W takich chwilach nie wiem, co mam pisać. Radość odbiera mi głos, a emocji, jakie towarzyszyły dzisiejszemu biegowi sprinterskiemu w Sochi dawno nie przeżywałem. Czekałem na ten moment od dawna, a dokładniej od Igrzysk Olimpijskich w Salt Lake City, kiedy jeszcze na dobre nie wiedziałem, o co z tym Bjoerndalenem chodzi. Dziś już wiem, że Ole Einar Bjoerndalen nie jest królem biathlonu, ani carem, ani cesarzem. On jest Bogiem.
Śmiało mogę powiedzieć już teraz, że sprint na 10 km na Igrzyskach Olimpijskich w Sochi oraz numer 24 zapamiętam do końca życia. Właśnie z takim numerem biegł dziś OEB, a ja przeczuwałem, że wyjdzie z tego coś dobrego. Liczba 24 jest bowiem wyjątkowa dla SadurSky, dotychczas zupełnie przypadkiem. Przypadkowo dostał kiedyś znalezioną gdzieś dyktę z tramwaju z numerem linii 24. Ponadto pewnego dnia wymalował w swoim pokoju na ścianie liczbę 24, podobno w nawiązaniu do wyścigu Le Mans.
Jakby tego było mało, ma numer w szkolnym dzienniku 24. Do dziś nie miało to większego znaczenia, lecz zyskało je za sprawą złotego medalu olimpijskiego, zdobytego przez Ole Einara Bjoerndalena w indywidualnej konkurencji po 12 latach przerwy, w wieku 40 lat. Tym samym, OEB stał się najstarszym mistrzem olimpijskim w sprincie w historii (wcześniejszym posiadaczem tego rekordu był złoty medalista z Turynu- Sven Fischer). Jednocześnie jest jedynym sportowcem, który zdobył złote medale na trzech różnych IO (Nagano, Salt Lake City, Sochi). Jego czas na mecie wyniósł 24:33.5. Znów to 24...
Wspomniana tramwajowa tablica ukoronowana dziś norweską flagą.
Było nas przy tym trzech: SadurSky senior, były biathlonista i ja. Jednym słowem do takiej imprezy grono idealne. Bo w końcu czym byłyby te wspomnienia, gdyby nie można było ich z kimś dzielić. Kto zaś nie oglądał dzisiejszego sprintu, może tylko żałować. Król pobiegł fantastycznie. Po pierwszym bezbłędnym strzelaniu, na drugim spudłował raz. Myślałem wówczas, że to koniec szans nie tylko na złoto, ale też na jakikolwiek medal olimpijski. Poziom był bowiem bardzo wysoki. Dużo zawodników było bezbłędnych, zaś najgroźniejsi rywale OEB pudłowali co najwyżej raz. Jednak z niemałym zdziwieniem patrzyłem, gdy Emil Hegle Svendsen przybiegł na metę ze stratą prawie 30 sekund a Martin Fourcade 12 sekund do Ole Einara, mimo takiego samego wyniku na strzelnicy. To oznaczało, że Bjoerndalen pobiegł od nich znacznie szybciej. Potwierdziły się tym samym moje wcześniejsze słowa, że na Igrzyskach wszystko może się zdarzyć, a zwłaszcza w biathlonie. Realną szansę na złoto miał Anton Shipulin, który jednak ją stracił z ostatnim niecelnym strzałem. Tym razem to komuś innemu zabrakło jednego kroku do zwycięstwa. Zapomniałem już zatem te wszystkie momenty, kiedy to Bjoerndalenowi wymykał się upragniony triumf. Nie ma już tych 0.4 sekundy w Oberhofie, nie ma zerwanych strzałów z Hochfilzen i ubiegłorocznych Mistrzostw Świata w Novym Mescie. Dziś jest tylko Sochi i ten najcenniejszy złoty medal i tytuł, który powrócił do Norwega po 12 latach. Dla mnie król jest już rozliczony. Pokazał, że wciąż potrafi wygrywać i to na najważniejszych imprezach. Bez względu na to, jak potoczą się dalej te Igrzyska, będą one dla mnie bardzo szczęśliwe.
Nie zapominajmy jednak o innych, którzy w dzisiejszym biegu spisali się świetnie. Mnie osobiście nie zawiedli Kanadyjczycy, których wczoraj postawiłem w roli "czarnych koni rywalizacji". Nathan Smith oraz Jean- Philippe Le Guellec zachwycili, zajmując odpowiednio 13. i 5. pozycję. Pewną niespodzianką jest również brązowy medal Jaroslava Soukupa, który w lecie 2013 miał wypadek na rowerze i jego start w tym sezonie stał pod znakiem zapytania. Czech najwyraźniej zapomniał o tych problemach i dziś pobiegł na miarę swoich możliwości. Srebrny medalista- Dominik Landertinger, pokazał natomiast, że wreszcie powrócił do grona najlepszych i przygotował bardzo wysoką formę, zarówno strzelecką, jak i biegową. Trochę zawiedli natomiast bracia Boe. Tarjei był 39., zaś Jasio 55. z wieloma pudłami na koncie.
Już w poniedziałek czeka nas bieg pościgowy. Jako pierwszy wystartuje oczywiście Ole Einar Bjoerndalen, ale zaraz za nim będzie biegła cała grupa zawodników, chcących wedrzeć się na podium. Różnice są niewielkie, bo aż 23 biathlonistów mieści się w stracie 1 minuty. To zapowiada nam równie wielkie emocje. Po raz kolejny: Lykke til Ole Einar!
