakt, że za poszczególne biegi mikrocyklu otrzymuje się mniej punktów (za zwycięstwo 60, zamiast 100), przez co liczy się praktycznie tylko to, co zdarzy się na końcu. Wiem, że "prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy", ale to wygląda trochę tak, jakby w biathlonie przyznawano więcej punktów za bieg pościgowy, niż za sprint. Na szczęście IBU nie ma nawet takich planów w głowie, bo i po co. Biathlon przecież staje się z roku na rok coraz ciekawszy, choć i tak mówi się o dominacji Martina Fourcade. Wśród pań tak jakby rozmiękł nam ten znany "beton" w postaci Makarainen, Soukalovej i Domrachevej, wpuszczając na podium na przykład Tiril Eckhoff, czy Włoszkę Wierer. FIS natomiast powinien przestać fascynować się "tourami", mikrocyklami i tym podobnym, bo wkrótce cały sezon zakończy się wielkim biegiem pościgowym, w którym lider będzie miał godzinę przewagi nad drugim zawodnikiem i tak dalej. W sumie to nawet dotychczas finałowe zawody w Falun były właśnie takim cyklem z całą masą punktów do zgarnięcia. Po raz kolejny warunki idealne do podkreślenia czyjejś dominacji.
W tym wszystkim nie można winić Norwegów. Medal ma zawsze dwie strony i tak jest też w tym przypadku. Rywalizacja się dopiero rozpoczęła i jeszcze wiele biegów przed nami, w których na pewno zabłyśnie Dario Cologna, czy po raz kolejny Iivo Niskanen. Wśród pań może sytuacja powróci do tej sprzed roku. Poza tym, zawsze byłem zdania, że pieniądze grają w sporcie olbrzymią rolę i nie da się tego przeskoczyć, nie mając odpowiedniego wsparcia. To samo stwierdza pani Justyna w swoim felietonie i nie pozostaje mi na koniec nic innego, jak zgodzić się z tymi słowami:
"Zresztą, o czym ja piszę, przecież u nas nawet na armatkę do robienia śniegu w Jakuszycach zabrakło. Trasa nartorolkowa wciąż jest w strefie marzeń. Tak, marzeń, nawet nie planów. Lokalni działacze się kłócą. PZN ma to gdzieś. Kadry ciągle trenują za granicą. Ciężko będzie w takich warunkach wyprodukować kolejnego mistrza. A bez mistrza wcześniej czy później Polska w ślad za Estonią czy Austrią zniknie z mapy krajów zainteresowanych biegówkami."
Pora na kolejny odcinek z serii "jak trenują zawodowcy". Tym razem zaglądniemy do obozu francuskiego, gdzie przygotowuje się do sezonu dwukrotny mistrz olimpijski z Sochi, czyli Martin Fourcade. Do swojej dyspozycji ma piękne i puste drogi w departamencie Jura. Trzeba przyznać, że są to wymarzone warunki do treningu, których osobiście zazdroszczę...
Jednak nie tylko mistrz trenuje w najlepszych miejscach ze świetnym wsparciem trenera Siegfrieda Mazet. Na dowód tego, że inni też mogą się czymś pochwalić, polecam filmik z przygotowań drugiego zespołu francuskiego w biathlonie.
Tymczasem dwóch młodych polskich biathlonistów zakończyło karierę. Rafał Lepel (24 lata) i Łukasz Słonina (25 lat) nie wznowili treningów przed przyszłym sezonem i tym samym nie powrócą już na trasy zawodów. Ktoś jeszcze dziwi się, dlaczego tak bardzo odstajemy poziomem od reszty?
Plan treningowy amatora narciarstwa biegowego powinien zawierać ćwiczenia siłowe. Zanim jednak pójdziesz na siłownię lub zaczniesz ćwiczyć w domu, poznaj Swedish Winter Sports Research Centre. Jest to część szwedzkiego Mittuniversitetet, zajmująca się badaniem i rozwijaniem sportu. W laboratoriach przy użyciu specjalistycznego sprzętu, przeprowadzane są różnorodne testy, pomagające zgłębić tajemnice wysiłku fizycznego. Studenci mają okazję poznać techniki treningu, jak i technologię związaną ze sprzętem narciarskim. SWSRC ma swój kanał na YouTube, gdzie ukazują się ciekawe filmy pokazujące pracę zespołu. Część z nich może przydać się każdemu sympatykowi nart biegowych.
W poniższym filmie znajdziecie porady, jakie ćwiczenia są najbardziej odpowiednie w przygotowaniu narciarza biegowego. Jak można zauważyć, większość z nich jest oparta na pracy z ciężarem własnego ciała. Ponadto warto zauważyć, że trener proponuje wykonywanie serii w odpowiednim tempie, zwiększając je za każdym razem. W tym przypadku pomocny dla nas może być program Metronome Beats, dostępny na większość smartfonów. Dzięki niemu będziemy słyszeli uderzenia odpowiednie dla danego tempa. Polecam więc zapoznanie się z propozycją ćwiczeń od Swedish Winter Sports Research Centre i spróbowanie wdrożenia ich do własnego programu treningowego.