Dziś zapłonie znicz i rozpoczną się 22. zimowe Igrzyska Olimpijskie. Ale ja już teraz mam tego wszystkiego dość. Bo miał być na spokojnie "mój typ" w wydaniu olimpijskim, lecz nie będzie. Powodów jest wiele, dla których robienie takiego czegoś przed taką imprezą nie ma według mnie większego sensu.
Jednym z nich jest coś, co wywołuje u mnie niepohamowaną złość. Otóż, Eurosport nie raczył wykupić licencji na transmitowanie IO, przez co możemy zapomnieć o przyjemnym i fachowym komentarzu, znanym nam z zawodów Pucharu Świata. Jestem to w stanie zrozumieć, że niestety teraz wszystkim rządzi pieniądz i nawet tak szczególne wydarzenie okupione jest zwyczajną komercją, przed którą podobno się broni. I tak oto jesteśmy wszyscy zdani na TVP i ich męczące transmisje. Lepsze to, niż nic, jednak postawę Eurosportu trudno jest mi zrozumieć. Zamiast Igrzysk będą bowiem transmitowane takie rzeczy, jak turniej snookera, jeździectwo i wyścig kolarski dookoła Dubaju. Wiadomo, że każda dyscyplina sportu ma swoich pasjonatów, ale przecież olimpiada rządzi się swoimi prawami i nie pokazać jej, to jakby zrezygnować z ubrań od One Way na rzecz dresów kupionych na bazarze od Ruskich.
Zostając pozbawionym cudownych przemyśleń duetu Wyrzykowski i Jaroński, muszę brnąć dalej w swoje niezadowolenie. Gdzie się nie spojrzy, tam same informacje na temat Igrzysk. I żeby to jeszcze o ich sportowej stronie, ale nie. Sochi okazuje się idealnym pretekstem do rozmowy na tle politycznym. Wystarczy policzyć, ile relacji i artykułów o olimpiadzie (poza kręgami specjalistycznymi) miało jak dotychczas znaczenie czysto sportowe. Odpowiedź brzmi- niewiele. Wciąż tylko słychać, że zniszczono środowisko, panuje ogólny bałagan, bardzo restrykcyjnie dba się o bezpieczeństwo i co jeszcze w tym wszystkim wymyśla prezydent Putin. Po co to wszystko? Moim zdaniem, jeżeli już idziemy po drodze idei olimpijskiej, to bądźmy przy niej cały czas. Rozgrywki powinny być czyste od takich tematów, które przecież są z nami codziennie. W dodatku mamy ten cały sponsorski szał. Wspomniałem już, że Igrzyska Olimpijskie z zasady bronią się przed komercją. Na próżno więc szukać znaków sponsorów przy trasach i na kostiumach zawodników. Są specjalne restrykcje, przez które wszystko będzie wyglądało inaczej, niż zwykle. To jest dobre, ale gdy stosuje się to konsekwentnie. Bo przeciwnie, jak w przypadku praw do przekazu TV, powstaje hipokryzja. Jak by tego było mało, trasy w obiekcie Laura okazały się zbyt krótkie według pomiarów GPS, przez co jutrzejszy sprint mężczyzn miałby nieco ponad 9 km, zamiast przepisowych 10 km. Norwegowie złożyli w tej sprawie oficjalny protest. Dystans ma być ponownie sprawdzony i ewentualnie zwiększony o brakujące metry. Takie coś nie powinno nastąpić. Już chyba bym wolał, żeby skończyć z tym całym ceremoniałem wokół całej imprezy i rozgrywać to jak normalne Mistrzostwa Świata, bo powoli w tym organizacyjnym zamieszaniu zatraca się jej prawdziwe znaczenie.
Przejdźmy jednak do typowania faworytów na jutrzejszy bieg sprinterski mężczyzn. Internety huczą na temat tego, kto może powalczyć o medale, dlatego raczej nie będę tutaj oryginalny. Dwa nazwiska, które na pewno będą budziły największe emocje, to oczywiście Svendsen i Fourcade. Igrzyska jednak rządzą się swoimi prawami, nie tylko w kwestiach organizacyjnych. Tutaj zawsze ktoś wyskoczy, jak przysłowiowy "diabeł z pudełka". W Vancouver był to Vincent Jay, człowiek, którego mało kto pamięta z jakichkolwiek innych dobrych wyników. Złoty medal dostał "w prezencie" od pogody, która utrudniła walkę faworytom. Ponadto pewnego rodzaju sensacją była bardzo dobra postawa Jeana- Philippe Le Guelleca, Pavola Hurajta i brązowy medal Jakova Faka (wtedy jeszcze w barwach Chorwacji). Jutro może być podobnie nawet, gdy pogoda będzie niezmienna. Fak potrafi dobrze pobiec na wielkich imprezach, ale w tym sezonie nie imponuje formą z powodu wcześniejszych problemów zdrowotnych. Natomiast sensację może sprawić któryś z Kanadyjczyków, tylko niekoniecznie Le Guellec. Stać na to również Nathana Smitha oraz Brendana Greena. A Jay, jak wiemy, tytułu nie obroni, bo zakończył karierę po fatalnych wynikach. Wracając jednak do wielkich graczy, należy zwrócić uwagę na składy najlepszych ekip. W barwach Norwegii wystąpią, oprócz Emila Hegle Svendsena: Ole Einar Bjoerndalen, Tarjei Boe oraz Johannes Thingnes Boe. Szczególnie liczę, że królowi biathlonu uda się wreszcie odnieść sukces i po latach przerwy wygrać. Ale jakie byłoby to zwycięstwo! Złoty medal olimpijski na ukoronowanie wspaniałej kariery 40- letniego mistrza. Wtedy nawet to TVP nie byłoby dla mnie problemem, gdyby tak potoczył się jutrzejszy bieg.
Lykke til Ole Einar!
Trzymam kciuki za OEB i typuję dalej. Rosja wystąpi w składzie: Shipulin, Malyshko, Ustyugov, Garanichev. Każdy tak samo dobry, ale żaden nie spisuje się nadzwyczajnie dobrze w tym sezonie. Można upatrywać roli faworyta w osobie Ustyugova, który będzie bronił tytułu mistrza olimpijskiego w biegu ze startu wspólnego. Pamiętajmy, że ściany też potrafią pomóc, a zwycięstwo takiej rangi na swojej ziemi ma niezwykły smak. Niemców zobaczymy bez Andreasa Birnbachera, co jest niespodzianką. Doświadczony lider zespołu został wystawiony tylko do biegu indywidualnego. Natomiast jutro wystąpią: Peiffer, Schempp, Lesser i Stephan. Poza Schemppem, nie wierzę zbytnio w odegranie znaczącej roli przez tych zawodników. Nie zapominajmy o groźnych Austriakach z Landertingerem na czele oraz innych zawodnikach, jak Lukas Hofer, którzy dobrze czują się na takich wysokościach i profil trasy może im odpowiadać. Zbierając wszystko w całość, jutrzejsze podium typuję tak:
Ole Einar Bjoerndalen
Emil Hegle Svendsen
Martin Fourcade
Co mogłem, to spróbowałem przewidzieć, choć i tak nie ma to większego sensu. Jak napisałem we wstępie, Igrzyska Olimpijskie rządzą się swoimi prawami. Dzieją się na nich takie rzeczy, które na normalnych zawodach Pucharu Świata byłyby nie do pomyślenia. Na tym polega magia i przekleństwo zarazem tej wielkiej imprezy. Raz na cztery lata każdy chce być w życiowej formie i zapisać swoje nazwisko do kart biathlonowej historii. Pierwsza szansa na to już jutro o 15:30, czyli sprint mężczyzn. Natomiast reszta terminów przedstawia się tak:
Tak, to już ten czas. Większość sportowców, biorących udział w Igrzyskach Olimpijskich, przybyła do Sochi. Emocje rosną z każdym dniem, podobnie jak oczekiwania. Media aż huczą od wiadomości, co dzieje się w ostatnich chwilach przed rozpoczęciem zmagań. Trudno nawet to wszystko ogarnąć. Nic dziwnego, w końcu okazja do zdobycia olimpijskiego medalu trafia się raz na cztery lata. Ta wielka impreza dla każdego jest czymś wyjątkowym, tak więc przez cały czas jej trwania będziemy przyglądać się uważnie wszystkiemu, co dzieje się wokół. Zobaczymy, kto będzie miał szczęście, a dla kogo sukces będzie ukoronowaniem świetnych wyników w Pucharze Świata. Przed nami świetna podróż przez tygodnie zwycięstw, porażek, łez szczęścia i rozpaczy.
Na początek jednak kilka słów o tym, co wstrząsnęło biathlonowym światem jeszcze przed zapłonięciem olimpijskiego znicza. Chodzi oczywiście o aferę dopingową z udziałem rosyjskich i litewskich reprezentantów. Przypomnijmy, że u trójki zawodników wykryto niedozwoloną substancję we krwi. Wnioskowano o zbadanie próbki B, dla potwierdzenia lub zaprzeczenia wcześniejszych rezultatów. Nazwisk nie ujawniono. Jedynie Irina Starykh przyznała się, że to między innymi jej dotyczy ta sprawa i wnioskowała o odsunięcie na ten czas od reprezentacji. Jak tylko wyjaśni się coś więcej w tym temacie, na pewno do niego wrócę.
Zajmując się teraz tematyką Sochi pamiętajmy, że w Igrzyskach biorą udział różne nacje i dla każdego występ jest tak samo ważny. Spójrzcie, jaki filmik nagrali z tej okazji reprezentanci Hiszpanii, będący raczej egzotycznymi bywalcami w Pucharze Świata w narciarstwie biegowym.
Jeżeli zaś chodzi o czołówkę Pucharu Świata, to też jest na miejscu. W internetach można znaleźć wiele zdjęć, relacji z pierwszych wrażeń po zakwaterowaniu. Pojawiło się wiele pozytywnych głosów na ten temat. Gwiazdy zostały przyjęte w hotelach wybudowanych oczywiście specjalnie na tę okazję. Ale jak wiemy, Rosja to kraj kontrastów i nie obyło się bez zgrzytów. Z drugiej więc strony, kanadyjscy hokeiści dostali pokój o dość małym stopniu prywatności, podobnie jak polscy panczeniści. Są również powszechne obawy o jakość wody i "małe niedociągnięcia", jak na przykład tu. Ponadto nie wszystko zostało ukończone, mimo ogromnej kwoty, którą już pochłonęła organizacja Igrzysk.