W sobotę na stadionie olimpijskim w Moskwie odbyły się pokazowe zawody biathlonowe Champions' Race. Udział wzięły największe sławy tego sportu ze zwycięzcami Pucharu Świata w tym sezonie na czele, czyli Kaisą Makarainen i Martinem Fourcade. Na początku rozegrano biegi masowe, zaś później sztafetę mieszaną. Emocji było wiele. O numerach startowych decydowały eliminacje strzeleckie, polegające na czterokrotnym strzelaniu w naprzemiennych pozycjach. Kto najszybciej strącił 20 krążków, startował z numerem 1. Wśród kobiet najszybszą i najcelniejszą strzelczynią była Olga Vilukhina, zaś eliminacje mężczyzn wygrał Anton Shipulin.
Bieg masowy mężczyzn wygrał Jakov Fak. Słoweniec z Chorwacji wyprzedził o zaledwie sekundę Antona Shipulina i niewiele więcej Emila Hegle Svendsena. Wszystko rozstrzygnęło się na ostatniej rundzie biegowej, a konkretnie na trudnych zakrętach na stadionie, gdzie Fak zachował się bardzo przytomnie. Choćby z poprzedniego roku pamiętamy, jak decydujący był właśnie ten odcinek.
W biegu masowym kobiet zwyciężyła Marie Dorin- Habert. Wyprzedziła o 3,8 sekundy Torę Berger i o 6,7 sekundy Daryę Domrachevą. Francuzka zawdzięcza swoją wygraną przede wszystkim dobremu strzelaniu, bo jako jedyna ze stawki była bezbłędna. Warto jednak zwrócić uwagę, że karna runda za niecelny strzał jest krótsza na tego typu imprezach, bo wynosi jedyne 50 m.
Na podstawie wyników tego biegu ustalano składy sztafety mieszanych. Każda z pań mogła wybrać swojego partnera ze stawki 10 biathlonistów. Pierwszeństwo miały te zawodniczki, które przybiegły na metę pierwsze. Tak więc Marie Dorin- Habert wybierała na początku i oczywiście jej partnerem został rodak- Martin Fourcade. Tora Berger wybrała zwycięzcę biegu mężczyzn- Jakova Faka. Darya Domracheva stworzyła rosyjsko- białoruski duet z Antonem Shipulinem. Natomiast Kaisa Makarainen zdecydowała się wystartować z kończącym karierę Bjoernem Ferrym. Dalsze pary prezentowały się tak: Olga Vilukhina i Emil Hegle Svendsen, Gabriela Soukalova i Simon Schempp, Olga Zaitseva i Simon Fourcade, Valj Semerenko i Dominik Landertinger, Vita Semerenko i Evgeny Ustyugov oraz Selina Gasparin i Ondrej Moravec.
W przerwie między biegami była okazja na podziękowania rosyjskim sztafetom, które zdobyły złoty i srebrny medal na Igrzyskach Olimpijskich w Sochi. W składzie srebrnej sztafety kobiet pobiegły: Iana Romanova, Olga Zaitseva, Ekatarina Shumilova i Olga Vilukhina. Natomiast złoto zdobyli: Dimitry Malyshko, Alexey Volkov, Anton Shipulin i Evgeny Ustyugov.
Dla Ustyugova była to szczególna chwila. Zawodami na moskiewskim stadionie zakończył swoją sportową karierę. Zaskakująca decyzja, bo wcześniej nic tego nie zapowiadało. Był to przecież wciąż młody zawodnik i na pewno mógłby biegać jeszcze do IO w Pyeong Chang.
Evgeny Ustyugov podczas eliminacji.
Przejdźmy do rywalizacji sztafet. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety, pokonywali odcinek trasy dwukrotnie, z dwoma strzelaniami za każdym razem. Sytuacja zmieniała się niemal po każdej wizycie na strzelnicy. W końcu na przedostatniej zmianie świetnie pobiegła Marie Dorin- Habert, dając prowadzenie swojej parze. Tuż za nią skończyła Domracheva i stało się jasne, że o zwycięstwo powalczą tylko te dwa zespoły. Ostatnie strzelanie w pozycji stojącej bezbłędnie wykonał Anton Shipulin i biegł po zwycięstwo. Jedno pudło Martina Fourcade nie pozwoliło na nawiązanie walki w biegu, tak jak miało to miejsce rok temu. Tym razem górą był rosyjsko- białoruski duet.
Nie brakowało oczywiście upadków. Trasa była przygotowana na miarę śniegowych możliwości, ale i tak szybko się rozryła. Problemy spotkały Torę Berger oraz Martina Fourcade na tym samym podbiegu.