Nasi reprezentanci w biathlonie dołączyli do czołówki, a wśród nich Weronika Nowakowska- Ziemniak. Miały już miejsce pierwsze treningi, przypomnienie sobie tras i strzelnicy. Zobaczcie, co mają do pokazania: Martin Fourcade, Russel Currier i Jakov Fak. Ciekawą relację z podróży do Rosji opisał na swoim blogu znany nam z biegów narciarskich Noah Hoffman. Także nasze biegaczki miały już okazję przebywać na olimpijskim śniegu. Na tym przykładzie dobrze widać, jak niektórzy radzą sobie ze stresem przedstartowym. Fourcade wydaje się być zmotywowany, wręcz niecierpliwy przed walką o medale. Wypowiada się szeroko na temat tras i swojego samopoczucia. Norwegowie natomiast uciekają od nadmiernego udzielenia się w mediach, trenują w spokoju, testują narty i studiują trasy. Zobaczymy, która taktyka pozwoli na lepsze opanowanie presji.
A skoro o trasach mowa, to należy się kilka słów o samym obiekcie, na którym o medale będą walczyć najlepsi biathloniści świata. Nazywa się on Laura Biathlon & Ski Complex i będzie gościł zarówno biathlon, jak i biegi narciarskie i kombinację norweską. Położony jest na wysokości ponad 1000 m.n.p.m i co najważniejsze, od Morza Czarnego dzieli go około 50 km. Będzie to miało duży wpływ na warunki śniegowe, które są zupełnie wyjątkowe na tle innych miejsc, znanych z biathlonowego PŚ. Za tym idzie oczywiście smarowanie nart. W poprzednim sezonie dużo mówiło się na ten temat. Była nawet mała afera, że Rosjanie nie pozwolili pobrać Norwegom próbek do zbadania śniegu. Tak, czy inaczej, przygotowanie nart będzie trudne i na pewno zaważy na wynikach rywalizacji. Obecnie na trasach jest dość ślisko, co ułatwia nieco sprawę, ale nie ma co liczyć, że taki stan na pewno się utrzyma. Dlatego też trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność, co podkreślał członek francuskiego sztabu szkoleniowego- Stephane Bouthiaux. Także klimat jest nie bez znaczenia. Ostatnie doniesienia mówią o plusowych temperaturach na Krasnej Polanie. Może powodować to zmiany pogody. Pamiętacie może tą śniegową burzę w Vancouver podczas sprintu mężczyzn? Akurat, gdy biegli faworyci, warunki stały się nie do zniesienia. Wszyscy wolelibyśmy zapewne, żeby to nie niebiosa, a umiejętności wpłynęły na podział medali na tegorocznych IO. Z próby przedolimpijskiej wiemy, że trasy olimpijskie są bardzo trudne. Zaraz za strzelnicą mamy do pokonania stromy podbieg. Również zjazdy są techniczne i potrafią przyprawić problemów najlepszym. Już wkrótce będziemy typować faworytów do medali, to przyjrzymy się dokładniej zawodnikom, którym takie trudności szczególnie odpowiadają.
Na koniec jeszcze, w ramach ciekawostki, informacja o chorążych flag narodowych na ceremonii otwarcia Igrzysk. Otóż Andrea Henkel będzie niosła flagę Niemiec. Zobaczymy, czy w innych krajach zobaczymy biathlonistów na czele swoich reprezentacji. Nie będzie to raczej Norwegia, która do tej roli wytypowała wstępnie Aksela Lunda Svindala. Olimpijska karuzela ruszyła na dobre i teraz wszyscy jesteśmy na jej pokładzie.
P.S.: Jak pamiętacie z poprzedniego posta, SadurSky miał zacząć pisać po tym, gdy zaradzi coś na porysowane ślizgi Fischerów. Udało się zaradzić i to jeszcze co! Teraz tylko trzeba śniegu...
Czas na ostatni obiecany odcinek relacji z zawodów Pucharu Świata w Szklarskiej Porębie. Tym razem będzie krótko i na temat, bez większych refleksji, czego dopuściłem się ostatnio. A to dlatego, że chyba większość z Was zdążyła już o całej imprezie zapomnieć, a i bieżące sprawy nie mogą pozostać bez komentarza. Tak więc na początek kilka słów o tym, jak w Polsce czuli się zawodnicy, a konkretnie Noah Hoffman i jego znajomi.
Noah Hoffman dobiega do mety biegu na 15 km stylem klasycznym.
Noah Hoffman prowadzi bloga, na którym umieszcza zwykle jakieś ciekawe informacje o swoich treningach i zawodach. Tak było również w wypadku Szklarskiej Poręby. Swoją relację z pobytu "u nas" wzbogacił kilkoma zdjęciami. Możecie to zobaczyć tutaj. Pierwszego dnia, który był przeznaczony na treningi, wszystkich przytłoczyły warunki na trasach. I tak bardzo dobrze się stało, że w ogóle był śnieg, lecz był on bez porównania gorszy od tego, na którym mieli okazję jeszcze nie tak dawno trenować we Włoszech. Wielu zawodników zadecydowało startować w Jakuszycach na starszych nartach, niż zwykle, z uwagi na kamienie, przedzierające się przez warstwę śniegu. Dużo mówiło się o braku czołowych zawodników z krajów skandynawskich. Powodowało to dziwne uczucie, że zawody nie przypominają prawdziwego Pucharu Świata. Nie mniej jednak, wciąż były do zgarnięcia punkty do klasyfikacji generalnej. Ponadto, co ciekawe, Noah zwrócił uwagę na zapach panujący na dworze. Skarżył się na dym z opalanych węglem domów. Inni zawodnicy obawiali się również jakości wody z kranów, dlatego decydowali się na używanie butelkowanej. Na plus natomiast ocenił zaplecze, jakie oddano do dyspozycji ekipom. Przeznaczono bowiem aż 3 kontenery dla serwisantów nart i zawodników z USA. Dni zawodów były już bardziej pozytywne pod kątem pogody. Trasy zostały wyczyszczone przez ciężko pracujących wolontariuszy. Zasypano je świeżym śniegiem znajdującym się obok. Ponadto zawodnikom podobały się reakcje zgromadzonej publiczności, zwłaszcza na sprintach. Amerykanie i Kanadyjczycy będą również dobrze wspominać hotele, w których przebywali. Przykładowo Kikkan Randall otrzymała drobny prezent od obsługi w postaci kryształowej wazy. Tak więc z punktu widzenia zawodnika, impreza w Szklarskiej Porębie była udana.
A teraz kilka słów o pracy wolontariuszy. Tej grupie osób należą się największe słowa uznania. Zwykle to właśnie jakość wykonania "czarnej roboty" świadczy o powodzeniu całego przedsięwzięcia. Tak było i tym razem. W dzień treningów, czyli w piątek, wszyscy wolontariusze przerzucali łopatami czysty śnieg, leżący poza trasami, aby pokryć jego brudną warstwę. Ponadto jeszcze tydzień wcześniej dowożono śnieg z wyższych partii gór, który usypywali zwyczajni ludzie chętni do pomocy. Atmosfera była napięta, bo bez tego wszystkiego, o udanych zawodach PŚ moglibyśmy tylko pomarzyć. Dni biegów to już inne zadania i obowiązki, a wśród nich kontrola antydopingowa. Bez zbytniego wdawania się w szczegóły, chodziło o przydzielenie wolontariusza do danego zawodnika, aby pilnował go aż do czasu przyprowadzenia do punktu kontroli antydopingowej. Ponadto każdy wolontariusz posiadał akredytację, umożliwiającą wstęp w każde miejsce Polany Jakuszyckiej. Była to dobra okazja do dowiedzenia się czegoś o zawodnikach. A jako, że SadurSky ma swoich ludzi nawet tam, to wszedł w posiadanie kilku informacji. Otóż, mężczyźni znacznie luźniej podchodzą do startów i wszystkiego, co się dzieje wokół. Nie ma żadnych problemów z rozmową, czy autografem. Panie natomiast raczej się spinają, nie są otwarte na fanów. Jedynie Amerykanki można uznać za w miarę miłe. Nawet Justyna Kowalczyk na rodzimej ziemi, po wygranym biegu nie emanowała jakimś szczególnym ciepłem w kierunku wolontariuszy. Widocznie takimi prawami rządzi się to środowisko. Bardzo jestem ciekaw, jak wyglądałaby sytuacja, gdyby Szklarską Porębę odwiedziły kadry Norwegii, Szwecji i Finlandii. No cóż, może innym razem.
Pracy było dużo, ale wszyscy wykonali powierzone obowiązki. Po wszystkim pozostanie świadomość, że dzięki każdemu pojedynczemu elementowi zawody Pucharu Świata w Szklarskiej Porębie odbyły się na takim poziomie, jaki chcieli zobaczyć zawodnicy, kibice oraz działacze FIS. Dotarliśmy tym samym do końca relacji z tego wyjątkowego wydarzenia. Aż chciałoby się powiedzieć: i ja tam z nimi byłem, a com widział i słyszał w posty umieściłem.
P.S: Na koniec ważna wiadomość. Ole Einar Bjoerndalen kończy dziś 40 lat. Z tej okazji życzmy wszyscy Królowi Biathlonu jak najlepszego występu na Igrzyskach Olimpijskich w Soczi i jeszcze wielu zwycięstw. Niech nam żyje i panuje 100 lat. Gratulerer med dagen Ole Einar! Lykke til i Sochi!
SadurSky udaje się natomiast na krótki odpoczynek po tym, jak jego Fischery zostały poważnie ranne i musi coś na to zaradzić.
Jak już pisałem w poprzednim odcinku, niedzielne biegi klasykiem miałem również obejrzeć w TV, ale stało się inaczej. Jakimś szczęśliwym zbiegiem okoliczności trafiłem na konkurs idealny dla człowieka nazywanego czasem "sprzętowym spalaczem", czyli po prostu dla mnie. Zawsze zwracałem uwagę na sprzęt, którego używają zawodnicy PŚ, a po ostatnim porównaniu systemów SNS z NNN mam już nawet dość tej przypadłości, która podświadomie rozkazuje mi rozpoznawać ich buty i narty. Tym razem jednak okazało się to bardzo pomocne. Konkurs, którego stawką był bilet na niedzielne zawody, wymagał jak najszybszego przesłania e- maila z przynajmniej dwoma nazwiskami finalistów sprintów, biegających na nartach Salomona. Tak więc sprawa bardzo prosta: Jessica Diggins i Baptiste Gros na przykład, a ponadto Sylwia Jaśkowiec. Dla zainteresowanych, sobotni zwycięzca Alex Harvey biega w nutach od Salomona, zaś narty ma od Fischera- ciekawe zestawienie. Odejdźmy już jednak od tych sprzętowych spraw i przejdźmy do sedna. Bowiem następnego dnia czekał na mnie szczęśliwie wygrany bilet z miejscem w sektorze A (czyli przy samej mecie). I to wszystko od Salomon Nordic Sunday.