Jak może zauważyliście, Martin Fourcade ma taki niefrancuski strój. Bardziej przypomina ten, w którym ściga się Anastasyia Kuzmina. Można się zastanawiać, czy Adidas nie stał się czasem nowym sponsorem braci Fourcade (bo starszy był też tak ubrany). Przypomnę, za stroje dla francuskiej kadry przygotowuje One Way i to raczej w tej marce powinniśmy zobaczyć ich na starcie. Na twitterze @martinfkde pojawiła się informacja "dziękuję Adidas", ale co dokładnie to ze sobą niesie, nie wiadomo. Ciekawe, czy na zawodach rangi Pucharu Świata bracia Fourcade będą mogli używać strojów innych, niż reszta kadry. Raczej nie powinno to nastąpić, ale nic nie jest wykluczone. Mimo to, znacznie lepiej wygląda, gdy wszyscy zawodnicy jednego kraju mają takie same ubrania, bo łatwiej ich zidentyfikować na trasie.
Jeżeli nie udało Wam się obejrzeć tej ciekawej imprezy na żywo, to nic straconego. W internetach pojawiły się już nagrania z transmisji, które umieściłem w poście. Dostępna jest również pełna relacja telewizyjna z Champions' Race. Na koniec jeszcze przypominam, że ostatnie zawody biathlonowe w tym sezonie odbędą się w przyszłym tygodniu w Tyumieniu.
Sezon Pucharu Świata się zakończył, co jednak nie oznacza końca jakichkolwiek zawodów biathlonowych i biegowych. W zeszłym tygodniu odbyły się Wojskowe Mistrzostwa Świata, w których Polska zdobyła złoty medal w klasyfikacji drużynowej biathlonistek. Ponadto Krystyna Pałka zdobyła brąz w biegu sprinterskim. Ale zanim zdarzyło się to wszystko, był jeszcze czas na świętowanie zakończenia PŚ w gronie najlepszych. W Oslo mieliśmy więc sporą imprezę z udziałem gwiazd biathlonu. Między innymi działy się tam takie rzeczy, jak w filmie poniżej, czyli karaoke, tańcząca Tiril Eckhoff, a spostrzegawczy dostrzegą nawet przebranego za kobietę Bjoerna Ferrego (czyżby nowe hobby po zakończeniu kariery? ;)). Ale trzeba przyznać, że Johannes i Emil stworzyli świetny duet rockowy. Szczególnie EHS chciał na pewno odreagować średnio udany sezon...
Po wszystkim miały miejsce mistrzostwa krajowe. W Szwajcarii rywalizację zdominowały: Elisa i Selina Gasparin oraz Benjamin Weger, wygrywając sprinty i biegi masowe. Włosi rozegrali te same konkurencje, w których wygrywali odpowiednio: Lukas Hofer i Michaela Ponza oraz Dominik Windisch i Karin Oberhofer. Francja to oczywiście zwycięstwa Martina Fourcade, zaś wśród pań niespodziankę w biegu ze startu wspólnego sprawiła Jaquemine Baud, zdobywając złoto. Mistrzostwami Austrii zakończył swoją karierę Christoph Sumann, pozostając jednak bez medalu. W Norwegii biathloniści walczyli o medale w Voss. W biegach indywidualnych wygrywali: Johannes Thingnes Boe oraz Marte Olsbu. W sprincie triumfował znów młody Boe oraz Tora Berger. Na swoich ostatnich w karierze Mistrzostwach Norwegii Tora zdobyła jeszcze złote medale w biegu masowym i sztafecie. Jasiowi się to nie udało, bo o ile sztafetę wygrał jego klub Sogn og Fjordane SSK, o tyle w biegu ze startu wspólnego nie zdobył żadnego medalu. Zwyciężył Kristoffer Langoeien Skjelvik. Pełne wyniki możecie zobaczyć tu. Warto zwrócić uwagę, że w Mistrzostwach nie startowali: Ole Einar Bjoerndalen, Emil Hegle Svendsen (podobno po dyskotece w Oslo nikt go nie widział, pewnie leczy kaca), Tarjei Boe, Lars Berger oraz Alexander Os. Nieobecność dwóch ostatnich była spowodowana startem w Wojskowych Mistrzostwach Świata, gdzie w biegu na 15 km złoto zdobył właśnie Berger.
Biegacze narciarscy ścigali się w Gålå. Program zawodów obejmował sprinty drużynowe oraz biegi na 30 km i 50 km stylem dowolnym. Niespodzianek nie było. W maratonach triumfowali: Marit Bjoergen przed Therese Johaug i Kristin Stoermer Steirą oraz Martin Johnsrud Sundby, który wyprzedził Daniela Myrmaela Helgestada oraz Simena Andreasa Sveena. Kompletne wyniki znajdują się pod tym linkiem.
Warto odnotować, że również w Stanach Zjednoczonych odbyła się wiosenna seria mistrzostw krajowych w Anchorage. Wśród nich był dobrze nam znany Noah Hoffman, który zwyciężył w biegu na 15 km techniką dowolną oraz był drugi w 50 km klasykiem (co i tak dało mu mistrzostwo, bo wygrał zawodnik spoza USA). Wśród kobiet triumfowały: Kikkan Randall na 10 km oraz Sadie Bjornsen na 30 km. Poza tym odbyły się sprinty klasykiem, które wygrali: Randall i Reese Hanneman.
Wracając do biathlonistów, to czeka ich jeszcze pokazowa impreza Champions' Race w Moskwie. Gwiazdy, jakie zobaczymy 5 kwietnia na stadionie olimpijskim to: Martin Fourcade, Simon Fourcade, Emil Hegle Svendsen, Dominik Landertinger, Simon Schempp, Jakov Fak, Ondrej Moravec, Bjoern Ferry, Tora Berger, Kaisa Makarainen, Darya Domracheva, Gabriela Soukalova, Marie Dorin Habert, Valj Semerenko, Vita Semerenko, Selina Gasparin. Ostatnim punktem w sezonie będzie Puchar Rosji w Tyumieniu z bardzo ciekawymi konkurencjami. A później zasłużony odpoczynek przed powrotem do treningów i letnich zmagań. Nie zabraknie oczywiście Mistrzostw Świata w biathlonie letnim oraz zawodów na nartorolkach w Sandnes, czyli Skifestivalen Blink pod koniec lipca. Wciąż więc będzie wiele emocji.
W Oslo zakończył się sezon 2013/2014 biathlonowego Pucharu Świata. Niezwykle emocjonująco rozstrzygnęła się rywalizacja o dużą kryształową kulę wśród kobiet, którą ostatecznie zdobyła Kaisa Makarainen. Oczywiście to na nią były zwrócone oczy wszystkich kibiców po dobiegnięciu do mety ostatniego biegu. Finkę zobaczymy w przyszłym sezonie na trasach jako broniącą trofeum. Nie ujrzymy natomiast tej, która zwycięstwo w klasyfikacji generalnej przegrała o jedyne 4 punkty, czyli Tory Berger. Dla Norweżki był to ostatni sezon w karierze i miała ogromną szansę na pożegnanie się z biathlonem z kryształem w ręku. Nic jednak nie straciła, bo w poprzednim roku zdobyła wszystko, co tylko się dało. Dziś opuszcza rywalizację jako spełniona biathlonistka z wieloma sukcesami na koncie oraz wzór do naśladowania.
Jak to dokładnie było? Po raz pierwszy Tora pojawiła się na trasach biathlonowego PŚ w sezonie 2002/2003. Zajęła wówczas 68. miejsce w klasyfikacji generalnej. W następnym roku nie startowała z powodu kontuzji. Dalej było już lepiej, bo zajęła 17. pozycję. Od tego czasu z czołowej dwudziestki wypadła tylko w sezonie 2005/2006, kiedy znalazła się na 22. miejscu. Ma również za sobą udaną walkę z rakiem skóry. Choroba została wykryta przed Igrzyskami Olimpijskimi w Vancouver, w 2009 roku. Właśnie na tej imprezie zdobyła złoty medal w biegu indywidualnym na 15 km. Było to najważniejsze zwycięstwo w jej życiu. Później było już tylko lepiej. Medale zdobywane wielokrotnie na Mistrzostwach Świata w Ruhpolding (2 złote i 1 brązowy) i Novym Mescie (3 złote i 2 srebrne) potwierdzały, jak świetną jest zawodniczką. Ukoronowaniem jej kariery był poprzedni sezon 2012/2013, kiedy to zdominowała rywalizację, zdobywając małe kryształowe kule za każdą konkurencję oraz dużą. Do złotego medalu olimpijskiego z Vancouver dorzuciła srebrno zdobyte w biegu pościgowym w Sochi oraz złoto i brąz ze sztafet. Teraz może udać się do swojego domu w Meråker i poświęcić się życiu rodzinnemu. A być może też ukończy studia, bo obecnie jest studentką NTNU w Trondheim.
Tora Berger na najwyższym stopniu podium biegu pościgowego w Novym Mescie w sezonie 2011/2012.
Tora Berger nie odchodzi sama. Po tym sezonie swoje karabiny odwieszą również: Ann Kristin Flatland, Michaela Ponza, Andreja Mali, legendarna Andrea Henkel oraz druga w biegu masowym Teja Gregorin. Nie zapominajmy również o panach. Ich grono w przyszłym sezonie pomniejszy się o Bjoerna Ferry'ego, Carla Johana Bergmana i Christopha Sumanna. Szwedów czekają ciężkie czasy, bo po dobrych wynikach powyższej dwójki, cały ciężar przewodniczenia reprezentacji spadnie na Fredrika Lindstroema. Wszystkie te nazwiska będziemy jeszcze długo wspominać.
Nie było natomiast pożegnania Ole Einara Bjoerndalena, który postanowił przedłużyć swoją karierę do Mistrzostw Świata w Oslo w 2016 roku. Wystąpił nawet w roli "złodzieja" kijów Martina Fourcade w ciekawym filmie przygotowanym przez reprezentację Francji. Zapewne król połakomił się na nowe Premio HD.