Z rana powitał mnie widok znany w Jakuszycach, czyli mgła. Mimo tego, od razu duże wrażenie zrobiło na mnie rozdysponowanie miejsca na Polanie. Postawienie trybun i pomieszczeń prasowych bardzo zmieniło okolicę. W dodatku cały parking naprzeciwko restauracji Biathlon przeznaczono na strefę dla zawodników. Kibice natomiast byli dowożeni ze Szklarskiej Poręby specjalnie przygotowanymi na tę okazję autobusami. Czekając na swój bilet mogłem zaobserwować, jak kolejne grupy ubranych na biało- czerwono kibiców paradowały w kierunku wejścia na stadion, po czym następowała przerwa. Odebranie biletu trochę trwało, dlatego na trybunie znalazłem się około 10 minut przed startem pierwszego biegu. A było to 15 km mężczyzn stylem klasycznym. Trochę zaskoczył mnie fakt, że miałem dużo miejsca w swoim sektorze, dzięki czemu mogłem na spokojnie zrobić kilka zdjęć.
Uradował mnie natomiast fakt, że panowie biegacze ze Słowenii dobrze znają zasady "How to be nordic" i stosują je w praktyce.
Reszta trybun też nie pękała w szwach i chyba przeczuwałem dlaczego. Obsada może i nie dopisała w pełni, bo zabrakło Norwegów, Szwedów i Finów, którzy mieli swoje mistrzostwa krajowe. Ponadto nie przyjechali: Lukas Bauer, Axel Teichmann, Johannes Duerr oraz wciąż leczący kontuzję Dario Cologna. Ale za to mieliśmy prawdziwych specjalistów stylu klasycznego z Rosji, takich jak Alexander Bessmertnykh, Evgeniy Belov, czy Stanislav Volzhentsev, wszechstronnego Maxima Vylegzhanina i Dimitiya Japarova, najlepszych Kanadyjczyków (Harvey, Kershaw, Babikov) i Niemców (Angerer, Filbrich, Dotzler, Tscharnke, Bing) oraz innych znakomitych klasyków z Alexeyem Poltoraninem na czele. Było więc w czym wybierać swoich faworytów do kibicowania, choć to i tak nie wszystkie znane nazwiska. Osobiście stawiałem na zwycięstwo Poltoranina.
Alexey Poltoranin w drodze na start biegu na 15 km.
Wyników nie przytaczam, każdy wie, że wygrał Maxim Vylegzhanin po brawurowym ataku na ostatniej pętli. Poltoranin natomiast walczył na finishu z Belovem o drugą lokatę i walkę tę zaskakująco przegrał. Cała historia opowiedziana jest na kilku poniższych zdjęciach.
Stawka jeszcze przed rozerwaniem. Tępo nadaje Poltoranin, ale Rosjanie dzielnie się trzymają. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na ten genialny transparent: "Zgórmysyny".
Vylegzhanin zaatakował na końcowym podbiegu i już samotnie pokonywał ostatnie metry.
Belov i Poltoranin. Walka na ostatnich metrach. Takich pojedynków było jeszcze więcej, nawet o znacznie dalsze lokaty.
Podium biegu na 15 km. Od lewej: Evgeniy Belov, Maxim Vylegzhanin, Alexey Poltoranin.
Biegu nie ogląda się jednak tylko dla samego obserwowania zawodników. To również dopingowanie, zagrzewanie do walki, czyli jednym słowem emocje. Pamiętam z poprzednich lat biathlonowy Puchar Świata w Novym Mescie. Tam zawody były okazją do wspólnego dzielenia jednej pasji wśród ludzi różnych narodowości. Może trudno to sobie wyobrazić, ale stojąc na trybunie przykładowo przy Niemcu, kibicujesz również zawodnikom niemieckim, nawet jeśli za nimi nie przepadasz. Atmosfera "sportowej integracji" udziela się dość mocno i jest bardzo miłym elementem przebywania na takich zawodach. Do dziś wspominam sympatycznych Norwegów, pijących hektolitry piwa oraz Niemca z gigantyczną kołatką robiącą hałas proporcjonalny do jej wielkości. Może biathlon to inna bajka, bo w Szklarskiej Porębie tego zabrakło. Nie zauważyłem przedstawicieli innych nacji. A przecież Niemcy i Czesi mieli blisko. Ci pierwsi nie mogli narzekać na brak swoich czołowych zawodników w stawce, stąd moje zdziwienie. Być może przypuszczali, że śniegu w Jakuszycach i tym samym zawodów nie będzie. Rosjanie też mogli przyjechać, a tego nie zrobili. Odnajdziemy ich niemal na każdych zawodach z ich flagami z niedźwiedziami, lecz niestety nie tym razem. Stąd nie można się dziwić, że tego prawdziwego kibicowania nie było i nawet, jeżeli ktoś dobrze znał nazwisko Poltoranina, nie miał większych powodów, aby je ze mną wykrzykiwać w trakcie rywalizacji. Nie zawiedli natomiast spikerzy, będący na miejscu. Dwie osoby zajmowały się interakcją z publicznością, zaś w specjalnej kabinie przebywała para komentatorska, relacjonująca zawody ze wszystkimi informacjami o tym, co działo się na trasie. Komentarz był fachowy, a szczególnie pani Staręga potrafiła zaciekawić swoją wiedzą na temat zawodników. Dokładając do tego telebimy, biegi oglądało się dużo lepiej, niż w TVP Sport. Na tym polu wyszło bardzo dobrze. Po zakończonym biegu mężczyzn przyszedł czas na małą wycieczkę dookoła Polany. Kibiców zaczęło przybywać i wszystko stało się jasne. Zbliżał się bieg na 10 km stylem klasycznym kobiet i każdy chciał zobaczyć popis Justyny Kowalczyk.