I na koniec jeszcze coś ze świata biegów narciarskich. Z całego sezonu zebrano najlepsze zdjęcia autorstwa NordicFocus i umieszczono razem w jednym filmie, tworząc piękny przegląd sportowej rywalizacji. Polecam obejrzeć.
Było ostatnio o Worldloppet, więc czemu nie pociągnąć dalej tego tematu. Wiadomo, że jest to znany cykl biegów długodystansowych, rozgrywanych różnymi stylami i w różnych lokalizacjach. Jednym z ważniejszych wydarzeń sezonu Worldloppet jest Bieg Wazów, odbywający się co roku w pierwszą niedzielę marca w Szwecji. Trasa liczy imponujące 90 km i prowadzi z Sälen do Mory. Warto dodać, że jeszcze kilka lat temu, ten maraton był zaliczany do Pucharu Świata w biegach narciarskich.
Każdy zapewne powie, że na takim dystansie nie będą liczyli się sprinterzy. Co więcej, nawet nie mieliby po co startować. Obserwując przecież zawody finałowe PŚ w Falun, w zwykłym skiathlonie na "jedynie" 30 km widzieliśmy męczarnie typowych zawodników od sprintu, takich jak Ola Vigen Hattestad. Natomiast Emil Joensson nie wystartował w ogóle, wiedząc, że nie da rady. Skąd więc w gronie czołowych miejsc tegorocznej edycji trzykrotnie dłuższego Vasaloppet wzięły się takie nazwiska, jak John Kristian Dahl- były czołowy sprinter reprezentacji Norwegii, czy Johan Kjoelstad- wicemistrz świata w sprincie z 2009 roku z Liberca? Z odpowiedzią na to pytanie może przyjść kolarstwo. Wielokrotnie przecież podczas transmisji przeróżnych wyścigów słyszy się takie zdanie: "Etap długi, płaski, dla sprinterów". Zazwyczaj na takim etapie idzie jakaś ucieczka, która jest doganiana przez peleton na ostatnich kilometrach, aby to właśnie między sprinterami rozegrała się walka o zwycięstwo. Tak było w przypadku Biegu Wazów, kiedy to na mniej niż 1 km przed metą został doścignięty Joergen Aukland po prawie 50- kilometrowej ucieczce. Z grupy zaatakowali sprinterzy- Dahl i Kjoelstad. Silniejszy okazał się ten pierwszy, zaś Aukland nie stanął nawet na podium, bo wyprzedził go jeszcze kolega z klubu- Joergen Brink- wielokrotny triumfator wyścigu z poprzednich lat. Brutalne, prawda? W takiej sytuacji przypomina mi się niesamowita ucieczka Tony'ego Martina na jednym z etapów zeszłorocznego Vuelta a Espana, którą "skasowano" około 20 metrów (!) przed metą.
Ale kolarstwo to zupełnie inna bajka, niż narciarstwo biegowe. Sprinterów nie da się "dowieźć" do mety z pomocą drużyny. Inaczej pojmujemy samo pojęcie sprintera w obu przypadkach. W biegach takich, jak Vasaloppet, każdy musi wytrzymać trudy dystansu, a wiadomo, że szybcy zawodnicy zwykle nie są do tego przystosowani. Wystarczy tylko wspomnieć, że nie udało się to nawet takim nazwiskom, jak Sami Jauhojarvi, czy Lukas Bauer. Sukces polega więc na czymś innym.
Zwróćmy uwagę, że Worldloppet obejmuje zaledwie kilka wyścigów w sezonie. Znacznie łatwiej przygotować się do takich startów, bo nie ma aż takiego obciążenia, jak w przypadku Pucharu Świata. Tym bardziej, że zawodnik wybiera sobie konkretne zawody, które są jego najważniejszym celem. Ponadto specjalizujący się w maratonach biegacze mają już "swoje lata" oraz zwykle starty w PŚ za sobą. Może się więc zdarzyć, że były sprinter stanie się długodystansowcem, bo wykorzysta swoje doświadczenie i wytrenuje wytrzymałość. To właśnie zrobił John Kristian Dahl, Johan Kjoelstad oraz inni.
Kliknij na zdjęcie, aby powiększyć
Na koniec już tylko wystarczy spojrzeć na profil trasy Biegu Wazów, który też jest ciekawy. W większości wyścig prowadzi po płaskim i lekko opadającym terenie. Zdarzają się oczywiście podbiegi, a najtrudniejszy z nich znajduje się zaraz po starcie w Sälen. Nie jest to jednak jakaś mordercza góra. Można to wywnioskować choćby z faktu, że niektórzy zawodnicy (i nawet zawodniczki) zdecydowali się wystartować bez smarowania nart "na trzymanie", co w przypadku stylu klasycznego mogłoby okazać się samobójstwem. Jednak nie w przypadku Vasaloppet. Taki zabieg pozwolił uzyskać większą prędkość na długich zjazdach i opłacił się, ale wymusił double poling na całej długości trasy. W każdym razie 90 km pokonane bezkrokiem to coś niesamowitego, co świadczy o ogromnej sile zawodnika. Chyba najważniejszą zasadą, którą można sobie przyjąć przed startem w Biegu Wazów, jest: "Keep calm and do double poling".
Teraz już tylko polecam obejrzeć poniższą relację z tegorocznej edycji i wypatrywać znajomych twarzy z Pucharu Świata.
Oglądając wczorajsze sprinty technikę klasyczną w Drammen, zaobserwowałem ciekawe zjawisko. Część zawodników w męskim gronie startowała w nartach i butach do kroku łyżwowego. Czyżby pomylili się, pakując sprzęt na zawody Pucharu Świata? Nic podobnego. Zastosowali interesujący zabieg, który... no właśnie, pomógł im, czy nie?
Główne role w finale męskim odegrali dwaj Norwegowie: Ola Vigen Hattestad oraz Paal Golberg, odpowiednio pierwszy i drugi zawodnik na mecie. Tak się składa, że obydwoje pobiegli w sprzęcie do kroku dowolnego, mimo jasno określonego stylu, w jakim odbywały się wczorajsze sprinty. Dlaczego więc zdecydowali się na użycie takich nart? Odpowiedzią nie jest fakt, że czytają ten blog i stosując się do zasad "How to be nordic" chcieli chociaż zmyć tym poczucie winy po złamaniu zasady nr 10: "Bieganie klasykiem jest dozwolone tylko w niektórych przypadkach. (...)" Zrobili to w innym celu. Narty do łyżwy zapewniły im nieco lepszą zwrotność na zakrętach, mimo że były takiej samej długości, jak zwyczajne do stylu klasycznego. Ponadto buty są sztywniejsze, co też mogło być ważne dla niektórych. Ale jest coś jeszcze ważniejszego. A tym czymś jest double poling, czyli technika biegu bezkrokiem. W sprzęcie do techniki łyżwowej but nie odrywa się tak bardzo od wiązań, co umożliwiło lepszy przekaz siły przy bezkroku. Ale czy dało przewagę nad innymi? To zależy, bo przykładowo Emil Joensson radził sobie świetnie na podbiegach stosując diagonal stride, czyli krok naprzemienny. Wymagał on mniej siły w rękach, ale za to Emil musiał wykonywać znacznie szybsze ruchy, aby utrzymać tempo. Ponadto panowie w sprzęcie łyżwowym musieli używać tylko bezkroku (w przeciwnym razie ślizgaliby się w torach), co oznaczało, że na podbiegach potrzebowali ekstremalnie dużo siły. Widać to było na ostatnich metrach, kiedy następowała wymagająca stromizna. Zdarzyło się nawet, że w półfinale Anton Gafarov najzwyczajniej w świecie nie wytrzymał i wywrócił się przed samą metą. Ale co tu opowiadać, jak lepiej pokazać. Niestety nagrań z tego roku jeszcze w internetach nie ma, więc wszystko sobie obejrzymy na przykładzie poprzedniego finału. Porównanie dwóch technik jest idealnie widoczne, gdy zwrócimy uwagę na Alexeya Poltoranina w sprzęcie do klasyka oraz Pettera Northuga w sprzęcie do łyżwy. Dla sprzętowych spalaczy, takich jak ja, pytanie dodatkowe: kto oprócz Northuga wybrał narty do stylu dowolnego? Podpowiedź to double poling przez całą trasę.
Narciarskie porzekadło mówi, że dobry double poling wyróżnia mężczyzn od chłopców. Tak było i w tym przypadku, kiedy Northug wykorzystał to idealnie i ograł Poltoranina. Hattestad i Golberg zrobili to samo wczoraj z resztą rywali, choć trochę pomógł im Emil Joensson wywracając się na jednym z zakrętów. Swoją drogą bardzo ciekawa byłaby bezpośrednia konfrontacja dynamicznego kroku naprzemiennego w wykonaniu Szweda z bezkrokiem silnych Norwegów. Po raz kolejny więc sprint w Drammen technika klasyczną wygrały narty do łyżwy. Ot, taki paradoks. Jeżeli zaś chodzi o double poling, to faktycznie jest bardzo istotnym elementem techniki klasycznej. Powiedzieliśmy już sobie, że wymaga dużo siły fizycznej, ale też dobrze wykonany nadaje dobrą prędkość. Jak należy go ćwiczyć? Na to pytanie najlepiej odpowie Swedish Winter Sports Research Centre w poniższym filmie.