Zanim to jednak nastąpiło, można było w spokoju zrobić kilka zdjęć, mając najlepszych zawodników na wyciągnięcie ręki.
Na przykład Tobias Angerer wbiegł w kadr.
Albo Toni Livers.
A gdy start kobiet był coraz bliżej, na trasie pojawiła się Denise Herrmann z trenerem.
Do startu biegu na 10 km kobiet pozostawało już mniej czasu, a trybuny pękały w szwach. Skandowano jedno imię: Justyna, Justyna, Justyna... i tak w nieskończoność. Doping był ogromny do tego stopnia, że chyba każdy niesiony takim wsparciem wygrałby zawody. Gdy zawodniczki stanęły na starcie, zapanowała cisza, przerwana jedynie przez słowa: "Justyna, kocham cię!", wykrzyczane przez jednego z kibiców i salwę śmiechu w wykonaniu całego stadionu zaraz po tym. Wreszcie rywalizacja się rozpoczęła i trybuny dosłownie wybuchły. Co działo się w międzyczasie- każdy wie. Kto wygrał- to każdy wiedział jeszcze przed biegiem. Zobaczcie tylko te emocje trybun na ostatnich metrach.
Widać, jak bardzo kochamy naszą świetną zawodniczkę i jak umiemy jej kibicować. Długo jeszcze będę wspominał pełen autobus skandujący "Justyna!" w drodze powrotnej do Szklarskiej Poręby. Z drugiej jednak strony, podczas biegu panów zobaczyłem, że to właśnie nie cały sport, lecz tylko nasza wybitna reprezentantka jest dla niektórych jedynym elementem godnym uwagi. Nie zrozumcie mnie jednak źle, bo dobre wsparcie swoich jest zawsze na wagę złota. Tu nie chodzi o znajomość wszystkich nazwisk, lecz o świadomość, że reszta też się liczy. Że w końcu to sport i najlepiej jest, gdy idą za tym emocje, związane z wygraną i niekiedy nawet przegraną. A dlaczego? Bo zapatrzenie tylko na siebie, stwierdzenie "idę zobaczyć Justynę", zamiast "idę zobaczyć biegi" może być (nie musi) pierwszym krokiem do czegoś, co ja nazywam "sportowym szowinizmem". Dziś skandujemy "Justyna!", a jutro życzymy jej rywalkom wszystkiego najgorszego i właśnie przed tym przestrzegam. Oczywiście to tylko przypadek ekstremalny i mocno wierzę, że występuje on bardzo rzadko. Nie mniej jednak warto o tym pamiętać i zachować ten dystans, bo wtedy nawet lepiej się ogląda zawody.
Tyle na temat samego kibicowania. Jeżeli zaś chodzi o całą organizację Pucharu Świata, to "z zewnątrz" wyglądała bardzo dobrze. Wspominałem już o rozplanowaniu miejsca na Polanie Jakuszyckiej i o spikerach. Ponadto na duży plus zasługuje rozwiązanie transportu na zawody i z powrotem. Autobusy po imprezie wyrabiały się bardzo dobrze z zabieraniem kolejnych grup kibiców. Przejazd był oczywiście bezpłatny, zaś można było dojechać nawet do samej Jeleniej Góry, gdy zjeżdżano do zajezdni. Przy całym przedsięwzięciu pracowało wielu ludzi i ich praca nie poszła na marne. Nawet pogoda nie była w stanie pokrzyżować planów organizatorom. W kolejnym odcinku dowiemy się czegoś "od wewnątrz" zawodów. Przekonamy się, jak wyglądały one z perspektywy zawodnika i wolontariuszy.
Jesteśmy świeżo po zawodach Pucharu Świata w biegach narciarskich, które odbyły się w Jakuszycach. Jeszcze do końca nie opadły emocje, ale czas zacząć podsumowanie. Każdy się zapewne zgodzi, że była to najwyższa rangą impreza sportowa, jaką miała okazję gościć już po raz drugi Szklarska Poręba. W związku z tym faktem pojawiły się wymagania, regulacje i oczekiwania wobec organizatora. Czy poradzono sobie z tym wszystkim? Jaki jest efekt końcowy? Tak się składa, że będąc w okolicy całego zamieszania, nie sposób nie dowiedzieć się możliwie najwięcej na jego temat i nie sprawdzić tego na własnej skórze. Zatem zapraszam Was na trzyczęściową relację z przemyśleniami o zawodach.