Wiemy już, dlaczego niektórzy sprinterzy użyli nart do kroku łyżwowego i co ma z tym wspólnego double poling. Teraz już tylko pozostaje stosować to w praktyce, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, oczywiście po odpowiednim przygotowaniu siłowym. Tak na marginesie dopowiem, że każdy biegacz i biathlonista ćwiczy w lecie double poling na nartorolkach, wjeżdżając zazwyczaj pod górę. To świetny sposób na siłę i wytrzymałość w kolejnym sezonie.
Coraz więcej ciekawych rzeczy dowiadujemy się o biathlonistach. Było już na temat cukierniczego talentu Elisabeth Högberg, zaś o pięknym śpiewie Gabrieli Soukalovej wiedzą już wszyscy sympatycy tej dyscypliny sportu. Aby dopełnić listę biathlonowych artystów brakuje nam jeszcze tańca i muzyki. Z pomocą przychodzą zatem mieszkańcy okolic Anterselvy, rodowici Tyrolczycy, czyli Lukas Hofer i Dorothea Wierer. Tym razem poznamy ich interesujący talent.
Tyrol jest regionem o wysokiej kulturze muzycznej. Prawie każdy mieszkaniec potrafi zagrać na jednym z tradycyjnych instrumentów. Nie inaczej jest z naszymi dzisiejszymi bohaterami, którzy przyznają, że z muzyką ludową mają do czynienia od dziecka. Podczas pobytu biathlonowego Pucharu Świata w Anterselvie, Lukas i Dorothea postanowili zaprezentować swoje umiejętności, zapraszając kilku znajomych. Wśród nich znalazł się Lowell Bailey, który wspomógł występ grą na gitarze. Nie zabrakło również chętnych do tańca. Każdy był ubrany w tradycyjny tyrolski strój. Krótki film z tego spotkania do zobaczenia poniżej.
Kto by pomyślał, że kulturę Tyrolu będzie można poznać za pośrednictwem biathlonistów. W dodatku bardzo sympatyczni wydają się reprezentanci Włoch. Z pewnością należało im się to dzisiejsze zwycięstwo Lukasa Hofera w sprincie. I na pewno każdy przyzna, że instrument, na którym grała Dorothea jest po prostu świetny :-)
Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Z tej okazji chciałbym Wam, Drodzy Czytelnicy, życzyć wszystkiego najlepszego. Aby spełniły się Wasze sportowe marzenia, nawet, gdy wydają się nierealne. Żeby niczego Wam nie zabrakło w drodze do życiowego celu. Zawodowcom życzę dużo sukcesów i motywacji, a amatorom czerpania jeszcze większej radości z posiadania tak pięknej i rozwijającej pasji, jaką jest sport. Abyście zawsze dostrzegali to, co najważniejsze i szanowali wszystko, co posiadacie. A także, żeby Waszym jedynym problemem było dopasowanie stroju na biegówki. I abyście znaleźli trochę czasu, żeby jeszcze kiedyś tu wrócić.
Dziękuję również wszystkim tym, którzy przyczynili się do powstania tego bloga i sprawiają, że jego funkcjonowanie ma sens. Tyle ode mnie. Teraz czas na życzenia bożonarodzeniowe w wielu językach od biathlonowej rodziny dla wszystkich fanów. Miło się tego słucha.
Ludzie mają różne zainteresowania i sposoby na wypełniania nudy. Nie dla wszystkich aktualne zajęcie jest całym życiem. Czasem trzeba po prostu zwyczajnie odpocząć, zrobić coś innego. Niekiedy wychodzą z tego bardzo ciekawe rzeczy. Znalazłem w internetach idealny przykład na potwierdzenie tej tezy.
Znacie może szwedzką biathlonistkę Elizabeth Högberg? Nie ma specjalnych osiągnięć, ale po zakończeniu kariery Heleny Ekholm ciężko szukać rezultatów nawiązujących do słynnej rodaczki przez jakąkolwiek reprezentantkę Szwecji. Wracając jednak do pani Elizabeth, jej sposób na odpoczynek pomiędzy treningami a startami jest nie tylko interesujący, ale też smaczny. Otóż zajmuje się ona robieniem ciast i tortów. Ale nie takich zwykłych, typu sernik (nie umniejszając w żaden sposób sernikowi). Skoro Högberg jest biathlonistką, postanowiła odwzorować stadion biathlonowy w Oestersund w formie tortu. Efekt możecie podziwiać w filmie poniżej. Oczywiście na degustację zostali zaproszeni wszyscy ludzie związani z obiektem, w tym Helena Ekholm, już jako szczęśliwa mama, pojawiła się z dzieckiem. Nie pozostaje nic innego, jak pogratulować talentu pani Elizabeth i życzyć tak udanych startów, jak ten tort. Można połączyć biathlon z cukiernictwem? Jak się okazało, przy odpowiedniej pracy i zaangażowaniu jest to możliwe. Szkoda tylko, że mnie tam nie było...
Dlatego pamiętajcie Drodzy Czytelnicy, aby rozwijać swoje zainteresowania. Te najważniejsze, zajmujące pierwsze miejsce w Waszym życiu, ale także inne, urozmaicające codzienne życie i nadające mu dodatkowego kolorytu. Bo nie ma nic bardziej dołującego niż pasja zamieniona w rutynę.
Ostatnio w moim planie treningowym pojawiła się taka pozycja: imitacja skakana. Jeszcze nigdy się z tym nie spotkałem, stąd pierwsze wrażenie nie mogło być inne, jak lekkie zakłopotanie. Ale od czego mamy nasze kochane internety, które... no właśnie, niezbyt mocno ten temat poruszają. Tymczasem ja muszę wykonać plan treningowy, bo inaczej świat się zawali. Na szczęście trafiłem na taki przyjemny filmik, który znacznie rozjaśnił sprawę. Jako, że preferuję technikę łyżwową, to poniżej przytoczę materiał uczący imitacji właśnie tego stylu.
No, ale żeby nie być ignorantem, to jeszcze pokażę styl klasyczny. Nie wszyscy muszą uwielbiać "łyżwę".
Skoro już wiemy, czym jest imitacja, to pora to wypróbować. Po swoich pierwszych doświadczeniach z tym ćwiczeniem mogę powiedzieć tylko tyle: potrafi nieźle zmęczyć. Życzę miłego treningu.
Zawodowi biathloniści mają fajnie. Raz popływają sobie kajakami, następnie pojadą na rowerze szosowym lub nartorolkach, by później jeszcze poćwiczyć strzelanie i przejechać się po trasach znanych z zawodów Pucharu Świata w Pokljuce. I to wszystko w przeciągu jednego dnia w towarzystwie pięknej pogody i jeszcze lepszych widoków. Z takim planem treningowym i zapewnionym sprzętem, kadra Słowenii nie ma wręcz prawa narzekać na nudę. Jak wyjaśnia trener reprezentacji, w ciągu przygotowań do sezonu odbywa się około 15 tego typu treningów. Wszystko ma na celu zapewnienie różnorodności, która jest zarówno ciekawa, jak i pożyteczna. Należy zwrócić uwagę, że dużą rolę odgrywa tutaj infrastruktura. W okolicy jeziora Bohinj znajduje się wiele nieruchliwych dróg oraz, co najważniejsze, cały stadion biathlonowy w Pokljuce. Do tego pozostaje dorzucić niezliczone trasy górskie i mamy przepis na idealny dzień. Nam pozostaje chyba tylko pozazdrościć i przyglądać się poczynaniom zawodowców na filmie poniżej, który przygotował znany i lubiany Jerry Kokesh.
Francuski kobiecy team biathlonowy wpadł na niewątpliwie ciekawy pomysł treningu. Najlepsze zawodniczki tego kraju wbiegały na Passo de Gavia na nartorolkach. Swoją wyprawę zaczęły w Bormio, poruszając się po drogach publicznych wraz z samochodami. Trzeba przyznać, że mają dziewczyny odwagę. Mają też do dyspozycji samochód, który w każdej chwili jest w stanie zapewnić im nowy sprzęt, tak jak w przypadku złamanej nartorolki Marine Bolliet. Tak, czy inaczej taka forma treningu jest jak najbardziej wskazana. Znany festiwal nartorolkowy Blink w Norwegii obejmuje właśnie wspinaczkę o nazwie Lysebotn Opp, w której co roku biorą udział znani biegacze narciarscy oraz biathloniści. Zobaczymy, jak Passo de Gavia wpłynie na formę biegową biathlonistek z Francji, która w minionym sezonie nie zachwycała. Poniżej krótki film z opisywanej wycieczki.
Pozostając w temacie nartorolek, znalazłem w necie taki filmik z zeszłej jesieni. Francuscy biathloniści podczas treningu w Obertilliach. Swoją drogą bardzo fajne rzeczy wrzuca Alexis Boeuf na YouTube, można się sporo dowiedzieć.
Tym razem znalazłem taki filmik, przygotowany przez firmę One Way. Rzeczywiście "koleś wymiata", ale lepiej nie próbować robić takich rzeczy na swoich nartach.
Przeglądając ostatnio YouTube w poszukiwaniu czegoś ciekawego na temat treningu imitacyjnego natknąłem się na takie cudo:
To jeden z filmów sympatycznego Norwega, który nazywa się Sindre Wiig Nordby. Z początku myślałem, że jest to po prostu jakiś gość, który robi na nartach moonwalk i przy okazji filmuje biegaczy narciarskich podczas treningu. Po chwili jednak zobaczyłem, że to jest przecież idealna parodia technik biegów najlepszych zawodników (są podpisy, kogo naśladuje Sindre). Dodatkowo w innych filmach nawet ubiór jest charakterystyczny dla danej postaci. Na pewno nie łatwo odwzorować czyjąś technikę biegu, nawet jeśli się ona wyróżnia. Zapraszam zatem do oglądania wyczynów Norwega. I na koniec jeszcze jeden film z parodią biegu między innymi Emila Hegle Svendsena i Justyny Kowalczyk.