Na początek przyszło mi obserwować zawody sprzed telewizora, czyli w sumie jak zwykle. Był to pierwszy dzień, którego rozegrano sprinty techniką dowolną. Eurosport w tej kwestii trochę zawalił, puszczając snooker, ale cóż poradzić. Nawiasem mówiąc rozgrywano też biathlon w Anterselvie- pełen emocji bieg pościgowy mężczyzn. Każdy był więc zdany na łaskę TVP Sport. Rywalizacja w sprintach jest zawsze bardzo ciekawa i kontaktowa, zwłaszcza w "łyżwie". Tylko co z tego, skoro relacja z biegów mężczyzn była zastępowana rozmową z dowolnie wybranym ekspertem (bo na takie pytania pani redaktor mógłby odpowiedzieć każdy ogarniający choć trochę biegi narciarskie). I w ten sposób nie widziałem kilku upadków i walk na finishu. Nie mówiąc już o tym, że musiałem zgadywać, kto wszedł do finału. Czy naprawdę rywalizacja musi kończyć się tam, gdzie odpada nasz reprezentant? Bo jeżeli tak, to dzięki Bogu, że do finału pań dostała się Sylwia Jaśkowiec. W przeciwnym razie miałbym zamiast emocji, kolejną "pasjonującą" rozmowę z zastępcą- prezesa- czegośtam- który- kiedyś- miał- na- sobie- narty i pytania, dlaczego było tak, a nie inaczej. A przepraszam, byłyby emocje, o ile tak nazwać norweskie wulgaryzmy rzucane w stronę telewizora przez człowieka północy. Tak być nie może. Bądźmy bardziej otwarci na to, co się dzieje. Kochajmy ten sport, a nie tylko jedną osobę, która go reprezentuje. Choć może to tylko taka moja fanaberia... Kolejny dowód na to pojawi się już wkrótce w odcinku drugim.
Drugą rzeczą, która wypadła marnie z punktu widzenia telewidza, był oczywiście komentarz. Mała wiedza na temat zawodników, nawet średnio poprawna wymowa ich nazwisk to rzeczy, które mogą na dłuższą metę denerwować. A przecież można lepiej, o czym przekonałem się trochę później. Jeszcze jeden szczegół, który rzucił się w oczy, to niekorzystne światło. Tak, światło może być niekorzystne i w Jakuszycach to się właśnie zdarzyło. Start był położony w taki sposób, że kamera łapała zawodników pod słońce. To rzecz niezależna od nikogo, ale gorzej się ogląda takie ujęcia z kamery, niż jakby to było w prawidłowym ustawieniu. Na pewne rzeczy nie ma się wpływu i tyle. Natomiast, gdy zawodnicy wbiegali na stadion, światło rewanżowało się, współgrając idealnie.
Takie właśnie uczucia mną targały po obejrzeniu telewizyjnej relacji z zawodów na Polanie Jakuszyckiej. Ogólnie lekkie rozczarowanie. Nie mogło tak pozostać. Niedzielne dystanse miał już pokazywać Eurosport, jednak lepiej byłoby zobaczyć to na żywo i wtedy ocenić. Ale co z tego, skoro nie posiadałem biletów... aż do wczorajszego wieczoru, kiedy to... No właśnie. O tym, co dokładnie się stało, będę pisał w następnym odcinku. W każdym razie, w życiu się nie spodziewałem, że następnego dnia zobaczę taki widok.
Coraz więcej ciekawych rzeczy dowiadujemy się o biathlonistach. Było już na temat cukierniczego talentu Elisabeth Högberg, zaś o pięknym śpiewie Gabrieli Soukalovej wiedzą już wszyscy sympatycy tej dyscypliny sportu. Aby dopełnić listę biathlonowych artystów brakuje nam jeszcze tańca i muzyki. Z pomocą przychodzą zatem mieszkańcy okolic Anterselvy, rodowici Tyrolczycy, czyli Lukas Hofer i Dorothea Wierer. Tym razem poznamy ich interesujący talent.
Tyrol jest regionem o wysokiej kulturze muzycznej. Prawie każdy mieszkaniec potrafi zagrać na jednym z tradycyjnych instrumentów. Nie inaczej jest z naszymi dzisiejszymi bohaterami, którzy przyznają, że z muzyką ludową mają do czynienia od dziecka. Podczas pobytu biathlonowego Pucharu Świata w Anterselvie, Lukas i Dorothea postanowili zaprezentować swoje umiejętności, zapraszając kilku znajomych. Wśród nich znalazł się Lowell Bailey, który wspomógł występ grą na gitarze. Nie zabrakło również chętnych do tańca. Każdy był ubrany w tradycyjny tyrolski strój. Krótki film z tego spotkania do zobaczenia poniżej.
Kto by pomyślał, że kulturę Tyrolu będzie można poznać za pośrednictwem biathlonistów. W dodatku bardzo sympatyczni wydają się reprezentanci Włoch. Z pewnością należało im się to dzisiejsze zwycięstwo Lukasa Hofera w sprincie. I na pewno każdy przyzna, że instrument, na którym grała Dorothea jest po prostu świetny :-)